Archiwa tagu: pieniądze

Szalona głowa, złote serce

W październikowym miesięczniku „Znak” ukazał się mój tekst o słonecznych bohaterkach kanonicznych powieści dla dziewcząt – Pollyannie, Ani Shirley, Basi, Irence i Ewie Kornela Makuszyńskiego – i ich funkcjonowaniu w powojennej kulturze.

Zdjęcia-5484 Zdjęcia-5485 Zdjęcia-5486

Peerelowska powieść dla dziewcząt powstała wobec tej tradycji – zaprzeczała, oddawała sprawiedliwość, nawiązywała. Warto ją czytać w kontekście.

Cytuję kawałek na wabia:

Nie jest jeszcze kobietą, więc pozostawia się jej nieco swobody. Może wejść na drzewo, przypalić obiad, zakopać i prawie udusić małego brata w śnieżnej zaspie, przefarbować włosy na zielono, powiedzieć wścibskiej sąsiadce, że jest „ordynarną kobietą bez serca”, rzucić się na szyję oschłej ciotce lub drabowi o twarzy mordercy. Za chwilę wyjdzie za mąż i stanie się poprawna, a nawet zadba o reprodukcję tradycyjnych wzorców. Jej dziewczęce „wykroczenia” są zresztą nieszkodliwe, nie naruszają kulturowych norm ani porządku społecznego. Wynikają z niemal gatunkowej odrębności: „Największy […] uczony, najsłynniejszy nawet filozof nigdy nie wiedział, nie wie i nie będzie wiedzieć do skończenia świata, co się dzieje w kolorowej duszy „dorastającej panny”. Jest to niezgłębiona tajemnica” („Szaleństwa”). Taka konstrukcja dziewczęcości może mieć i miewa potencjał emancypacyjny, ale bywa też wprost przeciwnie.

Reklamy

O czym marzy (nowoczesna) dziewczyna

Marzenia to bardzo ważna sprawa. Świadczą o stopniu wyemancypowania pragnień. A wiadomo, że pragnienia nie zawsze odpowiadają obyczajom i deklaracjom. Na przykład dziewczyna, która ma apetyt na jak największy kawałek świata i jak największe społeczne uznanie, w czterech ścianach swego pokoju może składać uniżone hołdy przed ołtarzem obiektu miłości.

1-Scan-006 wiekszy_m

Okładki Krystyny Ziołowskiej

Tereska (Joanna Chmielewska, Zwyczajne życie, 1974; Większy kawałek świata, 1976; Duch, 1983) wiedzie niezależne, wypełnione pracą i przygodami życie, odnosi sukcesy detektywistyczne. Od najmłodszych lat „gorąco i namiętnie pragnęła mieć urozmaicone życie. Wszelka myśl o stabilizacji, normalizacji, bezruchu i zastoju była jej wstrętna”. Ale marzenia ma „staroświeckie i zacofane jak przed wojną”: „Na dnie serca i duszy starannie hodowała swój ideał wielkiej miłości. Prezentując na zewnątrz sceptycyzm przeciętnej miary i coś w rodzaju realizmu życiowego, w najtajniejszych zakamarkach jestestwa kryła wiarę w owo nadludzkie uczucie. Miało to być coś potężnego, świętego, unikalnego, opartego na porozumieniu dusz, acz niewątpliwie cielesnego”. Zanim pojawi się odpowiedni obiekt, urokliwy skrypt romantyczny działa na niekorzyść dziewczyny. Boguś powoduje u ruchliwej, elokwentnej, inteligentnej Tereski osłupienie, utratę mowy, „zidiocenie”. Kiedy go nie ma, ona nic nie robi, tylko przygotowuje się na spotkanie. Ćwiczy rolę idealnej kobiety. Boguś wywołuje u niej masochistyczne fantazje – o tym, jak robi Teresce sekcję zwłok albo jak Tereska zostaje napadnięta, a on ją ratuje i unosi jej omdlałe ciało. Albo jak przybywa z bukietem czerwonych róż i przed nią klęka. Przymknięte oczy marzącej, rzewny uśmiech, pustą gestykulację i pocałunki składane na wyobrażonych ustach widzimy, co istotne, zdumionymi i mizoginicznymi oczami brata.

Romantyzm sprowadza się do póz i gestów „z zeszłego wieku”, które trzeźwa Tereska uznaje za śmieszne, co nie przeszkadza jej o nich marzyć, kiedy „wszelkie tamy rozsądku pękają”. „Prawdę mówiąc, gdyby Boguś istotnie ukląkł, sama byłaby zdania, że pewnie zwariował, cóż jej jednak szkodziło sobie powyobrażać?” – Chmielewska wie, że w dziewczęcych głowach i sercach nakładają się rozmaite, często sprzeczne warstwy kultury. Imaginacja może być dziewiętnastowieczna, a praktyka na wskroś nowoczesna. W przestrzeni dziewczęcego pokoju dochodzi do kompromitującej eksplozji archaicznego porządku kulturowego, która jest doraźną kompensacją nieodwzajemnionej miłości. Nie ma to większego wpływu na sceptyczną postawę życiową Tereski. Wygodnictwo Bogusia zaczyna bohaterkę zrażać, jeszcze zanim złoty młodzieniec zainteresuje się inną dziewczyną. On, chociaż dorosły, wymaga, by jego rodzice „ustawili ukochanego jedynaka”. Ona od dawna nie liczy na finansową pomoc, sama zarabia na swoje potrzeby. W tym przypadku nawet upajająca bliskość obiektu marzeń nie powstrzyma Tereski od rzeczowej uwagi: „Płać sam”.

Brak kontroli nad ciałem (miękkie kolana, rumieniec, bezwiedny uśmiech, niesłyszenie) i erupcja fantazji to aktywność quasi-seksualna, która jest u Chmielewskiej antyemancypacyjna. Przy odpowiednim mężczyźnie pożądanie i rojenia zanikają. Tereska i Robin mogą się nie widywać miesiącami, ona nie czeka i nie wyobraża sobie spotkania. On jej nawet nie pocałował, ale tym większą mają pewność co do wspólnej przyszłości, do której się oddzielnie intensywnie przygotowują. Przez naukę i pracę. Tereska musi w przygotowania włożyć więcej wysiłku, bo starszy o kilka lat Robin znacznie przewyższa ją doświadczeniem i umiejętnościami. Plany i rzeczywistość idealnie do siebie przylegają. Romantyczny ideał miłości staje się (przystojnym) ciałem. Nie ma tu miejsca na marzenia. „Zidiocenie” też nie występuje. Po jednej stronie są więc marzenia, seks i uległość, po drugiej zbędność marzeń, erotyzm potencjalny, odłożony na później i emancypacja (z warunkowym uznaniem wyższości mężczyzny). Dziwne, prawda?

Logika Chmielewskiej to etap pośredni, wiodący do bohaterek Małgorzaty Musierowicz, których marzenia zdominowali chłopcy. Cesia (Szósta klepka, 1977) marzy o wielkiej miłości, dzieciach i wnukach. Boleje, że ze względu na brak urody będzie całe życie sama. Aniela (Kłamczucha, 1979) omdlewa na samą myśl o Pawełku, na sam dźwięk jego głosu w słuchawce. Roi o nim równie intensywnie, jak o karierze aktorskiej, dopóki nie wyleczy jej z zauroczenia perspektywa cynicznej pomocy domowej. Gabrysia (Kwiat kalafiora, 1981) sportową szorstkością pokrywa słabość do Pyziaka, zanim nie zrozumie, że nie wolno lekceważyć kodu romantycznego. W tym momencie nareszcie zaczyna na niego czekać oraz to i owo sobie wyobrażać, a mianowicie jego zachwyt jej „nowo odkrytą kobiecością”. Prawdziwą mistrzynią wyłączania się z rzeczywistości, stymulowanego na przykład arcyromantyczną lekturą Jane Eyre, jest Ida (Ida sierpniowa, 1981), jak Cesia zgnębiona swoją rzekomą brzydotą i niewiarą w możliwość wzbudzenia chłopięcego uczucia.

szósta klepka ida

W szczegółach różnie bywa, intrygi są urozmaicone, trochę je tu uprościłam, ale marzenia zawsze służą opierzeniu brzydkiego kaczątka, wyłonieniu się dojrzałej kobiecości w kształcie, który stał się firmowym znakiem Musierowicz – jednocześnie łagodnej i władczej. Autorka pisze o marzeniach swoich bohaterek z pobłażliwą ironią, ale brak romantycznych marzeń (w przypadku Gabrysi) to naprawdę paskudna sprawa – skutkuje zupełnie niekobiecą agresją. Marzenia zasługują na nagrodę, która co prawda w kolejnych tomach „Jeżycjady” obróci się w rozwód, ale potem znów stanie się nagrodą, nagrodą, nagrodą.

Kłamczucha kwiat

Nie znajdują natomiast kontynuacji nieromantyczne, czyli niereprodukcyjne zamiary bohaterek, które trudno nazwać marzeniami, np. ogólny plan naprawy stosunków społecznych ESD czy szczegółowy projekt świetlicy dla dzieci. Aniela spędza wieczory, grając wielkie role polskiej i światowej dramaturgii przed wyimaginowanymi tłumami i słuchając równie wyimaginowanych frenetycznych oklasków. Czyli marzenia zawodowe bywają u Musierowicz istotne. I nawet się realizują, ale i tak schodzą na dalszy plan wobec roli żony i matki. Mila zrezygnowała z pracy zawodowej, żeby wychowywać córki. One niby już nie mogły zostać szczęśliwymi kobietami domowymi, wypadłyby zbyt groteskowo. Ale przecież na poziomie obrazu i fabuły tak właśnie jest. Ich aktywność profesjonalną widzimy bardzo rzadko.

W złotej, przedmusierowiczowskiej erze powieści dla dziewcząt taka hierarchia marzeń była nie do pomyślenia. Kasia (Krystyna Siesicka, Zapach rumianku, 1969) ma różne pomysły na przyszłość. Pod wpływem przypadku Renaty, której trzeba było szybko załatwić aborcyjny pobyt w wojewódzkim szpitalu, chce pracować w Poradni Świadomego Macierzyństwa. Jednak to racjonalny plan, jeden z wielu, a marzenie Kasia ma tylko jedno – grać, być aktorką. Koniecznie telewizyjną. Nie dam się, jak mama, „postawić na jednej scenie”, zastrzega. Teatr jest zbyt elitarny. Chcę „dać radość” jak najszerszej widowni. Jej chłopak tłumaczy to przekonaniem o społecznych zobowiązaniach sztuki i potrzebą interakcji ze ściśle określonym widzem: „Swoją dolę do życia tutaj [na wsi] chce dołożyć, to się dla niej zrobiło pierwsze. Grać będzie Rucianowskim, Zychowiakom, Urszulce Grzelakowej, Sopoćkom, może i Klimackiemu”. Wróci tu choćby na chwilę, żeby zobaczyć konkretnych ludzi, „żywych mieć przed oczyma i widzieć, jak na nią patrzą, jak jej słuchają”.

Siesicka Wiktor Chrucki (1) Siesicka Chrucki 4 (1)

Okładka i strona tytułowa Wiktora Chruckiego

Kiedy więc Kasia dostaje rolę Ani Shirley w Teatrze Młodego Widza, jest szczęśliwa. Nareszcie uporządkowało jej się w głowie, widzi swoje życie trochę dalej niż do jutra. Napawa ją to pewnością siebie. Wszystko, w tym Rafał, przestaje się liczyć. Wsadza nos w scenariusz, ćwiczy chodzenie w sukience. Nagle dostrzega dookoła dużo dziewczyn, potencjalnych widzek: „Otworzą sobie telewizor w którąś tam niedzielę, żeby »Anię« obejrzeć, prawda? […] Więc muszę się straszliwie starać, żeby im to trafiło. Przekręcą gałką, ekran się rozjaśni, dziewczyny patrzą, Ania stoi na stacji i czeka na Mateusza. To będę ja”.

ania

A co ze mną? – pyta Rafał, który rozumie radość spełniania marzeń, ale czuje się urażony, a nawet zdradzony. Kasia „poderwała tę rudą sensatkę”, to z nią teraz spędza czas. Zaprzątnięta przygotowaniami do roli zapomniała o intymnym rytuale – nie pomachała mu z ganku na pożegnanie. On, wykluczony z przedsięwzięcia, pożycza „Anię” od zdziwionej koleżanki i ku jeszcze większemu zdziwieniu ojca czyta do trzeciej nad ranem, żeby sprawdzić, z kim przegrywa. Wreszcie uczciwie przyznaje, że to rola warta zaangażowania.

