Archiwa tagu: aborcja

Emancypantka z ZMP

Dziś NietylkoMusierowicz na gościnnych występach. Zanim jednak zaproszę do lektury mojego tekstu o „Paladynach” Haliny Snopkiewicz, który ukazał się w papierowym kwartalniku „Bez Dogmatu” w numerze 4/2013, chciałabym zrobić wstęp w poetyce wyznania.

1-Scan (2)„Paladynów” czytałam wielokrotnie, bardzo przeżywając polityczne rozczarowanie Lilki Sagowskiej. O dziwo, bardziej niż jej zawód miłosny. Była to bez wątpienia jedna z najdziwniejszych lektur mojego życia, zważywszy, iż nie tylko nie miałam wtedy (na początku lat 90.) żadnej wiedzy o okresie stalinowskim, ale chyba nawet nie wiedziałam, że istniało coś takiego jak PRL.

Doświadczałam zmian ekonomicznych/konsumpcyjnych, nie miałam cienia świadomości politycznej. Snopkiewicz zaczęła moją edukację w tej dziedzinie. Miała silną konkurencję w postaci nowej medialnej ofensywy ideologicznej – z tego samego okresu pamiętam na przykład toporny antykomunizm „Szopki w grajdole” Wolskiego. Nic dziwnego, że zapadłam na młodzieńczą chorobę postmodernizmu i neoliberalizmu. Ale emancypacyjne nadzieje i klęska Lilki mocno utkwiły mi w pamięci. Cały czas były gotowe do użytku. Czekały aż dorosnę do tamtej swojej nieświadomej dojrzałości. Teraz po nie sięgam.

Oto link do „Bez Dogmatu”. Warto przejrzeć cały numer, zwłaszcza wywiad z Małgorzatą Fidelis, historyczką peerelowskiej emancypacji.

Zdjęcia-2670

Aha, jeszcze jedno. ZMP musiał mieć potencjał emancypacyjny, skoro dwaj zgryźliwi tetrycy zapamiętali go tak:

Zdjęcia-2353

Zdjęcia-2356

Reklamy

Dwie tancerki

Magda jest jedyną córką prominentnego partyjnego dziennikarza i uznanej rzeźbiarki. Dostaje tyle pieniędzy, ile chce. Ma własny pokój. Ciszę i swobodę. Dopiero kiedy zawala maturę, zaczyna podlegać wyważonej kontroli rodzicielskiej.

Piękna, zaprzątnięta pracą matka Magdy przebywa częściej w swojej zewnętrznej pracowni albo za granicą niż w domu, którym zajmuje się wynajęta gosposia. Obojętność matki budzi skrywaną rozpacz córki. To zadra, która determinuje. Artystka olśniewa Magdę i jej przyjaciółkę, z wdziękiem pazia rzuca „uczcie się, uczcie” i już jej nie ma. A Magda zostaje z żalem uwiedzionej i porzuconej kochanki. Na przyjęciu, na którym matka bryluje w najlepszej towarzyskiej konwencji, córka zerka na nią z zazdrosną nadzieją: „Może wreszcie mnie łaskawie zauważy?”. Przepełnia ją „nienasycone pragnienie matczynego zainteresowania”.

Poza tym nieobecność matki wiąże się z aurą niemoralności. Magda i inni nie wierzą w to, że artystka spędza noce w pracowni i „szasta się” po świecie sama, wyłącznie ze względów artystycznych. Myśl o podwójnej zdradzie jest tak straszna, że dziewczyna nawet jej nie formułuje. Jej nowoczesne przekonania najwyraźniej nie dotyczą matki. Ojciec wydaje się rozumieć żonę, nie ma do niej pretensji, najwyżej cichy żal. Z zaangażowaniem podjął obowiązki wychowawcze. W pewnym momencie zataja przed żoną, że córka jest podejrzana o współudział w przestępstwie. Nie chce jej martwić? absorbować? Wie, że to bezcelowe?

Z ojcem Magdę łączą relacje partnerskie, czułe, wsparte fizyczną bliskością, choć zakłócone przez konflikt światopoglądowy. On jest zwolennikiem postawy ideowej, odpowiedzialnej, zaangażowanej, aktywnej, wytwórczej. Ona ostentacyjnie przyjmuje pozę dziewczyny bez właściwości, znudzonej, spragnionej przygód, ale biernie ulegającej strumieniowi wydarzeń, zamierzającej żyć lekko i przyjemnie, nastawionej na konsumpcję, nie pracę i tworzenie.

Nie zmienia to faktu, że rozmawiają spokojnie i rzeczowo. Dbają o wspólne neutralne pole, na którym mogą się porozumieć czy po prostu spędzić razem czas. Ojciec traktuje córkę jak niezależny podmiot o pełnoprawnej, mimo że obcej, konstytucji. Można założyć, że gdyby miał też syna, oboje wychowywałby tak samo.

Rodzice Magdy prawie się nie spotykają, dużo pracują, każde gdzie indziej. Porozumiewają się telefonicznie, wyłącznie w kwestiach praktycznych. Matka często nocuje w pracowni, w pewnym momencie wyjeżdża na kilka miesięcy do Włoch. Występują razem tylko na przyjęciu, grając rolę wzorowych gospodarzy. Nic nie wskazuje na to, by ze sobą sypiali. To dwa niezależnie działające podmioty, które występują razem tylko chwilowo, żeby neutralnie, bez niczyjej szkody, poudawać parę.

Redaktor Wytycz ceni odwagę cywilną i nonkonformizm. Pomaga znaleźć pracę Teresie, którą wyrzucono ze szkoły, bo przyznała się do sfałszowania ocen, ale mimo ogromnej presji dyrektora nie zadenuncjowała wspólników.

Tancerze

Pierwsze wydanie z 1961 r.

Rodzice Uli są drobnymi urzędnikami. Oszczędzają każdy grosz. Córka, chcąc mieć pieniądze, musi je zarobić. Ciasną domową przestrzeń dzieli z ukochaną siostrą i faworyzowanym przez rodziców leniwym i cynicznym bratem oraz emitującym głupie piosenki i reklamy radiem. Żyje w hałasie, oblepiona dławiącym rodzinnym sosem.

