Archiwa tagu: matka i córka

Spółdzielnia i jabłko

W latach 60. peerelowskiej powieści dla dziewcząt zarzucano, że jej bohaterki zbyt często pochodzą z miejskich, dobrze sytuowanych rodzin inteligenckich, że ich obyczaje i pragnienia są klasowo ograniczone i że jako takie nie powinny kształtować dążeń czytelniczek o rozmaitym przecież backgroundzie społecznym. Z niejakim potępieniem nazywano gatunek literaturą tergalową (tergal to – jak tłumaczy Jedna z Czytelniczek Bloga – rodzaj sztucznej, dość drogiej, modnej tkaniny). Teraz, w drugim odcinku minicyklu o dziewczęcych marzeniach, przyjrzymy się przykładom tendencji odwrotnej.

Do powieści propagujących odmienne wzorce aspiracji należy adresowana do młodszych czytelniczek Cesia Natalii Rolleczek (1971, ale powstała wcześniej, bo w 1969 dostała nagrodę w konkursie Naszej Księgarni).

Cesia Maria Uszacka (1) Cesia Maria Uszacka (2)

Obwoluta i (niżej) ilustracje Marii Uszackiej

Tutaj wspólne marzenie dwóch dziewcząt rodzi się z własnego nieszczęścia rezonującego ze zgryzotami innych. Cesia i Wiesia marzą o założeniu wiejskiej spółdzielni, uprawie roślin, hodowli zwierząt, pasiece, nowym domu. Gospodarstwo będzie autarkiczne, ewentualne nadwyżki produktów sprzeda się w mieście. Założycielki nie zgadzają się jeszcze co do szczegółów (np. czy chcą mieć telewizor, czy nie), ale przysięgają wierność sobie nawzajem i projektowi. Cesia jest przybyszką ze wsi, upokarzaną przez miejskich kuzynów. Spółdzielnia już w fazie projektu stanowi dla niej źródło dumy. Wbrew własnej woli musiała opuścić dziadków i przenieść się do Krakowa, gdzie od jakiegoś czasu pracuje (jako pielęgniarka w Nowej Hucie) jej owdowiała mama, która ma wielkomiejskie ambicje i pogardza wiejskim stylem życia. Cesię zamierza wychować na miejską dziewczynę. Na razie mama dużo pracuje, by zarobić na mieszkanie, i stara się o nowego ojca dla córki, toteż nie może się nią zajmować – mieszkają osobno.

Wiesia mieszka w Domu Młodzieżowym, przez co też odstaje od rówieśników. Rodzice ją porzucili („Każde w innym mieście. Kiedyś ci opowiem”). Przyjaźń i marzenie o spółdzielni znaczy dla niej jeszcze więcej niż dla Cesi. Podobnie dla Marka, sieroty, uciekiniera z domu dziecka, i Laszla, cygańskiego chłopca, który chce się uczyć, mimo że wujek mu zabrania. Wujek, jak inni Cyganie, dostał mieszkanie i pracę w Nowej Hucie, ale z tęsknoty za taborowym życiem pije i bije Laszla. Chłopak woli poniewierkę bezdomności i dorywczych prac. W przyszłości – ustalają to już teraz – będzie mężem Cesi i ważnym członkiem spółdzielni.

Od razu widać, że nie o produkcję rolną tu idzie. Będzie ona środkiem do celu, czyli zawiązania się nietypowej rodziny z wyboru dla ludzi rodzin pozbawionych lub mających inne niż biologiczni krewni pomysły na życie. Już teraz więź z małymi spółdzielcami jest dla Cesi ważniejsza niż fizycznie i kulturowo odległa mama. Dziewczynka chwilowo przystaje na tradycyjny, choć pozornie nowoczesny, projekt mamy (trzeba mieć mieszkanie w mieście, trzeba zrekonstruować typową rodzinę zdekompletowaną przez śmierć). Nie chce jej robić przykrości. Ale gdy tylko stanie się to możliwe, wybierze inny model.

Już się do tego przygotowują. Już dzielą role. Cesia i Wiesia będą wszystko organizować, bo na chłopców nie można liczyć. Już planują kursy rolnicze. Kto czego powinien się nauczyć. Ile będzie drzewek w sadzie. I że to życie będzie lepsze niż życie babci i dziadka Cesi dzięki łazience i studni (?). Już im lżej, bo „czeka na nich wymarzone miejsce, gdzie chce się żyć i pracować!”. Pewien problem dla przyjaciółek – zagorzałych kinomanek – stanowi brak na wsi kina. Ale tylko przez moment: „Kino nam niepotrzebne, bo my same możemy kręcić sobie filmy. Takie na wąską taśmę, rozumiesz? I wyświetlać”. Pomysł natychmiast rozwija się w szczegółowy plan nadania wiejskiej egzystencji prestiżu potwierdzonego międzynarodową nagrodą: „My nie będziemy zacofane. Zapiszemy się do klubu amatorskich filmów. Zrobimy film z Modrzan. Może nawet ten film dostanie Złotego Lajkonika?”. Cesia wzdycha: „Jakie to szczęście mieć taką mądrą przyjaciółkę”.

Cesia Maria Uszacka (4) Cesia Maria Uszacka (3)

Jeszcze wyraźniej wiejski wzorzec prestiżu propaguje Anna Kamieńska w powieści Rozalka Olaboga (1968, datowana 1966), też przeznaczonej dla młodszych dziewcząt.

rozal

Okładka Zbigniewa Rychlickiego

Cesia znała wieś, więc tam ją ciągnęło. Rozalka jest miejskim dzieckiem, które spontanicznie wiąże swoje marzenia z małym miasteczkiem.

snapshot20150503215644

Kadry z serialu w reż. Jadwigi Kędzierzawskiej

Ucieka z Krakowa od ciotki, by wreszcie zamieszkać z mamą, która uczy przyrody w prowincjonalnym Borze i uważa, że nie może zabrać ze sobą córki na wynajęty pokój do miasteczka, w którym nie zamierza zapuścić korzeni: „Choć pracowała w Borze już dobrych kilka miesięcy, prawie cały rok szkolny – żyła osobnym, własnym życiem”. Nauczycielka nie wie, co się dzieje, ma uszy zamknięte na plotki, nie chce być wścibska, tymczasem jest wyalienowana. „Rozalka była inna. Rozalka od pierwszego dnia nie była ani obca, ani nowa. Rozalka wcisnęła się wszędzie. Rozalka wiedziała wszystko o wszystkich dla wszystkich. Rozalka była jak chłonna na sprawy ludzkie bibuła”. Lokalne sprawy stają się jej sprawami. Więcej, działa jak katalizator: „Wszędzie gdzie się pojawiła, zaczynało się coś dziać i nigdy z żadnych swoich wypraw, swoich latań – jak to określała matka – nie wracała bez wieści, mało – bez sensacyjnych, szokujących wieści!”.

Tu też specjalna więź między córką i matką zostaje odczarowana. Literatura polska (i nie tylko) pełna jest totalnej matczynej miłości lub jej traumatycznego braku, a także dziedziczenia losu starszych kobiet przez młodsze. Kamieńska (i Rolleczek) nie pisze ani o fatalnej, ani o radosnej reprodukcji wzorca kulturowego w drugim pokoleniu. Matczyno-córczana miłość swoją drogą, a styl życia, hierarchia wartości swoją. Matki – jednostkowe, samotne, wyizolowane – stanowią układ zamknięty, a jednocześnie są grzeczniejsze, posłuszniejsze wobec tradycyjnych nakazów. Córki – uspołecznione, wyposażone w więcej „wypustek” łączących je ze zbiorowością – są odważne i pełne egzystencjalnej inwencji.

Rozalka jest kiepską dziewczynką („ani warkocza, ani jedwabistych włosów, ani żadnej czułości i słodyczy”).

snapshot20150507214206 snapshot20150507214213

Aleksandra Piotrowska w roli Rozalki Bożkówny

Wolałaby być chłopcem

snapshot20150507220052 snapshot20150507220101 snapshot20150507220128 snapshot20150507220138 snapshot20150507220236 snapshot20150507220301

i jak chłopiec się zachowuje.

snapshot20150503224236 snapshot20150507220818

snapshot20150525212505 snapshot20150525212534 snapshot20150525214920

Mama, też z trudem mieszcząca się w roli kobiety, ma jej to za złe. Ale nie tylko z powodu wychodzenia poza gender Rozalka zajmuje w Borze pozycję szczególną. Trochę podrzędną, trochę uprzywilejowaną. Jest córką nauczycielki, ale jakieś dziwnej, wdowy, bez własnego kąta, która wszędzie chodzi krokami dragona z kluczem do oznaczania roślin, budząc zdziwienie i śmiech zdezorientowanych sąsiadów.

snapshot20150503220419 snapshot20150511212334

Krystyna Sienkiewicz w roli mamy Rozalki

Dziewczynka natychmiast dostaje przezwisko „Olaboga”, które streszcza konserwatywną reakcję prowincjonalnego otoczenia, ale zostaje przez nią wykorzystane jako przedmiot dumy: „Trzeba było je wykrzyknąć jak zawołanie bojowe, jak okrzyk zdumienia, podziwu i nie wiem jeszcze czego. Ale jej przezwisko w każdym razie na pewno miało za sobą wykrzyknik”.

Rozalka, wyczulona na niesprawiedliwość, widzi krzywdy, z którymi inni się dawno pogodzili, i działa, by je naprawić. Z tym wiążą się jej najgorętsze pragnienia. O zmianie na lepsze i sobie w roli wybawicielki najczęściej marzy. „Zamawia” sobie sny o świętym Jerzym, obrońcy pokrzywdzonych, ale ten nie przybywa. Na szczęście Rozalka jest uparta i ma skłonności przywódcze, wchodzi w rolę rycerza i często udaje jej się osiągnąć cel. Na przygadywanie, że świata nie przerobi, ma krótką odpowiedź: „A właśnie, że przerobię”.

Dziecko pewnej kobiety nie ma siły ssać piersi. Matka już z niego zrezygnowała, pogodziła się ze smutnym przeznaczeniem. Prezentuje jednocześnie chłopski fatalizm i niewiedzę o nowoczesnych sposobach karmienia niemowląt. To dość szokujący obraz polskiej wsi lat 60., gdzie niemowlęta jak w XIX wieku umierają, jeśli nie mogą być karmione mlekiem matki. Gorzej – doktor, który najwyraźniej też już postawił na dziecku krzyżyk, zagadnięty przez Rozalkę, mówi bez przekonania: „Trzeba by tu szpitala. Specjalnego pokarmu. Mieszanek. Ta kobieta ich nie przygotuje”. Dziewczynka przyprowadza zrezygnowanej matce kozę, objaśnia jak przygotowywać i podawać dziecku kozie mleko. Podporządkowuje sobie dorosłą kobietę i zmusza ją do działania.

 snapshot20150519211229

Sąsiedzi trzymają niewidomą córkę w chlewie. Rozżalona Rozalka wszczyna konflikt, płacze, krzyczy, za co porządnie obrywa od brata więzionej.

snapshot20150519212641

Chłopak zostaje zawieszony w prawach ucznia. Od tej pory akcja toczy się dwutorowo. Sprawą niewidomej dziewczynki zajmuje się Kwietniowa, żona przewodniczącego miejskiej rady, która ruga nieudolnego męża: „Co z ciebie za przewodniczący! Na twoim terenie takie sprawy się dzieją! Dziecko niewidome chowają w chlewie! Jak zwierzę! Znęcają się. A ty nic! Dziewczyna naraża się, walczy, bije się o sprawiedliwość. […] Do zakładu trzeba, do lekarzy, do szkoły. Ruszaj, załatwiaj, staraj się! Na co cię wybrali? I Kwietniowa już chustkę na głowę. Pędzi. Trzask drzwi”.

snapshot20150519211502 snapshot20150503223232

Krystyna Tkacz jako Kwietniowa, matka Klimka

Rozalka zaś z sińcem pod okiem staje w obronie kolegi, który ją pobił. On nie jest chuliganem, zdenerwował się, krzyczałam na niego, on nie jest winien, musi się uczyć. „To ciemni ludzie”, ich syn też taki będzie, jeśli zostanie usunięty ze szkoły. Kierownik nie słucha,

snapshot20150519212723

więc Rozalka ukrywa się i stawia warunek – nie wróci, dopóki chłopakowi nie cofną kary.

Kwietniowa byłaby lepszą przewodniczącą niż mąż, a Rozalka jest do niej podobna: „energiczne i porywcze, szorstkie i jednocześnie skore do naprawiania świata”. Kto wie, może w przyszłości obejmie funkcję? Nadaje się tym bardziej, że w Borze, stojącym przed wielkim modernizacyjnym skokiem i z tego powodu skłóconym, Rozalka nie opowiada się ani za nowym, ani za starym porządkiem. Bierze co dobre z tradycji i z nowoczesności. Przede wszystkim domaga się sprawiedliwości. Kiedy w przeddzień lipcowego święta zostaje wyróżniona zaproszeniem na przyjęcie dla dzieci pracowników powstającej kopalni – nie chce iść sama. Domaga się, by dyrektor zaprosił wszystkie dzieci z Boru, bez podziału na lepsze i gorsze.