Za przesadnie śmiałe marzenia bohaterka powieści mogła zostać skarcona. W Godzinie pąsowej róży Marii Krüger (1960) Anda zostaje zesłana do epoki gorsetu za zbytnią nowoczesność, objawiającą się m.in. marzeniem o karierze gwiazdy sportu przy jednoczesnej obojętności na imperatyw młodzieńczego flirtu (treningu do roli żony i matki). Oprócz sławy planuje mieć pieniądze na stroje i samochód.

1-Scan-013.BMP        1-Scan-013

Okładka książki i ilustracje Bożeny Truchanowskiej

Wprost się o tym nie mówi, ale marzenia materialistyczne nie świadczą o niej zbyt dobrze i są częścią przesadnie nowoczesnej kondycji Andy, która musi zostać reedukowana przez podróż w czasie. W XIX wieku Anda uczy się marzyć o miłości i małżeństwie. Zaznaje gorzkiego fiaska tych marzeń, czyli staropanieństwa, a potem w wariancie równoległym tak samo gorzkiego ich spełnienia. Chodzi o to, by zrozumiała, że były czasy, gdy nieziszczenie dziewczęcych marzeń i ziszczenie były jednakowo fatalnym scenariuszem.

1-Scan-022 polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_00.57.06_[2013.12.27_17.12.28]

I stała się bardziej romantyczna.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.16.57_[2013.12.27_17.38.19] polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.16.52_[2013.12.27_17.38.09]

Kadry z ekranizacji w reż. Haliny Bielińskiej. W roli Andy Elżbieta Czyżewska, w roli romantycznego Karola Jerzy Nasierowski

Również inna material modern girl, Ula z „Lata nagich dziewcząt” Stanisławy Fleszarowej-Muskat (1960), dostaje nauczkę, co prawda nie tak drastyczną. Ula nie ma marzeń, lecz finansowe plany. Zamierza się życiu dobrze ustawić przy pomocy dobrze ustawionego faceta. Skromna, acz niezależna egzystencja mamy, portowej rzeczoznawczyni kauczuku, która mieszka w obskurnym mieszkaniu dzielonym z dwoma innymi lokatorkami i nie kupuje drogich ciuchów, córce wydaje się godna politowania. Jesteśmy w Sopocie, są wakacje, jest jazz, w luksusowych lokalach szpanuje polski i zagraniczny high life. Ulka patrzy, porównuje i obcesowo poucza mamę: „Nie bądź głupia – powiedziała serdecznie. Wiem, że mogłoby być gorzej, ale dlaczego nie ma być lepiej? Czy nie widzisz, jak ludzie żyją! Ile mają pieniędzy! Czy my zawsze musimy żyć z twojej pensyjki, no i co z tego, że ja kiedyś zarobię na tej chemii, na którą mnie wrobiłaś! Widziałaś te parkingi na Powstańców Warszawy? I jakie baby jeżdżą tymi wozami? Umiały się urządzić”. Chęć urządzenia się przy braku romantycznych marzeń nieodmiennie pcha ją w ramiona starszych panów, czyni z niej kociaka, niemal prostytutkę. W pewnym momencie są to ramiona nieświadomego ojca, który po prostu podrywa i tuli w tańcu chętną dziewiętnastolatkę. Nieporozumienie szybko wychodzi na jaw, ale na postępowanie Uli pada cień kazirodztwa. W końcu sama zaczyna mieć tego wszystkiego dosyć i życzliwszym okiem spogląda na rówieśnika, który nic jeszcze nie zdążył osiągnąć. Wraca do odpowiedniej do wieku roli, plany zastępuje marzeniami. Jednocześnie jej mama się zakochuje i dwuosobowa rodzina zmierza ku normatywnej rekonstrukcji.

Lato nagich jarosław Kosiorek

Okładka Jarosława Kosiorka do późnego wydania z 1991

Rzeczoznawczyni kauczuku uosabia aspiracje okresu socrealizmu – niezależność finansowa, „męska” praca, którą lubi i z której jest dumna, to wszystko, czego jej trzeba. Słynny drugi etat dzięki współlokatorce emerytce jest właściwie półetatem, więc aż tak bardzo jej nie ciąży. Ulka (i jej przyjaciółka Be) występuje jako kwintesencja dążeń odwilżowej młodzieży – ma większe potrzeby konsumpcyjne i żadnego etosu pracy. Jej uznanie budzi stan posiadania i wygląd kobiety, nawet jeśli zawdzięczany mężczyźnie. Taka różnica wzorców to częsty temat powieści opublikowanych na początku lat 60. Na przykład „Tancerzy” Jackiewiczowej, o których już tu kiedyś pisałam. Powieść Fleszarowej-Muskat kończy się kompromisem – matka i córka obie się romantyzują, przez co złagodzeniu ulega zarówno socrealistyczny, jak i odwilżowy wzorzec aspiracji. Dotychczasowy styl ich życia staje się aberracją, odstępstwem od uniwersalnego wzorca, który dopiero teraz ma zostać zrealizowany.

W Córki chcą inaczej Eugenii Kobylińskiej-Masiejewskiej (1966) Bożena, córka pielęgniarki, „ma zdolność do szycia”, w liceum czuje się nie na miejscu, zbiera dwóje, źle się prowadzi, przez co prawie zalicza gwałt na randce. Mama, zapewne pod wpływem swoich doświadczeń zawodowych, chce, żeby studiowała medycynę. Żywi aspiracje, których córka nie podziela. Idealizuje ją i przez to krzywdzi. Pada retoryczne pytanie: „Czy krawcowa nie jest pożyteczną jednostką?”.

1-Scan-012 1-Scan-001.BMP

Obwoluta i strona tytułowa Gizeli Bachtin-Karłowskiej

Oczywiście, jest. Nie należy przesadzać z marzeniami. Muszą się one wiązać z predyspozycjami. Zasada dotyczy chyba tylko bohaterek ze środowisk nieinteligenckich. Taka Jagoda Sobociak (Ludwika Woźnicka, Jagoda w mieście, 1968, i Jagoda dojrzewa, 1980), przybyszka ze wsi, nawet nie pomyśli o byciu lekarką. Już zawód pielęgniarki to szczyt jej marzeń. Nie chce też zostać w mieście, zamierza wrócić do siebie.

Zdjęcia-3736 Zdjęcia-3737

Okładki Anny Włoczewskiej i Małgorzaty Krasuckiej

Można by tego typu fabuły uznać za zniechęcanie do awansu i wyraz sceptycyzmu wobec zdolności aspirujących dziewcząt. Ale można też interpretować jako dowartościowanie innych niż miejsko-inteligenckie wzorców aspiracji. Bożena w każdym razie szczęśliwie przenosi się do szkoły odzieżowej i opamiętuje moralnie.

Hm, ten post miał dotyczyć głównie „Tabliczki marzenia” Haliny Snopkiewicz z krótkim wprowadzeniem o innych książkach. Tymczasem wstęp niespodziewanie się rozrasta. Tak to już jest z dziewczęcymi marzeniami. Wszystko się ze wszystkim łączy. Jak napisać krótko o marzeniach Rozalki, którym podporządkowana jest cała powieść Anny Kamieńskiej? Więc może na razie zawieszę temat. Następny wpis pojawi się już niedługo i będzie dotyczył marzeń niemiejskich i nieinteligenckich.

Gender, czyli heca na 14 fajerek

Tę historię znają wszyscy, którzy dziś mówią: „Gender? Ki diabeł? Na co to, po co?”. Nie wiedzą, że czytając powieść Hanny Ożogowskiej „Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek” (1961) albo oglądając zrealizowany na jej podstawie, przy współpracy pisarki, serial w reżyserii Stanisława Lotha (1978) – mieli do czynienia z fabułą właśnie o gender, czyli płci kulturowej.

Dziew i chło

Brat i siostra zamieniają się rolami i na wakacje trafiają nie tam, gdzie pchało ich kulturowe przeznaczenie – Tosia w chłopięcym przebraniu jedzie do ultramęskiej leśniczówki, by zaznać twardej ręki stryja i sprostać siłowemu trybowi życia zamaszystych kuzynów, a Tomek w spódniczce podróżuje do domu owdowiałej ciotki, opanowanego przez żywioł piskliwej i kłótliwej dziewczęcości kuzynek. Oboje muszą stawić czoła wyzwaniom, o których pozostając we własnej roli, nie mieliby pojęcia. Są traktowani zupełnie inaczej niż dotychczas. Nie pasują do oczekiwań i trochę usiłują je spełnić, a trochę zmienić. Burzą w ten sposób kulturowe stereotypy związane z płcią. Nieoczekiwana zmiana miejsc, karnawałowe wywrócenie świata do góry nogami, daje asumpt do mnóstwa zabawnych sytuacji i refleksji nad asymetrią wychowania chłopców i dziewczynek.

1817718

Ożogowska więcej i lepiej pokazuje, niż nazywa. Jest inteligentniejszą pisarką niż socjo- czy antropolożką. W powieści wnikliwie przedstawia patriarchalne mechanizmy wytwarzania grzecznych dziewczynek i władczych chłopców, ale w dosłownych wyjaśnieniach używa potocznego języka „naturalnych” różnic.

1-Scan-023 (3) 1-Scan-024 (2)

Tu i niżej ilustracje Zbigniewa Piotrowskiego

Ojciec Tosi i Tomka „odziedziczył” despotyzm po swoim ojcu i dziadku. Stryj to nerwus, bo są „rodzonymi braćmi” i „wzięli to po ojcu”. Tomek jest „chłopakiem bardzo ambitnym, urodzonym prowodyrem, chętnie narzucającym swą wolę innym i wymagającym posłuchu. Czyż nie był synem swego ojca? Czy nie mówi się, że jabłko pada niedaleko od jabłoni?”. Tosię natomiast cechuje „wrodzona dobroć serca”, nie potrafi, mimo usilnych prób, wzbudzić w sobie gniewu i buntu. Oboje, jak twierdzi mama, są „ambitni po ojcu”, dzięki czemu Tosia mogła w ogóle przetrwać ciężką próbę męskości. Ciekawe, że „wrodzona” ambicja do tej pory się nie przejawiła. Widać nie było warunków. Przed zamianą brat i siostra spierali się, kto ma w życiu łatwiej – dziewczyna czy chłopak – i utrzymywali, że przynależność do odmiennej płci oznacza przywileje. Teraz ona musi udowodnić, że podoła roli chłopca. On też musi wytrzymać w spódniczce z powodów ambicjonalnych, ale osiąga cel w inny sposób – nie wchodzi w stereotypową rolę dziewczynki, lecz demonstruje, że dziewczynka nie musi być bierna i nieśmiała.

W charakterystyce Tosi pada jedyne w całej powieści zdanie o wpływie wychowania. Bohaterce brak odwagi, bo „chuchana i dmuchana przez babcię, mamę i ojca, zawsze pod ich opiekuńczymi skrzydłami, nie miała okazji wyrobić sobie tej cechy”. Czyżby wychowanie dziewcząt ze względu na swój upośledzający charakter było łatwiejsze do zauważenia?

Światy Tosi i Tomka to dwa odmienne obszary kulturowe. Ich mieszkańcy mają inne stroje, zachowania społeczne, rytuały, zaprzątają ich inne sprawy, inaczej się bawią, ba, nawet mówią innymi językami (Tomek ćwiczy do roli Tosi zdanie „upadłam na buzię”, choć sam użyłby słowa „pysk”).