Jej ruchy są przez matkę i ojca śledzone i piętnowane. Reprezentują oni kulturę zgorszenia, którą doprowadzają do stanów histerycznych. Ich lista zachowań nieprzyzwoitych jest nieskończona. Otwiera ją oczywiście jakikolwiek pozadomowy towarzyski kontakt córki z mężczyzną. Ale widnieją na niej również wieczorne śmiechy z siostrą i kolorowe pończochy. Lista bezeceństw nie obejmuje natomiast gościnnej zalotności córek, którą ojciec zarządza wobec swego „lubiącego kobitki” szefa, ganiąc Ulę i Teresę za strategię pokrzywy. Nie wiadomo też, co w myśl tego rygorystycznego kodeksu jest bardziej grzeszne – „gżenie się” z chłopakiem czy opisywanie tego w pamiętniku.

Matkę Uli spowija obłok kuchennych wyziewów. Jest typową opresyjną matką gastronomiczną, usiłującą szantażować córki swoją podwójną (zawodową i domową) harówką i wciągającą je w krzątaczy kierat. Nie spodziewałam się takiej postaci w peerelowskiej powieści dla dziewcząt. Ojciec wtóruje jej, wypominając córkom, że mieszkają w jego domu i jedzą jego chleb.

„Co za upokarzająca niewola! – notuje rozżalona Ula. – Ta ciągła podejrzliwość, te groźby, krzyki”. Rodziców nie interesują myśli i przeżycia nastoletnich dzieci. Córek dotyczy to znacznie bardziej niż syna: „Siostry musiały ustępować, on – mógł wymagać. Siostrom mówiło się o obowiązkach, jemu przyznawano prawa”. Rodzice karmią, dają dach nad głową i egzekwują ślepe posłuszeństwo. Wymagają sformalizowanego szacunku, ale sami nie szanują. Krytykują zbyt bezpośredni ich zdaniem język córek, ale sami używają pod ich adresem wulgaryzmów.

Rodzice Uli zawsze występują razem – nawet kiedy matka rozmawia z córką na osobności, tematem rozmowy jest gniew ojca, któremu trzeba zapobiec. Stanowią właściwie jeden podmiot o dwóch uzupełniających się głowach. Głównym celem tego podmiotu jest brutalne stwarzanie pozorów. Wieczorem pokój stołowy, symboliczne centrum, zamienia się w małżeńską sypialnię. W łożu dzieci nie mogą nie zobaczyć częściowo obnażonego, wstrętnego rodzicielskiego ciała odzianego w nieświeżą bieliznę.

Rodzice są teoretykami, praktykami i surowymi nauczycielami konformizmu i hipokryzji. W myśl zasady, że „kto nie smaruje, ten nie jedzie” podlizują się wyżej postawionym znajomym i zwierzchnikom, których nienawidzą. Pomstują na socjalizm, ale każą Teresie ukrywać, że wysyłają ją na religię i do kościoła. „Nędzarskie wyrachowanie” i tchórzostwo napawają ich córki odrazą.

W peerelowskiej powieści dla dziewcząt rzadko występują tak jaskrawe i równolegle prezentowane różnice klasowe. Bohaterki i ich rodzice najczęściej należą do inteligenckiego mieszczaństwa, rzadziej pochodzą ze wsi i dokonują awansu społecznego, ale to dwie osobne konwencje.

1-Scan-031

Wydanie z 1977 r.

W „Tancerzach” Elżbiety Jackiewiczowej, bo o tej powieści z 1961 roku mowa, jednym z najważniejszych tematów jest różnica w statusie ekonomiczno-kulturowym przyjaciółek. Bo Magda i Ula się przyjaźnią, kłócą, stają się sobie nieodzowne. Razem czytają książki, piszą poezję (Magda) i prozę (Ula). Są swoimi jedynymi czytelniczkami i krytyczkami. Razem imprezują, razem się uczą. Przedmiotów szkolnych, postępowania z mężczyznami i stawania na własnych nogach.

Jak szczeniaki różnych ras (Jackiewiczowa posługuje się ryzykownym porównaniem), przeznaczone do różnych funkcji, mają jedną wspólną cechę – ciekawość. Chcą wszystkiego spróbować, wszędzie wetknąć nos.

I obie chcą – dodajmy – osiągnąć niezależność. Startują z innych punktów, z odmiennymi nawykami i goryczami. Początkowo obierają różne strategie, ale szybko okazuje się, że postępowanie systematycznej i odpowiedzialnej Uli nie tak znów daleko odbiega od stylu beztroskiej Magdy. Ta z kolei w końcu dochodzi do wniosku, że musi przełamać swoje „nie-chce-mi-się”, żeby uniezależnić się od rodziców.

Skąd bierze się różnica klasowa w „Tancerzach? Nie wiadomo. Po prostu jest. Nic nie wskazuje na to, by została odziedziczona – pokolenie dziadków jest nieobecne. Najprawdopodobniej rozwarstwienie wynika z jakichś indywidualnych cech – ambicji, wiary w socjalizm, inteligencji, umiejętności czy talentu. W każdym razie córka zwraca zawistnym rodzicom uwagę, że gdyby byli dziennikarzem i rzeźbiarką, też byłoby ich stać na majowe truskawki po sto trzydzieści złotych za kilo. Jackiewiczowa podsuwałaby zatem czytelnikowi teorię kowala. Inaczej musiałaby przyznać, że wciąż działają mechanizmy reprodukcji porządku klasowego, na które jednostkowe wysiłki nie mają większego wpływu.

Najciekawsze są oczywiście fragmenty, kiedy dochodzi lub o dziwo nie dochodzi do klasowej konfrontacji między przyjaciółkami. Magda na imprezach zawsze ma pieniądze, z których Ula korzysta bez skrępowania. Kapitał i tak jest rodzicielski, nie ma znaczenia, że jeden ojciec jest biedny i skąpy, a drugi zamożny i hojny. Kiedy Ula zarobi korepetycjami, Magda równie nonszalancko bawi się za jej krwawicę, bo nie zna „wartości pieniądza” – nigdy nic nie zarobiła. Obie beztrosko wydają wszystko, co mają. Niby nie ma konfliktu, ale finansowa beztroska finansowej beztrosce nierówna – za rozrzutnością Uli stoją godziny ciężkiej pracy. Magda jest utracjuszką nieświadomą.