Rozalka nadaje się na lokalną polityczkę również dlatego, że chce i potrafi być każdym. Jest ruchliwa, żywiołowa, empatyczna, chłonie przyrodę, słońce i wiatr.

snapshot20150503222216 snapshot20150503220321

Nie pilnuje swojej skóry, swego ciała, opala się, płowieje, moczy w wodzie, brudzi, kaleczy, parzy pokrzywami, znosi na sobie do domu błoto i siano. Oddaje się bez reszty. Nie ma własnej tożsamości. Nabiera cech spotykanych ludzi, ulega wydarzeniom. Przymierza się do różnych zachowań, nawet skrajnie obcych, jak bezruch aptekarzowej, nieporadnej pani Sabinki, która, zdobna w koronki i pierścionki, pędzi osobliwy żywot w pokoju pełnym roślin i ptactwa. Sama podobna do ptaszka w klatce czy lalki. „Rozalka czasami siada na krześle tak samo jak pani Sabcia – przechylona w tył, jakby omdlała. Kładzie na kolanach ręce. „Jestem pani aptekarzowa” – wyobraża sobie. – Ale dłonie Rozalki są szorstkie, czerwone, takie brzydkie dziewczyńskie łapska”.

snapshot20150624220619

Rozalka przyjmuje punkt widzenia aptekarzowej (w tej roli Anna Milewska)

snapshot20150519210621

Tutaj Rozalka naśladuje starą chłopkę

Kiedy słyszy, że dzieci dawniej częściej chorowały i umierały, postanawia, że zostanie lekarzem. „Och, czymże już nie postanawiała zostać Rozalka! Misjonarką, szewcem, lotniczką, podróżniczką, furmanem, a teraz jeszcze – lekarzem”. Kiedy zobaczy, jak się w Borze Dolnym robi garnki, zapragnie być garncarką. Po wycieczce do lasu chce zostać gajowym(-wą?), po przedstawieniu – aktorką. W ten sposób Rozalka ciągle zmienia perspektywę i w szczegółach poznaje lokalną społeczność. Spojrzenie na regularne pudełka nowych bloków uświadamia jej konieczność indywidualizacji władzy: „A każdy człowiek jest inny. Niepodobny do geometrycznego rysunku. Ma inny nos, oczy, uszy, ręce. Inne serce, inne zachcianki. Okropnie trudno byłoby wymyślić wzór geometryczny na każdego człowieka”. Ona oczywiście o władzy nie myśli, ale można powiedzieć, że się do niej praktycznie przygotowuje.

Pewien kłopot ma z Głupią Aurelką, wariatką bytującą na dalekim marginesie społeczności, odrażającą i śmieszną, a dla Rozalki groźną.

snapshot20150511214045 snapshot20150511214056

Dziewczynka ucieka przed obłąkaną żebraczką, ale się tego wstydzi. Przełamuje wstręt i lęk – najsilniejsze odruchy powodujące odrzucenie odmieńca. Zaprzyjaźnia się z Aurelką, której podarowuje chusteczkę, czyli coś, co obwieszoną szmatami kobietę na pewno ucieszy. Dar stara się nadążyć za niezrozumiałym szaleństwem, choć mógłby być protekcjonalnym napomnieniem (np. mydło).

Banda Walka Górala kradnie jabłka z sadu organisty, który kusi tym bardziej, że otacza go mur z drutem kolczastym i strzeże zły pies. Suche, czarne od słońca chłopaki stają się złodziejami, a organista jest pysznym posiadaczem, który budzi zazdrość, a więc demoralizuje społeczność swoim bogactwem. Rozalka kołysze nogami w uwalanych gliną trepkach, jej myśli luźno skaczą z tematu na temat i roi jej się wielkie wspólne jabłko. Wszyscy mogliby je gryźć i wcale by nie ubywało. Powieść kończy wyświetlająca się przed zamkniętymi oczami dziewczynki wizja potopu, przed którym mała zbawczyni ratuje kopalnię i Bór. Rozalka raczej nie poprzestanie na małych zasługach.

Następny wpis też będzie o marzeniach. Dokładniej o bohaterkach, które uciekają z domu, żeby swoje marzenia spełnić albo odnaleźć.

O czym marzy (nowoczesna) dziewczyna

Marzenia to bardzo ważna sprawa. Świadczą o stopniu wyemancypowania pragnień. A wiadomo, że pragnienia nie zawsze odpowiadają obyczajom i deklaracjom. Na przykład dziewczyna, która ma apetyt na jak największy kawałek świata i jak największe społeczne uznanie, w czterech ścianach swego pokoju może składać uniżone hołdy przed ołtarzem obiektu miłości.

1-Scan-006 wiekszy_m

Okładki Krystyny Ziołowskiej

Tereska (Joanna Chmielewska, Zwyczajne życie, 1974; Większy kawałek świata, 1976; Duch, 1983) wiedzie niezależne, wypełnione pracą i przygodami życie, odnosi sukcesy detektywistyczne. Od najmłodszych lat „gorąco i namiętnie pragnęła mieć urozmaicone życie. Wszelka myśl o stabilizacji, normalizacji, bezruchu i zastoju była jej wstrętna”. Ale marzenia ma „staroświeckie i zacofane jak przed wojną”: „Na dnie serca i duszy starannie hodowała swój ideał wielkiej miłości. Prezentując na zewnątrz sceptycyzm przeciętnej miary i coś w rodzaju realizmu życiowego, w najtajniejszych zakamarkach jestestwa kryła wiarę w owo nadludzkie uczucie. Miało to być coś potężnego, świętego, unikalnego, opartego na porozumieniu dusz, acz niewątpliwie cielesnego”. Zanim pojawi się odpowiedni obiekt, urokliwy skrypt romantyczny działa na niekorzyść dziewczyny. Boguś powoduje u ruchliwej, elokwentnej, inteligentnej Tereski osłupienie, utratę mowy, „zidiocenie”. Kiedy go nie ma, ona nic nie robi, tylko przygotowuje się na spotkanie. Ćwiczy rolę idealnej kobiety. Boguś wywołuje u niej masochistyczne fantazje – o tym, jak robi Teresce sekcję zwłok albo jak Tereska zostaje napadnięta, a on ją ratuje i unosi jej omdlałe ciało. Albo jak przybywa z bukietem czerwonych róż i przed nią klęka. Przymknięte oczy marzącej, rzewny uśmiech, pustą gestykulację i pocałunki składane na wyobrażonych ustach widzimy, co istotne, zdumionymi i mizoginicznymi oczami brata.

Romantyzm sprowadza się do póz i gestów „z zeszłego wieku”, które trzeźwa Tereska uznaje za śmieszne, co nie przeszkadza jej o nich marzyć, kiedy „wszelkie tamy rozsądku pękają”. „Prawdę mówiąc, gdyby Boguś istotnie ukląkł, sama byłaby zdania, że pewnie zwariował, cóż jej jednak szkodziło sobie powyobrażać?” – Chmielewska wie, że w dziewczęcych głowach i sercach nakładają się rozmaite, często sprzeczne warstwy kultury. Imaginacja może być dziewiętnastowieczna, a praktyka na wskroś nowoczesna. W przestrzeni dziewczęcego pokoju dochodzi do kompromitującej eksplozji archaicznego porządku kulturowego, która jest doraźną kompensacją nieodwzajemnionej miłości. Nie ma to większego wpływu na sceptyczną postawę życiową Tereski. Wygodnictwo Bogusia zaczyna bohaterkę zrażać, jeszcze zanim złoty młodzieniec zainteresuje się inną dziewczyną. On, chociaż dorosły, wymaga, by jego rodzice „ustawili ukochanego jedynaka”. Ona od dawna nie liczy na finansową pomoc, sama zarabia na swoje potrzeby. W tym przypadku nawet upajająca bliskość obiektu marzeń nie powstrzyma Tereski od rzeczowej uwagi: „Płać sam”.

Brak kontroli nad ciałem (miękkie kolana, rumieniec, bezwiedny uśmiech, niesłyszenie) i erupcja fantazji to aktywność quasi-seksualna, która jest u Chmielewskiej antyemancypacyjna. Przy odpowiednim mężczyźnie pożądanie i rojenia zanikają. Tereska i Robin mogą się nie widywać miesiącami, ona nie czeka i nie wyobraża sobie spotkania. On jej nawet nie pocałował, ale tym większą mają pewność co do wspólnej przyszłości, do której się oddzielnie intensywnie przygotowują. Przez naukę i pracę. Tereska musi w przygotowania włożyć więcej wysiłku, bo starszy o kilka lat Robin znacznie przewyższa ją doświadczeniem i umiejętnościami. Plany i rzeczywistość idealnie do siebie przylegają. Romantyczny ideał miłości staje się (przystojnym) ciałem. Nie ma tu miejsca na marzenia. „Zidiocenie” też nie występuje. Po jednej stronie są więc marzenia, seks i uległość, po drugiej zbędność marzeń, erotyzm potencjalny, odłożony na później i emancypacja (z warunkowym uznaniem wyższości mężczyzny). Dziwne, prawda?

Logika Chmielewskiej to etap pośredni, wiodący do bohaterek Małgorzaty Musierowicz, których marzenia zdominowali chłopcy. Cesia (Szósta klepka, 1977) marzy o wielkiej miłości, dzieciach i wnukach. Boleje, że ze względu na brak urody będzie całe życie sama. Aniela (Kłamczucha, 1979) omdlewa na samą myśl o Pawełku, na sam dźwięk jego głosu w słuchawce. Roi o nim równie intensywnie, jak o karierze aktorskiej, dopóki nie wyleczy jej z zauroczenia perspektywa cynicznej pomocy domowej. Gabrysia (Kwiat kalafiora, 1981) sportową szorstkością pokrywa słabość do Pyziaka, zanim nie zrozumie, że nie wolno lekceważyć kodu romantycznego. W tym momencie nareszcie zaczyna na niego czekać oraz to i owo sobie wyobrażać, a mianowicie jego zachwyt jej „nowo odkrytą kobiecością”. Prawdziwą mistrzynią wyłączania się z rzeczywistości, stymulowanego na przykład arcyromantyczną lekturą Jane Eyre, jest Ida (Ida sierpniowa, 1981), jak Cesia zgnębiona swoją rzekomą brzydotą i niewiarą w możliwość wzbudzenia chłopięcego uczucia.

szósta klepka ida

W szczegółach różnie bywa, intrygi są urozmaicone, trochę je tu uprościłam, ale marzenia zawsze służą opierzeniu brzydkiego kaczątka, wyłonieniu się dojrzałej kobiecości w kształcie, który stał się firmowym znakiem Musierowicz – jednocześnie łagodnej i władczej. Autorka pisze o marzeniach swoich bohaterek z pobłażliwą ironią, ale brak romantycznych marzeń (w przypadku Gabrysi) to naprawdę paskudna sprawa – skutkuje zupełnie niekobiecą agresją. Marzenia zasługują na nagrodę, która co prawda w kolejnych tomach „Jeżycjady” obróci się w rozwód, ale potem znów stanie się nagrodą, nagrodą, nagrodą.

Kłamczucha kwiat

Nie znajdują natomiast kontynuacji nieromantyczne, czyli niereprodukcyjne zamiary bohaterek, które trudno nazwać marzeniami, np. ogólny plan naprawy stosunków społecznych ESD czy szczegółowy projekt świetlicy dla dzieci. Aniela spędza wieczory, grając wielkie role polskiej i światowej dramaturgii przed wyimaginowanymi tłumami i słuchając równie wyimaginowanych frenetycznych oklasków. Czyli marzenia zawodowe bywają u Musierowicz istotne. I nawet się realizują, ale i tak schodzą na dalszy plan wobec roli żony i matki. Mila zrezygnowała z pracy zawodowej, żeby wychowywać córki. One niby już nie mogły zostać szczęśliwymi kobietami domowymi, wypadłyby zbyt groteskowo. Ale przecież na poziomie obrazu i fabuły tak właśnie jest. Ich aktywność profesjonalną widzimy bardzo rzadko.

W złotej, przedmusierowiczowskiej erze powieści dla dziewcząt taka hierarchia marzeń była nie do pomyślenia. Kasia (Krystyna Siesicka, Zapach rumianku, 1969) ma różne pomysły na przyszłość. Pod wpływem przypadku Renaty, której trzeba było szybko załatwić aborcyjny pobyt w wojewódzkim szpitalu, chce pracować w Poradni Świadomego Macierzyństwa. Jednak to racjonalny plan, jeden z wielu, a marzenie Kasia ma tylko jedno – grać, być aktorką. Koniecznie telewizyjną. Nie dam się, jak mama, „postawić na jednej scenie”, zastrzega. Teatr jest zbyt elitarny. Chcę „dać radość” jak najszerszej widowni. Jej chłopak tłumaczy to przekonaniem o społecznych zobowiązaniach sztuki i potrzebą interakcji ze ściśle określonym widzem: „Swoją dolę do życia tutaj [na wsi] chce dołożyć, to się dla niej zrobiło pierwsze. Grać będzie Rucianowskim, Zychowiakom, Urszulce Grzelakowej, Sopoćkom, może i Klimackiemu”. Wróci tu choćby na chwilę, żeby zobaczyć konkretnych ludzi, „żywych mieć przed oczyma i widzieć, jak na nią patrzą, jak jej słuchają”.

