Trzy nowoczesne matki

W peerelowskich powieściach dla dziewcząt wiele jest nowoczesnych, wyemancypowanych, zajętych własnym życiem matek. Może nawet więcej niż w najnowszej literaturze toksycznych, patriarchalnych matek gastronomicznych. W każdym razie dziś bardzo rzucają się w oczy jako nosicielki zredefiniowanych ról i relacji rodzinnych. To temat rzeka, dziś pierwsza przymiarka.

1-Zdjęcia-1967Dobrym przykładem jest matka Andy z „Godziny pąsowej róży” Marii Krüger (1960). Jak wiele matek w ówczesnej literaturze dla młodzieży jest lekarką, wykonuje więc zawód prestiżowy, ale jednocześnie „kobiecy” (związany z opieką nad ciałem, choć nie tak „naturalnie” jak pielęgniarstwo). Mimo licznych zajęć, zmęczenia i ciągłego pośpiechu jest elegancka, wesoła i młodzieńcza. Nie rezygnuje z rozrywek. Chciałaby częściej chodzić z mężem inżynierem do kina. Prowadzi niezobowiązujące życie towarzyskie – goście w jej niewielkim mieszkaniu piją kawę, siedzą gdziekolwiek, choćby na podłodze, i są na ty. Pali papierosy i stosuje makijaż (który w peerelowskiej popkulturze mniej więcej do końca lat 60. funkcjonował jako wyraźny znak kobiecej nowoczesności). Nie ma czasu zajmować się domem. Tę funkcję oraz część obowiązków tradycyjnie matczynych, jak karmienie, opieka i gderanie, przejęła gosposia Genowefcia, która pracuje dla rodziny od dwudziestu lat i ze względu na więzy emocjonalne właściwie jest jej członkiem, nie służącą. Mamy rok 1960 i społeczeństwo bezklasowe. Genowefcia wykonuje swoją pracę z potrzeby serca, kwestia jej pensji i innych warunków zatrudnienia w tekście nie występuje.

Mamę Andy widzimy przelotnie, na początku i na końcu powieści. Poznajemy natomiast pośrednio, przez kontrast z matką dziewiętnastowieczną, z którą Anda porównuje ją po karnym przeniesieniu do 1880 roku. Tamta wcześnie postarzała, poważna, udręczona bądź gniewna matrona jest kobietą domową. Wychowuje córki pod dyktando obscenicznej patriarchalnej kultury, w której właściwie wszystko, co zrobi lub powie przybyszka z nowoczesności, może się okazać nieprzyzwoite. Surowa i koturnowa, wciska Andę (a właściwie Anusię, bo forma Anda w XIX wieku jest gorsząca) w gorset zakazów i nakazów dotyczących ciała, zachowania, języka i intelektu kobiety. To ona kwalifikuje swobodne poczynania i słowa córki jako przypadek medyczny i wzywa lekarza. Łączy rytualny rodzicielski dystans ze ścisłym nadzorem i systemem kar.

W 1960 roku ten model to odległa przeszłość. Wymaga archaicznego kostiumu. Mama dwudziestowieczna odwrotnie – choć słabiej, rzadziej obecna, ograniczająca kontrolę rodzicielską prawie do zera, ma z córkami nieporównanie bliższe, czulsze relacje. W ekranizacji powieści (1963, scen. i reż. Halina Bielińska) siostra Andy dopiero po ślubie przedstawia rodzicom wybranka swego serca, a oni po chwilowej konsternacji z uśmiechem winszują nowożeńcom decyzji. Matka daje dziewczynom swobodę. Wychowuje, zajmując się sobą, jakby realizowała projekt, który w „Absolutnej amnezji” Marianna proponuje Niepokalanej: „Zrób coś dla siebie […] A ja tylko skorzystam”.