Kiedy Ula zawiera z ojcem Magdy pakt dotyczący surowszego postępowania z jego córką, pieniądze są jednym z najważniejszych elementów umowy. Przede wszystkim za „pilnowanie nauki” przyjaciółki Ula ma dostawać wynagrodzenie. Mimo oporów młodej nauczycielki redaktor Wytycz nalega na taki układ, żeby było „najpoważniej, najbardziej rzeczowo i zobowiązująco”, inaczej przyjaźń uniemożliwi wykonywanie pracy. Pieniądze sformalizują luźną relację między dziewczętami. „Dobrze, będę korepetytorem i powiem jej, że za drogie pieniądze” – godzi się w końcu Ula. Czy to zdanie miałoby równą moc, gdyby użyła żeńskiej formy „korepetytorka”?

Na ojcowskie obawy dotyczące konsumenckiej zachłanności Magdy, która bez żadnego hamulca „pożera świat” budowany przecież czyimś wysiłkiem, Ula ma prostą odpowiedź: pan jej daje tyle pieniędzy, ile ona chce, i nie stawia jej pan żadnych warunków. Określona kwota wprowadziłaby w życie jedynaczki konieczność wyboru, opóźnienie gratyfikacji („Musiałaby się w czymś ograniczyć, czegoś sobie odmówić, czegoś długo pragnąć…”). Źle, że Magda nic nie musi, mógłby pan czegoś od niej wymagać.

Ula najwyraźniej próbuje w dobrej wierze skłonić niepatriarchalnego ojca do zdyscyplinowania córki, choć jednocześnie zazdrości przyjaciółce swobody i nonszalancji. Uważa, że Magda może sobie pozwolić na lekkie życie, zawalenie matury i inne ekscesy, bo ma świetne domowe warunki, podczas gdy jej dom to koszmar, z którego musi jak najprędzej się wyzwolić, czyli wykształcić się i zacząć zarabiać na siebie.

Wydaje się, że w tym punkcie nigdy nie dojdą do porozumienia. „Magda, ty nawet nie wiesz, co to jest mieć własny pokój. Ty tego nie oceniasz” – żali się Ula. Własny kąt dla każdego to dla niej piękna idea, w którą warto wierzyć. Szczęściara, która zawsze po prostu miała własny pokój, bezceremonialnie przerywa ten wywód i powiada, że pokój, gosposia do usług i pieniądze „nie dają nic”. W życiu liczą się „dreszczyki” – silne, nowe wrażenia zapobiegające nudzie. Wszystko inne to górnolotna deklamacja. Ideowa, prospołeczna Ula wyrasta więc z ekonomicznego braku, obojętna Magda – z przesytu.

W kwestii wychowania sytuacja jest akurat odwrotna. Zachwycona matką Magdy Ula nie widzi nic złego w tym, że córka, mąż i dom nie mają dla tej piękniej i niepospolitej kobiety największego znaczenia. Magda tłumaczy udręczonej rodzicielską obscenicznością przyjaciółce, że jej rodzice żyją dla niej, dławią ją, ale z miłości. Ona czuje się dla swoich rodziców nieważna.

Dziewczyny podpisują protokół rozbieżności. Jakoś przyjmują nawzajem do wiadomości swoje emocje, ale chyba je bagatelizują, na pewno traktują z dystansem bolączki tej drugiej.

1-Scan-037

Autorka – stara nauczycielka urodzona na początku wieku – obie bohaterki bardzo lubi i przedstawia nietendencyjnie. Magdę, reprezentantkę kontrkultury młodzieżowej spod znaku „Stodoły” i „Hybryd”, ze względu na amoralność mogłaby potępić. Tymczasem buduje jej postać lojalnie, z dużym zainteresowaniem, jeśli nie fascynacją i podziwem. Widzimy na przykład Magdę siedzącą nad Wisłą w nonszalanckiej pozie. Ma na sobie obcisłe jaskrawe spodenki, żółty pulowerek z głębokim dekoltem odsłaniającym ramiona i wzniesienia piersi. Na ciemnej twarzy usta umalowane prawie na żółto. Siwoniebieskie włosy przypominają perukę dawnych markiz. Wygląda szokująco, wyzywająco, ekscentrycznie, a Jackiewiczowa pisze, że „wiała od niej jakaś beztroska, jakaś pewność własnej siły, może także wyniosłość nad światem, który jej ma służyć jak owoc nasycający, kiedy tylko ona, Magda, zapragnie”.

Stara nauczycielka musiała pod koniec lat 50. bacznie obserwować złote dziewczyny i snuć wokół nich emancypacyjne fantazje. Czyżby im zazdrościła? Bardzo możliwe, choć w „Tancerzach” (jak niektóre zachodnie feministki drugiej fali) ostrzega również przed kontrkulturowym uprzedmiotowieniem kobiet. Bezpruderyjność to wielka zdobycz, ale i potencjalna pułapka. Panująca w tym środowisku swoboda obyczajowa opatrzona magicznym słowem „nowoczesność” może służyć zaspokajaniu potrzeb wzgardliwych pozerów. Nowoczesnością szantażuje Filip, chcąc wymusić na Magdzie uległość seksualną i ogólne podporządkowanie. To zaklęcie po prostu działa na dziewczyny.

Magda lekko traktuje seks, nie broni się, ale wyznacza konwencję i kończy sprawę, kiedy chce („Granicą jest moja wola. Na razie wystarcza mi tyle”). Pokazuje to już jedna z pierwszych scen – dziewczyna pozwala się długo i nudnie całować w bramie przygodnemu Ludwikowi, ale w pewnym momencie ostro go odprawia: „Spływaj. Mam już dość. Spać mi się chce”. W jej związkach, które są „sportem młodości”, „miłością naskórkową, swobodną, […] bez zobowiązań”, chodzi o to, żeby uniknąć ewentualnych miłosnych cierpień i upokorzeń. Miłość to ujarzmienie, ktoś zawsze ma większą władzę, ktoś traci kontrolę nad sobą, więc Magda preferuje relacje niemiłosne. Autorka przedstawia to może nie z jakąś wielką aprobatą, ale też bez nagany.