Siesicka Wiktor Chrucki (1) Siesicka Chrucki 4 (1)

Okładka i strona tytułowa Wiktora Chruckiego

Kiedy więc Kasia dostaje rolę Ani Shirley w Teatrze Młodego Widza, jest szczęśliwa. Nareszcie uporządkowało jej się w głowie, widzi swoje życie trochę dalej niż do jutra. Napawa ją to pewnością siebie. Wszystko, w tym Rafał, przestaje się liczyć. Wsadza nos w scenariusz, ćwiczy chodzenie w sukience. Nagle dostrzega dookoła dużo dziewczyn, potencjalnych widzek: „Otworzą sobie telewizor w którąś tam niedzielę, żeby »Anię« obejrzeć, prawda? […] Więc muszę się straszliwie starać, żeby im to trafiło. Przekręcą gałką, ekran się rozjaśni, dziewczyny patrzą, Ania stoi na stacji i czeka na Mateusza. To będę ja”.

ania

A co ze mną? – pyta Rafał, który rozumie radość spełniania marzeń, ale czuje się urażony, a nawet zdradzony. Kasia „poderwała tę rudą sensatkę”, to z nią teraz spędza czas. Zaprzątnięta przygotowaniami do roli zapomniała o intymnym rytuale – nie pomachała mu z ganku na pożegnanie. On, wykluczony z przedsięwzięcia, pożycza „Anię” od zdziwionej koleżanki i ku jeszcze większemu zdziwieniu ojca czyta do trzeciej nad ranem, żeby sprawdzić, z kim przegrywa. Wreszcie uczciwie przyznaje, że to rola warta zaangażowania.

Za przesadnie śmiałe marzenia bohaterka powieści mogła zostać skarcona. W Godzinie pąsowej róży Marii Krüger (1960) Anda zostaje zesłana do epoki gorsetu za zbytnią nowoczesność, objawiającą się m.in. marzeniem o karierze gwiazdy sportu przy jednoczesnej obojętności na imperatyw młodzieńczego flirtu (treningu do roli żony i matki). Oprócz sławy planuje mieć pieniądze na stroje i samochód.

1-Scan-013.BMP        1-Scan-013

Okładka książki i ilustracje Bożeny Truchanowskiej

Wprost się o tym nie mówi, ale marzenia materialistyczne nie świadczą o niej zbyt dobrze i są częścią przesadnie nowoczesnej kondycji Andy, która musi zostać reedukowana przez podróż w czasie. W XIX wieku Anda uczy się marzyć o miłości i małżeństwie. Zaznaje gorzkiego fiaska tych marzeń, czyli staropanieństwa, a potem w wariancie równoległym tak samo gorzkiego ich spełnienia. Chodzi o to, by zrozumiała, że były czasy, gdy nieziszczenie dziewczęcych marzeń i ziszczenie były jednakowo fatalnym scenariuszem.

1-Scan-022 polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_00.57.06_[2013.12.27_17.12.28]

I stała się bardziej romantyczna.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.16.57_[2013.12.27_17.38.19] polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.16.52_[2013.12.27_17.38.09]

Kadry z ekranizacji w reż. Haliny Bielińskiej. W roli Andy Elżbieta Czyżewska, w roli romantycznego Karola Jerzy Nasierowski

Również inna material modern girl, Ula z „Lata nagich dziewcząt” Stanisławy Fleszarowej-Muskat (1960), dostaje nauczkę, co prawda nie tak drastyczną. Ula nie ma marzeń, lecz finansowe plany. Zamierza się życiu dobrze ustawić przy pomocy dobrze ustawionego faceta. Skromna, acz niezależna egzystencja mamy, portowej rzeczoznawczyni kauczuku, która mieszka w obskurnym mieszkaniu dzielonym z dwoma innymi lokatorkami i nie kupuje drogich ciuchów, córce wydaje się godna politowania. Jesteśmy w Sopocie, są wakacje, jest jazz, w luksusowych lokalach szpanuje polski i zagraniczny high life. Ulka patrzy, porównuje i obcesowo poucza mamę: „Nie bądź głupia – powiedziała serdecznie. Wiem, że mogłoby być gorzej, ale dlaczego nie ma być lepiej? Czy nie widzisz, jak ludzie żyją! Ile mają pieniędzy! Czy my zawsze musimy żyć z twojej pensyjki, no i co z tego, że ja kiedyś zarobię na tej chemii, na którą mnie wrobiłaś! Widziałaś te parkingi na Powstańców Warszawy? I jakie baby jeżdżą tymi wozami? Umiały się urządzić”. Chęć urządzenia się przy braku romantycznych marzeń nieodmiennie pcha ją w ramiona starszych panów, czyni z niej kociaka, niemal prostytutkę. W pewnym momencie są to ramiona nieświadomego ojca, który po prostu podrywa i tuli w tańcu chętną dziewiętnastolatkę. Nieporozumienie szybko wychodzi na jaw, ale na postępowanie Uli pada cień kazirodztwa. W końcu sama zaczyna mieć tego wszystkiego dosyć i życzliwszym okiem spogląda na rówieśnika, który nic jeszcze nie zdążył osiągnąć. Wraca do odpowiedniej do wieku roli, plany zastępuje marzeniami. Jednocześnie jej mama się zakochuje i dwuosobowa rodzina zmierza ku normatywnej rekonstrukcji.

Lato nagich jarosław Kosiorek

Okładka Jarosława Kosiorka do późnego wydania z 1991

Rzeczoznawczyni kauczuku uosabia aspiracje okresu socrealizmu – niezależność finansowa, „męska” praca, którą lubi i z której jest dumna, to wszystko, czego jej trzeba. Słynny drugi etat dzięki współlokatorce emerytce jest właściwie półetatem, więc aż tak bardzo jej nie ciąży. Ulka (i jej przyjaciółka Be) występuje jako kwintesencja dążeń odwilżowej młodzieży – ma większe potrzeby konsumpcyjne i żadnego etosu pracy. Jej uznanie budzi stan posiadania i wygląd kobiety, nawet jeśli zawdzięczany mężczyźnie. Taka różnica wzorców to częsty temat powieści opublikowanych na początku lat 60. Na przykład „Tancerzy” Jackiewiczowej, o których już tu kiedyś pisałam. Powieść Fleszarowej-Muskat kończy się kompromisem – matka i córka obie się romantyzują, przez co złagodzeniu ulega zarówno socrealistyczny, jak i odwilżowy wzorzec aspiracji. Dotychczasowy styl ich życia staje się aberracją, odstępstwem od uniwersalnego wzorca, który dopiero teraz ma zostać zrealizowany.

W Córki chcą inaczej Eugenii Kobylińskiej-Masiejewskiej (1966) Bożena, córka pielęgniarki, „ma zdolność do szycia”, w liceum czuje się nie na miejscu, zbiera dwóje, źle się prowadzi, przez co prawie zalicza gwałt na randce. Mama, zapewne pod wpływem swoich doświadczeń zawodowych, chce, żeby studiowała medycynę. Żywi aspiracje, których córka nie podziela. Idealizuje ją i przez to krzywdzi. Pada retoryczne pytanie: „Czy krawcowa nie jest pożyteczną jednostką?”.

1-Scan-012 1-Scan-001.BMP

Obwoluta i strona tytułowa Gizeli Bachtin-Karłowskiej

Oczywiście, jest. Nie należy przesadzać z marzeniami. Muszą się one wiązać z predyspozycjami. Zasada dotyczy chyba tylko bohaterek ze środowisk nieinteligenckich. Taka Jagoda Sobociak (Ludwika Woźnicka, Jagoda w mieście, 1968, i Jagoda dojrzewa, 1980), przybyszka ze wsi, nawet nie pomyśli o byciu lekarką. Już zawód pielęgniarki to szczyt jej marzeń. Nie chce też zostać w mieście, zamierza wrócić do siebie.

Zdjęcia-3736 Zdjęcia-3737

Okładki Anny Włoczewskiej i Małgorzaty Krasuckiej

Można by tego typu fabuły uznać za zniechęcanie do awansu i wyraz sceptycyzmu wobec zdolności aspirujących dziewcząt. Ale można też interpretować jako dowartościowanie innych niż miejsko-inteligenckie wzorców aspiracji. Bożena w każdym razie szczęśliwie przenosi się do szkoły odzieżowej i opamiętuje moralnie.

Hm, ten post miał dotyczyć głównie „Tabliczki marzenia” Haliny Snopkiewicz z krótkim wprowadzeniem o innych książkach. Tymczasem wstęp niespodziewanie się rozrasta. Tak to już jest z dziewczęcymi marzeniami. Wszystko się ze wszystkim łączy. Jak napisać krótko o marzeniach Rozalki, którym podporządkowana jest cała powieść Anny Kamieńskiej? Więc może na razie zawieszę temat. Następny wpis pojawi się już niedługo i będzie dotyczył marzeń niemiejskich i nieinteligenckich.

Krzątacze osobliwości

Miało być o marzeniach bohaterek. Tymczasem w „Jeziorze osobliwości”, powieściowym debiucie Krystyny Siesickiej z 1966 roku, zobaczyłam coś, czego dotąd nie dostrzegałam. Ostatnio pisałam, że z pracami domowymi w peerelowskich powieściach dla dziewcząt jest kłopot – rzadko zajmują się nimi nowoczesne matki, tym bardziej córki, incydentalnie ojcowie i bracia. Obowiązki zaskakująco często przejmuje postać z innej epoki – gosposia. Generalizacja może i nie niesłuszna, ale na pewno wymagająca uściśleń. Okazuje się, że krzątactwo bywa tak niepozorne, że łatwo uchodzi uwadze czytelniczki, nawet ogarniętej obsesją na jego punkcie. W „Jeziorze osobliwości” drobne czynności porządkowo-kulinarne, wykonywane przez różne osoby, składają się na pasjonującą, acz cichą opowieść, równoległą do dramatycznej akcji. Można potraktować je jako klucz do powieści.

 jezioro

Okładka Bogumiła Podstolskiego, wydanie z 1973 r.

Pamiętałam oczywiście wojnę nerwów o kurz w przedpokoju między Martą i ojczymem, którego nagle narzuconą władzę dziewczyna kwestionuje. Mama Marty idzie do szpitala. Piętnaście lat później sytuacja powtórzy się w „Kwiecie kalafiora”, gdzie rozliczne obowiązki Mili Borejko spadną na najstarszą córkę. Tata Borejko nawet palcem nie kiwnie. W finale Musierowicz spacyfikuje wkurzoną tą niesprawiedliwością Gabę, by pokornie zaakceptowała „kobiecą” rolę służącej. W „Jeziorze osobliwości” skonfliktowani córka i mąż chorej wyjątkowo zgodnie dzielą obowiązki. Ponieważ Marta nie potrafi gotować, obiady będą jadać na mieście. Wiktor nie jest brany pod uwagę jako potencjalny kucharz. Każdy będzie sprzątał swój pokój, Wiktor – łazienkę, Marta – kuchnię. Kuchnia jest co prawda większa, ale Marta nie cierpi sprzątać łazienki, więc godzi się na taki układ. Każdą czynność starannie wyceniono. Gdy pakt zawarty, można się odprężyć. Korzystając z nieobecności kochanej mamy, która wzbrania czytania przy jedzeniu, chwilowi niewrogowie zasiadają do kolacji z lekturą w ręku. Wiktor czyta „Express”, Marta – „Filipinkę”. Jest dodatkowy plus – nie muszą rozmawiać. Jak miło.

Skoro zawarto odpowiadającą obu stronom umowę, skąd wojna nerwów? Przedpokój został bez przydziału i zbierają się w nim koty. Marta jest coraz bardziej zacięta, Wiktor rozbawiony. Skrupulatnie milczą na ten temat. Dopiero pytanie Michała (syna Wiktora z pierwszego małżeństwa) prowokuje ich do sformułowania swoich stanowisk. Wiktor rzeczowo objaśnia sytuację i kpi, że przedpokój to ziemia niczyja. Marta się irytuje. Nie widzi powodu, dla którego to ona miałaby zająć się spornym terenem. Kiedy Michał zamiata konfliktogenny kurz, Martę biorą diabli (na pewno nie ma wśród nich Rokisia). Wypada z pokoju i ze złością wyrywa mu szczotkę. „Michał, nie wtrącaj się w to!” – ostrzega, a napotkawszy opór i gniew, wycofuje się na swoje wysprzątane terytorium: „Zatkało mnie. Oddałam mu tę cholerną szczotkę, odwróciłam się i poszłam do pokoju. Byłam tak wściekła na Michała, że wszystko we mnie latało. Położyłam się na tapczanie i zaczęłam płakać. Żadne rozdrapy, beczałam ze złości. Kiedy Michał wszedł z herbatą, nawet nie odwróciłam się w jego stronę”. Marta nie kiwnie palcem bez umowy i reaguje tak ostro, bo oczywiście chodzi tu o władzę.

