Archiwa tagu: praca

Tereska i Okrętka (II)

Ostatnio starałam się przedstawić dwuznaczność feministyczno-patriarchalnych powieści Joanny Chmielewskiej. Temat wraca w komentarzach i jest ogólniejszy, więc poświęcę mu jeszcze trochę miejsca.

Monika Talarczyk-Gubała za Petrą Hánakovą przywołała „efekt feministyczny” przydarzający się czasem twórczości kobiet. Polega on na tym, że niezależnie od intencji autorki tekst pozytywnie działa na odbiorczynie. Ja też oczywiście jestem zwolenniczką i praktyczką kreatywnego odbioru. Nie interesuje mnie, jaki tekst „jest naprawdę”. Znaczenie powstaje w oku czytelniczki. Chwile, kiedy konwencjonalna literatura rozsadzana jest przez kobiecą energię, należą do bardzo satysfakcjonujących.

Zaczynając pisać blog, założyłam, że zrekonstruuję projekt emancypacyjny zawarty w peerelowskiej powieści dla dziewcząt, a jeśli w niektórych książkach okaże się on za mało śmiały – uda mi się nie tylko wykryć, ale może także wzmocnić czy wręcz wywołać to coś, czego nie umiałam zwięźle nazwać, a co teraz mogę określić jako efekt feministyczny. Wszystkim czytelniczkom, które bronią przede mną Tereski i Okrętki, bardzo dziękuję za potwierdzenie tej wstępnej tezy.

A jednak w poprzedniej notce swój entuzjazm chciałam wyrazić tak samo mocno, jak swoje rozczarowanie. Chciałam pokazać, jak Chmielewska jedną ręką daje, a drugą odbiera. Nie mam o to specjalnych pretensji akurat do niej. Trudno, wszystkie jesteśmy kulturowo i historycznie podejrzane (czyli zdeterminowane). Jeżeli chodzi o zadanie krytyczki literatury, wydaje mi się, że strategicznie nie można poprzestać ani na entuzjazmie, ani na rozczarowaniu. Tylko świadomość patriarchalnych ograniczeń umożliwia ich przezwyciężenie. Tylko afirmacja pozwala ruszyć z miejsca.

Dosyć jednak deklaracji, czas na konkrety.

Obrazek

Jednemu z najważniejszych konkretów w cyklu o Teresce i Okrętce na imię Robin. Bardzo nie lubię tego typa – rzekomo odpowiedniego mężczyzny, który zastępuje u boku Tereski narcystycznego Bogusia.

Boguś reprezentuje – w latach 60. i na początku 70. ciągle jeszcze egzotyczną (patrz „Wojna domowa”) – subkulturę młodzieżową, do której główne bohaterki nie należą. Pretensjonalny młodzieniec o drwiącym sposobie bycia nadąża za modą, pali papierosy i posiada magnetofon, a „dobrze zrobione” dziewczyny z „dopracowaną twarzą” zaprasza na prywatki lub do kina. Po prostu dysponuje pieniędzmi (otrzymywanymi od rodziców), chociaż ani myśli ich zarabiać.

Teresce wszystko to jest obce i zanim nie spotkała Bogusia, nie przyszło jej do głowy, że powinna mieć magnetofon czy adapter albo chociaż radio tranzystorowe i urządzać prywatki. Dopiero impuls ze strony złotego młodzieńca sprawił, że „poczuła się nagle jakaś gorsza, uboga, byle jaka”. Zapragnęła czymś mu zaimponować, a przede wszystkim ukryć fakt, że nie ma pieniędzy, chociaż zarabia korepetycjami.

To jednak chwilowy kryzys pragnień. Przy Bogusiu Tereska idiocieje i zaczyna się mizdrzyć, ale na ogół wraz z przyjaciółką kultywują etos życia skromnego i niezależnego, również finansowo. Supozycję, że biorą pieniądze od rodziców, poczytują za obelgę. O rodzinie Okrętki niewiele wiadomo, ale Tereska ma pochodzenie urzędniczo-inteligenckie. Obie są niezamożne z domu i wiedzą, że nie można od rodziców żądać pieniędzy na wydatki wykraczające poza niezbędne minimum bytowe. Magnetofon to fanaberia.