Hybrydy

Hybrydy w latach 60.

Rozumie się samo przez się, że Magda dawno ma za sobą inicjację i seks uprawia stale, ale nie widzimy jej w sytuacjach ściśle seksualnych. Jackiewiczowa w ogóle lubi i umie nasycać tekst erotyzmem pozałóżkowym (objęcia, dotknięcia, muśnięcia, dmuchnięcia w kark, taniec, wspólne opalanie). Była świadkiem przełomu związanego z publicznym manifestowaniem cielesnej bliskości dziewcząt i chłopców. A przynajmniej przedstawia chodzenie ulicą w czułym objęciu jako obyczajową nowość, budzącą agresywne zgorszenie starszych generacji.

Z czynności ściśle seksualnych występują u niej gwałtowne, mocne pocałunki z wpijaniem się warg. Trochę się nabijam, ale właściwie u Jackiewiczowej sfera seksualna występuje nawet bardziej otwarcie niż u Haliny Snopkiewicz, że o innych autorkach, przeważnie przemilczających lub aluzyjnie załatwiających sprawę, nie wspomnę. Nastolatki, nawet te najstarsze, w peerelowskich powieściach dla dziewcząt rzadko miewają życie seksualne, bohaterki Jackiewiczowej należą do imponujących wyjątków. Koniec dygresji.

Z kolei pracowita i moralna Ula łatwo mogłaby zostać dydaktycznym sucharem. Tymczasem właściwie do końca nie przestaje zaskakiwać. Po przebieranej prywatce – na której występuje w kostiumie subretki, rozweselona i zaczepna, a potem spokojnie wyznaje siostrze, że nie jest pewna, czy się znowu nie upije, bo ten stan był… bardzo dobry – wydaje nam się, że już mniej więcej ją znamy. To jednak dopiero początek, bo przejdziemy z nią inicjację seksualną, i to w sposób, o jakim się nie śniło moralistom. Oczywiście znowu tego nie zobaczymy, dostaniemy relację post factum, ale rzeczową i zaskakującą.

Początkowo Ula jest wstydliwa i zalękniona. Nie przystaje na nalegania Pawła, którego bardzo kocha. „Wydawało mi się, że jeśli ulegnę, to uduszę się, zatonę, zginę” – powie później, wspominając ten etap. Po pierwszym razie spodziewa się wielkiego przełomu, nie wyobraża sobie, co będzie dalej. Nic dziwnego, że odsuwa ten moment. Paweł ją porzuca, po kilku miesiącach Ula poznaje Zbyszka, którego pożąda i lubi, ale nie kocha. Toteż z nim może się zdobyć na zlekceważenie dziewictwa.

Ze zdumieniem stwierdza, że nic się nie zmieniło. Równie zdumiony jest jej partner, który przyzwyczaił się, że po pierwszym razie dziewczyna, już choćby dla uratowania honoru, mówi, że kocha, patrzy psimi oczami, z przywiązaniem i pokorą, uważa się za pokonaną i poddaną. Tymczasem Uli Zbyszek musi przyznać: „A ty jesteś mimo wszystko niezdobyta. Nie jesteś moją własnością, moją rzeczą. Jesteś dalej sobą, kimś ode mnie niezależnym… I to mnie doprowadza do wściekłości!”.

W kulturze podwójnych standardów, przedstawionej w „Tancerzach”, Zbyszek jako mężczyzna ma bogate doświadczenie w zaspakajaniu swego pożądania, i to bez miłosnej otoczki. Dysponuje też dość prostym językiem do mówienia o tym. Ula musi się zmierzyć z fetyszem kobiecej cnoty, tabuizacją kobiecego pożądania i uromantycznieniem kobiecego seksu. Nie ma języka odpowiadającego złożonemu doświadczeniu inicjacji seksualnej.

Należy do jednego z dwóch tajemniczych gatunków, które się ze sobą nie porozumiewają. Mężczyźni z zasady chcą „tylko jednego”. Kobiety mają jedną władzę – mogą ulec lub nie ulec męskiemu pożądaniu. Jednak w obu przypadkach mężczyzna może odejść. Jako ekonomicznie i społecznie zależne kobiety muszą traktować seks bardzo poważnie, stąd jego uromantycznienie, powiązanie z głębokim uczuciem. Jeśli – jak podpowiada Jackiewiczowa ustami Zbyszka – głębokiego uczucie brak, trzeba je odegrać.

Dlatego poprzednie dziewczyny Zbyszka upierały się przy języku i roli kochającej, oddanej, uległej, zależnej od woli „zdobywcy”. Ula próbuje wynaleźć inny język, inne metafory, skonstruować inną rolę. Mówi (autorka mówi w jej imieniu) o „ofiarowaniu” siebie, nie „oddaniu”. Wyznaje chłopakowi, że go lubi, że jego pieszczoty są miłe, ale nic ponadto. Tłumaczy, że dziewczyny obserwują tworzenie się par jak taniec, muszą czekać, aż ktoś je wybierze. Boją się, że ich nikt nie pragnie, że nie wezmą udziału w kulturowym rytuale. „Byłam właśnie w takim strachu, że mnie coś mija, że jestem niepotrzebna […]. Odczarowałeś mnie”. Teraz tańczy, ale już wie, że nie należy przeceniać tej czynności, tak jak całego tradycyjnego kontraktu płci.

Jest gotowa na spotkanie z Pawłem, który równolegle zdążył dojrzeć i porzucić rolę bezrefleksyjnego użytkownika kobiet. I rzeczywiście – w finałowej scenie spotykają się przypadkiem „na środku drogi”, ponownie, a jakby pierwszy raz. Stoją naprzeciw siebie „spłoszeni i szczęśliwi”.

