Archiwa tagu: służąca

Krzątacze osobliwości

Miało być o marzeniach bohaterek. Tymczasem w „Jeziorze osobliwości”, powieściowym debiucie Krystyny Siesickiej z 1966 roku, zobaczyłam coś, czego dotąd nie dostrzegałam. Ostatnio pisałam, że z pracami domowymi w peerelowskich powieściach dla dziewcząt jest kłopot – rzadko zajmują się nimi nowoczesne matki, tym bardziej córki, incydentalnie ojcowie i bracia. Obowiązki zaskakująco często przejmuje postać z innej epoki – gosposia. Generalizacja może i nie niesłuszna, ale na pewno wymagająca uściśleń. Okazuje się, że krzątactwo bywa tak niepozorne, że łatwo uchodzi uwadze czytelniczki, nawet ogarniętej obsesją na jego punkcie. W „Jeziorze osobliwości” drobne czynności porządkowo-kulinarne, wykonywane przez różne osoby, składają się na pasjonującą, acz cichą opowieść, równoległą do dramatycznej akcji. Można potraktować je jako klucz do powieści.

 jezioro

Okładka Bogumiła Podstolskiego, wydanie z 1973 r.

Pamiętałam oczywiście wojnę nerwów o kurz w przedpokoju między Martą i ojczymem, którego nagle narzuconą władzę dziewczyna kwestionuje. Mama Marty idzie do szpitala. Piętnaście lat później sytuacja powtórzy się w „Kwiecie kalafiora”, gdzie rozliczne obowiązki Mili Borejko spadną na najstarszą córkę. Tata Borejko nawet palcem nie kiwnie. W finale Musierowicz spacyfikuje wkurzoną tą niesprawiedliwością Gabę, by pokornie zaakceptowała „kobiecą” rolę służącej. W „Jeziorze osobliwości” skonfliktowani córka i mąż chorej wyjątkowo zgodnie dzielą obowiązki. Ponieważ Marta nie potrafi gotować, obiady będą jadać na mieście. Wiktor nie jest brany pod uwagę jako potencjalny kucharz. Każdy będzie sprzątał swój pokój, Wiktor – łazienkę, Marta – kuchnię. Kuchnia jest co prawda większa, ale Marta nie cierpi sprzątać łazienki, więc godzi się na taki układ. Każdą czynność starannie wyceniono. Gdy pakt zawarty, można się odprężyć. Korzystając z nieobecności kochanej mamy, która wzbrania czytania przy jedzeniu, chwilowi niewrogowie zasiadają do kolacji z lekturą w ręku. Wiktor czyta „Express”, Marta – „Filipinkę”. Jest dodatkowy plus – nie muszą rozmawiać. Jak miło.

Skoro zawarto odpowiadającą obu stronom umowę, skąd wojna nerwów? Przedpokój został bez przydziału i zbierają się w nim koty. Marta jest coraz bardziej zacięta, Wiktor rozbawiony. Skrupulatnie milczą na ten temat. Dopiero pytanie Michała (syna Wiktora z pierwszego małżeństwa) prowokuje ich do sformułowania swoich stanowisk. Wiktor rzeczowo objaśnia sytuację i kpi, że przedpokój to ziemia niczyja. Marta się irytuje. Nie widzi powodu, dla którego to ona miałaby zająć się spornym terenem. Kiedy Michał zamiata konfliktogenny kurz, Martę biorą diabli (na pewno nie ma wśród nich Rokisia). Wypada z pokoju i ze złością wyrywa mu szczotkę. „Michał, nie wtrącaj się w to!” – ostrzega, a napotkawszy opór i gniew, wycofuje się na swoje wysprzątane terytorium: „Zatkało mnie. Oddałam mu tę cholerną szczotkę, odwróciłam się i poszłam do pokoju. Byłam tak wściekła na Michała, że wszystko we mnie latało. Położyłam się na tapczanie i zaczęłam płakać. Żadne rozdrapy, beczałam ze złości. Kiedy Michał wszedł z herbatą, nawet nie odwróciłam się w jego stronę”. Marta nie kiwnie palcem bez umowy i reaguje tak ostro, bo oczywiście chodzi tu o władzę.

Jezioro40

Maria Kowalik jako Marta w filmie według scenariusza Jana Batorego i Krystyny Siesickiej

Mówi, że Michał, zamiatając przedpokój, wystąpił przeciwko niej. Nie banalizowałby sporu i nie likwidował jego widomej przyczyny. Gdybyś mnie lubił, kontynuuje prowokacyjnie, zachowałbyś się inaczej. Zabeczana w napięciu czeka na jego wybór. Michał zaś spokojnie nie podejmuje wyzwania. Argumentuje, że ktoś musiał posprzątać, dlaczego nie on, i że nie wystąpił przeciwko Marcie, tylko przeciw kurzowi. Nie reaguje na prowokację. Dziewczyna reflektuje się, zastanawia, czy go przeprosić, ale ostatecznie zostawia sprawę otwartą. Z okazji powrotu mamy ze szpitala, przedpokój sprząta Wiktor, co Marta poczytuje sobie za zwycięstwo. Weźmie natomiast na siebie zakupy, które uwielbia robić „opętana ambicją wyszukania najurodziwszej wołowiny”.

Kurz w przedpokoju to sprawa zasadnicza. Pewnie dlatego wojna pozycyjna o sprzątanie korytarza tak mi utkwiła w pamięci. Ale w „Jeziorze osobliwości” drobne domowe czynności właściwie cały czas są przedmiotem zmagań i pojednań. Albo tematem zastępczym, w którym wyraża się dynamika relacji międzyludzkich. To drugi plan konfliktów i rozejmów: między Martą a Wiktorem, nagłym ojczymem, między Martą a jej mamą, która pod wpływem domniemanej złej opinii nowego męża zaczyna bardziej restrykcyjnie wychowywać przyzwyczajoną do swobody córkę, między Martą a Michałem, zazdrosnym o niecnego Patryka, którego Marta co prawda nie kocha, ale też nie chce tak od razu odprawiać.

snapshot20150214231421

Maria Kowalik i Romuald Drzazga jako Patryk

Ogólnie chodzi o twarde negocjowanie relacji w zrekonstruowanej rodzinie.

Zaraz na początku jest spięcie między mamą a Martą o chaos w ich ciasnym, ale własnym mieszkaniu.

Jezioro5

Maria Kowalik i Barbara Horawianka

Jeszcze nie ma Wiktora i Michała, są one, „skromny duet”, rodzina jeszcze ułamkowa, utrzymywana przez kobietę. Stąd niski standard, a „w małym metrażu małe problemy urastają do gigantycznych rozmiarów”. Mama, zapracowana i nerwowa, nie tylko nie sprząta, a wręcz bałagani. Gubi klipsy, posądza córkę, nie wierzy zaprzeczeniom. Klipsy odnajdują się w lekach. W tym domu panuje chaos – stwierdza bezosobowo ich właścicielka. Marta półżartem podpowiada, że to chyba samokrytyka. Mama nie odbija piłeczki w jej stronę, tylko w bok, wyrokując, że winna jest ciasnota. Metraż się zwiększy, kiedy przeprowadzą się do mieszkania Wiktora. Mama, zamiast swoim zwyczajem inwestować w ciuchy, zacznie dopieszczać nowe wnętrza (co oznacza jej pełną, pełniejszą niż na własnych śmieciach, aklimatyzację, Marta obserwuje to z niejaką ironią). A jednak konflikt będzie eskalował, by osiągnąć apogeum wkrótce po wojnie o kurz.

Marta jeszcze nie wie, że mama za dwa tygodnie wychodzi za mąż, ba, nie ma pojęcia o istnieniu przyszłego ojczyma, ale już obserwuje pierwsze symptomy zmiany – dotychczasowa bałaganiara gubiąca klipsy robi porządek w szafie.

Jezioro23 Jezioro25

Maria Kowalik, Barbara Horawianka jako mama seksualna i Stanisław Zaczyk jako Wiktor

Krzątactwo jest też pierwszym zwiastunem miłości Marty i Michała. Ona jest chora, on się nią zajmuje. Wydaje jej polecenia, odgrzewa zupę i pilnuje, żeby zjadła. Uznaje, że zupa to za mało, i dokłada usmażoną przez siebie jajecznicę. Potrafi przygotowywać „podstawowe żarcie”, bo należy do oficjalnej organizacji, jest harcerzem; wszyscy w jego drużynie potrafią. Harcerski obóz to wzór rotacji kuchennych obowiązków. „Muszę przyznać, że krzątanina Michała sprawiała mi niebotyczną frajdę!” – wyznaje chora Marta, nagle rozbrojona i potulna. „Jesteś tak pozytywny, że chyba nieprawdziwy” – pokpiwa i podziwia, bo ambiwalencja jest wpisana w tę scenę od podstaw. Dobrze, że on umie to i owo w domu zrobić i chce wykorzystywać te umiejętności, ale dlaczego ten sukces równouprawnienia wiąże się z dziewczęcą kapitulacją? Zawsze tak uparta Marta (rym nieprzypadkowy) nawet nie pomyśli, że przydałaby się jakaś umowa. Powiada: „Ustępowanie Michałowi przychodzi mi bez trudu. Przeciwnie nawet – podoba mi się”. Tak niewiele, dziewczyny, nam trzeba?

snapshot20150214222317

Poobiedni relaks według Siesickiej może się opierać na międzyludzkiej redukcji. Mama parzy kawę, Wiktor siada w fotelu z fajką i gazetą. Zaczytany ulega nawykowi i prosi Michała, żeby podał mu zapałki. Tylko że Michał jest nieobecny, już od jakiegoś czasu tu nie mieszka.

snapshot20150214225623

Zamiast niego jest Marta, która zapałki podaje. Milczy, ale trafia ją szlag. Jako osobnik niedorosły została zredukowana do prostej usługowej funkcji. Nie liczy się, kim jest – ważne, by dojrzały mężczyzna odpoczął po obiedzie. „Jest mu potrzebny człowiek do podawania zapałek” – mówi Marta, a zdanie to ocieka zimną goryczą. Michał pewnie podawał ojcu zapałki wiele razy i nic. Była to dla niego codzienność nie poddawana refleksji. Może wyraz miłości. Dla Marty to drażniąca manifestacja władzy, która na dodatek nie liczy się z jej indywidualnością.

Bywa znacznie lepiej. 23 grudnia Marta nie idzie już do szkoły. Rano, jeszcze w łóżku, odczuwa tym większy komfort, im bardziej mama i Wiktor się krzątają, szykując do pracy, im szybciej biegają, im bardziej przypalają mleko. Ma tylko przekręcić mięso na pasztet. Mama zajmie się nim po powrocie z biura. Przychodzi Michał i pomaga przekręcać. Mogą iść kupować prezenty. Po powrocie podział zadań zgodny z upodobaniami – Marta pisze dziennik, mama szykuje kolację, Wiktor i Michał gadają. Ale to chwilowe.

Jezioro6 Jezioro3

Marta nic nie robi i Marta się uczy

Święta sprzyjają napięciom. Marta chętnie by skorzystała z zaproszenia matki Michała. Ale jej mama jest zazdrosna. Przez to, że akurat zajęta przygotowywaniem świąt, zdradza podwójną słabość. Nacierając foremkę tłuszczem, z pozorną obojętnością mówi, że jeśli Marta chce, może jechać. Tylko gest odgarniania włosów przedramieniem (bo ręce w tłuszczu) świadczy o zdenerwowaniu. Marta, oczywiście, nie pojedzie. Nie jest z kamienia. Wigilia również upływa w nerwowej atmosferze. Wiktor wygłasza pouczenie: „Marto, mama bardzo się napracowała przy tym wszystkim! Widzisz, ile tu tego było: ryby smażone, gotowane, faszerowane! Kapusta, frytki, ciasta… Trzeba, żeby odpoczęła! Ty musisz pozmywać po kolacji, Michał ci pomoże!”.