Dziewczyny należące do subkultury Bogusia wydają im się nachalne, wyzywające, lalkowate. Ich światem rządzi przypadkowy podryw, który „staroświeckim” przyjaciółkom kojarzy się abiektalnie – z „używaniem przechodniej szczotki do zębów” („Duch”, 1983).

Nowoczesność jest więc w dziewczyńskich powieściach Chmielewskiej związana z jednej strony ze społeczeństwem konsumpcyjnym (w pewnym sensie wolnorynkowym), a z drugiej z seksualnym wyzwoleniem kobiet, które przedstawiane jest jednak jako ich uzależnienie od mężczyzn. Nowoczesne, pozbawione godności „nachalne dziwy” są o wiele mniej wyemancypowane niż dumne i „staroświeckie” Tereska i Okrętka.

W prozie Anny Frankowskiej, o której pisałam wcześniej i jeszcze wcześniej, widać zgoła balzakowskie powiązanie kwestii ekonomicznych z obyczajowymi i społecznymi. W „Uroczym rodzinnym landszafciku” (ze zbioru „Zatańcz z moją dziewczyną”) finansowa motywacja bohaterów daje w efekcie fałszywy obrazek szczęśliwej rodziny. W „Mamusi” przymus ekonomiczny wywiera przemożny wpływ na miękką tkankę kultury – pruderyjna matka nie śmie rozmawiać z dziećmi o seksie, ale znosi w ich obecności dobiegające zza ściany odgłosy rozkoszy, bo wynajem pokoju ratuje rodzinny budżet. Hałaśliwym sprzątaniem stara się zaprzeczyć rzeczywistości, ale jej tradycyjne wyobrażenie o rodzinie przestaje być najważniejsze. W „Halinie” pieniądz rządzi miasteczkiem, w tym główną bohaterką, która spogląda na to krytycznym okiem, ale jednocześnie ma dość tzw. wyższych wartości i statusu pariaski. Jej rodzice przez wiele lat z poświęceniem budują wymarzony dom, ale podporządkowanie życia finansowemu rygorowi sprawia, że rodzina, która miała w nim zamieszkać, przestaje istnieć. U Frankowskiej ekonomia niszczy, ewentualnie obłudnie scala, konserwatywne fantazje o rodzinie.

W humorystycznych powieściach Chmielewskiej nie ma takich niuansów, ale motyw pieniędzy, które bohaterki same zarabiają, jest bardzo wyeksponowany. To ważne i dobrze o nich świadczy. Zastanawiam się dlaczego – jaki system przekonań za tym stoi. Mogłoby się wydawać, że socjalistyczny, skoro Tereska i Okrętka zarobkują, nie po to, by konsumować dobra luksusowe i błyszczeć konsumpcją w towarzystwie. Praca daje im godność oraz możliwość podboju większego kawałka świata i wybicia się na większą niezależność.

Chcą wziąć za siebie pełną odpowiedzialność, od poziomu biologicznego przetrwania poczynając. Jeśli przypomnimy sobie, że mają po 16-17 lat, ich indywidualizm i silny imperatyw survivalowego podejścia do życia wydadzą nam się bardzo neoliberalne, choć w ascetycznym wydaniu. Dziewczyny po prostu dają sobie radę, by dawać sobie radę. Ich samodzielność jest przyczyną, środkiem i celem.

Na czytelniczkę działa to upajająco. Tym większą zdradą wydaje się finał „Większego kawałka świata”, w którym okazuje się, że bohaterki nie były i nie radziły sobie same, bo czuwał nad nimi z daleka i interweniował w razie potrzeby właśnie antypatyczny Robin.

Nazwałam go tajemniczym opiekunem, bo bardzo kojarzy mi się z bohaterem powieści Jean Webster, w której pisarsko uzdolniona wychowanka sierocińca, niczym skrzyżowanie Kopciuszka z Elizą Doolittle, zostaje decyzją nieznanego dobroczyńcy studentką renomowanego college’u, gdzie zyskuje wykształcenie i wysoką pozycję społeczną. Filantrop nie tylko ją pośrednio wychowuje, ale także asymetrycznie decyduje o jej losach, samemu pozostając opatrznościowo niewidocznym.

Inteligentna i rezolutna Agata, mimo dążenia do niezależności, jako sierota realnie i fantazmatycznie stoi na straconej pozycji. Zamierza w przyszłości spłacić dług, ale póki co w wyobraźni obsadza hojnego opiekuna w roli poszczególnych członków rodziny, najczęściej rzecz jasna ojca. Na koniec o kilkanaście lat starszy opiekun-ojciec zostaje jej mężem i w ten sposób legalizuje jej nielegalny pobyt na świecie.