Jezioro40

Maria Kowalik jako Marta w filmie według scenariusza Jana Batorego i Krystyny Siesickiej

Mówi, że Michał, zamiatając przedpokój, wystąpił przeciwko niej. Nie banalizowałby sporu i nie likwidował jego widomej przyczyny. Gdybyś mnie lubił, kontynuuje prowokacyjnie, zachowałbyś się inaczej. Zabeczana w napięciu czeka na jego wybór. Michał zaś spokojnie nie podejmuje wyzwania. Argumentuje, że ktoś musiał posprzątać, dlaczego nie on, i że nie wystąpił przeciwko Marcie, tylko przeciw kurzowi. Nie reaguje na prowokację. Dziewczyna reflektuje się, zastanawia, czy go przeprosić, ale ostatecznie zostawia sprawę otwartą. Z okazji powrotu mamy ze szpitala, przedpokój sprząta Wiktor, co Marta poczytuje sobie za zwycięstwo. Weźmie natomiast na siebie zakupy, które uwielbia robić „opętana ambicją wyszukania najurodziwszej wołowiny”.

Kurz w przedpokoju to sprawa zasadnicza. Pewnie dlatego wojna pozycyjna o sprzątanie korytarza tak mi utkwiła w pamięci. Ale w „Jeziorze osobliwości” drobne domowe czynności właściwie cały czas są przedmiotem zmagań i pojednań. Albo tematem zastępczym, w którym wyraża się dynamika relacji międzyludzkich. To drugi plan konfliktów i rozejmów: między Martą a Wiktorem, nagłym ojczymem, między Martą a jej mamą, która pod wpływem domniemanej złej opinii nowego męża zaczyna bardziej restrykcyjnie wychowywać przyzwyczajoną do swobody córkę, między Martą a Michałem, zazdrosnym o niecnego Patryka, którego Marta co prawda nie kocha, ale też nie chce tak od razu odprawiać.

snapshot20150214231421

Maria Kowalik i Romuald Drzazga jako Patryk

Ogólnie chodzi o twarde negocjowanie relacji w zrekonstruowanej rodzinie.

Zaraz na początku jest spięcie między mamą a Martą o chaos w ich ciasnym, ale własnym mieszkaniu.

Jezioro5

Maria Kowalik i Barbara Horawianka

Jeszcze nie ma Wiktora i Michała, są one, „skromny duet”, rodzina jeszcze ułamkowa, utrzymywana przez kobietę. Stąd niski standard, a „w małym metrażu małe problemy urastają do gigantycznych rozmiarów”. Mama, zapracowana i nerwowa, nie tylko nie sprząta, a wręcz bałagani. Gubi klipsy, posądza córkę, nie wierzy zaprzeczeniom. Klipsy odnajdują się w lekach. W tym domu panuje chaos – stwierdza bezosobowo ich właścicielka. Marta półżartem podpowiada, że to chyba samokrytyka. Mama nie odbija piłeczki w jej stronę, tylko w bok, wyrokując, że winna jest ciasnota. Metraż się zwiększy, kiedy przeprowadzą się do mieszkania Wiktora. Mama, zamiast swoim zwyczajem inwestować w ciuchy, zacznie dopieszczać nowe wnętrza (co oznacza jej pełną, pełniejszą niż na własnych śmieciach, aklimatyzację, Marta obserwuje to z niejaką ironią). A jednak konflikt będzie eskalował, by osiągnąć apogeum wkrótce po wojnie o kurz.

Marta jeszcze nie wie, że mama za dwa tygodnie wychodzi za mąż, ba, nie ma pojęcia o istnieniu przyszłego ojczyma, ale już obserwuje pierwsze symptomy zmiany – dotychczasowa bałaganiara gubiąca klipsy robi porządek w szafie.

Jezioro23 Jezioro25

Maria Kowalik, Barbara Horawianka jako mama seksualna i Stanisław Zaczyk jako Wiktor

Krzątactwo jest też pierwszym zwiastunem miłości Marty i Michała. Ona jest chora, on się nią zajmuje. Wydaje jej polecenia, odgrzewa zupę i pilnuje, żeby zjadła. Uznaje, że zupa to za mało, i dokłada usmażoną przez siebie jajecznicę. Potrafi przygotowywać „podstawowe żarcie”, bo należy do oficjalnej organizacji, jest harcerzem; wszyscy w jego drużynie potrafią. Harcerski obóz to wzór rotacji kuchennych obowiązków. „Muszę przyznać, że krzątanina Michała sprawiała mi niebotyczną frajdę!” – wyznaje chora Marta, nagle rozbrojona i potulna. „Jesteś tak pozytywny, że chyba nieprawdziwy” – pokpiwa i podziwia, bo ambiwalencja jest wpisana w tę scenę od podstaw. Dobrze, że on umie to i owo w domu zrobić i chce wykorzystywać te umiejętności, ale dlaczego ten sukces równouprawnienia wiąże się z dziewczęcą kapitulacją? Zawsze tak uparta Marta (rym nieprzypadkowy) nawet nie pomyśli, że przydałaby się jakaś umowa. Powiada: „Ustępowanie Michałowi przychodzi mi bez trudu. Przeciwnie nawet – podoba mi się”. Tak niewiele, dziewczyny, nam trzeba?

snapshot20150214222317

Poobiedni relaks według Siesickiej może się opierać na międzyludzkiej redukcji. Mama parzy kawę, Wiktor siada w fotelu z fajką i gazetą. Zaczytany ulega nawykowi i prosi Michała, żeby podał mu zapałki. Tylko że Michał jest nieobecny, już od jakiegoś czasu tu nie mieszka.

snapshot20150214225623

Zamiast niego jest Marta, która zapałki podaje. Milczy, ale trafia ją szlag. Jako osobnik niedorosły została zredukowana do prostej usługowej funkcji. Nie liczy się, kim jest – ważne, by dojrzały mężczyzna odpoczął po obiedzie. „Jest mu potrzebny człowiek do podawania zapałek” – mówi Marta, a zdanie to ocieka zimną goryczą. Michał pewnie podawał ojcu zapałki wiele razy i nic. Była to dla niego codzienność nie poddawana refleksji. Może wyraz miłości. Dla Marty to drażniąca manifestacja władzy, która na dodatek nie liczy się z jej indywidualnością.

Bywa znacznie lepiej. 23 grudnia Marta nie idzie już do szkoły. Rano, jeszcze w łóżku, odczuwa tym większy komfort, im bardziej mama i Wiktor się krzątają, szykując do pracy, im szybciej biegają, im bardziej przypalają mleko. Ma tylko przekręcić mięso na pasztet. Mama zajmie się nim po powrocie z biura. Przychodzi Michał i pomaga przekręcać. Mogą iść kupować prezenty. Po powrocie podział zadań zgodny z upodobaniami – Marta pisze dziennik, mama szykuje kolację, Wiktor i Michał gadają. Ale to chwilowe.

Jezioro6 Jezioro3

Marta nic nie robi i Marta się uczy

Święta sprzyjają napięciom. Marta chętnie by skorzystała z zaproszenia matki Michała. Ale jej mama jest zazdrosna. Przez to, że akurat zajęta przygotowywaniem świąt, zdradza podwójną słabość. Nacierając foremkę tłuszczem, z pozorną obojętnością mówi, że jeśli Marta chce, może jechać. Tylko gest odgarniania włosów przedramieniem (bo ręce w tłuszczu) świadczy o zdenerwowaniu. Marta, oczywiście, nie pojedzie. Nie jest z kamienia. Wigilia również upływa w nerwowej atmosferze. Wiktor wygłasza pouczenie: „Marto, mama bardzo się napracowała przy tym wszystkim! Widzisz, ile tu tego było: ryby smażone, gotowane, faszerowane! Kapusta, frytki, ciasta… Trzeba, żeby odpoczęła! Ty musisz pozmywać po kolacji, Michał ci pomoże!”.

Jezioro37 Jezioro38

Byście się nie wściekły? Sam się nie przyczyni do odpoczynku żony, ale młodymi zarządza. Marta zmywa, ale trzęsie nią furia, tłucze dwie szklanki: „Miałam najszczerszy zamiar zmywać i zrobiłabym to bez uwagi Wiktora. To jego: »musisz!« doprowadziło mnie do wściekłości”.

snapshot20150214225908 snapshot20150214225848

Wiadomo, nakaz budzi przekorę. Patriarchat jest skuteczniejszy, gdy uda mu się stać wewnętrzną potrzebą kobiety. Chociaż czynność ta sama, „pomogę przemęczonej mamie” to nie to samo co „na polecenie ojczyma wykonam przypisywaną kobietom pracę, podczas gdy on będzie słuchał kolęd w wykonaniu Mazowsza”.

O ile Michał krząta się dużo i chętnie, w obu domach rozwiedzionych rodziców i u ciotek, Wiktor zabiera się do roboty bodaj tylko raz, za to z ciężką pretensją. Wraca z pracy i łomocze garnkami. Nie mogłaś obrać ziemniaków? – pyta. – Nie można wszystkiego zwalać na mamę. – Obiera ziemniaki, „aż fruwają po kuchni”. No tak, obraza majestatu. Pewnie dotąd całą pracę brał na siebie Michał. W powieściowych domach prowadzonych przez ojców i synów ten ostatni wchodzi w rolę „kobiety”. Z tego prostego powodu, że jest niedorosły, podległy. Wielu przykładów dostarcza „Szaleństwo Majki Skowron” Aleksandra Minkowskiego (1972).

snapshot20141120212043 snapshot20141120212025

Marek Sikora jako Ariel w serialu „Szaleństwo Majki Skowron” z 1976 w reż. S. Jędryki

Wiktor zawsze miał kogoś, kto za niego zajmował się tak zwanymi drobiazgami. W biurze „pannę Basię”: „Czy nie mogłaby pani przynieść mi dwóch szklanek herbaty?”. Ależ oczywiście, może, a nawet musi. Przecież nie splami się tą czynnością pan inżynier. Co by się działo! W domu żona jest jeszcze w miodowym okresie względnie ochronnym, syn się wyprowadził, zostaje Marta. I właśnie Marta jest uparta.

Demonstruje na każdym kroku: „W jaki sposób, na przykład, podajesz mu herbatę po obiedzie! To szurnięcie szklanką, jakbyś mu łaskę robiła!”. Daremnie, nikt zdaje się nie rozumieć komunikatu. Mówi się, że dziewczyna ma zapędy dyktatorskie, że jest arogancka, podła, nieznośna. „Taką mnie wychowałaś” – mówi do mamy, co brzmi jak zarzut, choć mogłoby przecież być odwołaniem się do dawnej umowy.

snapshot20150214220052 snapshot20150214221622

Jednak mama stała się już inną osobą, szczęśliwą, że się krząta dla mężczyzny. Żałuje przyjętego modelu wychowania. Zmienia reguły gry, która właściwie dobiega końca. Zresztą, Marta chyba też do końca nie rozumie, o jaką stawkę gra. Kiedy mało wylewny Michał wreszcie wyznaje, że ją kocha, dziewczyna staje się lepsza, cierpliwsza i bardziej zrównoważona. „Kiedy zmywam naczynia po obiedzie, śpiewam”, przyszywam guziki, chętnie wychodzę z psem. Wszystko dlatego, że mam kogoś tylko dla siebie – notuje.

Cóż za odmiana! Cóż za naiwność!

Jakiś czas potem Marta ucieka z domu do mamy Michała. Wie, że dla jej mamy „będzie to nieskończenie bolesne”. Chce ugodzić do żywego, bo ma żal, którego nie jest w stanie pomieścić w sercu ani objąć rozumem. O to, że mama zawsze bierze stronę Wiktora.

snapshot20150214233506 snapshot20150214233027

Ucieczka to zemsta za zdradę.

snapshot20150217200300

Weronika, zaskoczona wizytą uciekinierki, rozumie obie strony. Dzwoni do byłego męża i jego nowej żony, żeby się nie niepokoili zniknięciem Marty. Koncyliacyjną, zdystansowaną postawę wyraża herbatą. Razem z Michałem robi ją Marcie, a kiedy przybywa Wiktor, po prostu szykuje czwartą szklankę. Zwróćmy uwagę na bezpretensjonalność tego rekwizytu. Czwarta szklanka. We współczesnej powieści byłyby to filiżanki i zrobiłoby się mieszczańsko i ckliwie. Zapanowałaby oszukańcza zgoda. W „Jeziorze osobliwości” szklanki Weroniki są bezużyteczne. O konflikt łatwiej niż o zgodę. W ekranizacji powieści (1972) nawet mieszczańskie rekwizyty nie doprowadzą do pojednania.

snapshot20150214225545 snapshot20150214232030

Wręcz przeciwnie, iż użytkowanie skończy się radykalnym zerwaniem więzi.

Nie tylko między Martą i Wiktorem, również między Martą a Michałem. Niby jest dobrze, Marta, zmywając po obiedzie, śpiewa – ale Patryk nie znika z horyzontu, więc powodów do scysji nie brakuje. Właściwy facet właściwym facetem, ale do niewłaściwych też można mieć słabość. Marta i Michał jadą na obóz harcerski i napięcie rośnie, bo Patryk też spędza wakacje w okolicy. Marta przynosi listy do wysłania. Służbista Michał układa z Zuzią jadłospis i akurat pyta, co do pomidorowej. Marta mówi makaron, Zuzia – ryż. Michał, wściekle zazdrosny o rywala, ostentacyjnie wybiera ryż. Marta daje się sprowokować – wychodzi bez komentarza, ale za to z postanowieniem: pójdę z Patrykiem na zabawę.

snapshot20150214231808 snapshot20150217195812 snapshot20150217195821 snapshot20150217195930

W filmie nie ma obozu harcerskiego, ale jest Marta zadowolona, że Michał (Mirosław Konarowski) wścieka się z zazdrości

And so on, and so on. Drobiazg za drobiazgiem. Marta jest zmuszona szukać noclegu u Patryka. On sądzi, że przyszła mu się oddać, pcha się z łapami.