1-Scan-026 1-Scan-028

Ożogowska akcentuje klasyczne szczegóły, którymi różnią się te dwa obrazki. Tosia, „cała gospodyni”, nie ma jeszcze 12 lat, a już robi w domu wszystko to, co mama: gotuje, sprząta, pierze, prasuje, szyje, szydełkuje itd. W tym czasie niewiele starszy Tomek poza domem zajmuje się budowaniem swojego autorytetu w grupie rówieśniczej, w tym pojedynkami o męski honor. Rzadko wykonuje pomocnicze prace domowe. Kiedy siostra gotuje obiad, kładzie się na tapczanie z książką „Marzenia inżynierów”.

marzenia inżynierów

Jednak największą różnicę stanowi strach. Tosia jest niepewna, zalękniona, unika konfrontacji. Najbardziej boi się ojca, choć jest jego pupilką. Naśladując mamę, raczej przymili się, załagodzi, zmanipuluje, a nawet skłamie, niż narazi na ojcowski gniew. Ten konflikt wartości odczuwa fizjologicznie: „Tosi od tego wszystkiego szumiało w głowie, pulsowało w skroniach, zaczęło ją boleć za uszami. Napiła się zimnej wody. Trochę pomogło”. Wzorem mamy we wszystkim wtóruje ojcu, rzekomo w trosce o jego zdrowie i domowy spokój, podczas gdy Tomek ciągle powoduje spięcia, bo „nie chce czy nie umie” pamiętać o wybuchowym charakterze taty.

To zresztą główny powód zamiany ról – Tomek wykazuje nieposłuszeństwo i wychodzi z domu, którego miał za karę nie opuszczać, a Tosia boi się przed tatą przyznać, że temu nie zapobiegła, więc postanawia podać się za niesubordynowanego brata. Woli skok w nieznane od wyznania, że zawiodła.

Rodzice zupełnie inaczej traktują dzieci w zbliżonym wieku, ale różnej płci. Mama pozwala się Tomkowi wykręcać od domowych robót zadanymi lekcjami. Nikt jakoś nie martwi się, czy Tosia pogodzi obowiązki szkolne z domowymi. I dziewczyna faktycznie jest podwójną prymuską. Tata wydaje co prawda polecenie „Tomek, pomóż Tosi”, ale sam wstaje od stołu i wychodzi. Kiedy jest zmuszony zrobić sobie jajecznicę, przedstawia to jako wyczyn i wyjątkową konieczność. Nie przykłada ręki do gospodarstwa, ale ma za złe Tomkowi, że go naśladuje. Właściwie nie dostrzega, że to naśladownictwo. Na tym polega ich konflikt – dojrzały samiec odmawia młodemu własnych przywilejów. Rzeczywisty wyższy status Tomka jest zamaskowany szorstkością ze strony ojca, tak jak służebność Tosi przybiera pozór specjalnej pozycji córeczki tatusia.

Wzorowa Tosia i niesforny Tomek są dziećmi architekta i nie wiadomo kogo. O zawodzie mamy nic nie wiemy. Liczy się tylko jego praca. Bo projektuje tysiąclatkę na konkurs i zarabia na większe mieszkanie. Zaharowuje się i dlatego jest wyjątkowo nerwowy. Mama się nie denerwuje i nie zarabia na tyle dużo, żeby warto było o tym wspomnieć.

Tuż przed zamianą dzieci wiodą dyskurs o domenach. Mężczyźni według Tomka zajmują się naprawdę ważnymi problemami, takimi jak zdobywanie żywności. Tosia podnosi problem prasowania chustek do nosa. Tomek nazywa go „typowo kobiecym” i „wybitnie nieważnym”. „Po co prasować chustki do nosa? I tak się zgniotą”. Wygraną dyskusję podsumowuje: „Redukujemy niepotrzebne czynności do minimum. Tak mówi ojciec do mamy. W jego zastępstwie tak mówię ja – do ciebie”. Oczywiście Tomek ma rację, tylko przemilcza to, że kobiety nie trwonią życia na krzątactwo z wrodzonego idiotyzmu. Jolanta Brach-Czaina dodałaby, że przedstawiona przez Tomka hierarchia jest pozorna. Domowe krzątactwo służy egzystencji, utrzymuje bezwład chaosu i śmierci poza granicami mikrokosmosu.

Tosia gotuje, sprząta, pierze, prasuje, szyje, szydełkuje i nawet jej do głowy nie przyjdzie, że marnuje czas. Nie jest też w stanie obronić swojego stanowiska, kiedy poproszony o wyrękę Tomek kwestionuje całe jej życie. Wyrzuca do śmieci cały jej wysiłek. Dziewczyna staje oniemiała. Będzie w duchu pomstować: „To jest sprawiedliwość: cała robota na mnie, a on przeżywa. On ma męskie problemy!”, ale nic z tego nie wyniknie.

Podobna sytuacja jest w „Fotoplastykonie” Krystyny Siesickiej (1969).

1-Scan-039

Asymetria wychowania prymuski Agaty i lawiranta Jaśka. Pobłażliwość matki wobec syna. Konflikt ojca i syna, którzy zachowują się identycznie, ale ojciec mierzy syna inną miarą: „Gdyby mój Tata był młodzieżą, mówiłoby się o nim, że jest uparty i krnąbrny. Ponieważ jest dorosły mówi się o nim, że ma charakter. Ten charakter odziedziczył po Tacie mój brat, Jasiek, on właśnie jest uparty i krnąbrny”. U Ożogowskiej tata zabiera Tomka od babci, która nie potrafiła zdyscyplinować wnuka. U Siesickiej tata zarzuca mamie, że wychowuje Jaśka na „niechluja i abnegata”, ale sam – jak tata Tomka – jakoś nie daje pozytywnego przykładu, najwyżej czasem wyprasuje sobie spodnie od garnituru.

Frustracja siostry większa niż w „Dziewczynie i chłopaku”: „Nasza Mama jest gospodarna, oszczędna, pogodna i skromna. Posiada jeszcze kilka równie wstrząsających cech […] Według »opinii publicznej« Mama powinna stanowić dla mnie wzór. Obawiam się jednak, że pomimo najszczerszych starań pozostanę na zawsze tylko Jej nędzną imitacją, a w tej chwili, to nawet do nędznej imitacji jest mi bardzo daleko. Z rozpaczą myślę o moim przyszłym życiu, które ma upłynąć pod hasłem: »PRACA, SKROMNOŚĆ, OSZCZĘDNOŚĆ!«. Będzie to chyba najnudniejsze życie, jakie potrafię sobie wyobrazić. A moja Mama, choć to zdumiewające i nieprawdopodobne, wygląda na osobę zadowoloną”. Agata ma świadomość genderowej presji społecznej. Jest o krok od feministycznego olśnienia. Tosi do tego daleko.

Agata i Jasiek odbywają nawet rozmowę o wartości pracy domowej podobną do tej, którą przeprowadzają Tosia i Tomek. Jasiek „bez cienia skrupułów bierze od mamy pięć złotych za mycie okien, chociaż cała rodzina potępia go za to”. Agata pomaga mamie za darmo i zarobek brata doprowadza ją do szału: „Mógłbyś robić to za »dziękuję«, a nie za pieniądze! – krzyczy Agata. – To powinien być twój psi obowiązek! Byś się wstydził!”. Wie, że ona na prowadzeniu domu nigdy nie zarobi, więc domaga się tego samego dla bliźniaka.

Jasiek przegaduje ją jak Tomek Tosię. Mama płaci pani Kapuścińskiej za mycie okien pięćdziesiąt złotych – wykłada Jasiek swoją teorię domowej ekonomii – więc on, biorąc tylko pięć złotych, dokłada się do utrzymania rodziny – daje mamie czterdzieści pięć złotych. Agata nie daje nic. Jej praca, ponieważ pozostaje bezpłatna, rzeczywiście jest „psim obowiązkiem” i nie ma żadnej wartości. Siostrze szybko kończą się argumenty. Nie może podać konkretnej kwoty, ale wie, że pracę, od której z wdziękiem wymiga się Jasiek, ktoś musi wykonać. Jeśli Agata się zbuntuje, mama sama zabierze się do roboty. Ta sytuacja przyprawia dziewczynę o wściekłość – pozbawiona wartości praca zyskuje konkretną cenę, gdy wykonuje ją pracowniczka najemna albo mężczyzna, ale dla Agaty nie ma to właściwie znaczenia, bo z jej punktu widzenia liczy się fatalizm obowiązków, które koniec końców może tylko zrzucić na barki innej kobiety.

Innym razem Agata w przypływie absurdalnego poczucia humoru wyobraża sobie rzecz niemożliwą – awanturę między rodzicami. Jerzy Flisak, ilustrator pierwszego wydania, pokazał tę fantazję tak:

1-Scan-040

Grafik musiał być kiedyś małą dziewczynką i bacznie obserwować pokorę swojej matki, skoro zaakcentował rysunkiem właśnie ten, pozornie błahy, fragment tekstu.

1-Scan-021 (2)

Wróćmy jednak do powieści Ożogowskiej. Tosia i Tomek muszą stawić czoła wyzwaniom, o których pozostając we własnej roli, nie mieliby pojęcia. Ale strategie obierają odmienne. Tosia przełamuje strach i zdobywa nowe umiejętności, podciąga się na wyższy poziom. Tomek wyrabia nowe umiejętności u kuzynek. To one muszą się podciągnąć. Tosia się zmienia, poszerza repertuar prac – poza obowiązkami dziewczyny podejmuje obowiązki chłopaka – rąbie drwa, buduje huśtawkę, jeździ konno itp. Tomek nawet nie rozważa podjęcia „kobiecych” prac. Skupia w swoim ręku domową władzę i „nowocześnie” zarządza pracą kuzynek: nazywa i rozdziela zadania, motywuje wykonawczynie, ustala hierarchiczne reguły komunikacji. Potrafi sprawić, że robota robi się „sama”.

Tworzy Atomowe Kierownictwo Domu, w ramach którego kuzynki, dotąd kłócące się zażarcie o każdą wolną minutę, bez protestu uwijają się po obejściu. Zanim pojawił się menedżer, wiedziały, że tak naprawdę nie chodzi o gotowanie, sprzątanie, zmywanie, karmienie kur, lecz o życie. „Grzeczne i miłe dziewczynki” w sporach o grafik zmieniały się nie do poznania: „Jedna drugiej skakała do oczu i starała się przekrzyczeć, wypominając, ile i kiedy zrobiła”. Pod zarządem rzekomej Tosi konflikty wygasają, podwładne chętnie trwonią egzystencję i nie kwestionują, że funkcje kierownicze („kontrola, pomoc i nadzór”) są najważniejsze. Kojąco i budująco wpływa na nie zwłaszcza legenda o wspaniałym bracie Tosi, który staje się wzniosłym ideałem tej przemienionej żeńskiej wspólnoty. Z jednej strony podwójny Tomek, realny i wyobrażony, działa na kuzynki dyscyplinująco, z drugiej już po pierwszym zwycięstwie nad agresywnymi sąsiadami w dziewczyny wstępuje nowy duch. Jakby tylko czekały na impuls, by porzucić rolę ofiar.

Tomek ma dwie trudności do pokonania. Pierwsza to stereotyp dziewczęcości. Żeby pokonać chłopacką bandę, która zdominowała sąsiedztwo i czyni agresywne wypady na terytorium podwórka cioci Isi, musi nie tylko zachowywać się nie-jak-dziewczyna – czyli przejąć inicjatywę, onieśmielić przeciwnika, przejść do ataku, z tym nie ma problemu – ale również zostać rzecznikiem równouprawnienia. On, który uważa dziewczyny za istoty niższe, perswaduje: „Teraz takie czasy, że dziewczyna od chłopaka niczym się nie różni”. A także: „Tylko bardzo, bardzo ciemna masa myśli, że dziewczyna nie potrafi tego, co chłopak”.

Czy obrońca Różnicy po wakacyjnej przygodzie zweryfikuje swoje poglądy? Mało prawdopodobne. Jego męskość jest zbyt krucha, zagrażają jej złe, piętnujące słowa. Na przykład „Szydełko”, gdy ktoś omyłkowo weźmie szydełkującą Tosię za brata. „Zgrywne przezwisko przylgnie do człowieka na całe życie. Ani tego odpruć, ani oskrobać”. Męskość trzeba cały czas inscenizować, i to w archaicznych, przerysowanych formach, stąd pojedynek o honor prawdziwego mężczyzny – siłowe i komisyjne ustalenie płci w gronie „najważniejszych chłopaków”.