Kończąc, dodam tylko, że główne bohaterki u Jackiewiczowej uprawiają seks jakby zażywały pigułki najnowszej generacji – to znaczy nic a nic nie obawiają się ciąży, która przecież w ich sytuacji życiowej byłaby katastrofą. Niechciana ciąża i aborcja to znów coś, co się przytrafia bohaterce dalszego planu. W tym przypadku prowincjonalnej urzędniczce, zgodnie z wzorcem zaczerpniętym od Mniszkówny czekającej na męża inżyniera czy lekarza, przy którym nie będzie już musiała pracować. Trochę jakby niechciana ciąża przydarzała się kobietom należącym do określonej kategorii, mianowicie małomiasteczkowym gęsiom, które nie chcą się emancypować. Kiedyś o tym napiszę, bo rzecz jest ciekawa. Tutaj chciałabym tylko wytknąć łatwiznę – Magda i Ula mogą być seksualnie wyzwolone, bo temat ewentualnej ciąży arbitralną decyzją autorki ich nie dotyczy.

Co nie znaczy, że o tej równoległej, acz asymetrycznej emancypacji i nieoczywistej przyjaźni Magdy i Uli nie czyta się z przyjemnością.

Trzy nowoczesne matki

W peerelowskich powieściach dla dziewcząt wiele jest nowoczesnych, wyemancypowanych, zajętych własnym życiem matek. Może nawet więcej niż w najnowszej literaturze toksycznych, patriarchalnych matek gastronomicznych. W każdym razie dziś bardzo rzucają się w oczy jako nosicielki zredefiniowanych ról i relacji rodzinnych. To temat rzeka, dziś pierwsza przymiarka.

1-Zdjęcia-1967Dobrym przykładem jest matka Andy z „Godziny pąsowej róży” Marii Krüger (1960). Jak wiele matek w ówczesnej literaturze dla młodzieży jest lekarką, wykonuje więc zawód prestiżowy, ale jednocześnie „kobiecy” (związany z opieką nad ciałem, choć nie tak „naturalnie” jak pielęgniarstwo). Mimo licznych zajęć, zmęczenia i ciągłego pośpiechu jest elegancka, wesoła i młodzieńcza. Nie rezygnuje z rozrywek. Chciałaby częściej chodzić z mężem inżynierem do kina. Prowadzi niezobowiązujące życie towarzyskie – goście w jej niewielkim mieszkaniu piją kawę, siedzą gdziekolwiek, choćby na podłodze, i są na ty. Pali papierosy i stosuje makijaż (który w peerelowskiej popkulturze mniej więcej do końca lat 60. funkcjonował jako wyraźny znak kobiecej nowoczesności). Nie ma czasu zajmować się domem. Tę funkcję oraz część obowiązków tradycyjnie matczynych, jak karmienie, opieka i gderanie, przejęła gosposia Genowefcia, która pracuje dla rodziny od dwudziestu lat i ze względu na więzy emocjonalne właściwie jest jej członkiem, nie służącą. Mamy rok 1960 i społeczeństwo bezklasowe. Genowefcia wykonuje swoją pracę z potrzeby serca, kwestia jej pensji i innych warunków zatrudnienia w tekście nie występuje.

Mamę Andy widzimy przelotnie, na początku i na końcu powieści. Poznajemy natomiast pośrednio, przez kontrast z matką dziewiętnastowieczną, z którą Anda porównuje ją po karnym przeniesieniu do 1880 roku. Tamta wcześnie postarzała, poważna, udręczona bądź gniewna matrona jest kobietą domową. Wychowuje córki pod dyktando obscenicznej patriarchalnej kultury, w której właściwie wszystko, co zrobi lub powie przybyszka z nowoczesności, może się okazać nieprzyzwoite. Surowa i koturnowa, wciska Andę (a właściwie Anusię, bo forma Anda w XIX wieku jest gorsząca) w gorset zakazów i nakazów dotyczących ciała, zachowania, języka i intelektu kobiety. To ona kwalifikuje swobodne poczynania i słowa córki jako przypadek medyczny i wzywa lekarza. Łączy rytualny rodzicielski dystans ze ścisłym nadzorem i systemem kar.

W 1960 roku ten model to odległa przeszłość. Wymaga archaicznego kostiumu. Mama dwudziestowieczna odwrotnie – choć słabiej, rzadziej obecna, ograniczająca kontrolę rodzicielską prawie do zera, ma z córkami nieporównanie bliższe, czulsze relacje. W ekranizacji powieści (1963, scen. i reż. Halina Bielińska) siostra Andy dopiero po ślubie przedstawia rodzicom wybranka swego serca, a oni po chwilowej konsternacji z uśmiechem winszują nowożeńcom decyzji. Matka daje dziewczynom swobodę. Wychowuje, zajmując się sobą, jakby realizowała projekt, który w „Absolutnej amnezji” Marianna proponuje Niepokalanej: „Zrób coś dla siebie […] A ja tylko skorzystam”.

Anda rośnie śmiała, wolna, niewinna, nie znająca wstydów, które osiemdziesiąt lat wcześniej świadczyły o uwewnętrznieniu przez dziewczęta mizoginii epoki. Lekceważy kontrakt płci, kwestionuje wartość galanterii wobec kobiet, jakby czytała Walczewską. Chce zostać mistrzynią świata w pływaniu, czyli wyczynowo uprawiać sport, co było wówczas (bywa nadal?) poważnym wykroczeniem przeciwko „kobiecości” (zob. felieton Zientarowej „Olimpiada w domu” z cyklu „Wojna domowa trwa”). W odróżnieniu od siostry prymuski nadużywa zaufania, kłamie i manipuluje. Wymagałaby wzmożonej kontroli, ale w nowoczesnym roku 1960 nie ma instancji, która mogłaby ją objąć nadzorem i skarcić. Stąd dyscyplinująca podróż w czasie. Matka dziewiętnastowieczna ze swoim kulturowo-instytucjonalnym zapleczem jest straszna, ale (czasami) niezbędna.