Tereska jest od Robina o kilka ważnych lat młodsza – on jest dorosły, podczas gdy ona jest nastolatką. Tereska jest też w pewnym sensie sierotą. To znaczy w jej życiu, którego najważniejsze epizody rozgrywają się poza domem, rodzice niewiele znaczą. Matka jeszcze od czasu do czasu się pojawia, ojciec jest niemal nieobecny. Inaczej niż dzisiejsza popkultura, która eksponuje relacje rodzinne, peerelowska powieść dla młodzieży uderzająco często pokazywała dzieci i młodzież w czasoprzestrzeni pozarodzinnej i nie robiła z tego problemu.

Robin przerywa tę sielankową swobodę, ujawnia „sieroctwo” przyjaciółek, które dotąd było niezależnością, i natychmiast wchodzi w rolę ojca – gani, poucza, opiekuje się, wyręcza, wychowuje.

Na Mazurach wszystko wie i obserwuje z dystansu, by pojawić się niczym deus ex machina, zanim nierozważne przyjaciółki zrobią sobie krzywdę. Ale i potem pozostaje na pozycji niewidocznego, nieprzeniknionego, ale wpływowego ojca-boga, który nie musi być obecny, żeby wywierać presję. On tylko czeka na Tereskę – aż ona skończy szkołę, dorośnie, dojrzeje, doedukuje się. A ona stara się sprostać jego nieodgadnionym wymaganiom. „Pierwszy raz w życiu czuję się gorsza, rozumiesz, wyraźnie widzę, że można wiedzieć i umieć więcej, można lepiej, za mało do tej pory zrobiłam, marnowałam czas…!” – wyjaśnia Okrętce, dlaczego się wykańcza dodatkowymi obowiązkami – kursem samochodowym, nauką angielskiego i konnej jazdy oraz dwunastoma godzinami korepetycji tygodniowo (żeby na te wszystkie lekcje zarobić).

Proszę, pojawił się i z miejsca wyprodukował całkiem nowy dziewczyński podmiot. Przyjaciółki już się godzą na smutną konieczność poślubienia obcego (bo mężczyzna to zagadka) człowieka i nazywają to nową odpowiedzialnością. No tak, ale to już lata 80. Jazda konna to nie fanaberia.

Proszę, żebyście znalazły przekonujące argumenty na obronę Tereski i Okrętki, bo duch we mnie upada.

Reklamy

Mama odchodzi

Dziś znowu nie powieść, a opowiadanie. Bo mocno utkwiło mi w pamięci, choć zawiera zaledwie zaczątek fabuły, zarys dramatu, proste portreciki bohaterów, trochę retrospekcji, otwarte zakończenie.

Sto pierwsza książeczka z serii Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców, w której przez ponad dwadzieścia lat ukazywały się niewielkie opowiadania o konfliktach w małych społecznościach czy rodzinach. „Śliczny poranek” Anny Frankowskiej, rok 1988.

W niedzielny ranek z małą torbą podróżną ucieka z domu matka prawie pełnoletniego Jacka i piętnastoletniej Baśki, żona robiącego karierę naukową Jerzego, synowa eleganckiej starszej pani, opiekunka psa Bariego. Kobieta, która ma dość i nie widzi innego wyjścia z rodzinnego potrzasku.

Jej zniknięcie wywołuje chaos. Niewyprowadzony pies szaleje w przedpokoju, w zlewie piętrzą się brudne naczynia, na desce do prasowania – stos bielizny. W lodówce nie ma niczego gotowego do zjedzenia. Brak pary pracowitych rąk wydobywa na jaw niewidoczny dotąd mechanizm życia codziennego.

Porzucona rodzina zaprezentuje się nam w pełnej krasie, zanim poznamy znękaną uciekinierkę. Zrozumiemy, że miała prawo mieć dość, zanim sama nam to wyjaśni.