Anda rośnie śmiała, wolna, niewinna, nie znająca wstydów, które osiemdziesiąt lat wcześniej świadczyły o uwewnętrznieniu przez dziewczęta mizoginii epoki. Lekceważy kontrakt płci, kwestionuje wartość galanterii wobec kobiet, jakby czytała Walczewską. Chce zostać mistrzynią świata w pływaniu, czyli wyczynowo uprawiać sport, co było wówczas (bywa nadal?) poważnym wykroczeniem przeciwko „kobiecości” (zob. felieton Zientarowej „Olimpiada w domu” z cyklu „Wojna domowa trwa”). W odróżnieniu od siostry prymuski nadużywa zaufania, kłamie i manipuluje. Wymagałaby wzmożonej kontroli, ale w nowoczesnym roku 1960 nie ma instancji, która mogłaby ją objąć nadzorem i skarcić. Stąd dyscyplinująca podróż w czasie. Matka dziewiętnastowieczna ze swoim kulturowo-instytucjonalnym zapleczem jest straszna, ale (czasami) niezbędna.

1-Scan-024W „Przecież to wszystko” (1979) Anny Frankowskiej mama Małgosi jest ambitną prawniczką z dwoma aplikacjami, wciąż się dokształcającą. Pracuje w dużych zakładach przemysłowych jako radca prawny. Odpowiedzialna posada i dojazdy do większego miasta pochłaniają niemal cały jej czas i energię. Wraca późno, wykończona, z papierami do zanalizowania w domu. W piekarniku czeka na nią zostawione przez córkę jedzenie. Pyta, ale jej uwaga nie skupia się na odpowiedzi córki. Mąż odszedł dawno temu, kiedy Małgosia była mała. To porzucenie było dla niej towarzyską i finansową degradacją. Dzięki determinacji poradziła sobie aż nazbyt dobrze, zyskała wysoką pozycję zawodową i niezależność finansową. Wszystko podporządkowała temu jednemu celowi i odniosła sukces. W odróżnieniu od bezproblemowej i przezroczystej matki Andy jest skomplikowana i enigmatyczna. To matczyna forma pośrednia. Silna i bezradna. Szczęśliwa i zrozpaczona. Niegdyś racjonalna negocjatorka zasad domowego współżycia, obecnie emocjonalna szantażystka, uwielbiająca inscenizować własne cierpienie, ale skrywająca jego treść.

Wychowuje jednocześnie na dwa sposoby – podmiotowy i przedmiotowy: „Sama się dziwię, kiedy zdążyłaś mi to wszystko wpoić, zawrzeć ze mną te wszystkie pakty i nauczyć mnie ich przestrzegania. Byłaś o mnie spokojna, bo wiedziałaś, że jestem rozsądna. Ale kryłaś się z tym. Oficjalnie zawsze mi nie dowierzałaś. […] Bo gdybym poczuła Twoje zaufanie, mogłabym się rozbestwić”. Czasami, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych, jak afera z dziennikiem, biorą w niej górę kulturowe automatyzmy, które każą sięgnąć po repertuar rodzicielstwa autorytatywnego i wulgarnie zagrozić nadzorem i karą.

Tak samo jak matka Andy matka Małgosi zdołała dobrze wychować córkę, właściwie jej nie wychowując. Koncentrując się na sobie i swoich ambicjach. Wierząc w jej rozsądek. Ale matczyne zaufanie, które łatwo pomylić z przemęczeniem, sprawiło, że stały się dla siebie nieznajomymi. Wydarzenia, o których sobie nawzajem nie opowiadają, rozdzielają je mimo charakterologicznego podobieństwa i wspólnoty doświadczeń. Obie przeżywają fatalne chwile, po czym wracają do domu i kłamią, że świetnie się bawiły. Co wieczór spotykają się po raz pierwszy. Córka opowiada niechętnie, bo matka słucha nieuważnie, tak że za każdym razem dziewczyna musi zaczynać opowieść od początku. Jedna i druga ma swoje „prywatne” sprawy, których nie poruszają w rozmowach. Pozostają w stosunkach quasi-publicznych.