Jezioro37 Jezioro38

Byście się nie wściekły? Sam się nie przyczyni do odpoczynku żony, ale młodymi zarządza. Marta zmywa, ale trzęsie nią furia, tłucze dwie szklanki: „Miałam najszczerszy zamiar zmywać i zrobiłabym to bez uwagi Wiktora. To jego: »musisz!« doprowadziło mnie do wściekłości”.

snapshot20150214225908 snapshot20150214225848

Wiadomo, nakaz budzi przekorę. Patriarchat jest skuteczniejszy, gdy uda mu się stać wewnętrzną potrzebą kobiety. Chociaż czynność ta sama, „pomogę przemęczonej mamie” to nie to samo co „na polecenie ojczyma wykonam przypisywaną kobietom pracę, podczas gdy on będzie słuchał kolęd w wykonaniu Mazowsza”.

O ile Michał krząta się dużo i chętnie, w obu domach rozwiedzionych rodziców i u ciotek, Wiktor zabiera się do roboty bodaj tylko raz, za to z ciężką pretensją. Wraca z pracy i łomocze garnkami. Nie mogłaś obrać ziemniaków? – pyta. – Nie można wszystkiego zwalać na mamę. – Obiera ziemniaki, „aż fruwają po kuchni”. No tak, obraza majestatu. Pewnie dotąd całą pracę brał na siebie Michał. W powieściowych domach prowadzonych przez ojców i synów ten ostatni wchodzi w rolę „kobiety”. Z tego prostego powodu, że jest niedorosły, podległy. Wielu przykładów dostarcza „Szaleństwo Majki Skowron” Aleksandra Minkowskiego (1972).

snapshot20141120212043 snapshot20141120212025

Marek Sikora jako Ariel w serialu „Szaleństwo Majki Skowron” z 1976 w reż. S. Jędryki

Wiktor zawsze miał kogoś, kto za niego zajmował się tak zwanymi drobiazgami. W biurze „pannę Basię”: „Czy nie mogłaby pani przynieść mi dwóch szklanek herbaty?”. Ależ oczywiście, może, a nawet musi. Przecież nie splami się tą czynnością pan inżynier. Co by się działo! W domu żona jest jeszcze w miodowym okresie względnie ochronnym, syn się wyprowadził, zostaje Marta. I właśnie Marta jest uparta.

Demonstruje na każdym kroku: „W jaki sposób, na przykład, podajesz mu herbatę po obiedzie! To szurnięcie szklanką, jakbyś mu łaskę robiła!”. Daremnie, nikt zdaje się nie rozumieć komunikatu. Mówi się, że dziewczyna ma zapędy dyktatorskie, że jest arogancka, podła, nieznośna. „Taką mnie wychowałaś” – mówi do mamy, co brzmi jak zarzut, choć mogłoby przecież być odwołaniem się do dawnej umowy.

snapshot20150214220052 snapshot20150214221622

Jednak mama stała się już inną osobą, szczęśliwą, że się krząta dla mężczyzny. Żałuje przyjętego modelu wychowania. Zmienia reguły gry, która właściwie dobiega końca. Zresztą, Marta chyba też do końca nie rozumie, o jaką stawkę gra. Kiedy mało wylewny Michał wreszcie wyznaje, że ją kocha, dziewczyna staje się lepsza, cierpliwsza i bardziej zrównoważona. „Kiedy zmywam naczynia po obiedzie, śpiewam”, przyszywam guziki, chętnie wychodzę z psem. Wszystko dlatego, że mam kogoś tylko dla siebie – notuje.

Cóż za odmiana! Cóż za naiwność!

Jakiś czas potem Marta ucieka z domu do mamy Michała. Wie, że dla jej mamy „będzie to nieskończenie bolesne”. Chce ugodzić do żywego, bo ma żal, którego nie jest w stanie pomieścić w sercu ani objąć rozumem. O to, że mama zawsze bierze stronę Wiktora.

snapshot20150214233506 snapshot20150214233027

Ucieczka to zemsta za zdradę.

snapshot20150217200300

Weronika, zaskoczona wizytą uciekinierki, rozumie obie strony. Dzwoni do byłego męża i jego nowej żony, żeby się nie niepokoili zniknięciem Marty. Koncyliacyjną, zdystansowaną postawę wyraża herbatą. Razem z Michałem robi ją Marcie, a kiedy przybywa Wiktor, po prostu szykuje czwartą szklankę. Zwróćmy uwagę na bezpretensjonalność tego rekwizytu. Czwarta szklanka. We współczesnej powieści byłyby to filiżanki i zrobiłoby się mieszczańsko i ckliwie. Zapanowałaby oszukańcza zgoda. W „Jeziorze osobliwości” szklanki Weroniki są bezużyteczne. O konflikt łatwiej niż o zgodę. W ekranizacji powieści (1972) nawet mieszczańskie rekwizyty nie doprowadzą do pojednania.

snapshot20150214225545 snapshot20150214232030

Wręcz przeciwnie, iż użytkowanie skończy się radykalnym zerwaniem więzi.

Nie tylko między Martą i Wiktorem, również między Martą a Michałem. Niby jest dobrze, Marta, zmywając po obiedzie, śpiewa – ale Patryk nie znika z horyzontu, więc powodów do scysji nie brakuje. Właściwy facet właściwym facetem, ale do niewłaściwych też można mieć słabość. Marta i Michał jadą na obóz harcerski i napięcie rośnie, bo Patryk też spędza wakacje w okolicy. Marta przynosi listy do wysłania. Służbista Michał układa z Zuzią jadłospis i akurat pyta, co do pomidorowej. Marta mówi makaron, Zuzia – ryż. Michał, wściekle zazdrosny o rywala, ostentacyjnie wybiera ryż. Marta daje się sprowokować – wychodzi bez komentarza, ale za to z postanowieniem: pójdę z Patrykiem na zabawę.

snapshot20150214231808 snapshot20150217195812 snapshot20150217195821 snapshot20150217195930

W filmie nie ma obozu harcerskiego, ale jest Marta zadowolona, że Michał (Mirosław Konarowski) wścieka się z zazdrości

And so on, and so on. Drobiazg za drobiazgiem. Marta jest zmuszona szukać noclegu u Patryka. On sądzi, że przyszła mu się oddać, pcha się z łapami.

1-F-2311-1-1291x629

„Daj mi spokój z miłością” – mówi Marta. Opędza się, studzi pożądanie, odsyła do kuchni, banalnie prosząc o dobrą radę i szklankę herbaty. Dyktuje swoje zasady.

Jedno z ciekawszych zastosowań krzątactwa wplecione jest w konflikt Michała z druhem Pijanowskim, który powiedział milicji, że nie jest pewny, czy fatalny wypadek z kajakiem istotnie był wypadkiem, czy Michał przypadkiem nie próbował zabić Patryka. Na koniec Patryk odzyskuje przytomność i zdejmuje z Michała cień podejrzenia. Pijanowski dowiaduje się o tym i jest mu wstyd, że nie wierzył koledze. Przyjeżdża późnym wieczorem prosto znad jeziora. Przeprosić i usłyszeć, że ten nie ma żalu. Michał prosi do kuchni. Dwaj młodzi mężczyźni odbędą poważną rozmowę i porozumieją się w okolicznościach zgoła „niemęskich”. Michał nastawia wodę na herbatę, odgrzewa zupę z obiadu, niesie garnek, nalewa zupę na talerz i stawia przed gościem, kroi chleb, bierze imbryczek z esencją, dwie szklanki – wszystkie czynności są uwzględnione. Ręka mu drży przy parzeniu herbaty, bo mówi akurat o rzeczach najważniejszych. Niby są równi, ale Michał ma przewagę, o której dodatkowo świadczą wprawne i zdecydowane poczynania kuchenne. Pijanowski daje się nakarmić i napoić, trochę żeby zapanowała zgoda, a trochę żeby odpokutować. Siesicka trochę kuchnię odzyskuje, a trochę odtwarza jej patriarchalny porządek.

No i koniec, niestety z morałem. Nie mógł się obyć bez kuchennych rekwizytów. Zbuntowana Marta po wypadku zmądrzała, spokorniała, jest pełna dobrej woli i zrozumienia. No i skruchy. Na różne sposoby przeprasza. Na przykład dba o to, żeby Wiktor miał gorącą herbatę, bo nie znosi przestudzonej. Chce jej się, co podkreśla, nalać mu herbaty. Patriarchat został uwewnętrzniony. Wszyscy czworo siedzą przy stole, ona przynosi herbatę dla Wiktora, mama podsuwa sałatkę Michałowi, sama robiła majonez. Zaczyna się „normalność”, czyli obsługa i jedzenie bez napięć. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to zakończenie wymuszone, nie pasujące do wieloznacznej powieści, w której przecież Marta ma dużo racji. Dlaczego tylko ona ustępuje?

snapshot20150214225425

Film w reż. Jana Batorego, którego Siesicka jest współautorką, kończy się inaczej – bohaterka popełnia samobójstwo.

Jezioro osobliwości

To oczywiście akt autoagresji, ale właściwie jeszcze bardziej autonomii. Muzyka Wandy Warskiej, od początku filmu towarzysząca determinacji Marty, bezlitośnie to podkreśla. Skoro mi nie wierzycie, nie jesteście po mojej stronie, nie będę wam niczego tłumaczyć. Nie będę się usprawiedliwiać, nie ja powinnam. Mam was dość, idę sobie. Wolę się zabić, niż zrezygnować ze swoich racji. Dlatego budząc się z niestety nie ostatniego snu, na wasz widok odwrócę głowę.

Jezioro48

Nie mogę się już bronić w inny sposób, pozostał mi tylko ten jeden możliwy ruch. Głowa w bok, wzrok na ścianę. Nie widzę was, nie ma między nami kontaktu, nie istniejecie, zostawcie mnie w spokoju. Nie będzie żadnej herbaty.

Reklamy

Rokiś i kraina brudnych naczyń

Ostatnio (a była to, uwierzcie, inna epoka) pisałam o „Dziewczynie i chłopaku” Ożogowskiej i pracy domowej kobiet. O tym, że nie chodzi tak naprawdę o mycie naczyń, ale o życie i władzę.

166166082_fdb19c3000

Czysty dom to oznaka zmarnowanego życia – ta żelazna zasada krzątaczej ekonomii się nie zmieni, choćby przyszło tysiąc Jolant Brach-Czain i napisało tysiąc uwznioślających esejów. Tymi, które marnują życie, najczęściej były i są kobiety. W sferze zawodowej – sekretarki i asystentki. Z punktu widzenia mężczyzny/szefa te niskie czynności z jednej strony jawią się jako „wybitnie nieważne”, z drugiej – jako wykonujące się same, z trzeciej – jako niezmiernie kłopotliwe, jeśli pozostaną niewykonane. Kawa wjeżdża na stół, przy którym toczy się ważna służbowa rozmowa – niezauważenie. Potem ważni ludzie wstają i wychodzą, a kiedy wracają, brudnych filiżanek już nie ma. Chyba że by były, wtedy stanowiłyby przeszkodę, którą można ominąć tylko przez znalezienie innego stołu, najlepiej w innym pomieszczeniu.

Ta praca staje się widzialna, kiedy nie zostanie wykonana. Podobnie wykonawczyni – rzuca się w oczy wtedy, gdy czegoś nie zrobi. Pamiętacie zniknięcie mamy u Frankowskiej?