1-Scan-024W „Przecież to wszystko” (1979) Anny Frankowskiej mama Małgosi jest ambitną prawniczką z dwoma aplikacjami, wciąż się dokształcającą. Pracuje w dużych zakładach przemysłowych jako radca prawny. Odpowiedzialna posada i dojazdy do większego miasta pochłaniają niemal cały jej czas i energię. Wraca późno, wykończona, z papierami do zanalizowania w domu. W piekarniku czeka na nią zostawione przez córkę jedzenie. Pyta, ale jej uwaga nie skupia się na odpowiedzi córki. Mąż odszedł dawno temu, kiedy Małgosia była mała. To porzucenie było dla niej towarzyską i finansową degradacją. Dzięki determinacji poradziła sobie aż nazbyt dobrze, zyskała wysoką pozycję zawodową i niezależność finansową. Wszystko podporządkowała temu jednemu celowi i odniosła sukces. W odróżnieniu od bezproblemowej i przezroczystej matki Andy jest skomplikowana i enigmatyczna. To matczyna forma pośrednia. Silna i bezradna. Szczęśliwa i zrozpaczona. Niegdyś racjonalna negocjatorka zasad domowego współżycia, obecnie emocjonalna szantażystka, uwielbiająca inscenizować własne cierpienie, ale skrywająca jego treść.

Wychowuje jednocześnie na dwa sposoby – podmiotowy i przedmiotowy: „Sama się dziwię, kiedy zdążyłaś mi to wszystko wpoić, zawrzeć ze mną te wszystkie pakty i nauczyć mnie ich przestrzegania. Byłaś o mnie spokojna, bo wiedziałaś, że jestem rozsądna. Ale kryłaś się z tym. Oficjalnie zawsze mi nie dowierzałaś. […] Bo gdybym poczuła Twoje zaufanie, mogłabym się rozbestwić”. Czasami, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych, jak afera z dziennikiem, biorą w niej górę kulturowe automatyzmy, które każą sięgnąć po repertuar rodzicielstwa autorytatywnego i wulgarnie zagrozić nadzorem i karą.

Tak samo jak matka Andy matka Małgosi zdołała dobrze wychować córkę, właściwie jej nie wychowując. Koncentrując się na sobie i swoich ambicjach. Wierząc w jej rozsądek. Ale matczyne zaufanie, które łatwo pomylić z przemęczeniem, sprawiło, że stały się dla siebie nieznajomymi. Wydarzenia, o których sobie nawzajem nie opowiadają, rozdzielają je mimo charakterologicznego podobieństwa i wspólnoty doświadczeń. Obie przeżywają fatalne chwile, po czym wracają do domu i kłamią, że świetnie się bawiły. Co wieczór spotykają się po raz pierwszy. Córka opowiada niechętnie, bo matka słucha nieuważnie, tak że za każdym razem dziewczyna musi zaczynać opowieść od początku. Jedna i druga ma swoje „prywatne” sprawy, których nie poruszają w rozmowach. Pozostają w stosunkach quasi-publicznych.

Bohaterka „Godziny pąsowej róży” widzi swoją mamę w społecznej próżni. Małgosia w powieści Frankowskiej obserwuje inne matki, pilnujące, sprawdzające, niepokojące się o córki. I brakuje jej tego w domu. Tęskni do społecznej normy. Gdy została obdarzona/obarczona samodzielnością, była zbyt mała, by zrozumieć warunki umowy (podyktowane przez zaangażowaną w pracę zawodową matkę). Teraz nie wyobraża sobie renegocjacji domowego ładu. Kiedy jej mama pewnego razu przygotowuje kolację, czyli próbuje pojednawczo wejść w tradycyjną rolę, Małgosia jest tak zbita z tropu, że przy stole zapada niezręczna cisza.

A jednak sytuacja nie jest beznadziejna. Frankowska nie straszy nowoczesnością i zaangażowaniem zawodowym kobiet. Przełom i porozumienie następują w momencie, w którym czytelnik, zwłaszcza dzisiejszy, najmniej się tego spodziewa. Mama Małgosi zostaje wezwana do szkoły. Dyrektora boi się jeszcze bardziej niż córka. Nienawidzi jej za to, jest bezradna, krzyczy, grozi. Przez niefortunną interwencję ciotki, twierdzącej, że ojciec Małgosi domagał się usunięcia ciąży, zostaje zmuszona do wyznania, które dzisiaj by ją ostatecznie skompromitowało. Zaciąga się papierosem i mówi: „To ja cię nie chciałam”. Trudnych pytań córki jest więcej, matka zaczyna płakać. Nie pokrywa już cierpienia i bezradności krzykiem.

I właśnie wtedy, tuż po aborcyjnym wyznaniu, wybuchają najlepsze córczane uczucia. Między szczęśliwą Małgosią i jej rozbitą matką rodzi się bliskość, czułość, zrozumienie. Wkrótce nastąpi definitywne rozstanie, ale pretensje i żale znikają. Na podobny zwrot fabularny stać dziś chyba tylko Grażynę Plebanek.

1-Scan-023

Jeszcze więcej swobody daje matka Lilce Sagowskiej, bohaterce „Słoneczników” (1962) i „Paladynów” (1964) Haliny Snopkiewicz. Też jest lekarką (laryngolożką), wojenną wdową, zaprzątniętą swoimi sprawami, życiem towarzyskim, ponownym wychodzeniem za mąż i rozwodzeniem się, potem jakimś nowym związkiem. „Mamie w ogóle szkoda dla mnie czasu”, nie lubi mnie wychowywać – oświadcza beztrosko licealistka, wyposażona jedynie w mgliste matczyne instrukcje, żeby nie robiła głupstw. Żadnych konkretnych zakazów. Ma wrażenie, że mogłaby nie wracać na noc do domu. Zresztą po ślubie mamy przenosi się do wynajętej kwatery po drugiej stronie ulicy, bo w pokoju z kuchnią nie ma dla niej miejsca. Osobne mieszkanie nastolatki to element innej kultury, opartej na zaufaniu, które tu z kolei łatwo pomylić z obojętnością. Bywa, że Lilka reaguje ironicznie, ale nie jest zbyt zraniona wczesnym i zdecydowanym odstawieniem od piersi. Tym bardziej, że odległa matka „potrafi interweniować w niezwykle trafnych momentach”.