Bohaterka „Godziny pąsowej róży” widzi swoją mamę w społecznej próżni. Małgosia w powieści Frankowskiej obserwuje inne matki, pilnujące, sprawdzające, niepokojące się o córki. I brakuje jej tego w domu. Tęskni do społecznej normy. Gdy została obdarzona/obarczona samodzielnością, była zbyt mała, by zrozumieć warunki umowy (podyktowane przez zaangażowaną w pracę zawodową matkę). Teraz nie wyobraża sobie renegocjacji domowego ładu. Kiedy jej mama pewnego razu przygotowuje kolację, czyli próbuje pojednawczo wejść w tradycyjną rolę, Małgosia jest tak zbita z tropu, że przy stole zapada niezręczna cisza.

A jednak sytuacja nie jest beznadziejna. Frankowska nie straszy nowoczesnością i zaangażowaniem zawodowym kobiet. Przełom i porozumienie następują w momencie, w którym czytelnik, zwłaszcza dzisiejszy, najmniej się tego spodziewa. Mama Małgosi zostaje wezwana do szkoły. Dyrektora boi się jeszcze bardziej niż córka. Nienawidzi jej za to, jest bezradna, krzyczy, grozi. Przez niefortunną interwencję ciotki, twierdzącej, że ojciec Małgosi domagał się usunięcia ciąży, zostaje zmuszona do wyznania, które dzisiaj by ją ostatecznie skompromitowało. Zaciąga się papierosem i mówi: „To ja cię nie chciałam”. Trudnych pytań córki jest więcej, matka zaczyna płakać. Nie pokrywa już cierpienia i bezradności krzykiem.

I właśnie wtedy, tuż po aborcyjnym wyznaniu, wybuchają najlepsze córczane uczucia. Między szczęśliwą Małgosią i jej rozbitą matką rodzi się bliskość, czułość, zrozumienie. Wkrótce nastąpi definitywne rozstanie, ale pretensje i żale znikają. Na podobny zwrot fabularny stać dziś chyba tylko Grażynę Plebanek.

1-Scan-023

Jeszcze więcej swobody daje matka Lilce Sagowskiej, bohaterce „Słoneczników” (1962) i „Paladynów” (1964) Haliny Snopkiewicz. Też jest lekarką (laryngolożką), wojenną wdową, zaprzątniętą swoimi sprawami, życiem towarzyskim, ponownym wychodzeniem za mąż i rozwodzeniem się, potem jakimś nowym związkiem. „Mamie w ogóle szkoda dla mnie czasu”, nie lubi mnie wychowywać – oświadcza beztrosko licealistka, wyposażona jedynie w mgliste matczyne instrukcje, żeby nie robiła głupstw. Żadnych konkretnych zakazów. Ma wrażenie, że mogłaby nie wracać na noc do domu. Zresztą po ślubie mamy przenosi się do wynajętej kwatery po drugiej stronie ulicy, bo w pokoju z kuchnią nie ma dla niej miejsca. Osobne mieszkanie nastolatki to element innej kultury, opartej na zaufaniu, które tu z kolei łatwo pomylić z obojętnością. Bywa, że Lilka reaguje ironicznie, ale nie jest zbyt zraniona wczesnym i zdecydowanym odstawieniem od piersi. Tym bardziej, że odległa matka „potrafi interweniować w niezwykle trafnych momentach”.

Jest najbardziej enigmatyczną ze znanych mi literackich matek. Snopkiewicz (jak Frankowska i inne autorki) pokazuje ją z perspektywy niezorientowanej i borykającej się z własnymi problemami córki, która powiada, że gdyby chciała scharakteryzować matkę, straciłaby rozum. Ich osobliwą, pozbawioną sentymentu relację trudno nazwać miłością, ale też nie można jej określić jako miłości brak. Lilka, zgłaszając kłopot z charakterystyką matki, zgłasza jej nieprzystawalność do znanych konwencji.

