Archiwa tagu: okrucieństwo

Ważne sprawy

Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców oczywiście. Seria ukazywała się w Harcerskim Wydawnictwie Horyzonty i Młodzieżowej Agencji Wydawniczej. Od 1967 do samego końca, a nawet dłużej – „Portret dziewczyny na zielonym tle” Stanisławy Fleszarowej-Muskat wydało w 1991 wydawnictwo Anagram.

Ponad 100 kieszonkowych książeczek zawierających współczesne nowele. Trzydzieści, czterdzieści, góra sześćdziesiąt stron. Szlachetne, czasem rewelacyjne ilustracje. W historii serii wyróżniają się okresy wyznaczane współpracą stałych autorów/ek okładek i ilustratorów/ek, którzy nadawali jej rozpoznawalną szatę graficzną. Pod koniec lat 70. królował tandem Wanda Orlińska i Krystyna Ziołowska,

1-Scan (5) 1-Scan-008

w pierwszej połowie lat 80. – Jarosław Jasiński i Ryszard Kryska.

1-Scan-007 1-Scan-009

Wcześniej było inaczej, chyba ciekawiej:

1-Scan-010

Pomysł serii wydaje się dziś, w epoce (generowanego/podsycanego) popytu na opasłe powieści, dość egzotyczny.

Autorzy znani, płodni, świetni, nieznani, przypadkowi, kiepscy. Mistrzowie gatunku i wyrobnicy. Tacy, którzy specjalizowali się w krótkich formach (Anna Frankowska), i tacy, którzy pisali też powieści. Niektórzy byli stałymi gośćmi serii, jak Ewa Ostrowska, Krystyna Siesicka, Janina Wieczerska, Ewa Nowacka czy Lech Borski.

Inni pojawiali się raz, nie wiedzieć czemu. Janusz Anderman, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy robił tzw. rewolucję artystyczną w prozie, jako Marcin Czech opublikował w serii „Ważne Sprawy” opowiadanie pod obiecującym tytułem „Autostop”. Tytuł to najlepsza część utworu. Reszta to kliniczna reprodukcja patriarchalnej zasady symbolicznego matkobójstwa. Książeczkę warto wziąć do ręki ze względu na ciekawą kreskę Krystyny Ziołowskiej.

1-Scan-002

1-Scan-001 (2)

Bohaterka „Autostopu” zrywa z pogardzaną matką – głupią i pretensjonalną kobietą, fatalną aktorką nie dostrzegającą swego braku talentu, jazgotliwą egotyczką. Wybiera porozumienie bez słów z mądrym ojcem o przymiotach boskich (który na przykład potrafi sprawić, że woda w jeziorze zamarznie). Kiedy klasyczny freudowski romans z ojcem się kończy, dziewczyna zastępuje go związkiem z ojcowsko opiekuńczym, młodym, choć sporo starszym od siebie mężczyzną. Równie przenikliwym i wszechmocnym.

Tendencyjny patriarchalizm to jednak w tej serii zdecydowanie wyjątek. Na ogół miałyśmy do czynienia z wieloznacznymi – nie bójmy się tego słowa – dramatami społecznymi rysującymi się w mikroskali rodzinnej czy środowiskowej. Między kilkoma osobami rozgrywała się prosta historia obrazująca konflikt wartości, ról, emocji i pragnień. Często stawką była emancypacja. Odbywała się literacka analiza jej społecznych i ekonomicznych ograniczeń.

Powracała też kwestia wykluczenia, napiętnowania, konformizmu w piętnującej grupie. O tym jest na przykład „Sprawa honorowa” Marii Nurowskiej. Ryszard Kryska tak narysował sytuację klasowej pariaski:

1-Scan-005

Na okładkach redakcja serii dobitnie wykładała misję serii. Najpierw (koniec lat 60. i początek 70.) wyglądało to tak:

1-Scan (3)

Dość szybko (w połowie lat 70.) tekst został zmieniony na taki:

1-Scan (4)

Ten tekst definiował serię do pierwszej połowy lat 80. Pod koniec dekady misyjna notka zniknęła. Nadciągał wojujący liberalizm z jego antydydaktyczną retoryką. W tym samym czasie zepsuły się okładki i zaprzestano ilustrowania książek.