Tomek nazajutrz po wyjeździe Tosi natknął się na taki skandaliczny widok:

1653434_660788327318631_1523231983_n

W powieści stanął oniemiały, w serialu wykrzyknął: „Skąd się tyle tego bierze?”. I od razu zgodnie z doświadczeniem mężczyzny/szefa zaczął kombinować, jak sprawić, żeby brudne naczynia zniknęły bez wysiłku z jego strony: „Zbiera wszystkie naczynia, układa je w zlewie, na wierzchu stawia patelnię i puszcza wodę. Wymyją się same”. Nic, wydawałoby się, bardziej naiwnego. A jednak działa! Natychmiast pojawia się Krysia – i naczynia znikają. Podobnie dzieje się na wakacjach u cioci – Tomek potrafi sprawić, żeby domowe prace zrobiły się same. Załatwia sprawę rękami kuzynek.

W czwartym odcinku pewnego cudownego serialu ten sam efekt przynosi dopiero starożytna magia kapłana egipskiej bogini Bast wcielonego w domowego kota. Nie ma innego sposobu, żeby mama nie musiała przygotowywać obiadu, odpoczęła i była szczęśliwa. Darek i jego tata, skądinąd sympatyczni faceci, mogą przyrządzić najwyżej przesolone ziemniaki. Kiedy w innym odcinku inżynier Tarkowski postanowi usmażyć jajecznicę, przedsięwzięcie skończy się wbiciem na pełną już patelnię zepsutego jaja. Bez zaklęcia ani rusz.

533488cd8f680

Tak, mam kryzys i tak, mam obsesję.

No i brnę w stereotyp – jak powieść dla dziewcząt, to zaraz dom i rodzina, ewentualnie dylemat pracy zawodowej, podział ról, zawiłości emocjonalne, relacje z matką itp. A gdzie wyprawy w świat? Przygody? Zagadki? Przywództwo w grupie? Mechanizmy wykluczenia i piętnowania? Mierzenie się z krzywdą społeczną? Działanie publiczne? Szeroka emancypacja? Czasami o te tematy zatrącam, na pewno się nimi zajmę, ale jeszcze nie teraz. Zresztą – w kręgu stereotypowych, „małych” problemów często dochodzi do wielkich zmian. Powojenne dziesięciolecia przyniosły wszak obyczajowe trzęsienie ziemi.

W trudnych chwilach (wiem to od grypy sprzed prawie 30 lat) pociechę niesie Rokiś.

1-Scan-046

Ilustracje, ta i niżej, Teresy Wilbik. Rysunki Danuty Konwickiej do „Rokiś wraca” jakoś mnie nie przekonują

(Staro)polski diabeł z przydrożnej wierzby, ściętej przy poszerzaniu szosy. Ofiara, a wkrótce entuzjasta postępu. Miesza się w życie Kasi pod nieobecność rodziców, zwłaszcza mamy, która nigdy go nie spotyka, jakby zachodziła między nimi relacja rozłączności (jeżeli a, to nie b). Mama nie wierzy w Rokisia, ten zaś woli się pojawiać, kiedy mamy nie ma w domu. A nie ma jej w domu, bo jeździ do Wrocławia, gdzie zaocznie studiuje bibliotekarstwo. Potem rusza z mężem reporterem na wyprawę do Mongolii, żeby zapomnieć o poronieniu. Zakres domowych obowiązków Kasi na czas nieobecności mamy się zwiększa. Chociaż dzieli je z tatą, babcią i Brodasiem, dom opanowuje chaos.

1-Scan-045

1-Scan-050

Kiedy mama wraca – „w domu nastaje ład, porządek, spokój i »regularny tryb życia«. Bo mama, chociaż siedem godzin dziennie siedzi w swojej bibliotece, takie umie wyczyniać sztuczki z czasem, że wszystko jest ugotowane, kupione, sprzątnięte i dom chodzi jak zegarek, bez niespodzianek czy katastrof”.

Sztuczki to słowo kluczowe. W cyklu Joanny Papuzińskiej („A gdzie ja się biedniuteńki podzieję”, 1972, „Rokiś wraca”, 1981, „Rokiś i kraina dachów”, 1984) prace domowe mają w sobie coś baśniowego, magicznego. Mama wie, jak nie marnować życia, a zarazem z siłą lokomotywy i lekkością motyla ciągnąć osławione dwa etaty i dokształcanie na dokładkę. Dysponuje krzątaczą magią, którą ustanawia konwencjonalny domowy kosmos. Rokiś zna te same czary, ale sieje zamęt. Już sama jego kosmata obecność w kuchni, w maminym fartuszku, jest estetyczno-egzystencjalnym zgrzytem. Karykaturą.

1-Scan-048

Ma wprawę w pracach domowych, bo jego odwiecznym obowiązkiem jest sprzątanie na Księżycu Twardowskiemu. Działa szybko, z wdziękiem i nonszalancją. Kręci się zamiast prania w pralce, nowym nabytku, przedmiocie maminej dumy. Potem trzeba diabła odkręcać. To oczywista pustota czyniona w urządzeniu, którego pojawienie się w latach 60. stanowiło techniczny przełom i znacznie ułatwiało wykonanie jednego z najcięższych obowiązków domowych. Pralka, jak pisze Małgorzata Szpakowska, odegrała ważną rolę w procesach emancypacji. Frania to jedna ze sztuczek mamy. Inną jest odkurzacz, który z kolei Rokiś zabiera na Księżyc, żeby zmodernizować archaiczne gospodarstwo legendarnego czarnoksiężnika.

Niby nie drwi z tych narzędzi sumiennej i szczęśliwej nowoczesnej pani domu, jednak traktuje je beztrosko. Nie czuje ciężaru krzątactwa. Pewnie nie czmychnąłby przed panią Twardowską. Wręcz się w nią wciela. Jako miłośnik literatury w zamian za głośne czytanie gorliwie wyręcza Kasię w obowiązkach. „Wydziera jej z rąk każdą robotę i w mig się z nią uwija”. W pewnym momencie deklaruje lekkomyślnie: „Będę za ciebie obierał kartofle do obiadu przez sto pięćdziesiąt lat!”. Dziewczynka, mając pod ręką darmową siłę roboczą, „aż wstyd powiedzieć – żyje teraz jak hrabina”. Dla Rokisia to nic, zabawa, incydent, łatwa waluta, przypadkowy środek do ważnego celu.

1-Scan-049

Wykonuje prace domowe, ale mógłby robić co innego.

Nie obowiązuje go zasada, którą respektują wszyscy, choć nikt nie uważa jej za własną. Nie dotyka go alienacja, którą Kasia obserwuje w swojej rodzinie: „jeśli ktoś z domowników wyjeżdża gdzieś sobie, pozostała reszta popada natychmiast w taki stan, który tato mój nazywa »słodką abnegacją«. […] my z mamą, jeśli zostajemy tylko we dwie, zawsze czytamy książki przy jedzeniu. […] Ale żadna z nas nie ośmieliłaby się tego robić przy tacie! Dla odmiany nasz tata, jeśli mama sobie gdzieś wyjedzie, jada prosto z garnków, bez nakrywania do stołu, a w niedziele do samego obiadu, a nawet i kolacji łazi po domu w piżamie. Słodka abnegacja polega jeszcze i na tym, że sprząta się przez ten czas byle jak albo i wcale. I dopiero kiedy nadchodzi dzień przyjazdu, ogarnia nas dwoje, obojętnie których, gorączka czystości i ładu. […] Jestem pewna, że gdy ja wyjeżdżam na kolonie, a rodzice zostają sami w domu, też z lubością pławią się w bałaganie – oczywiście w sekrecie przede mną, bo gdy wracam, wszystko jest ugłaskane i czyściutkie”.

Rokiś pozostaje poza wpływem normy, nie jest przykuty do kontekstu. Jego beztroska wynika z przygodności i wielowiekowej perspektywy. Jest wcieloną anarchiczną magią krzątaczą. Jakby wszystko faktycznie robiło się samo. Podobnie Rademenes w „Siedmiu życzeniach”.

Kiedy czytam peerelowskie powieści dla dziewcząt, często odczuwam brak takiego diabelskiego czy staroegipskiego czynnika, który nie może się tam pojawić ze względu na realistyczną konwencję. Ponieważ mam obsesję, wydaje mi się, że Rokiś wyskoczył z pudełka nie tam, gdzie powinien.

1-Scan-044

Bo tak: w peerelowskich powieściach dla dziewcząt, jak już pisałam, wiele jest nowoczesnych, aktywnych zawodowo, często samodzielnie utrzymujących dom matek. Zawsze zmęczonych, długo i intensywnie pracujących, a potem jeszcze przynoszących pracę i ciągłą naukę do domu. Satyryczne przedstawienie takiej matki (tu akurat nauczycielki) znajdujemy w powieści Natalii Rolleczek „Kochana rodzinka i ja” (1961): „Mama, o ile nie ma tego dnia świadomego macierzyństwa, walki o pokój, Ligi Kobiet, harcerstwa, zebrania aktywu akcji budowy szkół, odprawy w wydziale oświaty MRN, posiedzenia w kuratorium, o ile nie zakupuje pomocy szkolnych, nie użera się z komisją w sprawie remontu szkoły, nie udziela informacji rodzicom, nie robi wykazów, nie pisze sprawozdania, nie uczęszcza, nie popiera i nie przewodniczy – o tyle może być o tej porze w domu, co jest właściwie niemożliwe, prawie jak śnieg w maju, ale czasem się zdarza”.

1-Scan-001

Okładka Zbigniewa Rychlickiego

1-Scan-002 (2)

Odpoczynek Pauli, pracującej siostry Judyty, na rysunku Barbary Dutkowskiej. Rozalia podała kawę po turecku

Znacznie częściej niż społecznie i organizacyjnie zaangażowana nauczycielka występuje jednak lekarka, pracująca w szpitalu i przychodni, wieczorami zaś dokształcająca się lub pisząca doktorat.

Im bliżej lat 90., tym bardziej się to zmienia. Kamieniem milowym postępującego ukonserwatywnienia był „Kwiat kalafiora” Małgorzaty Musierowicz (1981), w którym wyemancypowana Gabrysia, bliska eksplozji wskutek awaryjnego obarczenia obowiązkami mamy, ostatecznie porzuca myśl o domowej rewolucji i przyjmuje harówkowo-romantyczny los kobiety.

Ale w klasycznym okresie gatunku (w latach 60. i pierwszej połowie 70.), matki po prostu nie mają czasu na „zajmowanie się domem” (i jest to neutralne, nie naganne). Domem zbytnio nie zajmują się też niezależne i pochłonięte innymi sprawami córki. Jeśli w rodzinie jest mężczyzna – robi to i owo. W „Beethovenie i dżinsach” (1968) Krystyny Siesickiej mamy piękne sceny, w których Alek przygotowuje kanapki dla rodziców, żeby mieli gotowe po powrocie z filharmonii, proponuje siostrze grzankę, wreszcie przygotowuje obiad i kolację („Niech mi się tu żadne kobiety pod nogami nie kręcą!”). Jego ojciec w pewnym momencie czeka na powrót rodziny z odgrzaną zupą, smaży kotlety i jednocześnie nakrywa do stołu. Kiedy domownicy przybywają, melduje, że obiad będzie za 15 minut, bo za późno wstawił ziemniaki. Ale męskie krzątactwo to wyjątek. Nawet w tej samej powieści matka przeprowadza krytykę swojego iluzorycznego statusu, której sceny męskich zatrudnień kuchennych trochę przeczą: „Mamo. Mamo. To słowo straciło już dla was znaczenie. […] mówicie mamo do tej osoby, która prowadzi gospodarstwo. Gotuje, sprząta, daje pieniądze. Nie gosposiu, tylko mamo”.