1-F-2311-1-1291x629

„Daj mi spokój z miłością” – mówi Marta. Opędza się, studzi pożądanie, odsyła do kuchni, banalnie prosząc o dobrą radę i szklankę herbaty. Dyktuje swoje zasady.

Jedno z ciekawszych zastosowań krzątactwa wplecione jest w konflikt Michała z druhem Pijanowskim, który powiedział milicji, że nie jest pewny, czy fatalny wypadek z kajakiem istotnie był wypadkiem, czy Michał przypadkiem nie próbował zabić Patryka. Na koniec Patryk odzyskuje przytomność i zdejmuje z Michała cień podejrzenia. Pijanowski dowiaduje się o tym i jest mu wstyd, że nie wierzył koledze. Przyjeżdża późnym wieczorem prosto znad jeziora. Przeprosić i usłyszeć, że ten nie ma żalu. Michał prosi do kuchni. Dwaj młodzi mężczyźni odbędą poważną rozmowę i porozumieją się w okolicznościach zgoła „niemęskich”. Michał nastawia wodę na herbatę, odgrzewa zupę z obiadu, niesie garnek, nalewa zupę na talerz i stawia przed gościem, kroi chleb, bierze imbryczek z esencją, dwie szklanki – wszystkie czynności są uwzględnione. Ręka mu drży przy parzeniu herbaty, bo mówi akurat o rzeczach najważniejszych. Niby są równi, ale Michał ma przewagę, o której dodatkowo świadczą wprawne i zdecydowane poczynania kuchenne. Pijanowski daje się nakarmić i napoić, trochę żeby zapanowała zgoda, a trochę żeby odpokutować. Siesicka trochę kuchnię odzyskuje, a trochę odtwarza jej patriarchalny porządek.

No i koniec, niestety z morałem. Nie mógł się obyć bez kuchennych rekwizytów. Zbuntowana Marta po wypadku zmądrzała, spokorniała, jest pełna dobrej woli i zrozumienia. No i skruchy. Na różne sposoby przeprasza. Na przykład dba o to, żeby Wiktor miał gorącą herbatę, bo nie znosi przestudzonej. Chce jej się, co podkreśla, nalać mu herbaty. Patriarchat został uwewnętrzniony. Wszyscy czworo siedzą przy stole, ona przynosi herbatę dla Wiktora, mama podsuwa sałatkę Michałowi, sama robiła majonez. Zaczyna się „normalność”, czyli obsługa i jedzenie bez napięć. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to zakończenie wymuszone, nie pasujące do wieloznacznej powieści, w której przecież Marta ma dużo racji. Dlaczego tylko ona ustępuje?

snapshot20150214225425

Film w reż. Jana Batorego, którego Siesicka jest współautorką, kończy się inaczej – bohaterka popełnia samobójstwo.

Jezioro osobliwości

To oczywiście akt autoagresji, ale właściwie jeszcze bardziej autonomii. Muzyka Wandy Warskiej, od początku filmu towarzysząca determinacji Marty, bezlitośnie to podkreśla. Skoro mi nie wierzycie, nie jesteście po mojej stronie, nie będę wam niczego tłumaczyć. Nie będę się usprawiedliwiać, nie ja powinnam. Mam was dość, idę sobie. Wolę się zabić, niż zrezygnować ze swoich racji. Dlatego budząc się z niestety nie ostatniego snu, na wasz widok odwrócę głowę.

Jezioro48

Nie mogę się już bronić w inny sposób, pozostał mi tylko ten jeden możliwy ruch. Głowa w bok, wzrok na ścianę. Nie widzę was, nie ma między nami kontaktu, nie istniejecie, zostawcie mnie w spokoju. Nie będzie żadnej herbaty.

Emancypantka z ZMP

Dziś NietylkoMusierowicz na gościnnych występach. Zanim jednak zaproszę do lektury mojego tekstu o „Paladynach” Haliny Snopkiewicz, który ukazał się w papierowym kwartalniku „Bez Dogmatu” w numerze 4/2013, chciałabym zrobić wstęp w poetyce wyznania.

1-Scan (2)„Paladynów” czytałam wielokrotnie, bardzo przeżywając polityczne rozczarowanie Lilki Sagowskiej. O dziwo, bardziej niż jej zawód miłosny. Była to bez wątpienia jedna z najdziwniejszych lektur mojego życia, zważywszy, iż nie tylko nie miałam wtedy (na początku lat 90.) żadnej wiedzy o okresie stalinowskim, ale chyba nawet nie wiedziałam, że istniało coś takiego jak PRL.

Doświadczałam zmian ekonomicznych/konsumpcyjnych, nie miałam cienia świadomości politycznej. Snopkiewicz zaczęła moją edukację w tej dziedzinie. Miała silną konkurencję w postaci nowej medialnej ofensywy ideologicznej – z tego samego okresu pamiętam na przykład toporny antykomunizm „Szopki w grajdole” Wolskiego. Nic dziwnego, że zapadłam na młodzieńczą chorobę postmodernizmu i neoliberalizmu. Ale emancypacyjne nadzieje i klęska Lilki mocno utkwiły mi w pamięci. Cały czas były gotowe do użytku. Czekały aż dorosnę do tamtej swojej nieświadomej dojrzałości. Teraz po nie sięgam.

Oto link do „Bez Dogmatu”. Warto przejrzeć cały numer, zwłaszcza wywiad z Małgorzatą Fidelis, historyczką peerelowskiej emancypacji.

Zdjęcia-2670

Aha, jeszcze jedno. ZMP musiał mieć potencjał emancypacyjny, skoro dwaj zgryźliwi tetrycy zapamiętali go tak:

Zdjęcia-2353

Zdjęcia-2356

Dwie tancerki

Magda jest jedyną córką prominentnego partyjnego dziennikarza i uznanej rzeźbiarki. Dostaje tyle pieniędzy, ile chce. Ma własny pokój. Ciszę i swobodę. Dopiero kiedy zawala maturę, zaczyna podlegać wyważonej kontroli rodzicielskiej.

Piękna, zaprzątnięta pracą matka Magdy przebywa częściej w swojej zewnętrznej pracowni albo za granicą niż w domu, którym zajmuje się wynajęta gosposia. Obojętność matki budzi skrywaną rozpacz córki. To zadra, która determinuje. Artystka olśniewa Magdę i jej przyjaciółkę, z wdziękiem pazia rzuca „uczcie się, uczcie” i już jej nie ma. A Magda zostaje z żalem uwiedzionej i porzuconej kochanki. Na przyjęciu, na którym matka bryluje w najlepszej towarzyskiej konwencji, córka zerka na nią z zazdrosną nadzieją: „Może wreszcie mnie łaskawie zauważy?”. Przepełnia ją „nienasycone pragnienie matczynego zainteresowania”.

Poza tym nieobecność matki wiąże się z aurą niemoralności. Magda i inni nie wierzą w to, że artystka spędza noce w pracowni i „szasta się” po świecie sama, wyłącznie ze względów artystycznych. Myśl o podwójnej zdradzie jest tak straszna, że dziewczyna nawet jej nie formułuje. Jej nowoczesne przekonania najwyraźniej nie dotyczą matki. Ojciec wydaje się rozumieć żonę, nie ma do niej pretensji, najwyżej cichy żal. Z zaangażowaniem podjął obowiązki wychowawcze. W pewnym momencie zataja przed żoną, że córka jest podejrzana o współudział w przestępstwie. Nie chce jej martwić? absorbować? Wie, że to bezcelowe?

Z ojcem Magdę łączą relacje partnerskie, czułe, wsparte fizyczną bliskością, choć zakłócone przez konflikt światopoglądowy. On jest zwolennikiem postawy ideowej, odpowiedzialnej, zaangażowanej, aktywnej, wytwórczej. Ona ostentacyjnie przyjmuje pozę dziewczyny bez właściwości, znudzonej, spragnionej przygód, ale biernie ulegającej strumieniowi wydarzeń, zamierzającej żyć lekko i przyjemnie, nastawionej na konsumpcję, nie pracę i tworzenie.

Nie zmienia to faktu, że rozmawiają spokojnie i rzeczowo. Dbają o wspólne neutralne pole, na którym mogą się porozumieć czy po prostu spędzić razem czas. Ojciec traktuje córkę jak niezależny podmiot o pełnoprawnej, mimo że obcej, konstytucji. Można założyć, że gdyby miał też syna, oboje wychowywałby tak samo.

Rodzice Magdy prawie się nie spotykają, dużo pracują, każde gdzie indziej. Porozumiewają się telefonicznie, wyłącznie w kwestiach praktycznych. Matka często nocuje w pracowni, w pewnym momencie wyjeżdża na kilka miesięcy do Włoch. Występują razem tylko na przyjęciu, grając rolę wzorowych gospodarzy. Nic nie wskazuje na to, by ze sobą sypiali. To dwa niezależnie działające podmioty, które występują razem tylko chwilowo, żeby neutralnie, bez niczyjej szkody, poudawać parę.

Redaktor Wytycz ceni odwagę cywilną i nonkonformizm. Pomaga znaleźć pracę Teresie, którą wyrzucono ze szkoły, bo przyznała się do sfałszowania ocen, ale mimo ogromnej presji dyrektora nie zadenuncjowała wspólników.

Tancerze

Pierwsze wydanie z 1961 r.

Rodzice Uli są drobnymi urzędnikami. Oszczędzają każdy grosz. Córka, chcąc mieć pieniądze, musi je zarobić. Ciasną domową przestrzeń dzieli z ukochaną siostrą i faworyzowanym przez rodziców leniwym i cynicznym bratem oraz emitującym głupie piosenki i reklamy radiem. Żyje w hałasie, oblepiona dławiącym rodzinnym sosem.

Jej ruchy są przez matkę i ojca śledzone i piętnowane. Reprezentują oni kulturę zgorszenia, którą doprowadzają do stanów histerycznych. Ich lista zachowań nieprzyzwoitych jest nieskończona. Otwiera ją oczywiście jakikolwiek pozadomowy towarzyski kontakt córki z mężczyzną. Ale widnieją na niej również wieczorne śmiechy z siostrą i kolorowe pończochy. Lista bezeceństw nie obejmuje natomiast gościnnej zalotności córek, którą ojciec zarządza wobec swego „lubiącego kobitki” szefa, ganiąc Ulę i Teresę za strategię pokrzywy. Nie wiadomo też, co w myśl tego rygorystycznego kodeksu jest bardziej grzeszne – „gżenie się” z chłopakiem czy opisywanie tego w pamiętniku.

Matkę Uli spowija obłok kuchennych wyziewów. Jest typową opresyjną matką gastronomiczną, usiłującą szantażować córki swoją podwójną (zawodową i domową) harówką i wciągającą je w krzątaczy kierat. Nie spodziewałam się takiej postaci w peerelowskiej powieści dla dziewcząt. Ojciec wtóruje jej, wypominając córkom, że mieszkają w jego domu i jedzą jego chleb.

„Co za upokarzająca niewola! – notuje rozżalona Ula. – Ta ciągła podejrzliwość, te groźby, krzyki”. Rodziców nie interesują myśli i przeżycia nastoletnich dzieci. Córek dotyczy to znacznie bardziej niż syna: „Siostry musiały ustępować, on – mógł wymagać. Siostrom mówiło się o obowiązkach, jemu przyznawano prawa”. Rodzice karmią, dają dach nad głową i egzekwują ślepe posłuszeństwo. Wymagają sformalizowanego szacunku, ale sami nie szanują. Krytykują zbyt bezpośredni ich zdaniem język córek, ale sami używają pod ich adresem wulgaryzmów.

Rodzice Uli zawsze występują razem – nawet kiedy matka rozmawia z córką na osobności, tematem rozmowy jest gniew ojca, któremu trzeba zapobiec. Stanowią właściwie jeden podmiot o dwóch uzupełniających się głowach. Głównym celem tego podmiotu jest brutalne stwarzanie pozorów. Wieczorem pokój stołowy, symboliczne centrum, zamienia się w małżeńską sypialnię. W łożu dzieci nie mogą nie zobaczyć częściowo obnażonego, wstrętnego rodzicielskiego ciała odzianego w nieświeżą bieliznę.

Rodzice są teoretykami, praktykami i surowymi nauczycielami konformizmu i hipokryzji. W myśl zasady, że „kto nie smaruje, ten nie jedzie” podlizują się wyżej postawionym znajomym i zwierzchnikom, których nienawidzą. Pomstują na socjalizm, ale każą Teresie ukrywać, że wysyłają ją na religię i do kościoła. „Nędzarskie wyrachowanie” i tchórzostwo napawają ich córki odrazą.

W peerelowskiej powieści dla dziewcząt rzadko występują tak jaskrawe i równolegle prezentowane różnice klasowe. Bohaterki i ich rodzice najczęściej należą do inteligenckiego mieszczaństwa, rzadziej pochodzą ze wsi i dokonują awansu społecznego, ale to dwie osobne konwencje.

1-Scan-031

Wydanie z 1977 r.