Wolę pierwszą wersję tekstu misyjnego. Jest bardziej rzeczowa, mniej pretensjonalna. Akcentuje społeczne uwikłanie czytelnika i projektuje go jako pragmatyka moralności. Wprost wyraża utylitaryzm literatury. Zachęca do interakcji, skraca dystans. Zakłada wiarę w odbiorcę.

W zmienionej wersji „społeczeństwo” zostało przemianowane na mglisty „świat”. Zaufanie zastąpił ton dyscyplinująco-nakazujący. Pierwotnie skierowane do czytelnika „musisz” było określeniem konieczności wynikającej z mechaniki życia społecznego (musicie podejmować decyzje, dokonywać wyboru, bo jesteście zanurzeni w środowisku). Drugie „musisz” brzmi autorytarnie, wydaje się nieprawomocne (musisz, bo musisz). Autorzy powołują się na jakąś „głębszą prawdę”, podczas gdy wcześniej pisano o trudnych sytuacjach, wątpliwościach, decyzjach i konsekwencjach, „prawdę” przywołując tylko w opozycji do „życiowego wygodnictwa, tchórzostwa”.

Drugi tekst zawiera wizję czytelnika jako bezrefleksyjnego egoisty, wiodącego życie ułatwione, powierzchowne. Niemal współczesnego nam konsumenta nie rozpoznającego własnych pragnień, a chłonącego na oślep wszystko, co się da. Nie bez znaczenia jest fakt, że pierwszy tekst kreował czytelnika jako podmiot zbiorowy, drugi obliczony był na odbiorcę miażdżąco pojedynczego.

Pod okładkami nie było przełomu, na okładkach zapanował inny model literatury i inne wyobrażenie o czytelniku.

Dlaczego o tym piszę? Seria „Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców” wydaje mi się dobrym materiałem do dyskusji nad dydaktyzmem peerelowskiej literatury dla młodzieży. Nowelistyczną formę łatwo tendencyjnie domknąć.

Często spotykam się z zarzutem „nieznośnego dydaktyzmu” ówczesnej twórczości dla dzieci i młodzieży, który mnie wydaje się nie tylko znośny, ale nawet wspaniały. Pewnie dlatego, że znacząco różni się od współczesnego. Bo dziś też otacza nas nieznośny dydaktyzm, tyle że przezroczysty, udający, że go nie ma. Dzisiaj powtarza się, że już w przedszkolu dziecko musi się przygotowywać do wejścia na rynek pracy i jakoś nikt nie krzyczy, że to nieznośny dydaktyzm. Zostaliśmy wychowani na pokornych wyrobników zarabiających grosze na śmieciowych umowach. Ci, którzy zarabiają nieco więcej, stali się niewolnikami kredytu. I nawet nie wiemy, kiedy i jak to się stało. Nie zauważyliśmy dydaktyzmu. A peerelowska pedagogika solidaryzmu społecznego i nonkonformizmu jakoś strasznie nasz razi.

Etyka to dziś wielkie abstrakcyjne słowo, podczas gdy wówczas literatura popularna bezpretensjonalnie pokazywała, że etyka to szeroki zestaw narzędzi, którym trzeba się codziennie posługiwać i który trzeba codziennie uzupełniać.

Peerelowski dydaktyzm przede wszystkim zmieniał się w czasie, co widać już po okładkowych tekstach serii „Ważne Sprawy”. Bywało, że przejawiał się w sposób przerażający, ale z drugiej strony bywało, że nieoczekiwanie odbiegał od schematów.

Przykładem przerażającego dydaktyzmu jest dla mnie „Księżniczka i wszy” Ewy Ostrowskiej z 1983.

1-Scan-006

Wiadomo, że peerelowska popkultura (po 1956 r.) w pozytywnym świetle przedstawiała powrót/wyjazd wykształconych młodych na prowincję. Przywołajmy chociażby Jagodę, bohaterkę dylogii Ludwiki Woźnickiej („Jagoda w mieście”, 1968, i „Jagoda dojrzewa”, 1980), której jedną z najpiękniejszych cech jest chęć powrotu do rodzinnej wsi zaraz po ukończeniu szkoły pielęgniarskiej (względnie studiów).

Rodzice tytułowej księżniczki z opowiadania Ostrowskiej właśnie to robią – porzucają wygodną i prestiżową Łódź i wracają na ojcowiznę. Ich córka Joasia nie może tego znieść. Czuje się przestawiona jak mebel. Manifestuje wzgardę dla wsiowego życia. Intelektualną i estetyczną wyższość wobec źle ubranych idiotek śmierdzących gnojem. Największy wstręt budzi w niej Ewa o przetłuszczonych włosach i sinawych rękach, cuchnąca oborą i zasypiająca na lekcjach.