1-Scan-003 (2)

Okładka Elżbiety Murawskiej

Skoro kobiece krzątactwo to wyjątek i męskie krzątactwo to wyjątek – ktoś musi przejąć obowiązki. Tym kimś, osobliwym jak Rokiś, zaskakująco często jest właśnie gosposia. Zaskakująco często, bo to przecież postać z innej epoki. Nie przypadkiem chyba w niemal wszystkich znanych mi przypadkach gosposia występuje w powieściach pisarek starszego pokolenia, urodzonych pod koniec XIX i na początku XX wieku. Irena Jurgielewiczowa (ur. 1903) we wspomnieniach „Byłam, byliśmy” (1997) pisze o czasach swojego dzieciństwa: „w każdym, nawet najbiedniejszym, ale przeznaczonym dla inteligencji pomieszczeniu jest w kuchni kącik dla służącej. Z rzadka bywała »osobą dochodzącą«, z reguły mieszkała razem z chlebodawcami, choćby w ciasnocie i niedostatku. Obywanie się bez proletariackiej pomocy fizycznej było czynnikiem degradującym, walczyło się z taką sytuacją do granic możliwości”. Przywołuje też scenę z „Dzienników” Żeromskiego, żelaznego etosowca, w której biedujący przyszły pisarz sam wynosi swoje wiadro ze śmieciami pod osłoną nocy, żeby ukryć przed otoczeniem, że nie może sobie pozwolić na służącą.

Jurgielewiczowa

Stare wzorce prestiżu, bezpretensjonalnych przecież autorek, okazały się silniejsze niż nowe realia. Status majątkowy bohaterek – miejskich inteligentek – nie jest specjalnie wysoki, a jednak powieściową lekarkę („Godzina pąsowej róży” Marii Krüger, 1960; „Dwie miłości” Elżbiety Jackiewiczowej, 1968) czy nauczycielkę („Kochana rodzinka i ja”) najwyraźniej stać na opłacenie zastępstwa w gotowaniu, sprzątaniu i opiece nad dziećmi. Piszę „stać”, ale to tylko mój wniosek – kwestia wynagrodzenia bowiem jest przemilczana. Równie dobrze powieściowe gosposie mogłyby pracować za darmo.

Zapewne dlatego, że pisarki bardzo się starają, by czytelnik nie odniósł wrażenia, że chodzi o pracę najemną dochodzącej służącej. Genowefcia, Adusia – już familiarne formy imion są znaczące.

Nawiasem mówiąc, służąca rodziców Irenki Drozdowiczówny (przyszłej Jurgielewiczowej), była nazywana – a jakże – Scholasią.

jurgClipboard01=2

Starsza, raczej prosta kobieta jest od wielu lat emocjonalnie związana z obsługiwaną rodziną i nie ma własnej. Zdarza się, że była jeszcze piastunką obecnej pracodawczyni. „Ma czas” albo „znajduje czas”. Bardzo chce „pomóc”, jest oddana, nie oczekuje w zamian niczego specjalnego. Kochana i szanowana, ma silną pozycję, przysługują jej specjalne prerogatywy, może np. szczerze powiedzieć do słuchu czy wymierzyć klapsa, ale też bywa lekceważona przez nastoletnie podopieczne. Anda oszukuje poczciwą Genowefcię („Godzina pąsowej róży”), a Kasia, rozmawiając w obecności Adusi przez telefon, oznajmia koleżance, że jest w domu sama. „Takim kobietom nie poświęca się uwagi – przemijają, jak przepływa powietrze, konieczne do życia, a przecież niezauważalne” („Dwie miłości”).

1-Scan

Obwoluta Tadeusza Michaluka

Same pisarki traktują gosposie mniej lub bardziej protekcjonalnie. Bywają one po prostu typami komicznymi, czkawką po archaicznej zasadzie decorum, zgodnie z którą postacie ludowe przypisane są do tematów i gatunków komediowych. Tak jest z Genowefcią, tak z Rozalią („Kochana rodzinka i ja”) – nadętym katolickim babsztylem.

Bez owijania w bawełnę status służącej pokazuje Jackiewiczowa w „Tancerzach”. Magda, córka prominentnego dziennikarza i uznanej rzeźbiarki, jedynaczka w zamożnym domu, ma do bezimiennej gosposi stosunek pozbawiony sentymentów, wyniosły: „ostatecznie gosposia jest płatnym domowym pracownikiem i to ona musi się z Magdą liczyć [więc dziewczyna może ją obudzić, wracając późno do domu]”.

Dopóki nie przeczytałam powieści Eugenii Kobylińskiej-Masiejewskiej „Córki chcą inaczej” (1966), bardzo sceptycznie podchodziłam do sublimacyjnych zabiegów pisarek, starających się przedstawić gosposię jako członka rodziny. Wydawało mi się to naiwne/nieuczciwe/antyemancypacyjne. Kobylińska-Masiejewska i jej Wincenta (czasem zwana – a jakże – Wincunią) trochę mnie przekonały.

1-Scan-012 1-Scan-001.BMP

Obwoluta i strona tytułowa Gizeli Bachtin-Karłowskiej

Stara sługa rodziny Klargisów, obecnie dumna pracownica państwowa, mimo podeszłego wieku „znajduje czas” i siły, by pomóc uwielbianej Linie, dorosłej już córce przedwojennych państwa, którzy ongiś nie mieli Wincencie za złe nieślubnej ciąży. Jej przywiązanie datuje się od tamtego dramatu. Chłopska córka uciekła po ojcowskim biciu do Warszawy, by urodzić niechciane dziecko i oddać je starszej siostrze. Wyrozumiali Klargisowie przyjęli ją w stanie dyskwalifikującym służące, bo „oceniono jej zalety, a pani nie była z rzędu świętobliwych obłudnic”. W czasie okupacji odwdzięczyła się im, już nieżyjącym, wożąc ze wsi towar do sklepu, prowadzonego przez ciotkę opiekującą się Liną. Wspólnie przeżyta wojna i wspólny handel ugruntowały związek kobiet, które wcześniej dzieliła przepaść. W czterdziestym piątym Wincenta odnalazła dziewczynę z niemowlęciem, nielegalnym owocem powstańczych uniesień, i pokochała również małą Basię.

Nieślubne dziecko to piękna analogia między losami wsiowej służącej i zamożnej mieszczki. Jakoś je – szorstką, rozrosłą babę i zalotną kobietkę – zrównuje i wiąże. Ale nie unifikuje. Ich położenie w analogicznej sytuacji znacząco się różni. Zapisuję to na mojej tajnej karteczce z argumentami potwierdzającymi tezę, że PRL otwierał wyobraźnię na to, co dziś nazywamy trzecią falą feminizmu, zwłaszcza na solidarność kobiet o odmiennych interesach klasowych.

Basia nazywa ją Bianią (babcią-nianią). Wincenta w tej nienormatywnej babskiej rodzinie pełni funkcję surowego autorytetu, raz nawet przekłada rozdokazywaną nastolatkę przez kolano i wymierza jej kilka słusznych klapsów, co w powieści dla dziewcząt tego okresu – gdzie rodzicielska fizyczna przemoc jest straszliwym, nagannym wyjątkiem, przejawem bezradności – robi piorunujące wrażenie. Lanie od starej sługi jest odwrotnie proporcjonalne do permisywizmu nowoczesnej matki-siostry. Skarcona dziewczyna odbiera zatem podwójną lekcję: o wolności i jej granicach.

Czym zawiniła? Skłamała, że jest w ciąży, żeby choć na chwilę udowodnić, że nie stroi fochów, ma prawdziwe zmartwienie. A Wincenta akurat sporo o byciu w niechcianej ciąży wie i nie może znieść wykorzystywania dramatyzmu tego stanu w doraźnych gierkach smarkatej uzurpatorki. Poniżenie i piętno, których zaznała, są święte i nie wolno używać ich w żadnym celu, a już na pewno nie do wytwarzania fałszywego statusu ofiary. Basia chciała zaznać przywilejów ofiary, nie znając podłego losu ofiary, przede wszystkim wstydu bycia ofiarą. Dlatego Wincenta się nie waha – od razu wie, że Basia kłamie i nie jest w ciąży. Prawdziwa ofiara wstydziłaby się swego statusu. Trzeba by ciężkiej społecznej pracy, żeby ten wstyd przełamać. Basia, kiedy tylko minie poklapsowe zaskoczenie, natychmiast zrozumie, że przesadziła.

To krótkie spięcie zawiera cały kosmos. Ale Kobylińska-Masiejewska zmieniła nieco moją surową opinię o gosposiach w PRL-owskich powieściach dla dziewcząt przede wszystkim godnościową narracją Wincenty. Jako przedszkolna kucharka niedaleko, wydawałoby się, odeszła od poprzednich zatrudnień, a jednak państwowa posada to dla niej znaczny awans. Po paru odczytach dla „personelu technicznego” i otrzymaniu medalu dziesięciolecia Wincenta „zhardziała” w stosunku do sklepikarki Sieniutowej, przedstawicielki „inicjatywy prywatnej”. Autorka bierze personel techniczny i inicjatywę prywatną w cudzysłów, a więc dystansuje się do oficjalnego języka PRL-u i lekko pokpiwa z przyswajającej go Wincenty. Zarazem jednak dostrzega jego potencjał emancypacyjny. Nieważne, co się robi, ważne, w jakiej atmosferze. Stara służąca obdarzona formalnym uznaniem porzuca pokorę. Ona faktycznie chce córce i wnuczce dawnej dobrodziejki po prostu „pomagać”. Jak równa równym. To nie eufemizm skrywający pogardzaną pracę najemną.

Zatrzymana bezczelnym kłamstwem Basi, spóźniona na „państwową służbę” – zrywa się jak oparzona i już jej nie ma. Zdenerwowanie zaburzyło jej plany, wydłużyło pobyt u podopiecznych, ale opamiętawszy się, nie poświęca smarkuli ani chwili więcej. Robi dokładnie to, co wcześniej robiła z ekonomicznego przymusu i łaski pani, ale dobrowolnie, honorowo. Stać ją na gest. Nie poświęca się, działa czule, ale trzeźwo. Nie tylko nijak nie uwłacza to jej godności, a wręcz ją wzmacnia. To samo, co przed wojną było znakiem niższości, Wincenta przy politycznym wsparciu uczyniła potwierdzeniem może niezbyt wysokiej, ale pewnej i uznanej pozycji społecznej.

Rolleczek w „Kochanej rodzince” przedstawia taki awans jako proces masowy: „Od września mamy już siódmą pomoc domową. Albo się nie nadaje, albo sama odchodzi »na posadę«: do fabryki, do szpitala, na sprzątaczkę, byle nie do garnków”.

Feminizm trzeciofalowy zwraca uwagę, że kobiety z klasy średniej emancypują się kosztem gorzej sytuowanych sióstr, na przykład mogą płacić im za prace domowe, a same rozwijać aktywność pozadomową. Ewelina i Wincenta omijają tę pułapkę. Wiem, brzmi podejrzanie. Jak jakaś sztuczka. A jednak Kobylińska-Masiejewska, nie dysponując, umówmy się, wybitnym piórem, zdołała te trzy bohaterki i relacje między nimi nakreślić sprawiedliwie. Uniknęła efektu Rokisia.

Czy tylko ona? Poczytamy, zobaczymy.

Trzy nowoczesne matki

W peerelowskich powieściach dla dziewcząt wiele jest nowoczesnych, wyemancypowanych, zajętych własnym życiem matek. Może nawet więcej niż w najnowszej literaturze toksycznych, patriarchalnych matek gastronomicznych. W każdym razie dziś bardzo rzucają się w oczy jako nosicielki zredefiniowanych ról i relacji rodzinnych. To temat rzeka, dziś pierwsza przymiarka.