Mają za sobą koczownicze wojenne lata, które po śmierci ojca rozstrzelanego przez Niemców spędziły tylko we dwie. Lilka sama się wtedy edukowała, a jej matka wykazywała zimną krew. Uchodząc z domu, który mieli spalić Niemcy, kwitowała sarkastycznie, że dwa tygodnie temu malowała ściany. Wyjęła kulę z brzucha partyzanta, ale popsuła wrażenie czynu beznamiętnym komentarzem. Okupacyjne doświadczenia nie zbliżają matki i córki, w ogóle nie są przywoływane. I najwyraźniej nie jest to wyparcie. Bohaterki nie sprawiają wrażenia nosicielek traumy.

Pani Sagowska (jak matka w powieści Frankowskiej) wierzy, że córka jest rozsądna. I na przykład nie zajdzie w ciążę. Choćby dlatego, że na co dzień obcuje z nią – chłodną, konkretną, pozbawioną złudzeń i pretensji realistką, która niezbyt dba o mężczyzn, uważa, że „dla kobiety najważniejszy jest zawód”, a „sprawy, które są jej niepotrzebne, odcina jak pędy pomidorów”. Zostawia Lilce pełną odpowiedzialność za własne czyny. Wzywana do szkoły oponuje: „Lilka, daj mi spokój, jak się wpędziłaś w aferę, to nadstawiaj sama głowy, dobrze?”.

O dziwo, nigdy nie rozmawiała z córką o „tych rzeczach”. W ich cyniczny pakt wpisana jest zatem pruderia. Lilka wstydzi się przy matce rozebrać, co wskazywałoby, że ta na wskroś nowoczesna kobieta w jakiś sposób hołduje obscenicznej kulturze. Poza kontaktami z matką Lilka jest bezwstydna, w tym sensie, że nie uwewnętrznia kulturowej opresji. Zdrowe podejście do spraw ciała dziewczyna zawdzięcza koedukacyjnej szkole, gdzie „nikt nie dostawał wysypki nerwowej na widok płci odmiennej”.

Przeniesiona do żeńskiego liceum ze zdumieniem obserwuje nieprzyzwoitą nadpobudliwość koleżanek, dla których „słowa »gimnazjum męskie« to jakiś ołtarz, zaklęcie, modlitwa”. Uczennice nie znające koedukacji gorliwie uczęszczają do kościoła. Powód jest podwójny – rozmodlenie i nadzieja na spotkanie z chłopcami. „Gdzie ja wylądowałam? Przecież to pensja pani Latter”, notuje Lilka w swoim dzienniku i czuje się jak Anda wrzucona w 1880 rok. Tymczasem bohaterka „Słoneczników” przy czytaniu „Trędowatej” płacze ze śmiechu i nie tylko nie jest pensjonarką, ale potrafi wywołać pensjonarski rumieniec u dziarskiego chłopaka, wręczając mu wianek z margerytek z zastrzeżeniem, że „to nie symbol”. Chce żyć, jak ma ochotę, według własnych reguł. Ma przed sobą całe życie, „które można roztrwonić według własnych pragnień. Szaleć, szaleć, szaleć, ciągły ruch, zmiany, pasje, porywy, upadki i wzloty!”.

Nie bardzo wiadomo, skąd Lilka – taka śmiała, trwoniąca życie według pragnień, nie oglądająca się na doktrynerów moralności – się wzięła. Musiała w jakiś niebezpośredni, niedosłowny sposób wynieść to z anarchicznych czasów wojny i dostać to od matki. Inaczej nie byłaby tak odporna na wpływy kościelnych i zetempowskich dewotek. Jej żywiołowe, heretyckie zaangażowanie w komunizm jest skutkiem czy wzmocnieniem śmiałości, nie przyczyną. Również lektura Woltera i Boya przychodzi później.