W „Tancerzach” Elżbiety Jackiewiczowej, bo o tej powieści z 1961 roku mowa, jednym z najważniejszych tematów jest różnica w statusie ekonomiczno-kulturowym przyjaciółek. Bo Magda i Ula się przyjaźnią, kłócą, stają się sobie nieodzowne. Razem czytają książki, piszą poezję (Magda) i prozę (Ula). Są swoimi jedynymi czytelniczkami i krytyczkami. Razem imprezują, razem się uczą. Przedmiotów szkolnych, postępowania z mężczyznami i stawania na własnych nogach.

Jak szczeniaki różnych ras (Jackiewiczowa posługuje się ryzykownym porównaniem), przeznaczone do różnych funkcji, mają jedną wspólną cechę – ciekawość. Chcą wszystkiego spróbować, wszędzie wetknąć nos.

I obie chcą – dodajmy – osiągnąć niezależność. Startują z innych punktów, z odmiennymi nawykami i goryczami. Początkowo obierają różne strategie, ale szybko okazuje się, że postępowanie systematycznej i odpowiedzialnej Uli nie tak znów daleko odbiega od stylu beztroskiej Magdy. Ta z kolei w końcu dochodzi do wniosku, że musi przełamać swoje „nie-chce-mi-się”, żeby uniezależnić się od rodziców.

Skąd bierze się różnica klasowa w „Tancerzach? Nie wiadomo. Po prostu jest. Nic nie wskazuje na to, by została odziedziczona – pokolenie dziadków jest nieobecne. Najprawdopodobniej rozwarstwienie wynika z jakichś indywidualnych cech – ambicji, wiary w socjalizm, inteligencji, umiejętności czy talentu. W każdym razie córka zwraca zawistnym rodzicom uwagę, że gdyby byli dziennikarzem i rzeźbiarką, też byłoby ich stać na majowe truskawki po sto trzydzieści złotych za kilo. Jackiewiczowa podsuwałaby zatem czytelnikowi teorię kowala. Inaczej musiałaby przyznać, że wciąż działają mechanizmy reprodukcji porządku klasowego, na które jednostkowe wysiłki nie mają większego wpływu.

Najciekawsze są oczywiście fragmenty, kiedy dochodzi lub o dziwo nie dochodzi do klasowej konfrontacji między przyjaciółkami. Magda na imprezach zawsze ma pieniądze, z których Ula korzysta bez skrępowania. Kapitał i tak jest rodzicielski, nie ma znaczenia, że jeden ojciec jest biedny i skąpy, a drugi zamożny i hojny. Kiedy Ula zarobi korepetycjami, Magda równie nonszalancko bawi się za jej krwawicę, bo nie zna „wartości pieniądza” – nigdy nic nie zarobiła. Obie beztrosko wydają wszystko, co mają. Niby nie ma konfliktu, ale finansowa beztroska finansowej beztrosce nierówna – za rozrzutnością Uli stoją godziny ciężkiej pracy. Magda jest utracjuszką nieświadomą.

Kiedy Ula zawiera z ojcem Magdy pakt dotyczący surowszego postępowania z jego córką, pieniądze są jednym z najważniejszych elementów umowy. Przede wszystkim za „pilnowanie nauki” przyjaciółki Ula ma dostawać wynagrodzenie. Mimo oporów młodej nauczycielki redaktor Wytycz nalega na taki układ, żeby było „najpoważniej, najbardziej rzeczowo i zobowiązująco”, inaczej przyjaźń uniemożliwi wykonywanie pracy. Pieniądze sformalizują luźną relację między dziewczętami. „Dobrze, będę korepetytorem i powiem jej, że za drogie pieniądze” – godzi się w końcu Ula. Czy to zdanie miałoby równą moc, gdyby użyła żeńskiej formy „korepetytorka”?

Na ojcowskie obawy dotyczące konsumenckiej zachłanności Magdy, która bez żadnego hamulca „pożera świat” budowany przecież czyimś wysiłkiem, Ula ma prostą odpowiedź: pan jej daje tyle pieniędzy, ile ona chce, i nie stawia jej pan żadnych warunków. Określona kwota wprowadziłaby w życie jedynaczki konieczność wyboru, opóźnienie gratyfikacji („Musiałaby się w czymś ograniczyć, czegoś sobie odmówić, czegoś długo pragnąć…”). Źle, że Magda nic nie musi, mógłby pan czegoś od niej wymagać.

Ula najwyraźniej próbuje w dobrej wierze skłonić niepatriarchalnego ojca do zdyscyplinowania córki, choć jednocześnie zazdrości przyjaciółce swobody i nonszalancji. Uważa, że Magda może sobie pozwolić na lekkie życie, zawalenie matury i inne ekscesy, bo ma świetne domowe warunki, podczas gdy jej dom to koszmar, z którego musi jak najprędzej się wyzwolić, czyli wykształcić się i zacząć zarabiać na siebie.

Wydaje się, że w tym punkcie nigdy nie dojdą do porozumienia. „Magda, ty nawet nie wiesz, co to jest mieć własny pokój. Ty tego nie oceniasz” – żali się Ula. Własny kąt dla każdego to dla niej piękna idea, w którą warto wierzyć. Szczęściara, która zawsze po prostu miała własny pokój, bezceremonialnie przerywa ten wywód i powiada, że pokój, gosposia do usług i pieniądze „nie dają nic”. W życiu liczą się „dreszczyki” – silne, nowe wrażenia zapobiegające nudzie. Wszystko inne to górnolotna deklamacja. Ideowa, prospołeczna Ula wyrasta więc z ekonomicznego braku, obojętna Magda – z przesytu.

W kwestii wychowania sytuacja jest akurat odwrotna. Zachwycona matką Magdy Ula nie widzi nic złego w tym, że córka, mąż i dom nie mają dla tej piękniej i niepospolitej kobiety największego znaczenia. Magda tłumaczy udręczonej rodzicielską obscenicznością przyjaciółce, że jej rodzice żyją dla niej, dławią ją, ale z miłości. Ona czuje się dla swoich rodziców nieważna.

Dziewczyny podpisują protokół rozbieżności. Jakoś przyjmują nawzajem do wiadomości swoje emocje, ale chyba je bagatelizują, na pewno traktują z dystansem bolączki tej drugiej.

1-Scan-037

Autorka – stara nauczycielka urodzona na początku wieku – obie bohaterki bardzo lubi i przedstawia nietendencyjnie. Magdę, reprezentantkę kontrkultury młodzieżowej spod znaku „Stodoły” i „Hybryd”, ze względu na amoralność mogłaby potępić. Tymczasem buduje jej postać lojalnie, z dużym zainteresowaniem, jeśli nie fascynacją i podziwem. Widzimy na przykład Magdę siedzącą nad Wisłą w nonszalanckiej pozie. Ma na sobie obcisłe jaskrawe spodenki, żółty pulowerek z głębokim dekoltem odsłaniającym ramiona i wzniesienia piersi. Na ciemnej twarzy usta umalowane prawie na żółto. Siwoniebieskie włosy przypominają perukę dawnych markiz. Wygląda szokująco, wyzywająco, ekscentrycznie, a Jackiewiczowa pisze, że „wiała od niej jakaś beztroska, jakaś pewność własnej siły, może także wyniosłość nad światem, który jej ma służyć jak owoc nasycający, kiedy tylko ona, Magda, zapragnie”.

Stara nauczycielka musiała pod koniec lat 50. bacznie obserwować złote dziewczyny i snuć wokół nich emancypacyjne fantazje. Czyżby im zazdrościła? Bardzo możliwe, choć w „Tancerzach” (jak niektóre zachodnie feministki drugiej fali) ostrzega również przed kontrkulturowym uprzedmiotowieniem kobiet. Bezpruderyjność to wielka zdobycz, ale i potencjalna pułapka. Panująca w tym środowisku swoboda obyczajowa opatrzona magicznym słowem „nowoczesność” może służyć zaspokajaniu potrzeb wzgardliwych pozerów. Nowoczesnością szantażuje Filip, chcąc wymusić na Magdzie uległość seksualną i ogólne podporządkowanie. To zaklęcie po prostu działa na dziewczyny.

Magda lekko traktuje seks, nie broni się, ale wyznacza konwencję i kończy sprawę, kiedy chce („Granicą jest moja wola. Na razie wystarcza mi tyle”). Pokazuje to już jedna z pierwszych scen – dziewczyna pozwala się długo i nudnie całować w bramie przygodnemu Ludwikowi, ale w pewnym momencie ostro go odprawia: „Spływaj. Mam już dość. Spać mi się chce”. W jej związkach, które są „sportem młodości”, „miłością naskórkową, swobodną, […] bez zobowiązań”, chodzi o to, żeby uniknąć ewentualnych miłosnych cierpień i upokorzeń. Miłość to ujarzmienie, ktoś zawsze ma większą władzę, ktoś traci kontrolę nad sobą, więc Magda preferuje relacje niemiłosne. Autorka przedstawia to może nie z jakąś wielką aprobatą, ale też bez nagany.

Hybrydy

Hybrydy w latach 60.

Rozumie się samo przez się, że Magda dawno ma za sobą inicjację i seks uprawia stale, ale nie widzimy jej w sytuacjach ściśle seksualnych. Jackiewiczowa w ogóle lubi i umie nasycać tekst erotyzmem pozałóżkowym (objęcia, dotknięcia, muśnięcia, dmuchnięcia w kark, taniec, wspólne opalanie). Była świadkiem przełomu związanego z publicznym manifestowaniem cielesnej bliskości dziewcząt i chłopców. A przynajmniej przedstawia chodzenie ulicą w czułym objęciu jako obyczajową nowość, budzącą agresywne zgorszenie starszych generacji.

Z czynności ściśle seksualnych występują u niej gwałtowne, mocne pocałunki z wpijaniem się warg. Trochę się nabijam, ale właściwie u Jackiewiczowej sfera seksualna występuje nawet bardziej otwarcie niż u Haliny Snopkiewicz, że o innych autorkach, przeważnie przemilczających lub aluzyjnie załatwiających sprawę, nie wspomnę. Nastolatki, nawet te najstarsze, w peerelowskich powieściach dla dziewcząt rzadko miewają życie seksualne, bohaterki Jackiewiczowej należą do imponujących wyjątków. Koniec dygresji.

Z kolei pracowita i moralna Ula łatwo mogłaby zostać dydaktycznym sucharem. Tymczasem właściwie do końca nie przestaje zaskakiwać. Po przebieranej prywatce – na której występuje w kostiumie subretki, rozweselona i zaczepna, a potem spokojnie wyznaje siostrze, że nie jest pewna, czy się znowu nie upije, bo ten stan był… bardzo dobry – wydaje nam się, że już mniej więcej ją znamy. To jednak dopiero początek, bo przejdziemy z nią inicjację seksualną, i to w sposób, o jakim się nie śniło moralistom. Oczywiście znowu tego nie zobaczymy, dostaniemy relację post factum, ale rzeczową i zaskakującą.

Początkowo Ula jest wstydliwa i zalękniona. Nie przystaje na nalegania Pawła, którego bardzo kocha. „Wydawało mi się, że jeśli ulegnę, to uduszę się, zatonę, zginę” – powie później, wspominając ten etap. Po pierwszym razie spodziewa się wielkiego przełomu, nie wyobraża sobie, co będzie dalej. Nic dziwnego, że odsuwa ten moment. Paweł ją porzuca, po kilku miesiącach Ula poznaje Zbyszka, którego pożąda i lubi, ale nie kocha. Toteż z nim może się zdobyć na zlekceważenie dziewictwa.

Ze zdumieniem stwierdza, że nic się nie zmieniło. Równie zdumiony jest jej partner, który przyzwyczaił się, że po pierwszym razie dziewczyna, już choćby dla uratowania honoru, mówi, że kocha, patrzy psimi oczami, z przywiązaniem i pokorą, uważa się za pokonaną i poddaną. Tymczasem Uli Zbyszek musi przyznać: „A ty jesteś mimo wszystko niezdobyta. Nie jesteś moją własnością, moją rzeczą. Jesteś dalej sobą, kimś ode mnie niezależnym… I to mnie doprowadza do wściekłości!”.

W kulturze podwójnych standardów, przedstawionej w „Tancerzach”, Zbyszek jako mężczyzna ma bogate doświadczenie w zaspakajaniu swego pożądania, i to bez miłosnej otoczki. Dysponuje też dość prostym językiem do mówienia o tym. Ula musi się zmierzyć z fetyszem kobiecej cnoty, tabuizacją kobiecego pożądania i uromantycznieniem kobiecego seksu. Nie ma języka odpowiadającego złożonemu doświadczeniu inicjacji seksualnej.

Należy do jednego z dwóch tajemniczych gatunków, które się ze sobą nie porozumiewają. Mężczyźni z zasady chcą „tylko jednego”. Kobiety mają jedną władzę – mogą ulec lub nie ulec męskiemu pożądaniu. Jednak w obu przypadkach mężczyzna może odejść. Jako ekonomicznie i społecznie zależne kobiety muszą traktować seks bardzo poważnie, stąd jego uromantycznienie, powiązanie z głębokim uczuciem. Jeśli – jak podpowiada Jackiewiczowa ustami Zbyszka – głębokiego uczucie brak, trzeba je odegrać.