1-Zdjęcia-1967Dobrym przykładem jest matka Andy z „Godziny pąsowej róży” Marii Krüger (1960). Jak wiele matek w ówczesnej literaturze dla młodzieży jest lekarką, wykonuje więc zawód prestiżowy, ale jednocześnie „kobiecy” (związany z opieką nad ciałem, choć nie tak „naturalnie” jak pielęgniarstwo). Mimo licznych zajęć, zmęczenia i ciągłego pośpiechu jest elegancka, wesoła i młodzieńcza. Nie rezygnuje z rozrywek. Chciałaby częściej chodzić z mężem inżynierem do kina. Prowadzi niezobowiązujące życie towarzyskie – goście w jej niewielkim mieszkaniu piją kawę, siedzą gdziekolwiek, choćby na podłodze, i są na ty. Pali papierosy i stosuje makijaż (który w peerelowskiej popkulturze mniej więcej do końca lat 60. funkcjonował jako wyraźny znak kobiecej nowoczesności). Nie ma czasu zajmować się domem. Tę funkcję oraz część obowiązków tradycyjnie matczynych, jak karmienie, opieka i gderanie, przejęła gosposia Genowefcia, która pracuje dla rodziny od dwudziestu lat i ze względu na więzy emocjonalne właściwie jest jej członkiem, nie służącą. Mamy rok 1960 i społeczeństwo bezklasowe. Genowefcia wykonuje swoją pracę z potrzeby serca, kwestia jej pensji i innych warunków zatrudnienia w tekście nie występuje.

Mamę Andy widzimy przelotnie, na początku i na końcu powieści. Poznajemy natomiast pośrednio, przez kontrast z matką dziewiętnastowieczną, z którą Anda porównuje ją po karnym przeniesieniu do 1880 roku. Tamta wcześnie postarzała, poważna, udręczona bądź gniewna matrona jest kobietą domową. Wychowuje córki pod dyktando obscenicznej patriarchalnej kultury, w której właściwie wszystko, co zrobi lub powie przybyszka z nowoczesności, może się okazać nieprzyzwoite. Surowa i koturnowa, wciska Andę (a właściwie Anusię, bo forma Anda w XIX wieku jest gorsząca) w gorset zakazów i nakazów dotyczących ciała, zachowania, języka i intelektu kobiety. To ona kwalifikuje swobodne poczynania i słowa córki jako przypadek medyczny i wzywa lekarza. Łączy rytualny rodzicielski dystans ze ścisłym nadzorem i systemem kar.

W 1960 roku ten model to odległa przeszłość. Wymaga archaicznego kostiumu. Mama dwudziestowieczna odwrotnie – choć słabiej, rzadziej obecna, ograniczająca kontrolę rodzicielską prawie do zera, ma z córkami nieporównanie bliższe, czulsze relacje. W ekranizacji powieści (1963, scen. i reż. Halina Bielińska) siostra Andy dopiero po ślubie przedstawia rodzicom wybranka swego serca, a oni po chwilowej konsternacji z uśmiechem winszują nowożeńcom decyzji. Matka daje dziewczynom swobodę. Wychowuje, zajmując się sobą, jakby realizowała projekt, który w „Absolutnej amnezji” Marianna proponuje Niepokalanej: „Zrób coś dla siebie […] A ja tylko skorzystam”.

Anda rośnie śmiała, wolna, niewinna, nie znająca wstydów, które osiemdziesiąt lat wcześniej świadczyły o uwewnętrznieniu przez dziewczęta mizoginii epoki. Lekceważy kontrakt płci, kwestionuje wartość galanterii wobec kobiet, jakby czytała Walczewską. Chce zostać mistrzynią świata w pływaniu, czyli wyczynowo uprawiać sport, co było wówczas (bywa nadal?) poważnym wykroczeniem przeciwko „kobiecości” (zob. felieton Zientarowej „Olimpiada w domu” z cyklu „Wojna domowa trwa”). W odróżnieniu od siostry prymuski nadużywa zaufania, kłamie i manipuluje. Wymagałaby wzmożonej kontroli, ale w nowoczesnym roku 1960 nie ma instancji, która mogłaby ją objąć nadzorem i skarcić. Stąd dyscyplinująca podróż w czasie. Matka dziewiętnastowieczna ze swoim kulturowo-instytucjonalnym zapleczem jest straszna, ale (czasami) niezbędna.

1-Scan-024W „Przecież to wszystko” (1979) Anny Frankowskiej mama Małgosi jest ambitną prawniczką z dwoma aplikacjami, wciąż się dokształcającą. Pracuje w dużych zakładach przemysłowych jako radca prawny. Odpowiedzialna posada i dojazdy do większego miasta pochłaniają niemal cały jej czas i energię. Wraca późno, wykończona, z papierami do zanalizowania w domu. W piekarniku czeka na nią zostawione przez córkę jedzenie. Pyta, ale jej uwaga nie skupia się na odpowiedzi córki. Mąż odszedł dawno temu, kiedy Małgosia była mała. To porzucenie było dla niej towarzyską i finansową degradacją. Dzięki determinacji poradziła sobie aż nazbyt dobrze, zyskała wysoką pozycję zawodową i niezależność finansową. Wszystko podporządkowała temu jednemu celowi i odniosła sukces. W odróżnieniu od bezproblemowej i przezroczystej matki Andy jest skomplikowana i enigmatyczna. To matczyna forma pośrednia. Silna i bezradna. Szczęśliwa i zrozpaczona. Niegdyś racjonalna negocjatorka zasad domowego współżycia, obecnie emocjonalna szantażystka, uwielbiająca inscenizować własne cierpienie, ale skrywająca jego treść.

Wychowuje jednocześnie na dwa sposoby – podmiotowy i przedmiotowy: „Sama się dziwię, kiedy zdążyłaś mi to wszystko wpoić, zawrzeć ze mną te wszystkie pakty i nauczyć mnie ich przestrzegania. Byłaś o mnie spokojna, bo wiedziałaś, że jestem rozsądna. Ale kryłaś się z tym. Oficjalnie zawsze mi nie dowierzałaś. […] Bo gdybym poczuła Twoje zaufanie, mogłabym się rozbestwić”. Czasami, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych, jak afera z dziennikiem, biorą w niej górę kulturowe automatyzmy, które każą sięgnąć po repertuar rodzicielstwa autorytatywnego i wulgarnie zagrozić nadzorem i karą.

Tak samo jak matka Andy matka Małgosi zdołała dobrze wychować córkę, właściwie jej nie wychowując. Koncentrując się na sobie i swoich ambicjach. Wierząc w jej rozsądek. Ale matczyne zaufanie, które łatwo pomylić z przemęczeniem, sprawiło, że stały się dla siebie nieznajomymi. Wydarzenia, o których sobie nawzajem nie opowiadają, rozdzielają je mimo charakterologicznego podobieństwa i wspólnoty doświadczeń. Obie przeżywają fatalne chwile, po czym wracają do domu i kłamią, że świetnie się bawiły. Co wieczór spotykają się po raz pierwszy. Córka opowiada niechętnie, bo matka słucha nieuważnie, tak że za każdym razem dziewczyna musi zaczynać opowieść od początku. Jedna i druga ma swoje „prywatne” sprawy, których nie poruszają w rozmowach. Pozostają w stosunkach quasi-publicznych.

Bohaterka „Godziny pąsowej róży” widzi swoją mamę w społecznej próżni. Małgosia w powieści Frankowskiej obserwuje inne matki, pilnujące, sprawdzające, niepokojące się o córki. I brakuje jej tego w domu. Tęskni do społecznej normy. Gdy została obdarzona/obarczona samodzielnością, była zbyt mała, by zrozumieć warunki umowy (podyktowane przez zaangażowaną w pracę zawodową matkę). Teraz nie wyobraża sobie renegocjacji domowego ładu. Kiedy jej mama pewnego razu przygotowuje kolację, czyli próbuje pojednawczo wejść w tradycyjną rolę, Małgosia jest tak zbita z tropu, że przy stole zapada niezręczna cisza.

A jednak sytuacja nie jest beznadziejna. Frankowska nie straszy nowoczesnością i zaangażowaniem zawodowym kobiet. Przełom i porozumienie następują w momencie, w którym czytelnik, zwłaszcza dzisiejszy, najmniej się tego spodziewa. Mama Małgosi zostaje wezwana do szkoły. Dyrektora boi się jeszcze bardziej niż córka. Nienawidzi jej za to, jest bezradna, krzyczy, grozi. Przez niefortunną interwencję ciotki, twierdzącej, że ojciec Małgosi domagał się usunięcia ciąży, zostaje zmuszona do wyznania, które dzisiaj by ją ostatecznie skompromitowało. Zaciąga się papierosem i mówi: „To ja cię nie chciałam”. Trudnych pytań córki jest więcej, matka zaczyna płakać. Nie pokrywa już cierpienia i bezradności krzykiem.

I właśnie wtedy, tuż po aborcyjnym wyznaniu, wybuchają najlepsze córczane uczucia. Między szczęśliwą Małgosią i jej rozbitą matką rodzi się bliskość, czułość, zrozumienie. Wkrótce nastąpi definitywne rozstanie, ale pretensje i żale znikają. Na podobny zwrot fabularny stać dziś chyba tylko Grażynę Plebanek.

1-Scan-023

Jeszcze więcej swobody daje matka Lilce Sagowskiej, bohaterce „Słoneczników” (1962) i „Paladynów” (1964) Haliny Snopkiewicz. Też jest lekarką (laryngolożką), wojenną wdową, zaprzątniętą swoimi sprawami, życiem towarzyskim, ponownym wychodzeniem za mąż i rozwodzeniem się, potem jakimś nowym związkiem. „Mamie w ogóle szkoda dla mnie czasu”, nie lubi mnie wychowywać – oświadcza beztrosko licealistka, wyposażona jedynie w mgliste matczyne instrukcje, żeby nie robiła głupstw. Żadnych konkretnych zakazów. Ma wrażenie, że mogłaby nie wracać na noc do domu. Zresztą po ślubie mamy przenosi się do wynajętej kwatery po drugiej stronie ulicy, bo w pokoju z kuchnią nie ma dla niej miejsca. Osobne mieszkanie nastolatki to element innej kultury, opartej na zaufaniu, które tu z kolei łatwo pomylić z obojętnością. Bywa, że Lilka reaguje ironicznie, ale nie jest zbyt zraniona wczesnym i zdecydowanym odstawieniem od piersi. Tym bardziej, że odległa matka „potrafi interweniować w niezwykle trafnych momentach”.

Jest najbardziej enigmatyczną ze znanych mi literackich matek. Snopkiewicz (jak Frankowska i inne autorki) pokazuje ją z perspektywy niezorientowanej i borykającej się z własnymi problemami córki, która powiada, że gdyby chciała scharakteryzować matkę, straciłaby rozum. Ich osobliwą, pozbawioną sentymentu relację trudno nazwać miłością, ale też nie można jej określić jako miłości brak. Lilka, zgłaszając kłopot z charakterystyką matki, zgłasza jej nieprzystawalność do znanych konwencji.

Mają za sobą koczownicze wojenne lata, które po śmierci ojca rozstrzelanego przez Niemców spędziły tylko we dwie. Lilka sama się wtedy edukowała, a jej matka wykazywała zimną krew. Uchodząc z domu, który mieli spalić Niemcy, kwitowała sarkastycznie, że dwa tygodnie temu malowała ściany. Wyjęła kulę z brzucha partyzanta, ale popsuła wrażenie czynu beznamiętnym komentarzem. Okupacyjne doświadczenia nie zbliżają matki i córki, w ogóle nie są przywoływane. I najwyraźniej nie jest to wyparcie. Bohaterki nie sprawiają wrażenia nosicielek traumy.

Pani Sagowska (jak matka w powieści Frankowskiej) wierzy, że córka jest rozsądna. I na przykład nie zajdzie w ciążę. Choćby dlatego, że na co dzień obcuje z nią – chłodną, konkretną, pozbawioną złudzeń i pretensji realistką, która niezbyt dba o mężczyzn, uważa, że „dla kobiety najważniejszy jest zawód”, a „sprawy, które są jej niepotrzebne, odcina jak pędy pomidorów”. Zostawia Lilce pełną odpowiedzialność za własne czyny. Wzywana do szkoły oponuje: „Lilka, daj mi spokój, jak się wpędziłaś w aferę, to nadstawiaj sama głowy, dobrze?”.