Najwięcej dowiemy się o mężczyznach. Obojętny mąż kiedyś był czuły i pomagał w pracach domowych, a teraz zamyka się w gabinecie albo jedzie na sympozjum do Paryża. Ewentualnie wrzaskiem domaga się spokoju do pracy. Syna „wychowuje”, wydając zakazy i wymierzając policzki. Wystrzyżony na Limahla Jacek cynizmem pokrywa żal do rodziców, ale ceni wyłącznie szmal i związany z nim prestiż kombinatora. Handluje kasetami na stadionie „Skry”. Okrutnym szantażem wyciąga od matki oszczędności, chociaż jest bogatszy od niej. Robi tylko to, co przynosi szybki i konkretny zysk.

Przy tych skonfliktowanych egoistach płaczliwa i nieporadna córka wypada blado. Jest bezwolna i podatna jak plastelina. Jako jedyna pomaga w pracach domowych, dopóki brat jej nie wyszydzi. Chciałaby zadowolić wszystkich, nie myśli, nie działa, boi się życia. Co z niej wyrośnie, to największa troska matki.

Na tym tle pretensjonalna teściowa, która swoimi dolegliwościami wzbudza poczucie winy i dostarcza dodatkowych zajęć, stanowi relatywnie najmniejszy problem.

Matka z jednej strony „jest dla nich zwykłą służącą, praczką, pomywaczką”, z drugiej ma obowiązek „służyć i wysłuchiwać tych wszystkich narzekań, napadów złości, życzeń i zarzutów. Ma dogadzać, uspokajać, głaskać, bez prawa żądania rewanżu”. Niczym żywy worek treningowy przyjmuje na siebie i tłumi ciosy, które w przeciwnym wypadku rozniosłyby rodzinę na strzępy.

Oboje z mężem pracują, ale on przekazuje jej na życie niewielką część swojej pensji, resztę zachowując dla siebie. Jej wypłata nie jest jej – musi pokryć bieżące domowe wydatki. On jest docentem, uznanym naukowcem, ona – bliżej nieokreśloną urzędniczką. Przed urodzeniem dziecka nie zdążyła napisać pracy magisterskiej z pedagogiki, potem liczyła się już tylko kariera męża. Marzyła jej się praca w domu dziecka albo w domu poprawczym – „koniecznie trudna, żmudna i ambitna”. Nie dało się tego jednak pogodzić z opieką nad własnym potomstwem.

Poświęciła plany i ambicje zawodowo-społeczne dla rodziny i to poświęcenie obróciło się przeciwko niej. Poskutkowało wzgardą tych, dla których wyrzekła się siebie. Syn („mały, okrutny wampirek, który powoli wysysał z niej energię”) pyta, jak ona może żyć z takim strasznym facetem jak jego ojciec i wykonywać ogłupiającą urzędniczą robotę.

Odejście matki jest w pełni usprawiedliwione, tym bardziej, że dzieci nie są już małe. Ale żeby w stu pięćdziesięciu procentach zagwarantować jej sympatię czytelniczek, autorka funduje bohaterce wewnętrzną szarpaninę przy podejmowaniu decyzji i podsuwa środki nasenne, których zażycie sprawia, że uciekinierka zasypia w pociągu, nie wysiada na pierwszej stacji i nie wraca do kieratu.

Dokąd, śpiąca, zmierza? Do pewnego pensjonatu w Nałęczowie, gdzie bywała ze swoją energiczną mamą w przedmałżeńskich czasach, kiedy wszystko było jeszcze możliwe. Chce wrócić do tego momentu i zacząć od nowa. Zadbać dla odmiany o siebie, o swoją zniszczoną twarz, o ciało, o duszę. „Będzie teraz żyć tak, jak jej wygodnie i umrze tak, żeby było przyjemnie”.

Streszczam „Śliczny poranek” tak szczegółowo, bo oczywiście nam, przyzwyczajonym do standardu Mili Borejko, usprawiedliwione odejście matki nie może nie wydać się śmiałym węzłem fabularnym. W głowach mamy matkę karmicielkę, zawsze gotową pierś bez podmiotu. Metafora dziecka-wampirka jest dokładnym przeciwieństwem tego obrazu. Ale Frankowska poszła dalej. Odejście bohaterki opowiadania to nie tylko gest założycielski niezależnej kobiecej podmiotowości, ale i wybór innego systemu wartości.

Zanim została żoną i matką, bohaterka gardziła „nijaką mieszczańską egzystencją, […] nie dopuszczała do siebie myśli, że i jej udziałem będą kiedyś gary, kosz z brudną bielizną, pasta do podłogi”. Zamierzała połączyć spełnienie własnych ambicji zawodowych z pracą dla społeczeństwa. Tymczasem zamknęły się wokół niej cztery ściany domu, zerwały relacje pozarodzinne. Przepadły gdzieś koleżanki, które też powychodziły za mąż. Teraz na przygodne kontakty społeczne odruchowo reaguje nieufnością i posądzeniem.