Kończą się lata 40., zaczynają 50. i wiele się zmienia, ale obsceniczna kultura mocno się trzyma. Czasem sama obecność kobiety bywa nieprzyzwoita, „prowokacyjna”. W okolicach najsłynniejszej budowy epoki „tłum wyrostków okupuje chodnik” i Lilka powinna pamiętać, by „ten odcinek Alei przebiegać, podnosić kołnierz i mieć wzrok utkwiony we własne buty. […] u stóp budującego się Pałacu Kultury nie wolno się kobiecie obejrzeć” („Paladyni”, 1964). Obok tradycyjnej obsceniczności pojawia się nowa, partyjna, która każe piętnować dziewczęta opalające się na dachu akademika pod urzędowymi oknami. I znów Lilka nie rozumie: „Nie kokietowałyśmy ich rozmyślnie, ale dlaczego niby nie miałyśmy korzystać ze słońca, bo panowie z vis  à vis nie mieli kręgosłupa? Plany się w tym biurze musiały zawalić, bo dyrektor zamiast zrobić swoim podwładnym szkolenie ideologiczne, wystąpił »na drogę« przeciwko nam”.

Lilka zawdzięcza matce chyba więcej, niż obie przypuszczają. Żarliwa członkini ZMP, która zamierza przebudować świat, patrzy na lekarkę nie lubiącą swojej pracy, przedstawicielkę zamożnej przedwojennej elity i jej polityczny sceptycyzm z dużym dystansem: „ Matka jest dziwna, nie wiadomo czym żyje, dni przepływają jakoś obok niej, do niczego nie przywiązuje wagi”. Lilka chce coś zrobić dla społeczeństwa, np. jako wychowawczyni w zakładzie dla trudnych dzieci, i jeży się na myśl o stabilizacji, którą uważa za domenę wyrachowanych, tępych kujonów. Matka zaś namawia ją na gwarantującą spokój i dobrobyt stomatologię. Choć bezpretensjonalna, obraca się w „dostojnym i intelektualnym towarzystwie” niechętnej powojennym zmianom prowincjonalnej elity. Kiedy Lilka trafia na przyjęcie u jej znajomych, przez cały wieczór podważa „skorupy raków, trafność nazw rozmaitych tortów i ustalone pojęcia moralne”. Pani Sagowska dystansuje się od tego środowiska, ale zarazem nie wtóruje córczanej krytyce. Jest w tym rezygnacja, może trochę sybarytyzmu, pragmatyzm.

Kwestie finansowe bohaterki regulują urzędowo suchą, choć niepisaną umową. Lilka przez pięć lat od rozpoczęcia studiów co miesiąc będzie bezwarunkowo otrzymywać od mamy niewielki, ale znaczący przekaz. Może zmienić wydział, oblać egzamin, nieważne, ma pięć lat na osiągnięcie finansowej niezależności.

Dowiadujemy się o tym z najważniejszej chyba sceny między Lilką i jej matką – z rozmowy w warszawskiej kawiarni, której punktem wyjścia jest sprawa aborcji. Lilka w imieniu koleżanki zwraca się do mamy z prośbą o pomoc: „pewne młode dziewczę ma do wyboru: powiększyć świat o jedną osobę z dyplomem wyższej uczelni albo zakupić parę metrów płótna na pieluchy. Bohaterka się skłania do możliwości pierwszej. Gdyby jakiś Twój znajomy dysponował odpowiadającą tym potrzebom etyką – napisz do mnie szybko, natychmiast”. Otrzymawszy ów eufemistyczny i sarkastyczny list, pani Sagowska przyjeżdża w perfekcyjnie skrywanej panice, przekonana, że w ciąży jest Lilka. Gdyby czytała peerelowskie powieści dla dziewcząt, wiedziałaby, że to (prawie?) niemożliwe – w niechcianej ciąży są zazwyczaj (zawsze?) koleżanki głównych bohaterek.

Zabronione przez ustawę „sztuczne poronienie” przeprowadzane w prywatnych gabinetach, ale niekoniecznie odpłatnie, pro-choice’owe poglądy Lilki, sposób, w jaki w finale „Paladynów” dziewczyna wykorzystuje prawny zakaz do politycznej manifestacji – to temat na inną notkę.
Tutaj istotne jest, że aborcyjny punkt wyjścia nadaje rozmowie córki z matką fundamentalny charakter, acz pokrętny i nerwowy przebieg.