O dziwo, nigdy nie rozmawiała z córką o „tych rzeczach”. W ich cyniczny pakt wpisana jest zatem pruderia. Lilka wstydzi się przy matce rozebrać, co wskazywałoby, że ta na wskroś nowoczesna kobieta w jakiś sposób hołduje obscenicznej kulturze. Poza kontaktami z matką Lilka jest bezwstydna, w tym sensie, że nie uwewnętrznia kulturowej opresji. Zdrowe podejście do spraw ciała dziewczyna zawdzięcza koedukacyjnej szkole, gdzie „nikt nie dostawał wysypki nerwowej na widok płci odmiennej”.

Przeniesiona do żeńskiego liceum ze zdumieniem obserwuje nieprzyzwoitą nadpobudliwość koleżanek, dla których „słowa »gimnazjum męskie« to jakiś ołtarz, zaklęcie, modlitwa”. Uczennice nie znające koedukacji gorliwie uczęszczają do kościoła. Powód jest podwójny – rozmodlenie i nadzieja na spotkanie z chłopcami. „Gdzie ja wylądowałam? Przecież to pensja pani Latter”, notuje Lilka w swoim dzienniku i czuje się jak Anda wrzucona w 1880 rok. Tymczasem bohaterka „Słoneczników” przy czytaniu „Trędowatej” płacze ze śmiechu i nie tylko nie jest pensjonarką, ale potrafi wywołać pensjonarski rumieniec u dziarskiego chłopaka, wręczając mu wianek z margerytek z zastrzeżeniem, że „to nie symbol”. Chce żyć, jak ma ochotę, według własnych reguł. Ma przed sobą całe życie, „które można roztrwonić według własnych pragnień. Szaleć, szaleć, szaleć, ciągły ruch, zmiany, pasje, porywy, upadki i wzloty!”.

Nie bardzo wiadomo, skąd Lilka – taka śmiała, trwoniąca życie według pragnień, nie oglądająca się na doktrynerów moralności – się wzięła. Musiała w jakiś niebezpośredni, niedosłowny sposób wynieść to z anarchicznych czasów wojny i dostać to od matki. Inaczej nie byłaby tak odporna na wpływy kościelnych i zetempowskich dewotek. Jej żywiołowe, heretyckie zaangażowanie w komunizm jest skutkiem czy wzmocnieniem śmiałości, nie przyczyną. Również lektura Woltera i Boya przychodzi później.

Kończą się lata 40., zaczynają 50. i wiele się zmienia, ale obsceniczna kultura mocno się trzyma. Czasem sama obecność kobiety bywa nieprzyzwoita, „prowokacyjna”. W okolicach najsłynniejszej budowy epoki „tłum wyrostków okupuje chodnik” i Lilka powinna pamiętać, by „ten odcinek Alei przebiegać, podnosić kołnierz i mieć wzrok utkwiony we własne buty. […] u stóp budującego się Pałacu Kultury nie wolno się kobiecie obejrzeć” („Paladyni”, 1964). Obok tradycyjnej obsceniczności pojawia się nowa, partyjna, która każe piętnować dziewczęta opalające się na dachu akademika pod urzędowymi oknami. I znów Lilka nie rozumie: „Nie kokietowałyśmy ich rozmyślnie, ale dlaczego niby nie miałyśmy korzystać ze słońca, bo panowie z vis  à vis nie mieli kręgosłupa? Plany się w tym biurze musiały zawalić, bo dyrektor zamiast zrobić swoim podwładnym szkolenie ideologiczne, wystąpił »na drogę« przeciwko nam”.

Lilka zawdzięcza matce chyba więcej, niż obie przypuszczają. Żarliwa członkini ZMP, która zamierza przebudować świat, patrzy na lekarkę nie lubiącą swojej pracy, przedstawicielkę zamożnej przedwojennej elity i jej polityczny sceptycyzm z dużym dystansem: „ Matka jest dziwna, nie wiadomo czym żyje, dni przepływają jakoś obok niej, do niczego nie przywiązuje wagi”. Lilka chce coś zrobić dla społeczeństwa, np. jako wychowawczyni w zakładzie dla trudnych dzieci, i jeży się na myśl o stabilizacji, którą uważa za domenę wyrachowanych, tępych kujonów. Matka zaś namawia ją na gwarantującą spokój i dobrobyt stomatologię. Choć bezpretensjonalna, obraca się w „dostojnym i intelektualnym towarzystwie” niechętnej powojennym zmianom prowincjonalnej elity. Kiedy Lilka trafia na przyjęcie u jej znajomych, przez cały wieczór podważa „skorupy raków, trafność nazw rozmaitych tortów i ustalone pojęcia moralne”. Pani Sagowska dystansuje się od tego środowiska, ale zarazem nie wtóruje córczanej krytyce. Jest w tym rezygnacja, może trochę sybarytyzmu, pragmatyzm.

Kwestie finansowe bohaterki regulują urzędowo suchą, choć niepisaną umową. Lilka przez pięć lat od rozpoczęcia studiów co miesiąc będzie bezwarunkowo otrzymywać od mamy niewielki, ale znaczący przekaz. Może zmienić wydział, oblać egzamin, nieważne, ma pięć lat na osiągnięcie finansowej niezależności.

Dowiadujemy się o tym z najważniejszej chyba sceny między Lilką i jej matką – z rozmowy w warszawskiej kawiarni, której punktem wyjścia jest sprawa aborcji. Lilka w imieniu koleżanki zwraca się do mamy z prośbą o pomoc: „pewne młode dziewczę ma do wyboru: powiększyć świat o jedną osobę z dyplomem wyższej uczelni albo zakupić parę metrów płótna na pieluchy. Bohaterka się skłania do możliwości pierwszej. Gdyby jakiś Twój znajomy dysponował odpowiadającą tym potrzebom etyką – napisz do mnie szybko, natychmiast”. Otrzymawszy ów eufemistyczny i sarkastyczny list, pani Sagowska przyjeżdża w perfekcyjnie skrywanej panice, przekonana, że w ciąży jest Lilka. Gdyby czytała peerelowskie powieści dla dziewcząt, wiedziałaby, że to (prawie?) niemożliwe – w niechcianej ciąży są zazwyczaj (zawsze?) koleżanki głównych bohaterek.

Zabronione przez ustawę „sztuczne poronienie” przeprowadzane w prywatnych gabinetach, ale niekoniecznie odpłatnie, pro-choice’owe poglądy Lilki, sposób, w jaki w finale „Paladynów” dziewczyna wykorzystuje prawny zakaz do politycznej manifestacji – to temat na inną notkę.
Tutaj istotne jest, że aborcyjny punkt wyjścia nadaje rozmowie córki z matką fundamentalny charakter, acz pokrętny i nerwowy przebieg.

Wezwana na pomoc laryngolożka szybko oddycha z ulgą, że ciąża nie przytrafiła się jej córce, ale to nie koniec nieporozumień. Rozmawiają o inicjacji seksualnej, miłości, projektach życia społecznego, finansach, nieudanych próbach pisarskich. Nie mogą dostroić tonów, języków. Posługują się eufemizmami, ale zarazem są bezpośrednie i szczere. Rozmowa toczy się nie tak, jak powinna. Nie tak, jak by chciały. Wyobrażenia ścierają się z wyobrażeniami, cynizm przechodzi w idealizm i na odwrót. Dojrzała seryjna monogamistka nagle zaczyna mówić językiem romantycznej miłości. Młoda komunistka dopytuje, czy obiecana kwota ma jej wystarczyć również na buty. Mnożą się i zazębiają wątki i znaczenia.

W efekcie matka wyjeżdża z Honoratą, by zorganizować jej zabieg usunięcia ciąży. Praktyczny cel spotkania matki i córki został osiągnięty. Jednak rozmowa sprawia wrażenie pożegnalnego protokołu rozbieżności. Rozstają się w dziwnym stanie przyjacielskiego niezrozumienia. Planowana aborcja stanowi nastrojowy analogon tej sytuacji – jest negatywnym aktem pomocy.

***
Co z tego wynika? Nie mogę jeszcze sformułować wielkich wniosków. Mam jednak kilka ogólnych spostrzeżeń.
Snopkiewicz, Frankowska i inne peerelowskie autorki dają czytelniczce coś, o co trudno we współczesnej powieści popularnej.
Ich bohaterki są wielowymiarowe i zawsze niedookreślone. Bycie matką i córką to jeden z wielu rodzajów relacji, w które wchodzą. Wpływa na inne sfery życia, ale nie dominuje, raczej stanowi subtelną podstawę zachowań.
Matczyno-córczane układy prezentowane na pierwszym planie odbiegają od społecznej praktyki, ale nie są patologiczne, ani nawet nienormatywne. Bo Snopkiewicz, Frankowska i inne (w odróżnieniu od niektórych swoich bohaterek) zdają się nie odczuwać presji normy. Rodzinę w ich powieściach trzeba ciągle od nowa negocjować i konstruować.
Matka i córka reprezentują dwie różne nowoczesności – przydałaby się dziś taka fabuła odbiegająca od fatalnego schematu konfliktu emancypacji i tradycji. Różnice między matką i córką mają charakter społeczny i polityczny, a nie tylko, jak jesteśmy przyzwyczajeni, kulturowy. Kameralny dramat rozgrywa się w kontekście historycznym.
Autorki z jednej strony nie tracą energii na walkę z konserwatywnym cieniem, z drugiej – nie przestrzegają oficjalnej zasady emancypacyjnego optymizmu. Emancypacja to zawiązanie, nie ewentualne zwieńczenie akcji czy bezproblemowe status quo. Wymaga pracy, intelektualnego i emocjonalnego rozwoju. Kwestionowania wczorajszych osiągnięć. Wiąże się z poważnymi kosztami psychicznymi, ale to nie jest argument przeciwko niej. Wręcz przeciwnie.
Fabuły o tym opowiadające są nieprzewidywalne, niejednoznaczne, otwarte, angażujące. Lepiej, przyjemniej się je czyta. I długo o nich myśli.

Wdzięczność i wstyd

Irena Jurgielewiczowa. Jedna z tych starych, poczciwych nauczycielek urodzonych na początku XX wieku, które w PRL-u zostały pisarkami młodzieżowymi (ta biograficzna prawidłowość zasługuje na osobną notkę).

Lektura szkolna „Ten obcy” (1961) to rzecz o wielkiej miłości do uciekiniera Zenka czworga przyjaciół:

– lękliwej, dziewczęcej, ale zasadniczej Uli, oczywistej zwyciężczyni rozgrywki,

– dziarskiej i odważnej Pestki, która chce imponować tym, że jest równie fajna jak chłopcy,

– szlachetnego Mariana, dotąd samca alfa, zagrożonego, ale i przyciąganego przez rywala

– oraz najmłodszego Julka, dziecinnego mizogina, który otwarcie adoruje ukochanego przywódcę i jest boleśnie zazdrosny o Ulę.

Fabuła, jak pamiętacie, jest ciekawa – każdy inaczej kocha Zenka i przez to zmienia swój sposób odnoszenia się do pozostałych członków grupy. Dynamika relacji się komplikuje, a jeśli dodać do tego napięcie w stosunkach z rodzicami oraz przenoszenie emocji na bezdomnego psa – byłoby o czym pisać.

Wybrałam jednak kontynuację „Tego obcego” z dramatycznym pytaniem w tytule – „Inna?” (1975, okładka Grażyny Rogowskiej, genialne ilustracje Leonii Janeckiej).

1-Scan-001.BMP

Może dlatego, że ostatnio znów czytałam dużo Musierowicz, zemdliło mnie i znalazłam remedium w lekturze tej właśnie powieści Jurgielewiczowej. I wcale nie wynika to – jak twierdzi Musierowicz – z opozycji między literaturą pocieszycielską a literaturą skoncentrowaną na „brudzie świata”. Chodzi o różnicę między pocieszeniem głupawym i natychmiastowym (Jeżycjada) a warunkowym, poprzedzonym ekspozycją trudności (książki Jurgielewiczowej).