Dlatego poprzednie dziewczyny Zbyszka upierały się przy języku i roli kochającej, oddanej, uległej, zależnej od woli „zdobywcy”. Ula próbuje wynaleźć inny język, inne metafory, skonstruować inną rolę. Mówi (autorka mówi w jej imieniu) o „ofiarowaniu” siebie, nie „oddaniu”. Wyznaje chłopakowi, że go lubi, że jego pieszczoty są miłe, ale nic ponadto. Tłumaczy, że dziewczyny obserwują tworzenie się par jak taniec, muszą czekać, aż ktoś je wybierze. Boją się, że ich nikt nie pragnie, że nie wezmą udziału w kulturowym rytuale. „Byłam właśnie w takim strachu, że mnie coś mija, że jestem niepotrzebna […]. Odczarowałeś mnie”. Teraz tańczy, ale już wie, że nie należy przeceniać tej czynności, tak jak całego tradycyjnego kontraktu płci.

Jest gotowa na spotkanie z Pawłem, który równolegle zdążył dojrzeć i porzucić rolę bezrefleksyjnego użytkownika kobiet. I rzeczywiście – w finałowej scenie spotykają się przypadkiem „na środku drogi”, ponownie, a jakby pierwszy raz. Stoją naprzeciw siebie „spłoszeni i szczęśliwi”.

Kończąc, dodam tylko, że główne bohaterki u Jackiewiczowej uprawiają seks jakby zażywały pigułki najnowszej generacji – to znaczy nic a nic nie obawiają się ciąży, która przecież w ich sytuacji życiowej byłaby katastrofą. Niechciana ciąża i aborcja to znów coś, co się przytrafia bohaterce dalszego planu. W tym przypadku prowincjonalnej urzędniczce, zgodnie z wzorcem zaczerpniętym od Mniszkówny czekającej na męża inżyniera czy lekarza, przy którym nie będzie już musiała pracować. Trochę jakby niechciana ciąża przydarzała się kobietom należącym do określonej kategorii, mianowicie małomiasteczkowym gęsiom, które nie chcą się emancypować. Kiedyś o tym napiszę, bo rzecz jest ciekawa. Tutaj chciałabym tylko wytknąć łatwiznę – Magda i Ula mogą być seksualnie wyzwolone, bo temat ewentualnej ciąży arbitralną decyzją autorki ich nie dotyczy.

Co nie znaczy, że o tej równoległej, acz asymetrycznej emancypacji i nieoczywistej przyjaźni Magdy i Uli nie czyta się z przyjemnością.

Pąsowy powrót do przyszłości

Przygoda Andy nie daje mi spokoju. Trochę już o niej pisałam, ale rzecz domaga się szerszego omówienia. „Godzina pąsowej róży”, powieść Marii Krüger, wydana w 1960 i zekranizowana przez Halinę Bielińską w 1963, wydaje mi się mocnym znakiem czasu.

1-Scan-013.BMPfilm Godzina pąsowej

Okładka książki i ilustracje poniżej Bożeny Truchanowskiej. Świetny plakat filmowy nie wiem czyj

Przypomnijmy – swobodna i energiczna nowoczesna dziewczyna zostaje uwięziona w epoce gorsetu. Ponieważ właściwie wszystko, co tam powie czy zrobi, jest skandaliczne, nieprzyzwoite, gorszące, podejrzane, odbiera twardą lekcję, z groźbą uznania za obłąkaną i ubezwłasnowolnienia włącznie. Już jej imię jest niestosowne. Wypada, żeby panienki miały na imię Anusia i Ewunia. Anda brzmi wulgarnie, kojarzy się z półświatkiem.

1-Scan-015

Ciekawe, że patriarchat jest przedstawiony jako system zaprzeszły, w archaicznym kostiumie. Współczesność to domena ugruntowanej, stabilnej, oczywistej emancypacji.

Śledząc dziś jej perypetie, mocno odczuwam opresję bohaterki bezustannie dyscyplinowanej i raczonej frazesami o godności kobiety. Film, momentami demoniczny, jeszcze pogłębia wrażenie feministycznego unheimlich.

gpr1

Kiedy niedorosła Anda, przeskoczywszy w czasie 20 lat, rozpoznaje w lustrze twarz zdziwaczałej starej panny, mimo komediowej konwencji za każdym razem ciarki chodzą mi po plecach.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_00.57.06_[2013.12.27_17.12.28]

Za co to wszystko? Anda dojrzewa, krew kapiąca na starą fotografię, ma tu znaczenie symboliczne. Rośnie niezależna, chce zostać mistrzynią świata w pływaniu, mieć sławę i pieniądze. Lekceważąco wyraża się o miłości i małżeństwie. Mogłaby najwyżej zostać żoną męża swojej żony. Ma gotowy projekt kostiumu femme fatale.

1-Scan-013

Oczywiście jej winą jest kłamstwo i manipulacja, a także złudzenie panowania nad czasem, czyli nowoczesna hybris, ale chyba również to, że choć reprezentuje literackie sprywatyzowane nastolatki swojej i późniejszej epoki, jest wytworem lat 50. I ta jej przynależność wzięta jest w wyraźny cudzysłów, opatrzona sygnałami ironii.

W powieści Anda ma zwyczaj powtarzać, że byt określa świadomość. Jest rzeczniczką elektryfikacji wsi i postępu technicznego, a przede wszystkim kultury fizycznej i higieny. W filmie wypowiada sporo silnie nacechowanych słów, które w 63 roku musiały jednoznacznie kojarzyć się z propagandą „okresu błędów i wypaczeń”.

1-Scan-020

„Reprezentuje pani gusła i zabobony?”; „ciachnij te pęta zacofania i przesądów!”; „postaram się przystosować na zasadach naukowych”; „epoka! byt określa świadomość!”; „to jest ucisk człowieka przez człowieka”. Elżbieta Czyżewska idealnie podała te kwestie jako przejawy retorycznego automatyzmu, wtręty odstające od żywego języka, którym posługuje się bohaterka.

Podróż w czasie jest więc (jak mówi filmowa Anda) „metafizycznym dowcipem” zrobionym młodocianej materialistce. Fantastyczna odnoga czasu służy złamaniu antyromantycznego oporu dziewczyny. Połączenie emancypacji z językiem epoki przedodwilżowej potwierdza tezę, że po 56 roku często starano się powiązać równouprawnienie kobiet ze stalinizmem i w ten sposób je skompromitować.

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że zarówno Krüger, jak i Bielińska (zresztą rodzone siostry) znają jak zły szeląg i celnie krytykują patriarchat, a mimo to poddają wolną od jego wpływu bohaterkę ostrej tresurze. Chcą, żeby zaznała wszelkich przedemancypacyjnych ograniczeń. Chcą jej dać nauczkę. Zderzają jej nowoczesną niewinność z obsceniczną kulturą, w której funkcjonują niezliczone zakazy dotyczące języka, zachowania i ciała kobiety.

1-Scan-021

Ponieważ nie planowała zamążpójścia, nie rozumiała pojęcia „stara panna” i zamierzała żyć według własnej woli – doświadcza każdego ze złych scenariuszy czekających w końcu XIX wieku na kobiety ze sfery mieszczańskiej: targów przedmałżeńskich, żałosnego staropanieństwa oraz losu obarczonej gospodarstwem domowym i dziećmi paniusi na utrzymaniu męża.

1-Scan-022

Nadużywała swobody i bezpośrednich relacji z nowoczesnymi rodzicami – trafia pod inwazyjną kuratelę matki i ojca, którzy opierają swoją władzę na rytualnym dystansie.

1-Scan-017

Była traktowana prawie jak dorosła – pozostając w tym samym wieku, spada do statusu dziecka. Ironizowała, śmiała się i żartowała – staje przed murem niewzruszonej powagi.

Nie lubiła się uczyć fizyki – na pensji trenuje gównie kaligrafię i pokorę, bo od płci pięknej nikt nie wymaga znajomości ułamków dziesiętnych. Nie wstydziła się nagości, chodziła w nie krępujących ruchów portkach – zostaje na stałe wbita w gorset, sutą suknię, kapelusz, wstrzymujące krążenie podwiązki i ciasne trzewiki, nawet myć się musi w grubej koszuli.

1-Scan-018

gpr

Gimnastykowała się i pływała – nie wolno jej podnosić nawet wzroku. Dyskutowała i stawiała na swoim – każde jej słowo klasyfikowane jest jako przejaw choroby nerwowej. Seksualnie uświadomiona – nie może choćby wspomnieć, że siostra będzie w przyszłości miała dzieci, i nie ma wstępu na „Halkę” (operę o „dziewczęciu, które zeszło z drogi cnoty”).

Miała w matce wzorzec kobiety niezależnej, dojrzałej, ale młodzieńczo aktywnej, żyjącej własnym (zawodowym i towarzyskim) życiem – trafia pod władzę zbolałej matrony, którą zajmuje tylko zamążpójście córek i która może im przekazać najwyżej „zawód przyszłej wzorowej pani domu” posłusznej we wszystkim mężowi.

Mimo to Anda książkowa waha się w ocenie epoki, w której ugrzęzła, a Anda filmowa w pewnym momencie zaczyna czuć się w 1880 roku szczęśliwa.

 polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.13.30_[2013.12.27_17.33.53]

Bohaterkę uwodzi mieszczański styl życia, przestrzeń życiowa, wystroje wnętrz, suknie, jedzenie.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_00.48.26_[2013.12.27_16.54.54]

No i – last but not least – formalna uprzejmość mężczyzn wobec kobiet. W powieści jednak nastolatka ostatecznie wybiera nowoczesność, bo „daje […] o wiele więcej swobody dziewczętom”. Anda kwestionuje wartość galanterii wobec kobiet rzekomo otoczonych podziwem i uwielbieniem. „Wolę nie być bóstwem – orzeka – a ubierać się po ludzku, używać sportów i chodzić do kina”. Książka kończy się nagle, bez morału. Anda zostaje ze swoim osobliwym doświadczeniem sama. Coś z nim zrobi albo nie.

Film – wynik siostrzanej współpracy – ma wymowną pointę. Kończy się palimpsestem epok. Współcześnie powtarza się ta sama scena randki przy księżycu, całowania w rękę i porozumienia zakochanych, którą już widzieliśmy w wersji kostiumowej.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.04.18_[2013.12.27_17.22.49]

Nowoczesna nastolatka życzliwiej spogląda na oddanego Karola, a on zachowuje się jak dżentelmen.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.16.52_[2013.12.27_17.38.09]

Pąsowa róża – początkowo rekwizyt frywolnej cioci i symbol patriarchalnej pułapki, pojawia się jako znak uczucia i przymierza płci.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.16.57_[2013.12.27_17.38.19]

„Porozmawiajmy raz jak ludzie – mówi Anda w XIX wieku. – Przecież nas oboje jakoś okropnie wykiwano. Dlatego chyba powinniśmy trzymać się razem”. Karol, kończąc tę samą rozmowę w XX wieku, upewnia się: „I wszystko zaczyna się dla nas od początku, prawda?”.

Krüger i Bielińska nie były strażniczkami patriarchatu i nie sądzę by chciały/musiały pomagać ekipie Gomułki w odcinaniu się od rządów poprzedników i propagowaniu powrotu do tradycyjnych ról płciowych. Wiedziały też, że romantyczny sztafaż bywa maską poniżenia i zniewolenia kobiet. Dlaczego więc skończyły film w ten sposób? To właśnie nie daje mi spokoju.

Film jest odważniejszy obyczajowo od książki. Zawiera jaskrawą krytykę mieszczańskiej i religijnej obłudy, której istotą jest płciowa asymetria standardów moralnych. Kiedy kobiety i służba poszczą na intencję zamążpójścia starszej córki, pan domu z ustami pełnymi pieczeni poucza, że „zasady religijne są niewzruszoną opoką rodziny”. Szanowany ojciec rodziny, dbając o dobre imię, dąży do ubezwłasnowolnienia „szalonej” szwagierki, ale sam bywa w domu publicznym, czemu zresztą towarzyszy specyficzna odmiana cichego i zgorszonego, ale jednak przyzwolenia społecznego. Wyjątkiem jest ciocia Eleonora, której wdowieństwo i majętność pozwalają na względną swobodę (również seksualną).

1-Scan-023 (2)

I po doświadczeniu tego wszystkiego siostry kazały bohaterce ulec romantycznemu nastrojowi, zmięknąć, poddać się urokowi dawnych form. Iść na ustępstwa. Czyżby naiwnie postulowały połączenie swobodnego, nowoczesnego życia i anachronicznego stylu? Odstręczała je surowa emancypacyjna estetyka, którą kojarzyły z okresem stalinizmu? Obawiały się zbyt daleko idących konsekwencji równouprawnienia? Wszystkie te ewentualności wyglądają tak strasznie, że aż nieprawdopodobnie (jak można przeprowadzić błyskotliwą krytykę patriarchatu, żeby ją następnie wyrzucić za płot?).