Wezwana na pomoc laryngolożka szybko oddycha z ulgą, że ciąża nie przytrafiła się jej córce, ale to nie koniec nieporozumień. Rozmawiają o inicjacji seksualnej, miłości, projektach życia społecznego, finansach, nieudanych próbach pisarskich. Nie mogą dostroić tonów, języków. Posługują się eufemizmami, ale zarazem są bezpośrednie i szczere. Rozmowa toczy się nie tak, jak powinna. Nie tak, jak by chciały. Wyobrażenia ścierają się z wyobrażeniami, cynizm przechodzi w idealizm i na odwrót. Dojrzała seryjna monogamistka nagle zaczyna mówić językiem romantycznej miłości. Młoda komunistka dopytuje, czy obiecana kwota ma jej wystarczyć również na buty. Mnożą się i zazębiają wątki i znaczenia.

W efekcie matka wyjeżdża z Honoratą, by zorganizować jej zabieg usunięcia ciąży. Praktyczny cel spotkania matki i córki został osiągnięty. Jednak rozmowa sprawia wrażenie pożegnalnego protokołu rozbieżności. Rozstają się w dziwnym stanie przyjacielskiego niezrozumienia. Planowana aborcja stanowi nastrojowy analogon tej sytuacji – jest negatywnym aktem pomocy.

***
Co z tego wynika? Nie mogę jeszcze sformułować wielkich wniosków. Mam jednak kilka ogólnych spostrzeżeń.
Snopkiewicz, Frankowska i inne peerelowskie autorki dają czytelniczce coś, o co trudno we współczesnej powieści popularnej.
Ich bohaterki są wielowymiarowe i zawsze niedookreślone. Bycie matką i córką to jeden z wielu rodzajów relacji, w które wchodzą. Wpływa na inne sfery życia, ale nie dominuje, raczej stanowi subtelną podstawę zachowań.
Matczyno-córczane układy prezentowane na pierwszym planie odbiegają od społecznej praktyki, ale nie są patologiczne, ani nawet nienormatywne. Bo Snopkiewicz, Frankowska i inne (w odróżnieniu od niektórych swoich bohaterek) zdają się nie odczuwać presji normy. Rodzinę w ich powieściach trzeba ciągle od nowa negocjować i konstruować.
Matka i córka reprezentują dwie różne nowoczesności – przydałaby się dziś taka fabuła odbiegająca od fatalnego schematu konfliktu emancypacji i tradycji. Różnice między matką i córką mają charakter społeczny i polityczny, a nie tylko, jak jesteśmy przyzwyczajeni, kulturowy. Kameralny dramat rozgrywa się w kontekście historycznym.
Autorki z jednej strony nie tracą energii na walkę z konserwatywnym cieniem, z drugiej – nie przestrzegają oficjalnej zasady emancypacyjnego optymizmu. Emancypacja to zawiązanie, nie ewentualne zwieńczenie akcji czy bezproblemowe status quo. Wymaga pracy, intelektualnego i emocjonalnego rozwoju. Kwestionowania wczorajszych osiągnięć. Wiąże się z poważnymi kosztami psychicznymi, ale to nie jest argument przeciwko niej. Wręcz przeciwnie.
Fabuły o tym opowiadające są nieprzewidywalne, niejednoznaczne, otwarte, angażujące. Lepiej, przyjemniej się je czyta. I długo o nich myśli.

Reklamy

Wdzięczność i wstyd

Irena Jurgielewiczowa. Jedna z tych starych, poczciwych nauczycielek urodzonych na początku XX wieku, które w PRL-u zostały pisarkami młodzieżowymi (ta biograficzna prawidłowość zasługuje na osobną notkę).

Lektura szkolna „Ten obcy” (1961) to rzecz o wielkiej miłości do uciekiniera Zenka czworga przyjaciół:

– lękliwej, dziewczęcej, ale zasadniczej Uli, oczywistej zwyciężczyni rozgrywki,

– dziarskiej i odważnej Pestki, która chce imponować tym, że jest równie fajna jak chłopcy,

– szlachetnego Mariana, dotąd samca alfa, zagrożonego, ale i przyciąganego przez rywala

– oraz najmłodszego Julka, dziecinnego mizogina, który otwarcie adoruje ukochanego przywódcę i jest boleśnie zazdrosny o Ulę.