Zdjęcia-2102

Danka, tytułowa bohaterka „Innej?”, to wychowanka domu dziecka, która spędza Boże Narodzenie w „prawdziwej” rodzinie.

1-Scan-011

Goszczącym ją domem włada despotyczny ojciec, który nie pozwala żonie i dorastającemu synowi o niczym decydować: „To dla twojego dobra – odpowiada mamie, jeśli ta wnosi jakiś protest. Dba o mamę, to prawda, tylko że mama chociaż czasem wolałaby sama postanowić, co jest dla jej dobra, a co nie”. Matka i syn żyją tak, by zadowalać ojca. Danka nie zna pojęcia drugiego, domowego etatu kobiet, ale spogląda na cały układ z marginesu, więc widzi, że pod tym dachem nie ma sprawiedliwości – dom musi błyszczeć, zanim ojciec wróci z pracy, chociaż matka Mariana też pracuje zawodowo (jako pielęgniarka).

1-Scan-010

Paternalizm objawia się jednak jeszcze inaczej. Mianowicie w drobnomieszczańskim zamknięciu rodziny: „Ojciec obcych nie lubi, denerwuje go, jeśli trzeba odstąpić od stałych domowych przyzwyczajeń, dostosować się do kogoś, obsługiwać go, krzątać się…” Te oschłe bezosobowe formy ociekają obłudą – przecież to nie ojciec będzie się krzątał. Pan domu maskuje niechęć troską o żonę, ale tak naprawdę jest zazdrosny o energię jej tysiącznych ruchów, której część ma być skierowana w innym kierunku.

1-Scan-012

Dlatego też ustępliwa żona tym razem stawia na swoim. Chce przyjąć sierotę na święta i przyjmuje.

Sprawa kobiecej emancypacji splata się z oporem wobec czynienia z rodziny „ośrodka uczuć antyspołecznych” (Brzozowski). Mama Mariana, której miałby być rzekomo oszczędzony dodatkowy wysiłek, wyraźnie nie życzy sobie, by „cały świat poza obrębem rodziny był zdobyczą lub nieprzyjacielem” (znów Brzozowski). Pal sześć dodatkową krzątaninę, byle rozszczelnić izolację. Jurgielewiczowa wie, że stawką emancypacji nie jest „tylko” samostanowienie kobiety, ale i model społeczeństwa.

Przybywa Danka i sytuacja zaczyna przypominać schemat, który znamy z lektury Jeżycjady, ale jednocześnie zdecydowanie od niego odbiega.

Przy magicznym stole w kamienicy przy Roosevelta 5, najlepiej w Wigilię, pojawia się ktoś potrzebujący pomocy. Samotny, niekochany, zagubiony, zziębnięty, głodny. Aurelia Jedwabińska („Opium w rosole”, 1985), rumuńskie żebraczki („Noelka”, 1992), woźny Jankowiak („Dziecko piątku”, 1993). Wszystkie problemy rozwiązuje talerz rosołu. W Borejkowskim cieple pierzchają smutki i lęki, nieszczęsny gość w mgnieniu oka odzyskuje radość życia i wiarę w ludzi. Otwiera się jak rozkwitający kwiat i promienieje wdzięcznością. Jeśli nie otwiera się i nie promienieje, jest niewartym starań agresywnym tępakiem (Lisieccy) albo ma emocjonalną dysfunkcję (Ewa Jedwabińska). Odrzucenie bezcennego daru inteligenckiej dobroczynności jest niewybaczalne. Należy wdzięcznie rezonować odebranym sygnałem dobra.

1-Scan-016

O ile pamiętam, tylko raz (w „Kłamczusze”, 1979) Musierowicz przedstawia punkt widzenia gniewnego plebejusza z pełnym zrozumieniem. Pomoc domowa Franciszka Wyrobek co prawda nie istnieje, ale jej klasowa perspektywa jest całkiem realna. Kiedyś już o tym pisałam w „Bez Dogmatu”. Pozwolę sobie na autocytat, bo uwielbiam tę scenę. Roześmiana grupa licealistów wraca z kina, a służąca kończy właśnie kilkugodzinne sprzątanie: „Z lustra spojrzała na nią chuda twarz o zaciśniętych ustach i płonących złością czarnych oczach. Jędza – pomyślała i zrobiwszy kilka głębokich wdechów oraz min na rozgrzewkę, wsadziła na nos okulary i zajaśniała pogodnym wyrazem twarzy. W pokoju Pawełka pito tymczasem kompot (znów cztery szklanki do mycia) i na tle szemrzącej delikatnie muzyki kameralnej prowadzono rozmowę o poezji”. Ktoś ciężko pracuje, żeby ktoś inny mógł swobodnie rozwijać swoją ostentacyjnie niepraktyczną erudycję. Koniec autocytatu.

1-Scan-015

Z lustra, w które patrzy Aniela-Frania, wyziera piękna i straszna twarz rewolucji, ale bohaterka widzi ją oczami uprzywilejowanych i nie chce mieć z nią (z sobą) nic wspólnego. Nie chce być małostkowa, zazdrosna, swarliwa i brzydka. Szybko przywdziewa maskę i wchodzi w sympatyczną rolę gosposi. Widmo rewolucji znika, tym bardziej że plebejuszka zostaje zaproszona do elitarnego grona, ponieważ udowadnia, że zna, ceni i z użyciem indywidualnego talentu, ale wiernie interpretuje kanon kultury (konkretnie „Hamleta”) oraz że wbrew cynicznym deklaracjom hołduje mieszczańskiej moralności.

W Jeżycjadzie rewolucja nie jest oczywiście możliwa, ale została przedstawiona i zawłaszczona. Myślę o czerwcu 56 w „Kalamburce” (2001). W dwudziestoleciu międzywojennym cenzurowano sposoby przedstawiania walki z caratem, zakładając, że nie można pokazywać rewolucyjnych zamachów na władzę, bo mogłoby to niebezpiecznie rozbudzić wyobraźnię odbiorcy. Musierowicz (zgodnie z aktualnym trendem) nazywa protest robotniczy powstaniem, a nawet chyba trochę wzoruje się na popkulturowych wyobrażeniach walk w Warszawie 44 roku. Nie zaryzykuje słowa „rewolucja”, nawet w przypadku wystąpienia przeciwko peerelowskim władzom.

Główną bohaterką powieści czyni Gizelę Kalembę, plebejuszkę, ale niepodległościową, antykomunistyczną i znającą swoje miejsce, nie marzącą o awansie społecznym ani nawet o poprawie sytuacji bytowej. W ostatnim rozdziale dowiadujemy się, skąd się wziął twardy i skromny charakter tej kobiety i przecieramy oczy ze zdumienia.

Kończy się kryzysowy rok 1935. Młoda Gizela wraca późnym wieczorem z pracy w sklepie. Dygocze w lichej jesionce, jest głodna i usposobiona tak, jakby zaraz miała się zapisać do KPP. Mimo że ciężko pracuje, na nic jej nie stać. Za pokoik płaci 10, a zarabia 18 złotych. Po zamknięciu sklepu musi go jeszcze bez dodatkowej zapłaty posprzątać. Pryncypałowa w świątecznym prezencie dała jej wstążkę do kapelusza, książkę „Zwycięstwo polskich skrzydeł” i „Kalendarz Rycerza Niepokalanej”. „Lepiej by dała parę pończoch wełnianych, świętoszka jedna” – pomstuje Gizela, tym jednym zdaniem przeprowadzając wyczerpującą krytykę genderowej, państwowej i religijnej ideologii. Strojny orszak ślubny po andersenowsku spycha ją w pryzmę śniegu.

Rozżalona na swoją krzywdę, źle myśli o sąsiadach Makowskich – przyszłych rodzicach Mili Borejko. Ci ubodzy i szczęśliwi inteligenci właśnie kupili sobie odrobinę węgla. Gizela zazdrości i burzy się przeciwko takiemu niesprawiedliwemu porządkowi rzeczy. W domu jednak przekonuje się, że ciężarna Makowska napaliła jej w piecu, a wysiłek przyspieszył poród. Prawie komunistka odzyskuje wiarę w Boga i ludzi, ale też zaciąga dożywotni dług. Poczucie winy za złe myśli, przekonanie, że ma „czarne”, „pełne zawiści i gniewu” serce, każe jej potem nie tylko opiekować się osieroconą Milą, ale i skrycie adorować niezwykłą wychowankę – świętą córkę świętych dobroczyńców. Gizela pragnie zasłużyć na miano dobrej wróżki dopuszczonej do kołyski księżniczki.

Baśniowy epilog „Kalamburki” jest prologiem całej sagi. Chwila klasowego gniewu wymaga dziesięcioleci zadośćuczynienia, by z kolei zaowocować Milą Borejko – opoką wzorcowej inteligenckiej rodziny. Bunt jest w tej ekonomii w pewnym sensie konieczny, ale tylko po to, by nastąpiło jeszcze konieczniejsze jego stłumienie. Żeby nieskończenie wdzięczna plebejuszka Gizela wychowała założycielkę elitarnego rodu.

No i poniosło mnie. Koniec dygresji. Jurgielewiczowa w odróżnieniu od Musierowicz nie jest ani bezczelna, ani biegła w mechanizmach popkultury. Nie ułatwia sobie zadania i nie sięga po schemat opowieści o wdzięcznych wykluczonych. Jej powieści są mało spektakularne, ale zadziwiająco zniuansowane. Wbrew obowiązkowym optymistycznym zakończeniom bardzo wieloznaczne.

W „Innej?” Danka pod wpływem dobroczynności nie otwiera się i nie promienieje, ale nie ma to nic wspólnego z tępotą czy uczuciowym kalectwem. Jurgielewiczową szczególnie interesuje reakcja tego, kto poddawany jest pedagogice czy dobroczynności. Ten wątek powraca w jej powieściach i zawsze przedmiot starań okazuje się podmiotem i ma prawo reagować „źle”. Został ukształtowany w określonych warunkach, ma odruchy, skomplikowane, często sprzeczne, emocje, poczucie własnej godności. Musi sobie radzić z psychologicznymi konsekwencjami wykluczenia.

ten_obcy4

W „Tym obcym” dumny Zenek woli kraść niż przyznać się, że ucieka od ojca alkoholika, i przyjąć pomoc nowych przyjaciół.

W „Niespokojnych godzinach” (1964) zbyt czytelne zabiegi wychowawcze doprowadzają Janusza do wściekłości, bo oznaczają brak zaufania, napiętnowanie, a on nie chce być utożsamiany ze swymi postępkami. Niesłusznie posądzony, z przekory i rozgoryczenia rezygnuje z samoobrony, nie przyznaje się do dobrych intencji, tym samym potwierdzając najgorszą opinię o sobie. Moralna wyższość Kasi, choć uzasadniona, na koniec nawet samej Kasi wydaje się podejrzana.

We „Wszystko inaczej” (1968) mały złodziej listów jest przestraszony i upokorzony demaskacją i nie zmienia tego podarunek z ręki zmieszanej swoją rolą demaskatorki. Maja odruchowym oporem detonuje mentorstwo Michała.

Danka kompensuje swoją podrzędną pozycję wzgardą i pozą znudzonej prowincją warszawianki. Jej strategia obronna budzącej współczucie sieroty polega na odgrywaniu pewności siebie i braku skrupułów, prowokowaniu rzekomym cynizmem. Gdyby była miła, „pomyśleliby, że jej zależy, że się im podlizuje, bo są u siebie, a ją zaproszono z łaski”. To jest do pewnego momentu silniejsze od niej.