Kiedy szkolna kontrola higieny wykazuje u Joasi wszawicę, upokorzona księżniczka rozpaczliwie próbuje przekierować śmiech klasy na Ewę.

Do tej pory zachowywała się jak reprezentantka (nieobecnej przecież) wspólnoty, która chce się zawiązać w opozycji do tego, co wsiowe. Próbowała zmontować sojusz z nielicznymi koleżankami o niejakich pretensjach. Gdyby mogła, z rozkoszną odrazą wykluczyłaby Ewę. Teraz, po przeglądzie głów, sama staje się odrażającym odpadem wspólnoty. Więcej – żeby być konsekwentna, sama siebie musiałaby ze wstrętem wykluczyć ze wspólnoty, do której chce należeć.

1-Scan-007 (2)

Dlatego wskazuje palcem Ewę. To od niej mam wszy, „do jej głowy należy zajrzeć, a przedtem jeszcze powąchać”. Próba wyłonienia innej ofiary nie udaje się. Ewa ma głowę czystą. Joasia przywiozła pasożyty z miejskiego zakładu fryzjerskiego, do którego pojechała rozjaśnić włosy, żeby zadać szyku przed wsiowymi idiotkami.

Jakby tego było mało, okazuje się, że mama Ewy była chora, córka musiała ją zastępować w pracach gospodarskich (stąd jej wygląd, zapach i zmęczenie). Teraz mama Ewy umiera, a Joasię przygniata poczucie winy („nigdy sobie nie wybaczę”). To jednak nie koniec jej przemiany. Żeby zmądrzeć i nabrać empatii, musi wyzbyć się egoizmu i sama siebie napiętnować. Skarcić w duchu: „A ty ciągle o sobie, zawszona księżniczko”.

Rozumiem, że Ostrowska skierowała przeciwko bohaterce jej własną broń. Ale choć księżniczki mnie irytują, nie wychowywałabym ich wszawicą i publicznym pohańbieniem. Wysłałabym raczej do nich baśniową babuleńkę proszulkę z ziarnem lnu. Okrutna książeczka Ostrowskiej zrobiła na mnie, pamiętam, wstrząsające wrażenie, które przy ponownej lekturze tylko się pogłębiło

Pamiętam też jednak radosne otwarcie wyobraźni, z jakim kończyłam czytać „Soryminę” Kaliny Gawęckiej-Bisko (1976). Stan ten wywołała korczakowska pedagogika samorządności, która wyłania się z opowiadania za sprawą tytułowej bohaterki.

1-Scan-004

Aneta, wrocławianka, bezpośrednia i energiczna dziewczyna, która została przeniesiona do szkoły z internatem w niewielkim miasteczku, bo – jak twierdzi jedna z wychowawczyń – nie radziło sobie z nią „wielkomiejskie szkolnictwo”. Bohaterka mogłaby stać się – jak zawszona księżniczka Ostrowskiej – kozłem ofiarnym peerelowskiej dydaktyki. Ma za sobą epizod zauroczenia grupą bananowej młodzieży. Jest śmiała i niepohamowana. A jednak to ona inicjuje pozytywną przemianę internatowej społeczności.

Autorka (wiele zawdzięczająca „Paladynom” Haliny Snopkiewicz) na trzydziestu kilku stronach szkicuje portrecik dziewczyńskiej zbiorowości, która odczuwa emocje, zastanawia się, działa i zmienia zasady współżycia. Przykład daje Aneta. Żywiołowa, solidarna, odpowiedzialna za internatowe życie. Kiedy Halinka zostaje ukarana za zbyt późny powrót szorowaniem łazienki, Aneta łapie za szczotkę i apeluje o pomoc do „koleżanek, towarzyszek, druhen zorganizowanych i nie zorganizowanych”. Wkrótce wszystkie ze śpiewem na ustach szorują podłogę. Odczarowują stygmat, solidarnie przyjmując do pracy symboliczną pozycję na kolanach. Surowa pani Wanda musi ulec ich pogodnemu oporowi. Do tej pory żadnej nie przyszło do głowy pomagać ukaranej koleżance, a teraz pomagają i jeszcze kwestionują prawomocność karania poniżającą pracą. I od razu sygnalizują swoje zastrzeżenia internatowej władzy, chcą reformować instytucję.