Drugą, chyba jeszcze trudniejszą kwestią jest dla Tomka męska solidarność. Przyczyniając się do upokorzenia wrogiej bandy, profanuje najwyższą wartość – chłopacki honor: „Te słowa przypomniały Tomkowi, kim jest. Dotknęły do żywego męskie serce, chociaż odziane sukienką w kratkę. […] Kogoż on tutaj reprezentuje, przeciw komu staje i czyich interesów broni? O, zdrajco własnej płci!”. Nie może oczywiście zachować się jak-dziewczyna – biernie, lękliwie, ustępliwie, ale „klęska Łukasza będzie jego klęską. Zdrada Piotra – jego własną zdradą”. Wyjściem jest pakt o nieagresji, wspólna zabawa w Indian. Tylko że dopóki trwała wojna, panowała równość – rozejm przynosi powrót do tradycyjnych ról – „kobiety” przygotowują ognisko, „mężczyźni” przynoszą mięso. Inscenizacja bitwy pod Grunwaldem (po ustaleniu, że kobiety też mogą być rycerzami) przywróci równouprawnienie. Jakby tylko gry wojenne stwarzały po temu warunki.

1-Scan-029

Te mieszane istoty, Tosiek i Tomka, budzą niedowierzanie krewnych, do których trafiają. Stryj i kuzynowie traktują przebraną Tosię podejrzliwie – ich niechęć budzi „nienaturalna” delikatność i miękkość gościa, który – jak sobie tłumaczą – całkiem w tej Warszawie „zbabiał”. Kiedy zamiana wychodzi na jaw, stryj eksploduje radosną ulgą: „A matka nadziwić się nie mogła, że taki schludny chłopak, jak lalka! Ho! Ho! Ho! I miednicę myje po sobie! Ho! Ho! Ho! A to panna! Cudów nie ma!”. Widać, że pojawienie się dziwnego chłopca wytworzyło między małżonkami jakieś napięcie, było argumentem w konflikcie, którego przebiegu nie znamy.

Tomek jako nietypowa dziewczyna wywołuje podziw, kuzynki są zachwycone, cioci Isi siostrzenica podoba się tak bardzo, że wyraża twarde życzenie: „Chciałabym, aby moje dziewczynki były takie śmiałe i obrotne”. Podobne tęsknoty odkrywa w sobie ciocia Ola, patrząc na Tosię jako chłopca. Jej synowie nawet jajecznicy nie umieją usmażyć, a „Tomek” gorliwie podejmuje się wszystkich prac. Leśniczyna stawia go „swoim wisusom” za wzór dbałości o higienę. Oszołomiona wykrzykuje: „To będzie kiedyś mąż i wyręka dla żony!”. Czyżby zgłaszała w ten pośredni sposób zastrzeżenia w stosunku do męża, którego nie waży się krytykować wprost?

Tu chyba najbardziej uderza całkowity brak tematu wychowania – ani ciocia Isia, ani ciocia Ola najwyraźniej nie wiedzą, że mogłyby swoje dzieci wychować na śmiałe i obrotne dziewczynki i biorących udział w pracach domowych, czystych chłopców. Bierność jednych i niechlujstwo drugich są dziełem natury.

Powtarzam – Ożogowska jest lepszą pisarką niż socjo- czy antropolożką. Ma fabułę i dialogi, nie ma języka. Taki był w latach 60. stan kultury. Nie tak bardzo się zmienił. Autorka z jednej strony notuje to, co potocznie „się mówi” o jabłku i jabłoni, czyli przywołuje utrwaloną w przysłowiu tradycję myślenia genetycznego – z drugiej każe najpierw Tosi, potem Tomkowi posłużyć się retoryką równouprawnienia. Obejmuje ona pojęcia „zacofania” i „ciemnej masy”, więc przedstawia się jako nowoczesna i oświecona. Można nią próbować zawstydzać reprezentantów tradycyjnego porządku. Opiera się na pragmatycznym braku różnicy – „mężczyźni potrafią robić wszystko to samo, co kobiety”, „dziewczyna potrafi to, co chłopak”. Skoro mowa o potrafieniu, oczywiste jest uczenie się. Mimo symetrii tych zdań uczy się i potrafi tylko Tośka. Na kartach powieści rozgrywa się wczesny etap emancypacji – kobieta musi dowieść swej równości.

Zakończenie przywraca naruszony porządek. Modyfikacja jest drobna – ojciec despota odczuwa skruchę. Ale co się zadziało, to się zadziało. Mogliśmy zobaczyć patriarchat w ironicznym cudzysłowie. Bawić się rolami płciowymi, śmiać z ich sztywności i własnych oczekiwań. To, co dotąd było oczywiste, mogło stać się kwestią do przemyślenia. Ożogowska zachęcała do przekroczenia znanych reguł, otwierała wyobraźnię. Podpowiadała, że w całym tym genderze nie chodzi o mycie naczyń, tylko o życie i władzę. A wszystko bez wskazywania wrogów do odstrzału – w atmosferze inteligentnej, humanistycznej popkultury.

Dwie tancerki

Magda jest jedyną córką prominentnego partyjnego dziennikarza i uznanej rzeźbiarki. Dostaje tyle pieniędzy, ile chce. Ma własny pokój. Ciszę i swobodę. Dopiero kiedy zawala maturę, zaczyna podlegać wyważonej kontroli rodzicielskiej.

Piękna, zaprzątnięta pracą matka Magdy przebywa częściej w swojej zewnętrznej pracowni albo za granicą niż w domu, którym zajmuje się wynajęta gosposia. Obojętność matki budzi skrywaną rozpacz córki. To zadra, która determinuje. Artystka olśniewa Magdę i jej przyjaciółkę, z wdziękiem pazia rzuca „uczcie się, uczcie” i już jej nie ma. A Magda zostaje z żalem uwiedzionej i porzuconej kochanki. Na przyjęciu, na którym matka bryluje w najlepszej towarzyskiej konwencji, córka zerka na nią z zazdrosną nadzieją: „Może wreszcie mnie łaskawie zauważy?”. Przepełnia ją „nienasycone pragnienie matczynego zainteresowania”.

Poza tym nieobecność matki wiąże się z aurą niemoralności. Magda i inni nie wierzą w to, że artystka spędza noce w pracowni i „szasta się” po świecie sama, wyłącznie ze względów artystycznych. Myśl o podwójnej zdradzie jest tak straszna, że dziewczyna nawet jej nie formułuje. Jej nowoczesne przekonania najwyraźniej nie dotyczą matki. Ojciec wydaje się rozumieć żonę, nie ma do niej pretensji, najwyżej cichy żal. Z zaangażowaniem podjął obowiązki wychowawcze. W pewnym momencie zataja przed żoną, że córka jest podejrzana o współudział w przestępstwie. Nie chce jej martwić? absorbować? Wie, że to bezcelowe?

Z ojcem Magdę łączą relacje partnerskie, czułe, wsparte fizyczną bliskością, choć zakłócone przez konflikt światopoglądowy. On jest zwolennikiem postawy ideowej, odpowiedzialnej, zaangażowanej, aktywnej, wytwórczej. Ona ostentacyjnie przyjmuje pozę dziewczyny bez właściwości, znudzonej, spragnionej przygód, ale biernie ulegającej strumieniowi wydarzeń, zamierzającej żyć lekko i przyjemnie, nastawionej na konsumpcję, nie pracę i tworzenie.

Nie zmienia to faktu, że rozmawiają spokojnie i rzeczowo. Dbają o wspólne neutralne pole, na którym mogą się porozumieć czy po prostu spędzić razem czas. Ojciec traktuje córkę jak niezależny podmiot o pełnoprawnej, mimo że obcej, konstytucji. Można założyć, że gdyby miał też syna, oboje wychowywałby tak samo.

Rodzice Magdy prawie się nie spotykają, dużo pracują, każde gdzie indziej. Porozumiewają się telefonicznie, wyłącznie w kwestiach praktycznych. Matka często nocuje w pracowni, w pewnym momencie wyjeżdża na kilka miesięcy do Włoch. Występują razem tylko na przyjęciu, grając rolę wzorowych gospodarzy. Nic nie wskazuje na to, by ze sobą sypiali. To dwa niezależnie działające podmioty, które występują razem tylko chwilowo, żeby neutralnie, bez niczyjej szkody, poudawać parę.

Redaktor Wytycz ceni odwagę cywilną i nonkonformizm. Pomaga znaleźć pracę Teresie, którą wyrzucono ze szkoły, bo przyznała się do sfałszowania ocen, ale mimo ogromnej presji dyrektora nie zadenuncjowała wspólników.

Tancerze

Pierwsze wydanie z 1961 r.

Rodzice Uli są drobnymi urzędnikami. Oszczędzają każdy grosz. Córka, chcąc mieć pieniądze, musi je zarobić. Ciasną domową przestrzeń dzieli z ukochaną siostrą i faworyzowanym przez rodziców leniwym i cynicznym bratem oraz emitującym głupie piosenki i reklamy radiem. Żyje w hałasie, oblepiona dławiącym rodzinnym sosem.

Jej ruchy są przez matkę i ojca śledzone i piętnowane. Reprezentują oni kulturę zgorszenia, którą doprowadzają do stanów histerycznych. Ich lista zachowań nieprzyzwoitych jest nieskończona. Otwiera ją oczywiście jakikolwiek pozadomowy towarzyski kontakt córki z mężczyzną. Ale widnieją na niej również wieczorne śmiechy z siostrą i kolorowe pończochy. Lista bezeceństw nie obejmuje natomiast gościnnej zalotności córek, którą ojciec zarządza wobec swego „lubiącego kobitki” szefa, ganiąc Ulę i Teresę za strategię pokrzywy. Nie wiadomo też, co w myśl tego rygorystycznego kodeksu jest bardziej grzeszne – „gżenie się” z chłopakiem czy opisywanie tego w pamiętniku.

Matkę Uli spowija obłok kuchennych wyziewów. Jest typową opresyjną matką gastronomiczną, usiłującą szantażować córki swoją podwójną (zawodową i domową) harówką i wciągającą je w krzątaczy kierat. Nie spodziewałam się takiej postaci w peerelowskiej powieści dla dziewcząt. Ojciec wtóruje jej, wypominając córkom, że mieszkają w jego domu i jedzą jego chleb.

„Co za upokarzająca niewola! – notuje rozżalona Ula. – Ta ciągła podejrzliwość, te groźby, krzyki”. Rodziców nie interesują myśli i przeżycia nastoletnich dzieci. Córek dotyczy to znacznie bardziej niż syna: „Siostry musiały ustępować, on – mógł wymagać. Siostrom mówiło się o obowiązkach, jemu przyznawano prawa”. Rodzice karmią, dają dach nad głową i egzekwują ślepe posłuszeństwo. Wymagają sformalizowanego szacunku, ale sami nie szanują. Krytykują zbyt bezpośredni ich zdaniem język córek, ale sami używają pod ich adresem wulgaryzmów.

Rodzice Uli zawsze występują razem – nawet kiedy matka rozmawia z córką na osobności, tematem rozmowy jest gniew ojca, któremu trzeba zapobiec. Stanowią właściwie jeden podmiot o dwóch uzupełniających się głowach. Głównym celem tego podmiotu jest brutalne stwarzanie pozorów. Wieczorem pokój stołowy, symboliczne centrum, zamienia się w małżeńską sypialnię. W łożu dzieci nie mogą nie zobaczyć częściowo obnażonego, wstrętnego rodzicielskiego ciała odzianego w nieświeżą bieliznę.

Rodzice są teoretykami, praktykami i surowymi nauczycielami konformizmu i hipokryzji. W myśl zasady, że „kto nie smaruje, ten nie jedzie” podlizują się wyżej postawionym znajomym i zwierzchnikom, których nienawidzą. Pomstują na socjalizm, ale każą Teresie ukrywać, że wysyłają ją na religię i do kościoła. „Nędzarskie wyrachowanie” i tchórzostwo napawają ich córki odrazą.

W peerelowskiej powieści dla dziewcząt rzadko występują tak jaskrawe i równolegle prezentowane różnice klasowe. Bohaterki i ich rodzice najczęściej należą do inteligenckiego mieszczaństwa, rzadziej pochodzą ze wsi i dokonują awansu społecznego, ale to dwie osobne konwencje.

1-Scan-031

Wydanie z 1977 r.

W „Tancerzach” Elżbiety Jackiewiczowej, bo o tej powieści z 1961 roku mowa, jednym z najważniejszych tematów jest różnica w statusie ekonomiczno-kulturowym przyjaciółek. Bo Magda i Ula się przyjaźnią, kłócą, stają się sobie nieodzowne. Razem czytają książki, piszą poezję (Magda) i prozę (Ula). Są swoimi jedynymi czytelniczkami i krytyczkami. Razem imprezują, razem się uczą. Przedmiotów szkolnych, postępowania z mężczyznami i stawania na własnych nogach.