Jednak sama czuje „że ktoś, kim chciałaby być, ale nie jest”, postąpiłby inaczej. Po raz pierwszy jest z siebie zadowolona, kiedy odstępuje Julkowi swoje prawo do zjazdu na sankach z Marianem. Rezygnuje z euforycznego pędu i umożliwia, niejako darowuje, przeżycie „upragnionej przyjemności” komu innemu, przez co sama czuje się radośnie i uroczyście.

Nic więc dziwnego, że kiedy przypadkiem słyszy, jak chłopcy szykują dla niej prezenty, wpada w pomieszanie: „W myślach bezład, wzruszenie i wdzięczność plączą się z uczuciem goryczy. I przecież ten nieprzyjemny stan ducha trzeba za wszelką cenę ukryć”. Skąd wstyd zamiast radości? Ona nic nikomu nie da, bo nie ma, „i wszyscy uznają to za zupełnie naturalne”, nie spodziewają się od niej podarków. „Nie ma rodziców, nie ma domu, nie ma pieniędzy. Zrozumiałe, że dopóki nie otrzyma prezentów, które są dla niej, jej ręce będą puste, jej rzeczą jest czekać, by się napełniły ich darami – a potem okazać wdzięczność. W stosunku do niej nikt wdzięczności nie poczuje, nie będzie miał za co”.

Zdjęcia-2100

Tak zapada decyzja o kradzieży. Danka kradnie ze sklepu drobne przedmioty, „żeby uniknąć upokorzenia, żeby być jak wszyscy”. Kibicujemy jej w długiej i pełnej napięcia scenie kradzieży. Cieszymy się, kiedy po wręczeniu prezentów, widząc radość obdarowanych – staje się kimś „zupełnie innym”, śmieje się, oczy jej błyszczą. Czy to ważne, że dzięki kradzieży? Dla niej ważne. Ucieka ze strachu przed demaskacją. Zatrzymana, jest „antypatyczna, twarda, okropna”.

1-Scan-013

O jej przewinie wie tylko jedna dyskretna osoba, ale pojawiając się u kryształowej Uli, Danka znów rozwija złożoną strategię obronną, tak że biedna Ula nie wie, co ma myśleć: „Jakby ktoś zsypał razem po kilka klocków z różnych łamigłówek: nie sposób ułożyć z nich sensownej całości. Czy dlatego, że Danka kłamie, że co chwila zmienia się jej nastrój?”. Ula nie byłaby jednak kryształowa, gdyby po wyjściu trudnego gościa nie robiła wyrzutów przede wszystkim sobie samej. Od razu rewiduje swoje oczekiwania. Bezrefleksyjnie założyła, „że ktoś taki jak Danka powinien być sympatyczny. Nie dość, że jest sam, że nie ma domu, że los go skrzywdził, ponadto ma jeszcze zachowywać się tak, żeby ludziom naokoło sprawiać przyjemność”.

Wykluczeni nie muszą być mili, nie muszą całować ręki, która ich karmi. Nie ma się co obrażać. Rezygnacja z dumy dobroczyńcy to u Jurgielewiczowej pierwszy krok do porozumienia. Drugim jest myśl Danki, że taka przyjaciółka jak ona mogłaby się naiwnej Uli przydać, że sierota z Domu Dziecka nie ma pustych rąk, że może stanąć do emocjonalnej wymiany jak równa z równą i równy z równym.

1-Scan-014

Trzeci krok Danka i Ula zrobią już razem i będzie to krok poza pole wyznaczone przez wdzięczność i wstyd.

Mama odchodzi

Dziś znowu nie powieść, a opowiadanie. Bo mocno utkwiło mi w pamięci, choć zawiera zaledwie zaczątek fabuły, zarys dramatu, proste portreciki bohaterów, trochę retrospekcji, otwarte zakończenie.

Sto pierwsza książeczka z serii Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców, w której przez ponad dwadzieścia lat ukazywały się niewielkie opowiadania o konfliktach w małych społecznościach czy rodzinach. „Śliczny poranek” Anny Frankowskiej, rok 1988.

W niedzielny ranek z małą torbą podróżną ucieka z domu matka prawie pełnoletniego Jacka i piętnastoletniej Baśki, żona robiącego karierę naukową Jerzego, synowa eleganckiej starszej pani, opiekunka psa Bariego. Kobieta, która ma dość i nie widzi innego wyjścia z rodzinnego potrzasku.

Jej zniknięcie wywołuje chaos. Niewyprowadzony pies szaleje w przedpokoju, w zlewie piętrzą się brudne naczynia, na desce do prasowania – stos bielizny. W lodówce nie ma niczego gotowego do zjedzenia. Brak pary pracowitych rąk wydobywa na jaw niewidoczny dotąd mechanizm życia codziennego.

Porzucona rodzina zaprezentuje się nam w pełnej krasie, zanim poznamy znękaną uciekinierkę. Zrozumiemy, że miała prawo mieć dość, zanim sama nam to wyjaśni.

Najwięcej dowiemy się o mężczyznach. Obojętny mąż kiedyś był czuły i pomagał w pracach domowych, a teraz zamyka się w gabinecie albo jedzie na sympozjum do Paryża. Ewentualnie wrzaskiem domaga się spokoju do pracy. Syna „wychowuje”, wydając zakazy i wymierzając policzki. Wystrzyżony na Limahla Jacek cynizmem pokrywa żal do rodziców, ale ceni wyłącznie szmal i związany z nim prestiż kombinatora. Handluje kasetami na stadionie „Skry”. Okrutnym szantażem wyciąga od matki oszczędności, chociaż jest bogatszy od niej. Robi tylko to, co przynosi szybki i konkretny zysk.

Przy tych skonfliktowanych egoistach płaczliwa i nieporadna córka wypada blado. Jest bezwolna i podatna jak plastelina. Jako jedyna pomaga w pracach domowych, dopóki brat jej nie wyszydzi. Chciałaby zadowolić wszystkich, nie myśli, nie działa, boi się życia. Co z niej wyrośnie, to największa troska matki.

Na tym tle pretensjonalna teściowa, która swoimi dolegliwościami wzbudza poczucie winy i dostarcza dodatkowych zajęć, stanowi relatywnie najmniejszy problem.

Matka z jednej strony „jest dla nich zwykłą służącą, praczką, pomywaczką”, z drugiej ma obowiązek „służyć i wysłuchiwać tych wszystkich narzekań, napadów złości, życzeń i zarzutów. Ma dogadzać, uspokajać, głaskać, bez prawa żądania rewanżu”. Niczym żywy worek treningowy przyjmuje na siebie i tłumi ciosy, które w przeciwnym wypadku rozniosłyby rodzinę na strzępy.

Oboje z mężem pracują, ale on przekazuje jej na życie niewielką część swojej pensji, resztę zachowując dla siebie. Jej wypłata nie jest jej – musi pokryć bieżące domowe wydatki. On jest docentem, uznanym naukowcem, ona – bliżej nieokreśloną urzędniczką. Przed urodzeniem dziecka nie zdążyła napisać pracy magisterskiej z pedagogiki, potem liczyła się już tylko kariera męża. Marzyła jej się praca w domu dziecka albo w domu poprawczym – „koniecznie trudna, żmudna i ambitna”. Nie dało się tego jednak pogodzić z opieką nad własnym potomstwem.

Poświęciła plany i ambicje zawodowo-społeczne dla rodziny i to poświęcenie obróciło się przeciwko niej. Poskutkowało wzgardą tych, dla których wyrzekła się siebie. Syn („mały, okrutny wampirek, który powoli wysysał z niej energię”) pyta, jak ona może żyć z takim strasznym facetem jak jego ojciec i wykonywać ogłupiającą urzędniczą robotę.

Odejście matki jest w pełni usprawiedliwione, tym bardziej, że dzieci nie są już małe. Ale żeby w stu pięćdziesięciu procentach zagwarantować jej sympatię czytelniczek, autorka funduje bohaterce wewnętrzną szarpaninę przy podejmowaniu decyzji i podsuwa środki nasenne, których zażycie sprawia, że uciekinierka zasypia w pociągu, nie wysiada na pierwszej stacji i nie wraca do kieratu.

Dokąd, śpiąca, zmierza? Do pewnego pensjonatu w Nałęczowie, gdzie bywała ze swoją energiczną mamą w przedmałżeńskich czasach, kiedy wszystko było jeszcze możliwe. Chce wrócić do tego momentu i zacząć od nowa. Zadbać dla odmiany o siebie, o swoją zniszczoną twarz, o ciało, o duszę. „Będzie teraz żyć tak, jak jej wygodnie i umrze tak, żeby było przyjemnie”.

Streszczam „Śliczny poranek” tak szczegółowo, bo oczywiście nam, przyzwyczajonym do standardu Mili Borejko, usprawiedliwione odejście matki nie może nie wydać się śmiałym węzłem fabularnym. W głowach mamy matkę karmicielkę, zawsze gotową pierś bez podmiotu. Metafora dziecka-wampirka jest dokładnym przeciwieństwem tego obrazu. Ale Frankowska poszła dalej. Odejście bohaterki opowiadania to nie tylko gest założycielski niezależnej kobiecej podmiotowości, ale i wybór innego systemu wartości.

Zanim została żoną i matką, bohaterka gardziła „nijaką mieszczańską egzystencją, […] nie dopuszczała do siebie myśli, że i jej udziałem będą kiedyś gary, kosz z brudną bielizną, pasta do podłogi”. Zamierzała połączyć spełnienie własnych ambicji zawodowych z pracą dla społeczeństwa. Tymczasem zamknęły się wokół niej cztery ściany domu, zerwały relacje pozarodzinne. Przepadły gdzieś koleżanki, które też powychodziły za mąż. Teraz na przygodne kontakty społeczne odruchowo reaguje nieufnością i posądzeniem.

Domownicy, w tym (nie)wychowane przez nią dzieci, to egocentryczni mieszczanie. Mąż reprezentuje typ akademika robiącego karierę dla kariery, czyli zdobywania coraz wyższej pozycji w uniwersyteckiej hierarchii władzy. Syn to nowy drapieżny bazarowy kapitalista. Córka – przyszła idealna żona skupiona na swojej bezwolności. Dramat bohaterki polega na konfrontacji z kompletną obcością ludzi, którym oddała siebie.

Ta, która chciała zawodowo zajmować się wychowaniem, i to „trudnych” dzieci, nie dała rady z własnymi. Osiągnęła efekt odwrotny od zamierzonego i straciła wiarę w szlachetne zasady pedagogiki. Skłonna jest nawet diagnozować coś w rodzaju ogólnego upadku idei wychowania.

Kontempluje swoją klęskę i nie liczy na przełom. Wie, że na nic tu rozmowy, argumenty. Nie da się wytłumaczyć, dogadać, porozumieć. Także jej ucieczka nie da rodzinie do myślenia.

Zakończenie opowiadania dzisiaj mnie rozczarowuje. Historia wydaje się zmierzać w stronę rozlewiskowej kompensacji. Na horyzoncie pojawia się potencjalny nowy mężczyzna i nałęczowski pensjonat. Niebezpieczeństwo ugrzęźnięcia w prywatnej kobiecej enklawie jest tym większe, że nie wiadomo, jak KONKRETNIE bohaterka wyobraża sobie przyszłość. Zapewne sobie nie wyobraża.

Teraz widzę w tym zapowiedź (mamy rok 1988) paraliżu wyobraźni politycznej lat 90., ale z tamtej lektury „Ślicznego poranku” pamiętam wstrząs wywołany węzłem dramatycznym i odejściem matki. Nie zapamiętałam zakończenia, tylko zawieszenie akcji. Dopóki nie przeczytałam tekstu ponownie, żyłam w przekonaniu, że ta uciekinierka może zrobić wszystko. Nawet jeśli na razie tylko z przyjemnością pije kawę, której zgodnie z zaleceniem lekarza długo sobie odmawiała.