„Sorymina” kończy się kulturowym fermentem. Kierownik zachęca Anetę do zgłaszania reorganizacyjnych postulatów. Jest pedagogiem zadowolonym ze swojej otwartości, władzą zakochaną we własnym liberalizmie. Chce skanalizować samorządność nieco kłopotliwej jednostki, ale jednostka wyprzedza go o kilka kroków, jeszcze niejednego się od niej nauczy. Pierwszym postulatem Anety jest bowiem maksymalne rozszerzenie uzyskanych specjalnych prerogatyw – udział wszystkich mieszkańców w ulepszaniu internatowego życia. Nieformalna przewodnicząca powstającego samorządu zbiera potrzeby i pomysły. Trzeba zmienić dekorację pokoi, godziny podawania kolacji, zasady korzystania z żelazka. A także zreformować to, co najbardziej boli, bo nie jest przedmiotem umowy społecznej, a odgórną dyrektywą. Zastanowić się nad karami – jakie powinny być, przez kogo wyznaczane. Jak wymierzyć zasłużoną karę, nie upokarzając i nie ośmieszając winowajcy. Żeby „z rozumnej istoty [nie] zrobić muła”.

Życzyłabym sobie kontynuacji tego „nieznośnego dydaktyzmu” po 89 roku!

Reklamy

Maryla i transowy dziadek

Kiedy Maryla wraca ze szkoły, w progu wita ją dziadek przepasany fartuszkiem w kwiatki. Jej koleżanki i koledzy są tak ciekawi tego fascynującego zjawiska, że odprowadzają ją pod sam dom, żeby obejrzeć starszego pana występującego w roli babci.

Zdjęcia-2265Do niedawna wracającej ze szkoły Maryli nie witał nikt. Nikt też nie chodził na wywiadówki. Przy absencji rodziców „mechanizm domu” działał sam, ale wadliwie. Tata jako sadownik jest stale w rozjazdach służbowych. Mama, pielęgniarka na oddziale noworodków i opiekunka społeczna, też zwykle jest nieobecna. „Odkąd przestałam być noworodkiem, a nie zasłużyłam na czujność opiekunki społecznej – konstatuje z goryczą Maryla – mama rzeczywiście zajmuje się mną dość rzadko”. Zawodowo podwójnie opiekuńcza – prywatnie niezbyt przejmuje się córką. Jedna je obiady w stołówce szpitalnej, druga – szkolnej, co ma obrazować erozję rodziny. Tacie doskwierają dolegliwości żołądkowe i poczucie, że życie rodzinne „jakoś się tak dziwnie rozłazi” wskutek braku w domu „czyjejś stałej obecności”.

Mama wyemancypowała się dawno temu, nie wiadomo jak. Mąż nie ma do niej pretensji. Jego zastrzeżenia nie są opatrzone konkretnym adresem, stanowią raczej strukturalną analizę sytuacji. To on postanawia załatać dziurę po domowej kobiecie i prosi owdowiałego teścia, by z nimi zamieszkał i pomógł zreperować szkody.

Dziadek sprawnie robi zakupy, gotuje, piecze i sprząta, a także troszczy się o Marylę i jej rodziców, czyli wypełnia tradycyjne obowiązki matki gastronomicznej, ale przedstawiany jest jako doskonały organizator i zarządca (zatem już wtedy dowartościowywano pracę domową podobnie jak dzisiaj zajęcia „menedżerki rodziny”). W przeszłości stworzył szkolny klub sportowy, oddział Związku Filatelistów, był kierownikiem domu kultury, „a teraz, jako emeryt, ma poprowadzić nasz dom”. Żeby nie było za łatwo, dziadek nie żywi ani odrobiny aspiracji do roli opresyjnego patriarchy. Spogląda uważnie i czule. Jego domeną jest ciche poświęcenie. Ewentualna dyscyplina Maryli musiałaby być samodyscypliną wdrożoną pod nieobecność autorytetów. Niesubordynacja zaś nie doczeka się poparcia, na przykład ze strony matki.