Jak szczeniaki różnych ras (Jackiewiczowa posługuje się ryzykownym porównaniem), przeznaczone do różnych funkcji, mają jedną wspólną cechę – ciekawość. Chcą wszystkiego spróbować, wszędzie wetknąć nos.

I obie chcą – dodajmy – osiągnąć niezależność. Startują z innych punktów, z odmiennymi nawykami i goryczami. Początkowo obierają różne strategie, ale szybko okazuje się, że postępowanie systematycznej i odpowiedzialnej Uli nie tak znów daleko odbiega od stylu beztroskiej Magdy. Ta z kolei w końcu dochodzi do wniosku, że musi przełamać swoje „nie-chce-mi-się”, żeby uniezależnić się od rodziców.

Skąd bierze się różnica klasowa w „Tancerzach? Nie wiadomo. Po prostu jest. Nic nie wskazuje na to, by została odziedziczona – pokolenie dziadków jest nieobecne. Najprawdopodobniej rozwarstwienie wynika z jakichś indywidualnych cech – ambicji, wiary w socjalizm, inteligencji, umiejętności czy talentu. W każdym razie córka zwraca zawistnym rodzicom uwagę, że gdyby byli dziennikarzem i rzeźbiarką, też byłoby ich stać na majowe truskawki po sto trzydzieści złotych za kilo. Jackiewiczowa podsuwałaby zatem czytelnikowi teorię kowala. Inaczej musiałaby przyznać, że wciąż działają mechanizmy reprodukcji porządku klasowego, na które jednostkowe wysiłki nie mają większego wpływu.

Najciekawsze są oczywiście fragmenty, kiedy dochodzi lub o dziwo nie dochodzi do klasowej konfrontacji między przyjaciółkami. Magda na imprezach zawsze ma pieniądze, z których Ula korzysta bez skrępowania. Kapitał i tak jest rodzicielski, nie ma znaczenia, że jeden ojciec jest biedny i skąpy, a drugi zamożny i hojny. Kiedy Ula zarobi korepetycjami, Magda równie nonszalancko bawi się za jej krwawicę, bo nie zna „wartości pieniądza” – nigdy nic nie zarobiła. Obie beztrosko wydają wszystko, co mają. Niby nie ma konfliktu, ale finansowa beztroska finansowej beztrosce nierówna – za rozrzutnością Uli stoją godziny ciężkiej pracy. Magda jest utracjuszką nieświadomą.

Kiedy Ula zawiera z ojcem Magdy pakt dotyczący surowszego postępowania z jego córką, pieniądze są jednym z najważniejszych elementów umowy. Przede wszystkim za „pilnowanie nauki” przyjaciółki Ula ma dostawać wynagrodzenie. Mimo oporów młodej nauczycielki redaktor Wytycz nalega na taki układ, żeby było „najpoważniej, najbardziej rzeczowo i zobowiązująco”, inaczej przyjaźń uniemożliwi wykonywanie pracy. Pieniądze sformalizują luźną relację między dziewczętami. „Dobrze, będę korepetytorem i powiem jej, że za drogie pieniądze” – godzi się w końcu Ula. Czy to zdanie miałoby równą moc, gdyby użyła żeńskiej formy „korepetytorka”?

Na ojcowskie obawy dotyczące konsumenckiej zachłanności Magdy, która bez żadnego hamulca „pożera świat” budowany przecież czyimś wysiłkiem, Ula ma prostą odpowiedź: pan jej daje tyle pieniędzy, ile ona chce, i nie stawia jej pan żadnych warunków. Określona kwota wprowadziłaby w życie jedynaczki konieczność wyboru, opóźnienie gratyfikacji („Musiałaby się w czymś ograniczyć, czegoś sobie odmówić, czegoś długo pragnąć…”). Źle, że Magda nic nie musi, mógłby pan czegoś od niej wymagać.

Ula najwyraźniej próbuje w dobrej wierze skłonić niepatriarchalnego ojca do zdyscyplinowania córki, choć jednocześnie zazdrości przyjaciółce swobody i nonszalancji. Uważa, że Magda może sobie pozwolić na lekkie życie, zawalenie matury i inne ekscesy, bo ma świetne domowe warunki, podczas gdy jej dom to koszmar, z którego musi jak najprędzej się wyzwolić, czyli wykształcić się i zacząć zarabiać na siebie.

Wydaje się, że w tym punkcie nigdy nie dojdą do porozumienia. „Magda, ty nawet nie wiesz, co to jest mieć własny pokój. Ty tego nie oceniasz” – żali się Ula. Własny kąt dla każdego to dla niej piękna idea, w którą warto wierzyć. Szczęściara, która zawsze po prostu miała własny pokój, bezceremonialnie przerywa ten wywód i powiada, że pokój, gosposia do usług i pieniądze „nie dają nic”. W życiu liczą się „dreszczyki” – silne, nowe wrażenia zapobiegające nudzie. Wszystko inne to górnolotna deklamacja. Ideowa, prospołeczna Ula wyrasta więc z ekonomicznego braku, obojętna Magda – z przesytu.

W kwestii wychowania sytuacja jest akurat odwrotna. Zachwycona matką Magdy Ula nie widzi nic złego w tym, że córka, mąż i dom nie mają dla tej piękniej i niepospolitej kobiety największego znaczenia. Magda tłumaczy udręczonej rodzicielską obscenicznością przyjaciółce, że jej rodzice żyją dla niej, dławią ją, ale z miłości. Ona czuje się dla swoich rodziców nieważna.

Dziewczyny podpisują protokół rozbieżności. Jakoś przyjmują nawzajem do wiadomości swoje emocje, ale chyba je bagatelizują, na pewno traktują z dystansem bolączki tej drugiej.

1-Scan-037

Autorka – stara nauczycielka urodzona na początku wieku – obie bohaterki bardzo lubi i przedstawia nietendencyjnie. Magdę, reprezentantkę kontrkultury młodzieżowej spod znaku „Stodoły” i „Hybryd”, ze względu na amoralność mogłaby potępić. Tymczasem buduje jej postać lojalnie, z dużym zainteresowaniem, jeśli nie fascynacją i podziwem. Widzimy na przykład Magdę siedzącą nad Wisłą w nonszalanckiej pozie. Ma na sobie obcisłe jaskrawe spodenki, żółty pulowerek z głębokim dekoltem odsłaniającym ramiona i wzniesienia piersi. Na ciemnej twarzy usta umalowane prawie na żółto. Siwoniebieskie włosy przypominają perukę dawnych markiz. Wygląda szokująco, wyzywająco, ekscentrycznie, a Jackiewiczowa pisze, że „wiała od niej jakaś beztroska, jakaś pewność własnej siły, może także wyniosłość nad światem, który jej ma służyć jak owoc nasycający, kiedy tylko ona, Magda, zapragnie”.

Stara nauczycielka musiała pod koniec lat 50. bacznie obserwować złote dziewczyny i snuć wokół nich emancypacyjne fantazje. Czyżby im zazdrościła? Bardzo możliwe, choć w „Tancerzach” (jak niektóre zachodnie feministki drugiej fali) ostrzega również przed kontrkulturowym uprzedmiotowieniem kobiet. Bezpruderyjność to wielka zdobycz, ale i potencjalna pułapka. Panująca w tym środowisku swoboda obyczajowa opatrzona magicznym słowem „nowoczesność” może służyć zaspokajaniu potrzeb wzgardliwych pozerów. Nowoczesnością szantażuje Filip, chcąc wymusić na Magdzie uległość seksualną i ogólne podporządkowanie. To zaklęcie po prostu działa na dziewczyny.

Magda lekko traktuje seks, nie broni się, ale wyznacza konwencję i kończy sprawę, kiedy chce („Granicą jest moja wola. Na razie wystarcza mi tyle”). Pokazuje to już jedna z pierwszych scen – dziewczyna pozwala się długo i nudnie całować w bramie przygodnemu Ludwikowi, ale w pewnym momencie ostro go odprawia: „Spływaj. Mam już dość. Spać mi się chce”. W jej związkach, które są „sportem młodości”, „miłością naskórkową, swobodną, […] bez zobowiązań”, chodzi o to, żeby uniknąć ewentualnych miłosnych cierpień i upokorzeń. Miłość to ujarzmienie, ktoś zawsze ma większą władzę, ktoś traci kontrolę nad sobą, więc Magda preferuje relacje niemiłosne. Autorka przedstawia to może nie z jakąś wielką aprobatą, ale też bez nagany.

Hybrydy

Hybrydy w latach 60.

Rozumie się samo przez się, że Magda dawno ma za sobą inicjację i seks uprawia stale, ale nie widzimy jej w sytuacjach ściśle seksualnych. Jackiewiczowa w ogóle lubi i umie nasycać tekst erotyzmem pozałóżkowym (objęcia, dotknięcia, muśnięcia, dmuchnięcia w kark, taniec, wspólne opalanie). Była świadkiem przełomu związanego z publicznym manifestowaniem cielesnej bliskości dziewcząt i chłopców. A przynajmniej przedstawia chodzenie ulicą w czułym objęciu jako obyczajową nowość, budzącą agresywne zgorszenie starszych generacji.

Z czynności ściśle seksualnych występują u niej gwałtowne, mocne pocałunki z wpijaniem się warg. Trochę się nabijam, ale właściwie u Jackiewiczowej sfera seksualna występuje nawet bardziej otwarcie niż u Haliny Snopkiewicz, że o innych autorkach, przeważnie przemilczających lub aluzyjnie załatwiających sprawę, nie wspomnę. Nastolatki, nawet te najstarsze, w peerelowskich powieściach dla dziewcząt rzadko miewają życie seksualne, bohaterki Jackiewiczowej należą do imponujących wyjątków. Koniec dygresji.

Z kolei pracowita i moralna Ula łatwo mogłaby zostać dydaktycznym sucharem. Tymczasem właściwie do końca nie przestaje zaskakiwać. Po przebieranej prywatce – na której występuje w kostiumie subretki, rozweselona i zaczepna, a potem spokojnie wyznaje siostrze, że nie jest pewna, czy się znowu nie upije, bo ten stan był… bardzo dobry – wydaje nam się, że już mniej więcej ją znamy. To jednak dopiero początek, bo przejdziemy z nią inicjację seksualną, i to w sposób, o jakim się nie śniło moralistom. Oczywiście znowu tego nie zobaczymy, dostaniemy relację post factum, ale rzeczową i zaskakującą.

Początkowo Ula jest wstydliwa i zalękniona. Nie przystaje na nalegania Pawła, którego bardzo kocha. „Wydawało mi się, że jeśli ulegnę, to uduszę się, zatonę, zginę” – powie później, wspominając ten etap. Po pierwszym razie spodziewa się wielkiego przełomu, nie wyobraża sobie, co będzie dalej. Nic dziwnego, że odsuwa ten moment. Paweł ją porzuca, po kilku miesiącach Ula poznaje Zbyszka, którego pożąda i lubi, ale nie kocha. Toteż z nim może się zdobyć na zlekceważenie dziewictwa.

Ze zdumieniem stwierdza, że nic się nie zmieniło. Równie zdumiony jest jej partner, który przyzwyczaił się, że po pierwszym razie dziewczyna, już choćby dla uratowania honoru, mówi, że kocha, patrzy psimi oczami, z przywiązaniem i pokorą, uważa się za pokonaną i poddaną. Tymczasem Uli Zbyszek musi przyznać: „A ty jesteś mimo wszystko niezdobyta. Nie jesteś moją własnością, moją rzeczą. Jesteś dalej sobą, kimś ode mnie niezależnym… I to mnie doprowadza do wściekłości!”.

W kulturze podwójnych standardów, przedstawionej w „Tancerzach”, Zbyszek jako mężczyzna ma bogate doświadczenie w zaspakajaniu swego pożądania, i to bez miłosnej otoczki. Dysponuje też dość prostym językiem do mówienia o tym. Ula musi się zmierzyć z fetyszem kobiecej cnoty, tabuizacją kobiecego pożądania i uromantycznieniem kobiecego seksu. Nie ma języka odpowiadającego złożonemu doświadczeniu inicjacji seksualnej.