Strategicznie najlepsze wyjaśnienie byłoby może takie, że Krüger i Bielińska chciały wyjść poza antagonizm płci, wskazać, że również mężczyźni w patriarchacie są, choć w inny sposób, ograniczani – świadczyłyby o tym słowa „nas oboje jakoś okropnie wykiwano”. Ale taka interpretacja jest chyba za słaba wobec fatalnej siły pocałunku w rękę, której zdają się hołdować autorki. Pewne pocieszenie stanowi ostatni grymas Czyżewskiej – bohaterka najwyraźniej nie całkiem zgłupiała, skoro impulsywnie porzuca romantyczną formę.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.17.26_[2013.12.27_17.38.59]

Czekając na Wasze pomysły interpretacyjne, będę sobie wyobrażać, jak nowoczesna dziewczyna Marii Krüger czułaby się w naszych czasach.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.01.39_[2013.12.27_17.19.54]

Joanna Chmielewska w „Przeklętej barierze” (2000) ściągnęła do współczesności hrabinę z 1882 roku i kazała jej się entuzjazmować nowoczesną techniką i swobodą obyczajową. Juliusz Machulski w „Ile waży koń trojański?” (2008) zesłał bohaterkę w późny PRL przedstawiony jako egzotyczna enklawa zacofania, polegającego głównie na podrzędnej pozycji kobiet. Ten genialny koniunkturalista odwołał tym samym swoją „Seksmisję”, gdzie pokazywał PRL jako hipernowoczesny system totalnych babskich rządów. (Kiedy się chce zrobić karierę na satyrze z PRL-u każdy sposób jest dobry).

Mam wrażenie, że Anda przeniesiona do 2014 roku mogłaby się poczuć bardziej jak w 1880 niż jak u siebie. Im dłużej czytam peerelowskie powieści dla dziewcząt, tym silniejsze mam wrażenie, że żyjemy w czasach cywilizacyjnego regresu. Pamiętam, że to „tylko” literackie projekty rzeczywistości społecznej, a jednak.

Najpilniejsze zadanie – zanalizować i wyjaśnić sobie to wrażenie.

Maryla i transowy dziadek

Kiedy Maryla wraca ze szkoły, w progu wita ją dziadek przepasany fartuszkiem w kwiatki. Jej koleżanki i koledzy są tak ciekawi tego fascynującego zjawiska, że odprowadzają ją pod sam dom, żeby obejrzeć starszego pana występującego w roli babci.

Zdjęcia-2265Do niedawna wracającej ze szkoły Maryli nie witał nikt. Nikt też nie chodził na wywiadówki. Przy absencji rodziców „mechanizm domu” działał sam, ale wadliwie. Tata jako sadownik jest stale w rozjazdach służbowych. Mama, pielęgniarka na oddziale noworodków i opiekunka społeczna, też zwykle jest nieobecna. „Odkąd przestałam być noworodkiem, a nie zasłużyłam na czujność opiekunki społecznej – konstatuje z goryczą Maryla – mama rzeczywiście zajmuje się mną dość rzadko”. Zawodowo podwójnie opiekuńcza – prywatnie niezbyt przejmuje się córką. Jedna je obiady w stołówce szpitalnej, druga – szkolnej, co ma obrazować erozję rodziny. Tacie doskwierają dolegliwości żołądkowe i poczucie, że życie rodzinne „jakoś się tak dziwnie rozłazi” wskutek braku w domu „czyjejś stałej obecności”.

Mama wyemancypowała się dawno temu, nie wiadomo jak. Mąż nie ma do niej pretensji. Jego zastrzeżenia nie są opatrzone konkretnym adresem, stanowią raczej strukturalną analizę sytuacji. To on postanawia załatać dziurę po domowej kobiecie i prosi owdowiałego teścia, by z nimi zamieszkał i pomógł zreperować szkody.

Dziadek sprawnie robi zakupy, gotuje, piecze i sprząta, a także troszczy się o Marylę i jej rodziców, czyli wypełnia tradycyjne obowiązki matki gastronomicznej, ale przedstawiany jest jako doskonały organizator i zarządca (zatem już wtedy dowartościowywano pracę domową podobnie jak dzisiaj zajęcia „menedżerki rodziny”). W przeszłości stworzył szkolny klub sportowy, oddział Związku Filatelistów, był kierownikiem domu kultury, „a teraz, jako emeryt, ma poprowadzić nasz dom”. Żeby nie było za łatwo, dziadek nie żywi ani odrobiny aspiracji do roli opresyjnego patriarchy. Spogląda uważnie i czule. Jego domeną jest ciche poświęcenie. Ewentualna dyscyplina Maryli musiałaby być samodyscypliną wdrożoną pod nieobecność autorytetów. Niesubordynacja zaś nie doczeka się poparcia, na przykład ze strony matki.

Dom szybko staje się podobny do „tysięcy innych domów”, wraca do normy. Pachnie rosołem, ciastem waniliowym, pastą do podłóg. W tym momencie, kiedy padają słowa o „tysiącach innych domów”, tak naprawdę wychodzi na jaw uprzednia aberracyjność rodziny. Wydaje się nie mieć znaczenia, że rolę gospodyni odgrywa dziadek. Tylko Jurek, mądry chłopak Maryli, zdobywa się na refleksję genderową. „Dopiero kiedy przyglądam się twojemu dziadziusiowi – powiada po namyśle – widzę, ile roboty ma u nas w domu babcia”.

Zdjęcia-2264

Ale w opowiadaniu Krystyny Siesickiej „Być babim latem” (Horyzonty, 1971, ilustr. Danuta Cesarska) ważniejsza niż dziadek jest Maryla, która „kobiecych” ról nie znosi i nie odgrywa, choć już powinna. Tym większe jej zaniedbanie, że robi to „za nią” starszy mężczyzna, nie inna kobieta.

Zdjęcia-2269

Matka i ojciec są w opowiadaniu obecni tylko przez chwilę, potem znikają i dramat rozgrywa się między dziadkiem, który występuje w rażąco nieswojej roli, Jurkiem, reprezentantem mężczyzn w wieku produkcyjnym (ergo: ważną instancją oceniającą), a dwojgiem konkurujących dziewcząt. Nowoczesna matka, bez cienia poczucia winy, tym razem wstępuje na scenę dosłownie na chwilę, by przyczynić się do odebrania córce prawa do autonomicznego terytorium. Ta, która może swobodnie poruszać się w sferze pozadomowej, bezmyślnie ogranicza przestrzeń córki.

Zdjęcia-2267

Na wstępie bowiem wnuczka musi „chętnie” odstąpić dziadkowi własny pokój i zamieszkać kątem w kuchni. W końcu go kocha, więc nawet nie jest w stanie oponować. Zacina zęby i wpada w emocjonalny zamęt okresu przejściowego: „W tym czasie kochałam dziadziusia bardziej niż kiedykolwiek. Starałam się być dla niego czuła i miła. Głównie dlatego, że nie potrafiłam się cieszyć jego obecnością. A to było wstrętne”. Potem się przyzwyczaja. Co prawda zrezygnowała ze swojej przestrzeni, ale otrzymała w zamian komfort żywieniowo-opiekuńczy. Jest wdzięczna. Sytuacja powszednieje. Maryla przestaje okazywać dziadkowi miłość.

Wtedy w domu pojawia się perfekcyjna kuzynka Anka – beztroskie wcielenie normy. Od urodzenia – jak głosi rodzinna legenda – lepsza, posłuszniejsza, zręczniejsza, czulsza i troskliwsza niż Maryla. Bezskutecznie stawiana jej za przykład.

Zdjęcia-2273

Ponieważ Anka jest długowłosą fanką Połomskiego, Maryla nosi krótką fryzurę i słucha Grupy Skifflowej No To Co. Ponieważ Anka zaczyna spontanicznie i radośnie wyręczać dziadka w gotowaniu, Maryla tym bardziej nie chce być do niej podobna. Anka pomaga i uprzedza życzenia, Maryla przychodzi na gotowe. Anka smaży pyszne mielone kotlety, Maryla nigdy nawet nie pomyślała o przygotowaniu obiadu.

Zdjęcia-2275

Anka, żeby pasować do genderowych standardów, prawie nie musi z sobą walczyć, mieści się w gotowej formie, podobno urodziła się kobietą – Maryla jest udręczona oporem i musi wypracować emancypacyjny styl życia i wzorzec emocjonalny, który pozwoli zachować/zdobyć miłość. Konwencjonalne sposoby podtrzymywania i okazywania uczuć bywają bowiem często antyemancypacyjne.

Anka zdobywa serce dziadka i – jakby tego było mało – oczarowuje Jurka, okazując się idealną słuchaczką jego wywodów. „Cała była zasłuchaniem, zdumieniem, przejęciem”. „Cała”? Anka najwyraźniej nie ma niezależnej podmiotowości, istnieje tylko w relacjach. To aż nadto wystarcza, żeby genderowa mądrość Jurka wyparowała. Anka wyrzeka się pójścia z nim do kina, co chłopak nazywa lojalnością wobec Maryli i ocenia jako „ładną” cechę dziewczyny. Wiadomo, nic tak nie zdobi kobiety, jak zdolność do poświęceń i tłumienia egoistycznych pragnień.

Zdjęcia-2277

Maryla ma „koszmarne uczucie” bycia niepotrzebną we własnym życiu, które Anka z wdziękiem jej odbiera. Przegrywa bieg po miłość. Jej zwykła przekora przechodzi w dziką nienawiść. Ulgi nie sprawia ani pobłażliwość, ani zgryźliwość wobec Anki. Wściekłość dusi i rozpiera Marylę. Ze złości robi pranie, a potem płacze. Agresja wyzwalana przez chodzący ideał dziewczęcości skierowana jest tyleż przeciwko nieświadomej konfliktu rywalce, co przeciwko sobie. „To ja okradałam samą siebie – przyznaje Maryla. Byłam egoistką” i „upartym osłem”, który „nie potrafi przyznać komuś racji”.

Presja i frustracja są tak wielkie, że bliska wybuchu bohaterka odczuwa przymus negatywnego działania, nosi się z życzeniem śmierci, fantazjuje o sposobach otrucia. To nic, że obiektem morderczej fantazji są de facto tylko ukochane rybki Anki (żeby także genderowa prymuska poznała smak straty). Taka konwencja. W warstwie symbolicznej chodzi o natężenie złych emocji i śmiertelny międzydziewczęcy antagonizm. Śmiertelny, bo rybka zdycha. Co prawda z niezależnych powodów, ale wyrzuty sumienia Maryli są jak najbardziej zależne i jak najcięższe.

Siesicka, na ile to możliwe, powstrzymuje się od oceny. Maryla mówi w pierwszej osobie i prezentuje się sama. Jej punkt widzenia ma priorytet. Emancypacyjna frustracja waży tyle co genderowe zaniechanie. Kluczowa jest oczywiście puenta opowiadania. Po wyprowadzce Anki Maryla obserwuje zasępionego dziadka i przeżywa kryzys. Z jednej strony odczuwa przemożną chęć posłodzenia dziadkowi herbaty, jak robiła to perfekcyjna kuzynka, z drugiej – powtórzenie tego gestu jest ponad jej siły. Ponieważ nie pasuje do patriarchalnej matrycy uczuć, wątpi w swoją miłość do dziadka, którą jednocześnie uważa za wielką.

Z powodu wewnętrznej szamotaniny nie może spać. Automatycznie przewija się w jej głowie oderwane zdanie: „Być babim latem…!”. Wyraża się w ten sposób tęsknota Maryli za radosną lekkością, ucieczką, magicznym wyjściem z sytuacji. Uchyleniem presji. Surrealne liście na ilustracjach Cesarskiej korespondują z odmiennym stanem świadomości bohaterki.

Zdjęcia-2278

Końcówka opowiadania jest niejasna, niezbyt dobrze napisana. Dwa zdania brzmią jednak mocno. Pierwsze to deklaracja trwania w egoizmie: „Oczy otwierały mi się same, chaotyczne myśli sformowały się w jedną, dręczącą i uporczywą. Być babim latem! Nie mogłam. To znaczyło przełamać siebie, swój egoizm, upór, nie mogłam już dłużej uciekać od prawdy”. Drugie zdaje się zaprzeczać pierwszemu. Maryla uświadamia sobie: „Ciepło tego domu, chłód ręki na rozpalonym czole, milcząca dobroć. Dawał z siebie tak wiele, a nie brał niczego”. Idzie do dziadka i (jak wtedy, gdy przychodził tylko na niedzielne obiady i się nie poświęcał) wyznaje: „Zatęskniłam”. Ale to nie kapitulacja. To powrót do punktu wyjścia, a zarazem nowe rozdanie. Zainicjowane i dyktowane przez Marylę. Żadnych poświęceń, wyręczeń, karmienia i krzątactwa, które zawsze ktoś musi wykonywać kosztem swojej autonomii. Czysta ekspresja uczuć.

PS. Ilustracje Danuty Cesarskiej możecie obejrzeć dzięki temu, że w archiwum Biblioteki Raczyńskich dobrze zachował się raczej trudny do zdobycia egzemplarz pierwszego wydania. Wielkie nakłady po 40-50 latach okazują się przegrywać z miłością czytelniczek. Książki przestają istnieć.

Dla porównania zamieszczam okładkę i dwie ilustracje z wydanego w 1992 r. zbioru opowiadań, w którym pierwszy raz przeczytałam „Być babim latem”. Dyletanctwo lat 90. w tym zestawieniu jest uderzające. Takie są skutki obraźliwych wyobrażeń o masowym odbiorcy.

1-Scan-024 1-Scan-001 1-Scan