Dom szybko staje się podobny do „tysięcy innych domów”, wraca do normy. Pachnie rosołem, ciastem waniliowym, pastą do podłóg. W tym momencie, kiedy padają słowa o „tysiącach innych domów”, tak naprawdę wychodzi na jaw uprzednia aberracyjność rodziny. Wydaje się nie mieć znaczenia, że rolę gospodyni odgrywa dziadek. Tylko Jurek, mądry chłopak Maryli, zdobywa się na refleksję genderową. „Dopiero kiedy przyglądam się twojemu dziadziusiowi – powiada po namyśle – widzę, ile roboty ma u nas w domu babcia”.

Zdjęcia-2264

Ale w opowiadaniu Krystyny Siesickiej „Być babim latem” (Horyzonty, 1971, ilustr. Danuta Cesarska) ważniejsza niż dziadek jest Maryla, która „kobiecych” ról nie znosi i nie odgrywa, choć już powinna. Tym większe jej zaniedbanie, że robi to „za nią” starszy mężczyzna, nie inna kobieta.

Zdjęcia-2269

Matka i ojciec są w opowiadaniu obecni tylko przez chwilę, potem znikają i dramat rozgrywa się między dziadkiem, który występuje w rażąco nieswojej roli, Jurkiem, reprezentantem mężczyzn w wieku produkcyjnym (ergo: ważną instancją oceniającą), a dwojgiem konkurujących dziewcząt. Nowoczesna matka, bez cienia poczucia winy, tym razem wstępuje na scenę dosłownie na chwilę, by przyczynić się do odebrania córce prawa do autonomicznego terytorium. Ta, która może swobodnie poruszać się w sferze pozadomowej, bezmyślnie ogranicza przestrzeń córki.

Zdjęcia-2267

Na wstępie bowiem wnuczka musi „chętnie” odstąpić dziadkowi własny pokój i zamieszkać kątem w kuchni. W końcu go kocha, więc nawet nie jest w stanie oponować. Zacina zęby i wpada w emocjonalny zamęt okresu przejściowego: „W tym czasie kochałam dziadziusia bardziej niż kiedykolwiek. Starałam się być dla niego czuła i miła. Głównie dlatego, że nie potrafiłam się cieszyć jego obecnością. A to było wstrętne”. Potem się przyzwyczaja. Co prawda zrezygnowała ze swojej przestrzeni, ale otrzymała w zamian komfort żywieniowo-opiekuńczy. Jest wdzięczna. Sytuacja powszednieje. Maryla przestaje okazywać dziadkowi miłość.

Wtedy w domu pojawia się perfekcyjna kuzynka Anka – beztroskie wcielenie normy. Od urodzenia – jak głosi rodzinna legenda – lepsza, posłuszniejsza, zręczniejsza, czulsza i troskliwsza niż Maryla. Bezskutecznie stawiana jej za przykład.

Zdjęcia-2273

Ponieważ Anka jest długowłosą fanką Połomskiego, Maryla nosi krótką fryzurę i słucha Grupy Skifflowej No To Co. Ponieważ Anka zaczyna spontanicznie i radośnie wyręczać dziadka w gotowaniu, Maryla tym bardziej nie chce być do niej podobna. Anka pomaga i uprzedza życzenia, Maryla przychodzi na gotowe. Anka smaży pyszne mielone kotlety, Maryla nigdy nawet nie pomyślała o przygotowaniu obiadu.

Zdjęcia-2275

Anka, żeby pasować do genderowych standardów, prawie nie musi z sobą walczyć, mieści się w gotowej formie, podobno urodziła się kobietą – Maryla jest udręczona oporem i musi wypracować emancypacyjny styl życia i wzorzec emocjonalny, który pozwoli zachować/zdobyć miłość. Konwencjonalne sposoby podtrzymywania i okazywania uczuć bywają bowiem często antyemancypacyjne.

Anka zdobywa serce dziadka i – jakby tego było mało – oczarowuje Jurka, okazując się idealną słuchaczką jego wywodów. „Cała była zasłuchaniem, zdumieniem, przejęciem”. „Cała”? Anka najwyraźniej nie ma niezależnej podmiotowości, istnieje tylko w relacjach. To aż nadto wystarcza, żeby genderowa mądrość Jurka wyparowała. Anka wyrzeka się pójścia z nim do kina, co chłopak nazywa lojalnością wobec Maryli i ocenia jako „ładną” cechę dziewczyny. Wiadomo, nic tak nie zdobi kobiety, jak zdolność do poświęceń i tłumienia egoistycznych pragnień.