Domownicy, w tym (nie)wychowane przez nią dzieci, to egocentryczni mieszczanie. Mąż reprezentuje typ akademika robiącego karierę dla kariery, czyli zdobywania coraz wyższej pozycji w uniwersyteckiej hierarchii władzy. Syn to nowy drapieżny bazarowy kapitalista. Córka – przyszła idealna żona skupiona na swojej bezwolności. Dramat bohaterki polega na konfrontacji z kompletną obcością ludzi, którym oddała siebie.

Ta, która chciała zawodowo zajmować się wychowaniem, i to „trudnych” dzieci, nie dała rady z własnymi. Osiągnęła efekt odwrotny od zamierzonego i straciła wiarę w szlachetne zasady pedagogiki. Skłonna jest nawet diagnozować coś w rodzaju ogólnego upadku idei wychowania.

Kontempluje swoją klęskę i nie liczy na przełom. Wie, że na nic tu rozmowy, argumenty. Nie da się wytłumaczyć, dogadać, porozumieć. Także jej ucieczka nie da rodzinie do myślenia.

Zakończenie opowiadania dzisiaj mnie rozczarowuje. Historia wydaje się zmierzać w stronę rozlewiskowej kompensacji. Na horyzoncie pojawia się potencjalny nowy mężczyzna i nałęczowski pensjonat. Niebezpieczeństwo ugrzęźnięcia w prywatnej kobiecej enklawie jest tym większe, że nie wiadomo, jak KONKRETNIE bohaterka wyobraża sobie przyszłość. Zapewne sobie nie wyobraża.

Teraz widzę w tym zapowiedź (mamy rok 1988) paraliżu wyobraźni politycznej lat 90., ale z tamtej lektury „Ślicznego poranku” pamiętam wstrząs wywołany węzłem dramatycznym i odejściem matki. Nie zapamiętałam zakończenia, tylko zawieszenie akcji. Dopóki nie przeczytałam tekstu ponownie, żyłam w przekonaniu, że ta uciekinierka może zrobić wszystko. Nawet jeśli na razie tylko z przyjemnością pije kawę, której zgodnie z zaleceniem lekarza długo sobie odmawiała.

Dwa ciała królewny

1-Scan

Na początek nie powieść, a wiersz. I nie dla dziewcząt, a dla dziewczynek. Hanny Ożogowskiej „O królewnie, która się bała, że jej korona z głowy spadnie” (1960, obok okładka wydania drugiego, z 1984). Moja pierwsza polityczna lektura i od razu popularny feministyczny odpowiednik klasycznego studium Ernsta Kantorowicza. Lepszy, bo pragmatyczny, nie teologiczny.

Wiersz został wysnuty z języka potocznego. „Królewną” nazywa się zarozumiałą czy wydelikaconą dziewczynę, a frazeologizm „korona komuś z głowy nie spadnie” oznacza, że jakaś czynność nie przyniesie wyniosłemu wykonawcy ujmy. W obu przypadkach chodzi o wyrażenie niechęci do elitaryzmu. Co nie znaczy, że te określenia nie mogą służyć do okazywania wzgardy i zdobywania plebejskiej przewagi.

Punkt wyjścia wiersza sprawia więc wrażenie mizoginicznego, ale ciąg dalszy zmienia to wrażenie. Kobiety zasługują na mizoginię – daje do zrozumienia Ożogowska – ulegając wpływowi patriarchalnych okoliczności. Zmiana warunków (której mogą dokonać same) uczyni z nich bezproblemowe, sympatyczne mieszkanki utopii.

Ale dość abstrakcji, czas na konkrety.

Feministyczna jest już sama strategia Ożogowskiej – przekorne wykorzystanie motywów z patriarchalnych baśni. W Polsce 1960 roku (kiedy Angela Carter w Wielkiej Brytanii nie była jeszcze Angelą Carter)! Bez brzydkiego słowa na f! W książeczce dla dzieci!

Królewna, której zachowanie opisuje tytuł, rządzi odległym krajem i zasiada w ciężkiej złotej koronie „po swych dziadach, pradziadach”, czyli stara się wpisać w zastany patrylinearny porządek.