Należy do jednego z dwóch tajemniczych gatunków, które się ze sobą nie porozumiewają. Mężczyźni z zasady chcą „tylko jednego”. Kobiety mają jedną władzę – mogą ulec lub nie ulec męskiemu pożądaniu. Jednak w obu przypadkach mężczyzna może odejść. Jako ekonomicznie i społecznie zależne kobiety muszą traktować seks bardzo poważnie, stąd jego uromantycznienie, powiązanie z głębokim uczuciem. Jeśli – jak podpowiada Jackiewiczowa ustami Zbyszka – głębokiego uczucie brak, trzeba je odegrać.

Dlatego poprzednie dziewczyny Zbyszka upierały się przy języku i roli kochającej, oddanej, uległej, zależnej od woli „zdobywcy”. Ula próbuje wynaleźć inny język, inne metafory, skonstruować inną rolę. Mówi (autorka mówi w jej imieniu) o „ofiarowaniu” siebie, nie „oddaniu”. Wyznaje chłopakowi, że go lubi, że jego pieszczoty są miłe, ale nic ponadto. Tłumaczy, że dziewczyny obserwują tworzenie się par jak taniec, muszą czekać, aż ktoś je wybierze. Boją się, że ich nikt nie pragnie, że nie wezmą udziału w kulturowym rytuale. „Byłam właśnie w takim strachu, że mnie coś mija, że jestem niepotrzebna […]. Odczarowałeś mnie”. Teraz tańczy, ale już wie, że nie należy przeceniać tej czynności, tak jak całego tradycyjnego kontraktu płci.

Jest gotowa na spotkanie z Pawłem, który równolegle zdążył dojrzeć i porzucić rolę bezrefleksyjnego użytkownika kobiet. I rzeczywiście – w finałowej scenie spotykają się przypadkiem „na środku drogi”, ponownie, a jakby pierwszy raz. Stoją naprzeciw siebie „spłoszeni i szczęśliwi”.

Kończąc, dodam tylko, że główne bohaterki u Jackiewiczowej uprawiają seks jakby zażywały pigułki najnowszej generacji – to znaczy nic a nic nie obawiają się ciąży, która przecież w ich sytuacji życiowej byłaby katastrofą. Niechciana ciąża i aborcja to znów coś, co się przytrafia bohaterce dalszego planu. W tym przypadku prowincjonalnej urzędniczce, zgodnie z wzorcem zaczerpniętym od Mniszkówny czekającej na męża inżyniera czy lekarza, przy którym nie będzie już musiała pracować. Trochę jakby niechciana ciąża przydarzała się kobietom należącym do określonej kategorii, mianowicie małomiasteczkowym gęsiom, które nie chcą się emancypować. Kiedyś o tym napiszę, bo rzecz jest ciekawa. Tutaj chciałabym tylko wytknąć łatwiznę – Magda i Ula mogą być seksualnie wyzwolone, bo temat ewentualnej ciąży arbitralną decyzją autorki ich nie dotyczy.

Co nie znaczy, że o tej równoległej, acz asymetrycznej emancypacji i nieoczywistej przyjaźni Magdy i Uli nie czyta się z przyjemnością.

Wdzięczność i wstyd

Irena Jurgielewiczowa. Jedna z tych starych, poczciwych nauczycielek urodzonych na początku XX wieku, które w PRL-u zostały pisarkami młodzieżowymi (ta biograficzna prawidłowość zasługuje na osobną notkę).

Lektura szkolna „Ten obcy” (1961) to rzecz o wielkiej miłości do uciekiniera Zenka czworga przyjaciół:

– lękliwej, dziewczęcej, ale zasadniczej Uli, oczywistej zwyciężczyni rozgrywki,

– dziarskiej i odważnej Pestki, która chce imponować tym, że jest równie fajna jak chłopcy,

– szlachetnego Mariana, dotąd samca alfa, zagrożonego, ale i przyciąganego przez rywala

– oraz najmłodszego Julka, dziecinnego mizogina, który otwarcie adoruje ukochanego przywódcę i jest boleśnie zazdrosny o Ulę.

Fabuła, jak pamiętacie, jest ciekawa – każdy inaczej kocha Zenka i przez to zmienia swój sposób odnoszenia się do pozostałych członków grupy. Dynamika relacji się komplikuje, a jeśli dodać do tego napięcie w stosunkach z rodzicami oraz przenoszenie emocji na bezdomnego psa – byłoby o czym pisać.

Wybrałam jednak kontynuację „Tego obcego” z dramatycznym pytaniem w tytule – „Inna?” (1975, okładka Grażyny Rogowskiej, genialne ilustracje Leonii Janeckiej).

1-Scan-001.BMP

Może dlatego, że ostatnio znów czytałam dużo Musierowicz, zemdliło mnie i znalazłam remedium w lekturze tej właśnie powieści Jurgielewiczowej. I wcale nie wynika to – jak twierdzi Musierowicz – z opozycji między literaturą pocieszycielską a literaturą skoncentrowaną na „brudzie świata”. Chodzi o różnicę między pocieszeniem głupawym i natychmiastowym (Jeżycjada) a warunkowym, poprzedzonym ekspozycją trudności (książki Jurgielewiczowej).

Zdjęcia-2102

Danka, tytułowa bohaterka „Innej?”, to wychowanka domu dziecka, która spędza Boże Narodzenie w „prawdziwej” rodzinie.

1-Scan-011

Goszczącym ją domem włada despotyczny ojciec, który nie pozwala żonie i dorastającemu synowi o niczym decydować: „To dla twojego dobra – odpowiada mamie, jeśli ta wnosi jakiś protest. Dba o mamę, to prawda, tylko że mama chociaż czasem wolałaby sama postanowić, co jest dla jej dobra, a co nie”. Matka i syn żyją tak, by zadowalać ojca. Danka nie zna pojęcia drugiego, domowego etatu kobiet, ale spogląda na cały układ z marginesu, więc widzi, że pod tym dachem nie ma sprawiedliwości – dom musi błyszczeć, zanim ojciec wróci z pracy, chociaż matka Mariana też pracuje zawodowo (jako pielęgniarka).

1-Scan-010

Paternalizm objawia się jednak jeszcze inaczej. Mianowicie w drobnomieszczańskim zamknięciu rodziny: „Ojciec obcych nie lubi, denerwuje go, jeśli trzeba odstąpić od stałych domowych przyzwyczajeń, dostosować się do kogoś, obsługiwać go, krzątać się…” Te oschłe bezosobowe formy ociekają obłudą – przecież to nie ojciec będzie się krzątał. Pan domu maskuje niechęć troską o żonę, ale tak naprawdę jest zazdrosny o energię jej tysiącznych ruchów, której część ma być skierowana w innym kierunku.

1-Scan-012

Dlatego też ustępliwa żona tym razem stawia na swoim. Chce przyjąć sierotę na święta i przyjmuje.

Sprawa kobiecej emancypacji splata się z oporem wobec czynienia z rodziny „ośrodka uczuć antyspołecznych” (Brzozowski). Mama Mariana, której miałby być rzekomo oszczędzony dodatkowy wysiłek, wyraźnie nie życzy sobie, by „cały świat poza obrębem rodziny był zdobyczą lub nieprzyjacielem” (znów Brzozowski). Pal sześć dodatkową krzątaninę, byle rozszczelnić izolację. Jurgielewiczowa wie, że stawką emancypacji nie jest „tylko” samostanowienie kobiety, ale i model społeczeństwa.

Przybywa Danka i sytuacja zaczyna przypominać schemat, który znamy z lektury Jeżycjady, ale jednocześnie zdecydowanie od niego odbiega.

Przy magicznym stole w kamienicy przy Roosevelta 5, najlepiej w Wigilię, pojawia się ktoś potrzebujący pomocy. Samotny, niekochany, zagubiony, zziębnięty, głodny. Aurelia Jedwabińska („Opium w rosole”, 1985), rumuńskie żebraczki („Noelka”, 1992), woźny Jankowiak („Dziecko piątku”, 1993). Wszystkie problemy rozwiązuje talerz rosołu. W Borejkowskim cieple pierzchają smutki i lęki, nieszczęsny gość w mgnieniu oka odzyskuje radość życia i wiarę w ludzi. Otwiera się jak rozkwitający kwiat i promienieje wdzięcznością. Jeśli nie otwiera się i nie promienieje, jest niewartym starań agresywnym tępakiem (Lisieccy) albo ma emocjonalną dysfunkcję (Ewa Jedwabińska). Odrzucenie bezcennego daru inteligenckiej dobroczynności jest niewybaczalne. Należy wdzięcznie rezonować odebranym sygnałem dobra.

1-Scan-016

O ile pamiętam, tylko raz (w „Kłamczusze”, 1979) Musierowicz przedstawia punkt widzenia gniewnego plebejusza z pełnym zrozumieniem. Pomoc domowa Franciszka Wyrobek co prawda nie istnieje, ale jej klasowa perspektywa jest całkiem realna. Kiedyś już o tym pisałam w „Bez Dogmatu”. Pozwolę sobie na autocytat, bo uwielbiam tę scenę. Roześmiana grupa licealistów wraca z kina, a służąca kończy właśnie kilkugodzinne sprzątanie: „Z lustra spojrzała na nią chuda twarz o zaciśniętych ustach i płonących złością czarnych oczach. Jędza – pomyślała i zrobiwszy kilka głębokich wdechów oraz min na rozgrzewkę, wsadziła na nos okulary i zajaśniała pogodnym wyrazem twarzy. W pokoju Pawełka pito tymczasem kompot (znów cztery szklanki do mycia) i na tle szemrzącej delikatnie muzyki kameralnej prowadzono rozmowę o poezji”. Ktoś ciężko pracuje, żeby ktoś inny mógł swobodnie rozwijać swoją ostentacyjnie niepraktyczną erudycję. Koniec autocytatu.

1-Scan-015

Z lustra, w które patrzy Aniela-Frania, wyziera piękna i straszna twarz rewolucji, ale bohaterka widzi ją oczami uprzywilejowanych i nie chce mieć z nią (z sobą) nic wspólnego. Nie chce być małostkowa, zazdrosna, swarliwa i brzydka. Szybko przywdziewa maskę i wchodzi w sympatyczną rolę gosposi. Widmo rewolucji znika, tym bardziej że plebejuszka zostaje zaproszona do elitarnego grona, ponieważ udowadnia, że zna, ceni i z użyciem indywidualnego talentu, ale wiernie interpretuje kanon kultury (konkretnie „Hamleta”) oraz że wbrew cynicznym deklaracjom hołduje mieszczańskiej moralności.

W Jeżycjadzie rewolucja nie jest oczywiście możliwa, ale została przedstawiona i zawłaszczona. Myślę o czerwcu 56 w „Kalamburce” (2001). W dwudziestoleciu międzywojennym cenzurowano sposoby przedstawiania walki z caratem, zakładając, że nie można pokazywać rewolucyjnych zamachów na władzę, bo mogłoby to niebezpiecznie rozbudzić wyobraźnię odbiorcy. Musierowicz (zgodnie z aktualnym trendem) nazywa protest robotniczy powstaniem, a nawet chyba trochę wzoruje się na popkulturowych wyobrażeniach walk w Warszawie 44 roku. Nie zaryzykuje słowa „rewolucja”, nawet w przypadku wystąpienia przeciwko peerelowskim władzom.

Główną bohaterką powieści czyni Gizelę Kalembę, plebejuszkę, ale niepodległościową, antykomunistyczną i znającą swoje miejsce, nie marzącą o awansie społecznym ani nawet o poprawie sytuacji bytowej. W ostatnim rozdziale dowiadujemy się, skąd się wziął twardy i skromny charakter tej kobiety i przecieramy oczy ze zdumienia.

Kończy się kryzysowy rok 1935. Młoda Gizela wraca późnym wieczorem z pracy w sklepie. Dygocze w lichej jesionce, jest głodna i usposobiona tak, jakby zaraz miała się zapisać do KPP. Mimo że ciężko pracuje, na nic jej nie stać. Za pokoik płaci 10, a zarabia 18 złotych. Po zamknięciu sklepu musi go jeszcze bez dodatkowej zapłaty posprzątać. Pryncypałowa w świątecznym prezencie dała jej wstążkę do kapelusza, książkę „Zwycięstwo polskich skrzydeł” i „Kalendarz Rycerza Niepokalanej”. „Lepiej by dała parę pończoch wełnianych, świętoszka jedna” – pomstuje Gizela, tym jednym zdaniem przeprowadzając wyczerpującą krytykę genderowej, państwowej i religijnej ideologii. Strojny orszak ślubny po andersenowsku spycha ją w pryzmę śniegu.