Zdjęcia-2277

Maryla ma „koszmarne uczucie” bycia niepotrzebną we własnym życiu, które Anka z wdziękiem jej odbiera. Przegrywa bieg po miłość. Jej zwykła przekora przechodzi w dziką nienawiść. Ulgi nie sprawia ani pobłażliwość, ani zgryźliwość wobec Anki. Wściekłość dusi i rozpiera Marylę. Ze złości robi pranie, a potem płacze. Agresja wyzwalana przez chodzący ideał dziewczęcości skierowana jest tyleż przeciwko nieświadomej konfliktu rywalce, co przeciwko sobie. „To ja okradałam samą siebie – przyznaje Maryla. Byłam egoistką” i „upartym osłem”, który „nie potrafi przyznać komuś racji”.

Presja i frustracja są tak wielkie, że bliska wybuchu bohaterka odczuwa przymus negatywnego działania, nosi się z życzeniem śmierci, fantazjuje o sposobach otrucia. To nic, że obiektem morderczej fantazji są de facto tylko ukochane rybki Anki (żeby także genderowa prymuska poznała smak straty). Taka konwencja. W warstwie symbolicznej chodzi o natężenie złych emocji i śmiertelny międzydziewczęcy antagonizm. Śmiertelny, bo rybka zdycha. Co prawda z niezależnych powodów, ale wyrzuty sumienia Maryli są jak najbardziej zależne i jak najcięższe.

Siesicka, na ile to możliwe, powstrzymuje się od oceny. Maryla mówi w pierwszej osobie i prezentuje się sama. Jej punkt widzenia ma priorytet. Emancypacyjna frustracja waży tyle co genderowe zaniechanie. Kluczowa jest oczywiście puenta opowiadania. Po wyprowadzce Anki Maryla obserwuje zasępionego dziadka i przeżywa kryzys. Z jednej strony odczuwa przemożną chęć posłodzenia dziadkowi herbaty, jak robiła to perfekcyjna kuzynka, z drugiej – powtórzenie tego gestu jest ponad jej siły. Ponieważ nie pasuje do patriarchalnej matrycy uczuć, wątpi w swoją miłość do dziadka, którą jednocześnie uważa za wielką.

Z powodu wewnętrznej szamotaniny nie może spać. Automatycznie przewija się w jej głowie oderwane zdanie: „Być babim latem…!”. Wyraża się w ten sposób tęsknota Maryli za radosną lekkością, ucieczką, magicznym wyjściem z sytuacji. Uchyleniem presji. Surrealne liście na ilustracjach Cesarskiej korespondują z odmiennym stanem świadomości bohaterki.

Zdjęcia-2278

Końcówka opowiadania jest niejasna, niezbyt dobrze napisana. Dwa zdania brzmią jednak mocno. Pierwsze to deklaracja trwania w egoizmie: „Oczy otwierały mi się same, chaotyczne myśli sformowały się w jedną, dręczącą i uporczywą. Być babim latem! Nie mogłam. To znaczyło przełamać siebie, swój egoizm, upór, nie mogłam już dłużej uciekać od prawdy”. Drugie zdaje się zaprzeczać pierwszemu. Maryla uświadamia sobie: „Ciepło tego domu, chłód ręki na rozpalonym czole, milcząca dobroć. Dawał z siebie tak wiele, a nie brał niczego”. Idzie do dziadka i (jak wtedy, gdy przychodził tylko na niedzielne obiady i się nie poświęcał) wyznaje: „Zatęskniłam”. Ale to nie kapitulacja. To powrót do punktu wyjścia, a zarazem nowe rozdanie. Zainicjowane i dyktowane przez Marylę. Żadnych poświęceń, wyręczeń, karmienia i krzątactwa, które zawsze ktoś musi wykonywać kosztem swojej autonomii. Czysta ekspresja uczuć.

PS. Ilustracje Danuty Cesarskiej możecie obejrzeć dzięki temu, że w archiwum Biblioteki Raczyńskich dobrze zachował się raczej trudny do zdobycia egzemplarz pierwszego wydania. Wielkie nakłady po 40-50 latach okazują się przegrywać z miłością czytelniczek. Książki przestają istnieć.

Dla porównania zamieszczam okładkę i dwie ilustracje z wydanego w 1992 r. zbioru opowiadań, w którym pierwszy raz przeczytałam „Być babim latem”. Dyletanctwo lat 90. w tym zestawieniu jest uderzające. Takie są skutki obraźliwych wyobrażeń o masowym odbiorcy.