Fabuła, jak pamiętacie, jest ciekawa – każdy inaczej kocha Zenka i przez to zmienia swój sposób odnoszenia się do pozostałych członków grupy. Dynamika relacji się komplikuje, a jeśli dodać do tego napięcie w stosunkach z rodzicami oraz przenoszenie emocji na bezdomnego psa – byłoby o czym pisać.

Wybrałam jednak kontynuację „Tego obcego” z dramatycznym pytaniem w tytule – „Inna?” (1975, okładka Grażyny Rogowskiej, genialne ilustracje Leonii Janeckiej).

1-Scan-001.BMP

Może dlatego, że ostatnio znów czytałam dużo Musierowicz, zemdliło mnie i znalazłam remedium w lekturze tej właśnie powieści Jurgielewiczowej. I wcale nie wynika to – jak twierdzi Musierowicz – z opozycji między literaturą pocieszycielską a literaturą skoncentrowaną na „brudzie świata”. Chodzi o różnicę między pocieszeniem głupawym i natychmiastowym (Jeżycjada) a warunkowym, poprzedzonym ekspozycją trudności (książki Jurgielewiczowej).

Zdjęcia-2102

Danka, tytułowa bohaterka „Innej?”, to wychowanka domu dziecka, która spędza Boże Narodzenie w „prawdziwej” rodzinie.

1-Scan-011

Goszczącym ją domem włada despotyczny ojciec, który nie pozwala żonie i dorastającemu synowi o niczym decydować: „To dla twojego dobra – odpowiada mamie, jeśli ta wnosi jakiś protest. Dba o mamę, to prawda, tylko że mama chociaż czasem wolałaby sama postanowić, co jest dla jej dobra, a co nie”. Matka i syn żyją tak, by zadowalać ojca. Danka nie zna pojęcia drugiego, domowego etatu kobiet, ale spogląda na cały układ z marginesu, więc widzi, że pod tym dachem nie ma sprawiedliwości – dom musi błyszczeć, zanim ojciec wróci z pracy, chociaż matka Mariana też pracuje zawodowo (jako pielęgniarka).

1-Scan-010

Paternalizm objawia się jednak jeszcze inaczej. Mianowicie w drobnomieszczańskim zamknięciu rodziny: „Ojciec obcych nie lubi, denerwuje go, jeśli trzeba odstąpić od stałych domowych przyzwyczajeń, dostosować się do kogoś, obsługiwać go, krzątać się…” Te oschłe bezosobowe formy ociekają obłudą – przecież to nie ojciec będzie się krzątał. Pan domu maskuje niechęć troską o żonę, ale tak naprawdę jest zazdrosny o energię jej tysiącznych ruchów, której część ma być skierowana w innym kierunku.

1-Scan-012

Dlatego też ustępliwa żona tym razem stawia na swoim. Chce przyjąć sierotę na święta i przyjmuje.

Sprawa kobiecej emancypacji splata się z oporem wobec czynienia z rodziny „ośrodka uczuć antyspołecznych” (Brzozowski). Mama Mariana, której miałby być rzekomo oszczędzony dodatkowy wysiłek, wyraźnie nie życzy sobie, by „cały świat poza obrębem rodziny był zdobyczą lub nieprzyjacielem” (znów Brzozowski). Pal sześć dodatkową krzątaninę, byle rozszczelnić izolację. Jurgielewiczowa wie, że stawką emancypacji nie jest „tylko” samostanowienie kobiety, ale i model społeczeństwa.

Przybywa Danka i sytuacja zaczyna przypominać schemat, który znamy z lektury Jeżycjady, ale jednocześnie zdecydowanie od niego odbiega.