Jest najbardziej enigmatyczną ze znanych mi literackich matek. Snopkiewicz (jak Frankowska i inne autorki) pokazuje ją z perspektywy niezorientowanej i borykającej się z własnymi problemami córki, która powiada, że gdyby chciała scharakteryzować matkę, straciłaby rozum. Ich osobliwą, pozbawioną sentymentu relację trudno nazwać miłością, ale też nie można jej określić jako miłości brak. Lilka, zgłaszając kłopot z charakterystyką matki, zgłasza jej nieprzystawalność do znanych konwencji.

Mają za sobą koczownicze wojenne lata, które po śmierci ojca rozstrzelanego przez Niemców spędziły tylko we dwie. Lilka sama się wtedy edukowała, a jej matka wykazywała zimną krew. Uchodząc z domu, który mieli spalić Niemcy, kwitowała sarkastycznie, że dwa tygodnie temu malowała ściany. Wyjęła kulę z brzucha partyzanta, ale popsuła wrażenie czynu beznamiętnym komentarzem. Okupacyjne doświadczenia nie zbliżają matki i córki, w ogóle nie są przywoływane. I najwyraźniej nie jest to wyparcie. Bohaterki nie sprawiają wrażenia nosicielek traumy.

Pani Sagowska (jak matka w powieści Frankowskiej) wierzy, że córka jest rozsądna. I na przykład nie zajdzie w ciążę. Choćby dlatego, że na co dzień obcuje z nią – chłodną, konkretną, pozbawioną złudzeń i pretensji realistką, która niezbyt dba o mężczyzn, uważa, że „dla kobiety najważniejszy jest zawód”, a „sprawy, które są jej niepotrzebne, odcina jak pędy pomidorów”. Zostawia Lilce pełną odpowiedzialność za własne czyny. Wzywana do szkoły oponuje: „Lilka, daj mi spokój, jak się wpędziłaś w aferę, to nadstawiaj sama głowy, dobrze?”.

O dziwo, nigdy nie rozmawiała z córką o „tych rzeczach”. W ich cyniczny pakt wpisana jest zatem pruderia. Lilka wstydzi się przy matce rozebrać, co wskazywałoby, że ta na wskroś nowoczesna kobieta w jakiś sposób hołduje obscenicznej kulturze. Poza kontaktami z matką Lilka jest bezwstydna, w tym sensie, że nie uwewnętrznia kulturowej opresji. Zdrowe podejście do spraw ciała dziewczyna zawdzięcza koedukacyjnej szkole, gdzie „nikt nie dostawał wysypki nerwowej na widok płci odmiennej”.

Przeniesiona do żeńskiego liceum ze zdumieniem obserwuje nieprzyzwoitą nadpobudliwość koleżanek, dla których „słowa »gimnazjum męskie« to jakiś ołtarz, zaklęcie, modlitwa”. Uczennice nie znające koedukacji gorliwie uczęszczają do kościoła. Powód jest podwójny – rozmodlenie i nadzieja na spotkanie z chłopcami. „Gdzie ja wylądowałam? Przecież to pensja pani Latter”, notuje Lilka w swoim dzienniku i czuje się jak Anda wrzucona w 1880 rok. Tymczasem bohaterka „Słoneczników” przy czytaniu „Trędowatej” płacze ze śmiechu i nie tylko nie jest pensjonarką, ale potrafi wywołać pensjonarski rumieniec u dziarskiego chłopaka, wręczając mu wianek z margerytek z zastrzeżeniem, że „to nie symbol”. Chce żyć, jak ma ochotę, według własnych reguł. Ma przed sobą całe życie, „które można roztrwonić według własnych pragnień. Szaleć, szaleć, szaleć, ciągły ruch, zmiany, pasje, porywy, upadki i wzloty!”.

Nie bardzo wiadomo, skąd Lilka – taka śmiała, trwoniąca życie według pragnień, nie oglądająca się na doktrynerów moralności – się wzięła. Musiała w jakiś niebezpośredni, niedosłowny sposób wynieść to z anarchicznych czasów wojny i dostać to od matki. Inaczej nie byłaby tak odporna na wpływy kościelnych i zetempowskich dewotek. Jej żywiołowe, heretyckie zaangażowanie w komunizm jest skutkiem czy wzmocnieniem śmiałości, nie przyczyną. Również lektura Woltera i Boya przychodzi później.

Kończą się lata 40., zaczynają 50. i wiele się zmienia, ale obsceniczna kultura mocno się trzyma. Czasem sama obecność kobiety bywa nieprzyzwoita, „prowokacyjna”. W okolicach najsłynniejszej budowy epoki „tłum wyrostków okupuje chodnik” i Lilka powinna pamiętać, by „ten odcinek Alei przebiegać, podnosić kołnierz i mieć wzrok utkwiony we własne buty. […] u stóp budującego się Pałacu Kultury nie wolno się kobiecie obejrzeć” („Paladyni”, 1964). Obok tradycyjnej obsceniczności pojawia się nowa, partyjna, która każe piętnować dziewczęta opalające się na dachu akademika pod urzędowymi oknami. I znów Lilka nie rozumie: „Nie kokietowałyśmy ich rozmyślnie, ale dlaczego niby nie miałyśmy korzystać ze słońca, bo panowie z vis  à vis nie mieli kręgosłupa? Plany się w tym biurze musiały zawalić, bo dyrektor zamiast zrobić swoim podwładnym szkolenie ideologiczne, wystąpił »na drogę« przeciwko nam”.