1-Scan-024 1-Scan-001 1-Scan

Mama odchodzi

Dziś znowu nie powieść, a opowiadanie. Bo mocno utkwiło mi w pamięci, choć zawiera zaledwie zaczątek fabuły, zarys dramatu, proste portreciki bohaterów, trochę retrospekcji, otwarte zakończenie.

Sto pierwsza książeczka z serii Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców, w której przez ponad dwadzieścia lat ukazywały się niewielkie opowiadania o konfliktach w małych społecznościach czy rodzinach. „Śliczny poranek” Anny Frankowskiej, rok 1988.

W niedzielny ranek z małą torbą podróżną ucieka z domu matka prawie pełnoletniego Jacka i piętnastoletniej Baśki, żona robiącego karierę naukową Jerzego, synowa eleganckiej starszej pani, opiekunka psa Bariego. Kobieta, która ma dość i nie widzi innego wyjścia z rodzinnego potrzasku.

Jej zniknięcie wywołuje chaos. Niewyprowadzony pies szaleje w przedpokoju, w zlewie piętrzą się brudne naczynia, na desce do prasowania – stos bielizny. W lodówce nie ma niczego gotowego do zjedzenia. Brak pary pracowitych rąk wydobywa na jaw niewidoczny dotąd mechanizm życia codziennego.

Porzucona rodzina zaprezentuje się nam w pełnej krasie, zanim poznamy znękaną uciekinierkę. Zrozumiemy, że miała prawo mieć dość, zanim sama nam to wyjaśni.

Najwięcej dowiemy się o mężczyznach. Obojętny mąż kiedyś był czuły i pomagał w pracach domowych, a teraz zamyka się w gabinecie albo jedzie na sympozjum do Paryża. Ewentualnie wrzaskiem domaga się spokoju do pracy. Syna „wychowuje”, wydając zakazy i wymierzając policzki. Wystrzyżony na Limahla Jacek cynizmem pokrywa żal do rodziców, ale ceni wyłącznie szmal i związany z nim prestiż kombinatora. Handluje kasetami na stadionie „Skry”. Okrutnym szantażem wyciąga od matki oszczędności, chociaż jest bogatszy od niej. Robi tylko to, co przynosi szybki i konkretny zysk.

Przy tych skonfliktowanych egoistach płaczliwa i nieporadna córka wypada blado. Jest bezwolna i podatna jak plastelina. Jako jedyna pomaga w pracach domowych, dopóki brat jej nie wyszydzi. Chciałaby zadowolić wszystkich, nie myśli, nie działa, boi się życia. Co z niej wyrośnie, to największa troska matki.

Na tym tle pretensjonalna teściowa, która swoimi dolegliwościami wzbudza poczucie winy i dostarcza dodatkowych zajęć, stanowi relatywnie najmniejszy problem.

Matka z jednej strony „jest dla nich zwykłą służącą, praczką, pomywaczką”, z drugiej ma obowiązek „służyć i wysłuchiwać tych wszystkich narzekań, napadów złości, życzeń i zarzutów. Ma dogadzać, uspokajać, głaskać, bez prawa żądania rewanżu”. Niczym żywy worek treningowy przyjmuje na siebie i tłumi ciosy, które w przeciwnym wypadku rozniosłyby rodzinę na strzępy.

Oboje z mężem pracują, ale on przekazuje jej na życie niewielką część swojej pensji, resztę zachowując dla siebie. Jej wypłata nie jest jej – musi pokryć bieżące domowe wydatki. On jest docentem, uznanym naukowcem, ona – bliżej nieokreśloną urzędniczką. Przed urodzeniem dziecka nie zdążyła napisać pracy magisterskiej z pedagogiki, potem liczyła się już tylko kariera męża. Marzyła jej się praca w domu dziecka albo w domu poprawczym – „koniecznie trudna, żmudna i ambitna”. Nie dało się tego jednak pogodzić z opieką nad własnym potomstwem.

Poświęciła plany i ambicje zawodowo-społeczne dla rodziny i to poświęcenie obróciło się przeciwko niej. Poskutkowało wzgardą tych, dla których wyrzekła się siebie. Syn („mały, okrutny wampirek, który powoli wysysał z niej energię”) pyta, jak ona może żyć z takim strasznym facetem jak jego ojciec i wykonywać ogłupiającą urzędniczą robotę.