Gwarantem jej bierności i posłuszeństwa wobec martwych męskich przodków jest – a jakże – usłużne i tyrańskie zwierciadło, które zapewnia: „Ach, królewno, w koronie ty wyglądasz najładniej!”. Kapryśna, leniwa, słabowita, lękliwa i skrępowana władczyni bez władzy, zakładniczka majestatu, troszczy się wyłącznie o to wątpliwe insygnium i równie wątpliwą ozdobę. W efekcie prowadzi żywot pasożytniczy – jej rządy ograniczają się do dostarczania bezproduktywnych, absurdalnych zajęć dwórkom, które muszą swoją panią myć i ubierać, a nawet wieść do stołu. Królewna nie je. Nie ma ochoty nawet na najwymyślniejsze frykasy. Jest chuda i blada. Bliska zniknięcia.

Wzorem królewny („przykład z góry przychodzi”) postępują wszyscy poddani i w całym królestwie panuje lenistwo i nędza. Jałowe rządy – ziemia jałowa.

W kryzysowej sytuacji pojawia się postać, która zazwyczaj w baśniach nie wróży niczego dobrego – stara kobieta, żebraczka, z darem i radą dla królewny. Dar to przeciwieństwo zatrutego jabłka – ziarna lnu. Rada dotyczy odłożenia korony (patriarchalnej tradycji) i uprawy roli, a więc egalitaryzmu fizycznej pracy. Nie ma tu miejsca na magię – kryzys nie jest wynikiem złego czaru, jego przełamanie nie wymaga zdjęcia zaklęcia. Mechanizm władzy jest prosty – być dla poddanych, a właściwie współ-pracowników, wzorem pracowitości.

„Len rwali, moczyli i suszyli go wszyscy”, ale wierszowana narracja i ilustracje wydania z 1984 roku ukazują przy robocie, od siewu do przędzenia, głównie kobiety – królewnę i jej dwórki. Przędą, ale chyba nie są pobożne. Przy pracy śpiewają optymistyczną piosnkę o przyszłości („Ginie bieda, na pewno lepiej będzie, inaczej”), nie godzinki. Dotąd skonfliktowane patriarchalną hierarchią nagle wobec wspólnego zadania stają się siostrami. Ożogowska przedstawia kobiecą utopię – bezpośrednią, agrarną (nie przemysłową), obsługiwaną prostymi narzędziami – terlicą i kołowrotkiem. Wybiera zajęcie „kobiece” i ponadstanowe, bo przędzeniem zajmowały się i chłopki, i szlachcianki.

Ziarno rośnie i wydaje plon, królestwo prawem naśladownictwa odmienia się na lepsze, a tymczasem królewna, ongiś łysawa z powodu ślepego przywiązania do korony pradziadów, zyskuje nowe insygnium i nową ozdobę. Prawdziwą, naturalną (powstałą przy udziale sił natury) i praktyczną:

W czasie, kiedy na polu

pracowała z ochotą,

głowę włosy porosły

długie, złote jak złoto.

Wiatr je głaskał, deszcz kąpał,

a od słońca promieni

takich blasków nabrały,

takich jasnych odcieni,

że ma teraz koronę

ze swych własnych warkoczy,

lepszą – bo ta przy pracy

z głowy już się nie stoczy.

Na koniec widzimy nowe ciało królewny. Z apetytem pochłaniające trzy dokładki klusek. Swobodne, silne i energiczne przy pracy, zadowolone i pewne siebie po robocie.

Nie ma przy nim ciała męskiego. Jako nagroda za dobre sprawowanie nie pojawia się żaden królewicz. Królewna znów patrzy w zwierciadło, ale tym razem to ona je kontroluje, o nic nie pyta, nie konfrontuje się, jakby nie potrzebowała identyfikacji z lustrzanym odbiciem. Może w ogóle sobie siebie nie wyobraża? Po prostu jest.

Trochę mnie niepokoi jej jasnowłosa, piastowska krzepa, ale chcę wierzyć, że nie kryje się za nią wykluczenie, bo baśń Ożogowskiej uważam za dowód, że peerelowska nowoczesność, z ideologią pracy fizycznej, utylitaryzmem i egalitaryzmem, prowadziła do dekompozycji patriarchalnych schematów, z baśniowymi archetypami włącznie.