Lilka zawdzięcza matce chyba więcej, niż obie przypuszczają. Żarliwa członkini ZMP, która zamierza przebudować świat, patrzy na lekarkę nie lubiącą swojej pracy, przedstawicielkę zamożnej przedwojennej elity i jej polityczny sceptycyzm z dużym dystansem: „ Matka jest dziwna, nie wiadomo czym żyje, dni przepływają jakoś obok niej, do niczego nie przywiązuje wagi”. Lilka chce coś zrobić dla społeczeństwa, np. jako wychowawczyni w zakładzie dla trudnych dzieci, i jeży się na myśl o stabilizacji, którą uważa za domenę wyrachowanych, tępych kujonów. Matka zaś namawia ją na gwarantującą spokój i dobrobyt stomatologię. Choć bezpretensjonalna, obraca się w „dostojnym i intelektualnym towarzystwie” niechętnej powojennym zmianom prowincjonalnej elity. Kiedy Lilka trafia na przyjęcie u jej znajomych, przez cały wieczór podważa „skorupy raków, trafność nazw rozmaitych tortów i ustalone pojęcia moralne”. Pani Sagowska dystansuje się od tego środowiska, ale zarazem nie wtóruje córczanej krytyce. Jest w tym rezygnacja, może trochę sybarytyzmu, pragmatyzm.

Kwestie finansowe bohaterki regulują urzędowo suchą, choć niepisaną umową. Lilka przez pięć lat od rozpoczęcia studiów co miesiąc będzie bezwarunkowo otrzymywać od mamy niewielki, ale znaczący przekaz. Może zmienić wydział, oblać egzamin, nieważne, ma pięć lat na osiągnięcie finansowej niezależności.

Dowiadujemy się o tym z najważniejszej chyba sceny między Lilką i jej matką – z rozmowy w warszawskiej kawiarni, której punktem wyjścia jest sprawa aborcji. Lilka w imieniu koleżanki zwraca się do mamy z prośbą o pomoc: „pewne młode dziewczę ma do wyboru: powiększyć świat o jedną osobę z dyplomem wyższej uczelni albo zakupić parę metrów płótna na pieluchy. Bohaterka się skłania do możliwości pierwszej. Gdyby jakiś Twój znajomy dysponował odpowiadającą tym potrzebom etyką – napisz do mnie szybko, natychmiast”. Otrzymawszy ów eufemistyczny i sarkastyczny list, pani Sagowska przyjeżdża w perfekcyjnie skrywanej panice, przekonana, że w ciąży jest Lilka. Gdyby czytała peerelowskie powieści dla dziewcząt, wiedziałaby, że to (prawie?) niemożliwe – w niechcianej ciąży są zazwyczaj (zawsze?) koleżanki głównych bohaterek.

Zabronione przez ustawę „sztuczne poronienie” przeprowadzane w prywatnych gabinetach, ale niekoniecznie odpłatnie, pro-choice’owe poglądy Lilki, sposób, w jaki w finale „Paladynów” dziewczyna wykorzystuje prawny zakaz do politycznej manifestacji – to temat na inną notkę.
Tutaj istotne jest, że aborcyjny punkt wyjścia nadaje rozmowie córki z matką fundamentalny charakter, acz pokrętny i nerwowy przebieg.

Wezwana na pomoc laryngolożka szybko oddycha z ulgą, że ciąża nie przytrafiła się jej córce, ale to nie koniec nieporozumień. Rozmawiają o inicjacji seksualnej, miłości, projektach życia społecznego, finansach, nieudanych próbach pisarskich. Nie mogą dostroić tonów, języków. Posługują się eufemizmami, ale zarazem są bezpośrednie i szczere. Rozmowa toczy się nie tak, jak powinna. Nie tak, jak by chciały. Wyobrażenia ścierają się z wyobrażeniami, cynizm przechodzi w idealizm i na odwrót. Dojrzała seryjna monogamistka nagle zaczyna mówić językiem romantycznej miłości. Młoda komunistka dopytuje, czy obiecana kwota ma jej wystarczyć również na buty. Mnożą się i zazębiają wątki i znaczenia.

W efekcie matka wyjeżdża z Honoratą, by zorganizować jej zabieg usunięcia ciąży. Praktyczny cel spotkania matki i córki został osiągnięty. Jednak rozmowa sprawia wrażenie pożegnalnego protokołu rozbieżności. Rozstają się w dziwnym stanie przyjacielskiego niezrozumienia. Planowana aborcja stanowi nastrojowy analogon tej sytuacji – jest negatywnym aktem pomocy.

***
Co z tego wynika? Nie mogę jeszcze sformułować wielkich wniosków. Mam jednak kilka ogólnych spostrzeżeń.
Snopkiewicz, Frankowska i inne peerelowskie autorki dają czytelniczce coś, o co trudno we współczesnej powieści popularnej.
Ich bohaterki są wielowymiarowe i zawsze niedookreślone. Bycie matką i córką to jeden z wielu rodzajów relacji, w które wchodzą. Wpływa na inne sfery życia, ale nie dominuje, raczej stanowi subtelną podstawę zachowań.
Matczyno-córczane układy prezentowane na pierwszym planie odbiegają od społecznej praktyki, ale nie są patologiczne, ani nawet nienormatywne. Bo Snopkiewicz, Frankowska i inne (w odróżnieniu od niektórych swoich bohaterek) zdają się nie odczuwać presji normy. Rodzinę w ich powieściach trzeba ciągle od nowa negocjować i konstruować.
Matka i córka reprezentują dwie różne nowoczesności – przydałaby się dziś taka fabuła odbiegająca od fatalnego schematu konfliktu emancypacji i tradycji. Różnice między matką i córką mają charakter społeczny i polityczny, a nie tylko, jak jesteśmy przyzwyczajeni, kulturowy. Kameralny dramat rozgrywa się w kontekście historycznym.
Autorki z jednej strony nie tracą energii na walkę z konserwatywnym cieniem, z drugiej – nie przestrzegają oficjalnej zasady emancypacyjnego optymizmu. Emancypacja to zawiązanie, nie ewentualne zwieńczenie akcji czy bezproblemowe status quo. Wymaga pracy, intelektualnego i emocjonalnego rozwoju. Kwestionowania wczorajszych osiągnięć. Wiąże się z poważnymi kosztami psychicznymi, ale to nie jest argument przeciwko niej. Wręcz przeciwnie.
Fabuły o tym opowiadające są nieprzewidywalne, niejednoznaczne, otwarte, angażujące. Lepiej, przyjemniej się je czyta. I długo o nich myśli.