Rozżalona na swoją krzywdę, źle myśli o sąsiadach Makowskich – przyszłych rodzicach Mili Borejko. Ci ubodzy i szczęśliwi inteligenci właśnie kupili sobie odrobinę węgla. Gizela zazdrości i burzy się przeciwko takiemu niesprawiedliwemu porządkowi rzeczy. W domu jednak przekonuje się, że ciężarna Makowska napaliła jej w piecu, a wysiłek przyspieszył poród. Prawie komunistka odzyskuje wiarę w Boga i ludzi, ale też zaciąga dożywotni dług. Poczucie winy za złe myśli, przekonanie, że ma „czarne”, „pełne zawiści i gniewu” serce, każe jej potem nie tylko opiekować się osieroconą Milą, ale i skrycie adorować niezwykłą wychowankę – świętą córkę świętych dobroczyńców. Gizela pragnie zasłużyć na miano dobrej wróżki dopuszczonej do kołyski księżniczki.

Baśniowy epilog „Kalamburki” jest prologiem całej sagi. Chwila klasowego gniewu wymaga dziesięcioleci zadośćuczynienia, by z kolei zaowocować Milą Borejko – opoką wzorcowej inteligenckiej rodziny. Bunt jest w tej ekonomii w pewnym sensie konieczny, ale tylko po to, by nastąpiło jeszcze konieczniejsze jego stłumienie. Żeby nieskończenie wdzięczna plebejuszka Gizela wychowała założycielkę elitarnego rodu.

No i poniosło mnie. Koniec dygresji. Jurgielewiczowa w odróżnieniu od Musierowicz nie jest ani bezczelna, ani biegła w mechanizmach popkultury. Nie ułatwia sobie zadania i nie sięga po schemat opowieści o wdzięcznych wykluczonych. Jej powieści są mało spektakularne, ale zadziwiająco zniuansowane. Wbrew obowiązkowym optymistycznym zakończeniom bardzo wieloznaczne.

W „Innej?” Danka pod wpływem dobroczynności nie otwiera się i nie promienieje, ale nie ma to nic wspólnego z tępotą czy uczuciowym kalectwem. Jurgielewiczową szczególnie interesuje reakcja tego, kto poddawany jest pedagogice czy dobroczynności. Ten wątek powraca w jej powieściach i zawsze przedmiot starań okazuje się podmiotem i ma prawo reagować „źle”. Został ukształtowany w określonych warunkach, ma odruchy, skomplikowane, często sprzeczne, emocje, poczucie własnej godności. Musi sobie radzić z psychologicznymi konsekwencjami wykluczenia.

ten_obcy4

W „Tym obcym” dumny Zenek woli kraść niż przyznać się, że ucieka od ojca alkoholika, i przyjąć pomoc nowych przyjaciół.

W „Niespokojnych godzinach” (1964) zbyt czytelne zabiegi wychowawcze doprowadzają Janusza do wściekłości, bo oznaczają brak zaufania, napiętnowanie, a on nie chce być utożsamiany ze swymi postępkami. Niesłusznie posądzony, z przekory i rozgoryczenia rezygnuje z samoobrony, nie przyznaje się do dobrych intencji, tym samym potwierdzając najgorszą opinię o sobie. Moralna wyższość Kasi, choć uzasadniona, na koniec nawet samej Kasi wydaje się podejrzana.

We „Wszystko inaczej” (1968) mały złodziej listów jest przestraszony i upokorzony demaskacją i nie zmienia tego podarunek z ręki zmieszanej swoją rolą demaskatorki. Maja odruchowym oporem detonuje mentorstwo Michała.

Danka kompensuje swoją podrzędną pozycję wzgardą i pozą znudzonej prowincją warszawianki. Jej strategia obronna budzącej współczucie sieroty polega na odgrywaniu pewności siebie i braku skrupułów, prowokowaniu rzekomym cynizmem. Gdyby była miła, „pomyśleliby, że jej zależy, że się im podlizuje, bo są u siebie, a ją zaproszono z łaski”. To jest do pewnego momentu silniejsze od niej.

Jednak sama czuje „że ktoś, kim chciałaby być, ale nie jest”, postąpiłby inaczej. Po raz pierwszy jest z siebie zadowolona, kiedy odstępuje Julkowi swoje prawo do zjazdu na sankach z Marianem. Rezygnuje z euforycznego pędu i umożliwia, niejako darowuje, przeżycie „upragnionej przyjemności” komu innemu, przez co sama czuje się radośnie i uroczyście.

Nic więc dziwnego, że kiedy przypadkiem słyszy, jak chłopcy szykują dla niej prezenty, wpada w pomieszanie: „W myślach bezład, wzruszenie i wdzięczność plączą się z uczuciem goryczy. I przecież ten nieprzyjemny stan ducha trzeba za wszelką cenę ukryć”. Skąd wstyd zamiast radości? Ona nic nikomu nie da, bo nie ma, „i wszyscy uznają to za zupełnie naturalne”, nie spodziewają się od niej podarków. „Nie ma rodziców, nie ma domu, nie ma pieniędzy. Zrozumiałe, że dopóki nie otrzyma prezentów, które są dla niej, jej ręce będą puste, jej rzeczą jest czekać, by się napełniły ich darami – a potem okazać wdzięczność. W stosunku do niej nikt wdzięczności nie poczuje, nie będzie miał za co”.

Zdjęcia-2100

Tak zapada decyzja o kradzieży. Danka kradnie ze sklepu drobne przedmioty, „żeby uniknąć upokorzenia, żeby być jak wszyscy”. Kibicujemy jej w długiej i pełnej napięcia scenie kradzieży. Cieszymy się, kiedy po wręczeniu prezentów, widząc radość obdarowanych – staje się kimś „zupełnie innym”, śmieje się, oczy jej błyszczą. Czy to ważne, że dzięki kradzieży? Dla niej ważne. Ucieka ze strachu przed demaskacją. Zatrzymana, jest „antypatyczna, twarda, okropna”.

1-Scan-013

O jej przewinie wie tylko jedna dyskretna osoba, ale pojawiając się u kryształowej Uli, Danka znów rozwija złożoną strategię obronną, tak że biedna Ula nie wie, co ma myśleć: „Jakby ktoś zsypał razem po kilka klocków z różnych łamigłówek: nie sposób ułożyć z nich sensownej całości. Czy dlatego, że Danka kłamie, że co chwila zmienia się jej nastrój?”. Ula nie byłaby jednak kryształowa, gdyby po wyjściu trudnego gościa nie robiła wyrzutów przede wszystkim sobie samej. Od razu rewiduje swoje oczekiwania. Bezrefleksyjnie założyła, „że ktoś taki jak Danka powinien być sympatyczny. Nie dość, że jest sam, że nie ma domu, że los go skrzywdził, ponadto ma jeszcze zachowywać się tak, żeby ludziom naokoło sprawiać przyjemność”.

Wykluczeni nie muszą być mili, nie muszą całować ręki, która ich karmi. Nie ma się co obrażać. Rezygnacja z dumy dobroczyńcy to u Jurgielewiczowej pierwszy krok do porozumienia. Drugim jest myśl Danki, że taka przyjaciółka jak ona mogłaby się naiwnej Uli przydać, że sierota z Domu Dziecka nie ma pustych rąk, że może stanąć do emocjonalnej wymiany jak równa z równą i równy z równym.

1-Scan-014

Trzeci krok Danka i Ula zrobią już razem i będzie to krok poza pole wyznaczone przez wdzięczność i wstyd.

Tereska i Okrętka (II)

Ostatnio starałam się przedstawić dwuznaczność feministyczno-patriarchalnych powieści Joanny Chmielewskiej. Temat wraca w komentarzach i jest ogólniejszy, więc poświęcę mu jeszcze trochę miejsca.

Monika Talarczyk-Gubała za Petrą Hánakovą przywołała „efekt feministyczny” przydarzający się czasem twórczości kobiet. Polega on na tym, że niezależnie od intencji autorki tekst pozytywnie działa na odbiorczynie. Ja też oczywiście jestem zwolenniczką i praktyczką kreatywnego odbioru. Nie interesuje mnie, jaki tekst „jest naprawdę”. Znaczenie powstaje w oku czytelniczki. Chwile, kiedy konwencjonalna literatura rozsadzana jest przez kobiecą energię, należą do bardzo satysfakcjonujących.

Zaczynając pisać blog, założyłam, że zrekonstruuję projekt emancypacyjny zawarty w peerelowskiej powieści dla dziewcząt, a jeśli w niektórych książkach okaże się on za mało śmiały – uda mi się nie tylko wykryć, ale może także wzmocnić czy wręcz wywołać to coś, czego nie umiałam zwięźle nazwać, a co teraz mogę określić jako efekt feministyczny. Wszystkim czytelniczkom, które bronią przede mną Tereski i Okrętki, bardzo dziękuję za potwierdzenie tej wstępnej tezy.

A jednak w poprzedniej notce swój entuzjazm chciałam wyrazić tak samo mocno, jak swoje rozczarowanie. Chciałam pokazać, jak Chmielewska jedną ręką daje, a drugą odbiera. Nie mam o to specjalnych pretensji akurat do niej. Trudno, wszystkie jesteśmy kulturowo i historycznie podejrzane (czyli zdeterminowane). Jeżeli chodzi o zadanie krytyczki literatury, wydaje mi się, że strategicznie nie można poprzestać ani na entuzjazmie, ani na rozczarowaniu. Tylko świadomość patriarchalnych ograniczeń umożliwia ich przezwyciężenie. Tylko afirmacja pozwala ruszyć z miejsca.

Dosyć jednak deklaracji, czas na konkrety.

Obrazek

Jednemu z najważniejszych konkretów w cyklu o Teresce i Okrętce na imię Robin. Bardzo nie lubię tego typa – rzekomo odpowiedniego mężczyzny, który zastępuje u boku Tereski narcystycznego Bogusia.

Boguś reprezentuje – w latach 60. i na początku 70. ciągle jeszcze egzotyczną (patrz „Wojna domowa”) – subkulturę młodzieżową, do której główne bohaterki nie należą. Pretensjonalny młodzieniec o drwiącym sposobie bycia nadąża za modą, pali papierosy i posiada magnetofon, a „dobrze zrobione” dziewczyny z „dopracowaną twarzą” zaprasza na prywatki lub do kina. Po prostu dysponuje pieniędzmi (otrzymywanymi od rodziców), chociaż ani myśli ich zarabiać.

Teresce wszystko to jest obce i zanim nie spotkała Bogusia, nie przyszło jej do głowy, że powinna mieć magnetofon czy adapter albo chociaż radio tranzystorowe i urządzać prywatki. Dopiero impuls ze strony złotego młodzieńca sprawił, że „poczuła się nagle jakaś gorsza, uboga, byle jaka”. Zapragnęła czymś mu zaimponować, a przede wszystkim ukryć fakt, że nie ma pieniędzy, chociaż zarabia korepetycjami.

To jednak chwilowy kryzys pragnień. Przy Bogusiu Tereska idiocieje i zaczyna się mizdrzyć, ale na ogół wraz z przyjaciółką kultywują etos życia skromnego i niezależnego, również finansowo. Supozycję, że biorą pieniądze od rodziców, poczytują za obelgę. O rodzinie Okrętki niewiele wiadomo, ale Tereska ma pochodzenie urzędniczo-inteligenckie. Obie są niezamożne z domu i wiedzą, że nie można od rodziców żądać pieniędzy na wydatki wykraczające poza niezbędne minimum bytowe. Magnetofon to fanaberia.

Dziewczyny należące do subkultury Bogusia wydają im się nachalne, wyzywające, lalkowate. Ich światem rządzi przypadkowy podryw, który „staroświeckim” przyjaciółkom kojarzy się abiektalnie – z „używaniem przechodniej szczotki do zębów” („Duch”, 1983).