Odejście matki jest w pełni usprawiedliwione, tym bardziej, że dzieci nie są już małe. Ale żeby w stu pięćdziesięciu procentach zagwarantować jej sympatię czytelniczek, autorka funduje bohaterce wewnętrzną szarpaninę przy podejmowaniu decyzji i podsuwa środki nasenne, których zażycie sprawia, że uciekinierka zasypia w pociągu, nie wysiada na pierwszej stacji i nie wraca do kieratu.

Dokąd, śpiąca, zmierza? Do pewnego pensjonatu w Nałęczowie, gdzie bywała ze swoją energiczną mamą w przedmałżeńskich czasach, kiedy wszystko było jeszcze możliwe. Chce wrócić do tego momentu i zacząć od nowa. Zadbać dla odmiany o siebie, o swoją zniszczoną twarz, o ciało, o duszę. „Będzie teraz żyć tak, jak jej wygodnie i umrze tak, żeby było przyjemnie”.

Streszczam „Śliczny poranek” tak szczegółowo, bo oczywiście nam, przyzwyczajonym do standardu Mili Borejko, usprawiedliwione odejście matki nie może nie wydać się śmiałym węzłem fabularnym. W głowach mamy matkę karmicielkę, zawsze gotową pierś bez podmiotu. Metafora dziecka-wampirka jest dokładnym przeciwieństwem tego obrazu. Ale Frankowska poszła dalej. Odejście bohaterki opowiadania to nie tylko gest założycielski niezależnej kobiecej podmiotowości, ale i wybór innego systemu wartości.

Zanim została żoną i matką, bohaterka gardziła „nijaką mieszczańską egzystencją, […] nie dopuszczała do siebie myśli, że i jej udziałem będą kiedyś gary, kosz z brudną bielizną, pasta do podłogi”. Zamierzała połączyć spełnienie własnych ambicji zawodowych z pracą dla społeczeństwa. Tymczasem zamknęły się wokół niej cztery ściany domu, zerwały relacje pozarodzinne. Przepadły gdzieś koleżanki, które też powychodziły za mąż. Teraz na przygodne kontakty społeczne odruchowo reaguje nieufnością i posądzeniem.

Domownicy, w tym (nie)wychowane przez nią dzieci, to egocentryczni mieszczanie. Mąż reprezentuje typ akademika robiącego karierę dla kariery, czyli zdobywania coraz wyższej pozycji w uniwersyteckiej hierarchii władzy. Syn to nowy drapieżny bazarowy kapitalista. Córka – przyszła idealna żona skupiona na swojej bezwolności. Dramat bohaterki polega na konfrontacji z kompletną obcością ludzi, którym oddała siebie.

Ta, która chciała zawodowo zajmować się wychowaniem, i to „trudnych” dzieci, nie dała rady z własnymi. Osiągnęła efekt odwrotny od zamierzonego i straciła wiarę w szlachetne zasady pedagogiki. Skłonna jest nawet diagnozować coś w rodzaju ogólnego upadku idei wychowania.

Kontempluje swoją klęskę i nie liczy na przełom. Wie, że na nic tu rozmowy, argumenty. Nie da się wytłumaczyć, dogadać, porozumieć. Także jej ucieczka nie da rodzinie do myślenia.

Zakończenie opowiadania dzisiaj mnie rozczarowuje. Historia wydaje się zmierzać w stronę rozlewiskowej kompensacji. Na horyzoncie pojawia się potencjalny nowy mężczyzna i nałęczowski pensjonat. Niebezpieczeństwo ugrzęźnięcia w prywatnej kobiecej enklawie jest tym większe, że nie wiadomo, jak KONKRETNIE bohaterka wyobraża sobie przyszłość. Zapewne sobie nie wyobraża.

Teraz widzę w tym zapowiedź (mamy rok 1988) paraliżu wyobraźni politycznej lat 90., ale z tamtej lektury „Ślicznego poranku” pamiętam wstrząs wywołany węzłem dramatycznym i odejściem matki. Nie zapamiętałam zakończenia, tylko zawieszenie akcji. Dopóki nie przeczytałam tekstu ponownie, żyłam w przekonaniu, że ta uciekinierka może zrobić wszystko. Nawet jeśli na razie tylko z przyjemnością pije kawę, której zgodnie z zaleceniem lekarza długo sobie odmawiała.