Nowoczesność jest więc w dziewczyńskich powieściach Chmielewskiej związana z jednej strony ze społeczeństwem konsumpcyjnym (w pewnym sensie wolnorynkowym), a z drugiej z seksualnym wyzwoleniem kobiet, które przedstawiane jest jednak jako ich uzależnienie od mężczyzn. Nowoczesne, pozbawione godności „nachalne dziwy” są o wiele mniej wyemancypowane niż dumne i „staroświeckie” Tereska i Okrętka.

W prozie Anny Frankowskiej, o której pisałam wcześniej i jeszcze wcześniej, widać zgoła balzakowskie powiązanie kwestii ekonomicznych z obyczajowymi i społecznymi. W „Uroczym rodzinnym landszafciku” (ze zbioru „Zatańcz z moją dziewczyną”) finansowa motywacja bohaterów daje w efekcie fałszywy obrazek szczęśliwej rodziny. W „Mamusi” przymus ekonomiczny wywiera przemożny wpływ na miękką tkankę kultury – pruderyjna matka nie śmie rozmawiać z dziećmi o seksie, ale znosi w ich obecności dobiegające zza ściany odgłosy rozkoszy, bo wynajem pokoju ratuje rodzinny budżet. Hałaśliwym sprzątaniem stara się zaprzeczyć rzeczywistości, ale jej tradycyjne wyobrażenie o rodzinie przestaje być najważniejsze. W „Halinie” pieniądz rządzi miasteczkiem, w tym główną bohaterką, która spogląda na to krytycznym okiem, ale jednocześnie ma dość tzw. wyższych wartości i statusu pariaski. Jej rodzice przez wiele lat z poświęceniem budują wymarzony dom, ale podporządkowanie życia finansowemu rygorowi sprawia, że rodzina, która miała w nim zamieszkać, przestaje istnieć. U Frankowskiej ekonomia niszczy, ewentualnie obłudnie scala, konserwatywne fantazje o rodzinie.

W humorystycznych powieściach Chmielewskiej nie ma takich niuansów, ale motyw pieniędzy, które bohaterki same zarabiają, jest bardzo wyeksponowany. To ważne i dobrze o nich świadczy. Zastanawiam się dlaczego – jaki system przekonań za tym stoi. Mogłoby się wydawać, że socjalistyczny, skoro Tereska i Okrętka zarobkują, nie po to, by konsumować dobra luksusowe i błyszczeć konsumpcją w towarzystwie. Praca daje im godność oraz możliwość podboju większego kawałka świata i wybicia się na większą niezależność.

Chcą wziąć za siebie pełną odpowiedzialność, od poziomu biologicznego przetrwania poczynając. Jeśli przypomnimy sobie, że mają po 16-17 lat, ich indywidualizm i silny imperatyw survivalowego podejścia do życia wydadzą nam się bardzo neoliberalne, choć w ascetycznym wydaniu. Dziewczyny po prostu dają sobie radę, by dawać sobie radę. Ich samodzielność jest przyczyną, środkiem i celem.

Na czytelniczkę działa to upajająco. Tym większą zdradą wydaje się finał „Większego kawałka świata”, w którym okazuje się, że bohaterki nie były i nie radziły sobie same, bo czuwał nad nimi z daleka i interweniował w razie potrzeby właśnie antypatyczny Robin.

Nazwałam go tajemniczym opiekunem, bo bardzo kojarzy mi się z bohaterem powieści Jean Webster, w której pisarsko uzdolniona wychowanka sierocińca, niczym skrzyżowanie Kopciuszka z Elizą Doolittle, zostaje decyzją nieznanego dobroczyńcy studentką renomowanego college’u, gdzie zyskuje wykształcenie i wysoką pozycję społeczną. Filantrop nie tylko ją pośrednio wychowuje, ale także asymetrycznie decyduje o jej losach, samemu pozostając opatrznościowo niewidocznym.

Inteligentna i rezolutna Agata, mimo dążenia do niezależności, jako sierota realnie i fantazmatycznie stoi na straconej pozycji. Zamierza w przyszłości spłacić dług, ale póki co w wyobraźni obsadza hojnego opiekuna w roli poszczególnych członków rodziny, najczęściej rzecz jasna ojca. Na koniec o kilkanaście lat starszy opiekun-ojciec zostaje jej mężem i w ten sposób legalizuje jej nielegalny pobyt na świecie.

Tereska jest od Robina o kilka ważnych lat młodsza – on jest dorosły, podczas gdy ona jest nastolatką. Tereska jest też w pewnym sensie sierotą. To znaczy w jej życiu, którego najważniejsze epizody rozgrywają się poza domem, rodzice niewiele znaczą. Matka jeszcze od czasu do czasu się pojawia, ojciec jest niemal nieobecny. Inaczej niż dzisiejsza popkultura, która eksponuje relacje rodzinne, peerelowska powieść dla młodzieży uderzająco często pokazywała dzieci i młodzież w czasoprzestrzeni pozarodzinnej i nie robiła z tego problemu.

Robin przerywa tę sielankową swobodę, ujawnia „sieroctwo” przyjaciółek, które dotąd było niezależnością, i natychmiast wchodzi w rolę ojca – gani, poucza, opiekuje się, wyręcza, wychowuje.

Na Mazurach wszystko wie i obserwuje z dystansu, by pojawić się niczym deus ex machina, zanim nierozważne przyjaciółki zrobią sobie krzywdę. Ale i potem pozostaje na pozycji niewidocznego, nieprzeniknionego, ale wpływowego ojca-boga, który nie musi być obecny, żeby wywierać presję. On tylko czeka na Tereskę – aż ona skończy szkołę, dorośnie, dojrzeje, doedukuje się. A ona stara się sprostać jego nieodgadnionym wymaganiom. „Pierwszy raz w życiu czuję się gorsza, rozumiesz, wyraźnie widzę, że można wiedzieć i umieć więcej, można lepiej, za mało do tej pory zrobiłam, marnowałam czas…!” – wyjaśnia Okrętce, dlaczego się wykańcza dodatkowymi obowiązkami – kursem samochodowym, nauką angielskiego i konnej jazdy oraz dwunastoma godzinami korepetycji tygodniowo (żeby na te wszystkie lekcje zarobić).

Proszę, pojawił się i z miejsca wyprodukował całkiem nowy dziewczyński podmiot. Przyjaciółki już się godzą na smutną konieczność poślubienia obcego (bo mężczyzna to zagadka) człowieka i nazywają to nową odpowiedzialnością. No tak, ale to już lata 80. Jazda konna to nie fanaberia.

Proszę, żebyście znalazły przekonujące argumenty na obronę Tereski i Okrętki, bo duch we mnie upada.

Getto?

Zanim o Teresce i Okrętce, jeszcze Frankowska.

Jej przypadek nie daje mi spokoju.

Wikipedia informuje krótko, że urodziła się w 1953 roku i była dziennikarką i pisarką. Frankowskiej nie notuje słownik „Współcześni polscy pisarze i badacze literatury”, który notuje niemal wszystkich, ani „Słownik literatury dziecięcej i młodzieżowej” Ossolineum.

Frankowska to najwyraźniejszy znany mi przykład zamknięcia świetnej pisarki w getcie literatury dla młodzieży. Jak do niego doszło? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba by zbadać mechanizmy rządzące produkcją literacką kobiet w PRL-u i biografię Frankowskiej. Jedno jest pewne – jakiej by nie miała wartości dla nas, w hierarchii gatunków stworzonej przez białych martwych mężczyzn literatura dla dzieci i młodzieży, a zwłaszcza dla dziewcząt, jest literaturą minorum gentium. Ile świetnych pisarek nigdy nie przeszło do pierwszego rzędu? Frankowska otwiera moją listę.

Wiem o niej niewiele więcej, niż można wywnioskować na podstawie twórczości. Znalazłam jeszcze tylko autoprezentację autorki na skrzydełku debiutanckiego zbioru opowiadań „Zatańcz z moją dziewczyną” (wydanie drugie z 1978 roku).

1-Scan-004

Uczącej się warsztatu autorce tej książki daleko jeszcze do przemyślnej i zręcznej autorki „Ślicznego poranku” (1988) czy „Mamusi” (1986), choć w „Zatańcz z moją dziewczyną” rozpoznajemy już późniejszą gorycz, cyniczne przełamywanie sentymentów, bezpośrednie mówienie o pieniądzach, skłonność do otwartych zakończeń.

W „Koncercie na troje skrzypiec”, jednym z lepszych opowiadań tego zbioru, mamy monologi wewnętrzne trzech młodych kobiet uczestniczących w tej samej lekcji fizyki – klasowej buntowniczki, prymuski i nauczycielki. Każda czuje się samotna i źle osądza dwie pozostałe. Nawet profesorka i jej ulubienica mają o sobie mylne wyobrażenie. Wisi nad nimi wielkie nieporozumienie, za które odpowiedzialna jest patriarchalna kultura. Co gorsza, prosta kontrkultura, reprezentowana przez buntowniczkę, niczego nie zmienia. Potrzebna byłaby kontrkultura feministyczna, ale ani bohaterki, ani autorka najwyraźniej o niej nie słyszały, mimo że na przykład kobiece marzenie o studiowaniu fizyki jądrowej nie jest w ich świecie niczym niestosownym.

Na mnie największe wrażenie wywarł (domyślcie się dlaczego) monolog prymuski, która chciałaby dostać dwóję, ale uniemożliwia jej to silne poczucie obowiązku, nawyk spełniania oczekiwań i zależność od uznania otoczenia: „No więc było pragnienie, a zaraz potem bunt, marzenie, żeby coś zawalić, zepsuć, wywołać skandal, stać się centrum negatywnych zdarzeń i żeby już nikt nigdy nie stawiał mnie za przykład. Przecież to potworne! Potworne!”.

1-Scan-005

Opowiadanie „Łucja” z tegoż zbioru koniecznie przeczytajcie same. Uchylę tylko rąbka tajemnicy. Zostaje w nim subtelnie zdemaskowany typ romantyka, który swego czasu uwodził nas wszystkie. Ironię „Uroczego rodzinnego landszafciku” też najlepiej poznać samemu.

Frankowska poza opowiadaniami napisała dwie minipowieści – „Przecież to wszystko” (1979) i „Halinę” (1988) – o których można by długo, ale zbyt wiele książek i autorek przed nami, a czasu nieodmiennie brak. Napiszę więc tylko krótko o „Mamusi”, która podobnie jak „Śliczny poranek” ukazała się w serii „Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców” i jest chyba jeszcze bardziej przejmująca.

Córka chłodno obserwuje tu i analizuje rozwiedzioną matkę, która z przyczyn ekonomicznych wynajmuje jeden z pokojów ciasnego blokowego mieszkania. Kobieta wstydzi się mówić o seksie i pieniądzach, ale musi znosić odgłosy fizycznej miłości z pokoju sublokatorki i tylko do połowy miesiąca może myśleć o pozbyciu się namiętnej i bezceremonialnej pani Ewy. Frankowska jest mistrzynią w przedstawianiu ekonomicznego przymusu.

Świetna jest również parada przewijających się przez mieszkanie samotnych kobiet różnych profesji. Sublokatorki widzimy oczami dziecka, a kilkuzdaniowe charakterystyki dostarczają wymownych szczegółów obyczajowych.

Świetny i wstrząsający jest portret matki szkicowany przez córkę, która podejrzewa, że zgnębiona awanturami z mężem i walką o byt mamusia „najlepiej […] czuje się wówczas, gdy jest zmęczona, niewyspana, zaharowana”. Stara się być niewidoczna, bo wyczerpała się jej życiowa odwaga.

Córka próbuje na własny użytek zsyntetyzować wnioski płynące z obserwacji matki i głośnej sublokatorki, która wręcz przeciwnie – „sama w sobie jest jak transparent” i nie boi się być „widocznym człowiekiem”. Jaki jest rezultat tych dziewczyńskich kalkulacji? Przekonajcie się same.

A potem pomóżcie mi zastanawiać się nad kwestią, która właśnie mi przyszła do głowy. Czy dla Frankowskiej i jej czytelniczek rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby została autorką książek dla dorosłych? W końcu perspektywa dorastającej dziewczyny, skrót fabularny i inne najlepsze cechy jej pisarstwa mogłyby się nie zmieścić w konwencji „dorosłej” popularnej prozy psychologicznej, która zresztą też nie cieszy się zbyt wielkim prestiżem.

Może to jednak był wybór?

PS. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie coś więcej o Annie Frankowskiej, proszony jest o pilne podzielenie się informacjami.