Przy magicznym stole w kamienicy przy Roosevelta 5, najlepiej w Wigilię, pojawia się ktoś potrzebujący pomocy. Samotny, niekochany, zagubiony, zziębnięty, głodny. Aurelia Jedwabińska („Opium w rosole”, 1985), rumuńskie żebraczki („Noelka”, 1992), woźny Jankowiak („Dziecko piątku”, 1993). Wszystkie problemy rozwiązuje talerz rosołu. W Borejkowskim cieple pierzchają smutki i lęki, nieszczęsny gość w mgnieniu oka odzyskuje radość życia i wiarę w ludzi. Otwiera się jak rozkwitający kwiat i promienieje wdzięcznością. Jeśli nie otwiera się i nie promienieje, jest niewartym starań agresywnym tępakiem (Lisieccy) albo ma emocjonalną dysfunkcję (Ewa Jedwabińska). Odrzucenie bezcennego daru inteligenckiej dobroczynności jest niewybaczalne. Należy wdzięcznie rezonować odebranym sygnałem dobra.

1-Scan-016

O ile pamiętam, tylko raz (w „Kłamczusze”, 1979) Musierowicz przedstawia punkt widzenia gniewnego plebejusza z pełnym zrozumieniem. Pomoc domowa Franciszka Wyrobek co prawda nie istnieje, ale jej klasowa perspektywa jest całkiem realna. Kiedyś już o tym pisałam w „Bez Dogmatu”. Pozwolę sobie na autocytat, bo uwielbiam tę scenę. Roześmiana grupa licealistów wraca z kina, a służąca kończy właśnie kilkugodzinne sprzątanie: „Z lustra spojrzała na nią chuda twarz o zaciśniętych ustach i płonących złością czarnych oczach. Jędza – pomyślała i zrobiwszy kilka głębokich wdechów oraz min na rozgrzewkę, wsadziła na nos okulary i zajaśniała pogodnym wyrazem twarzy. W pokoju Pawełka pito tymczasem kompot (znów cztery szklanki do mycia) i na tle szemrzącej delikatnie muzyki kameralnej prowadzono rozmowę o poezji”. Ktoś ciężko pracuje, żeby ktoś inny mógł swobodnie rozwijać swoją ostentacyjnie niepraktyczną erudycję. Koniec autocytatu.

1-Scan-015

Z lustra, w które patrzy Aniela-Frania, wyziera piękna i straszna twarz rewolucji, ale bohaterka widzi ją oczami uprzywilejowanych i nie chce mieć z nią (z sobą) nic wspólnego. Nie chce być małostkowa, zazdrosna, swarliwa i brzydka. Szybko przywdziewa maskę i wchodzi w sympatyczną rolę gosposi. Widmo rewolucji znika, tym bardziej że plebejuszka zostaje zaproszona do elitarnego grona, ponieważ udowadnia, że zna, ceni i z użyciem indywidualnego talentu, ale wiernie interpretuje kanon kultury (konkretnie „Hamleta”) oraz że wbrew cynicznym deklaracjom hołduje mieszczańskiej moralności.

W Jeżycjadzie rewolucja nie jest oczywiście możliwa, ale została przedstawiona i zawłaszczona. Myślę o czerwcu 56 w „Kalamburce” (2001). W dwudziestoleciu międzywojennym cenzurowano sposoby przedstawiania walki z caratem, zakładając, że nie można pokazywać rewolucyjnych zamachów na władzę, bo mogłoby to niebezpiecznie rozbudzić wyobraźnię odbiorcy. Musierowicz (zgodnie z aktualnym trendem) nazywa protest robotniczy powstaniem, a nawet chyba trochę wzoruje się na popkulturowych wyobrażeniach walk w Warszawie 44 roku. Nie zaryzykuje słowa „rewolucja”, nawet w przypadku wystąpienia przeciwko peerelowskim władzom.

Główną bohaterką powieści czyni Gizelę Kalembę, plebejuszkę, ale niepodległościową, antykomunistyczną i znającą swoje miejsce, nie marzącą o awansie społecznym ani nawet o poprawie sytuacji bytowej. W ostatnim rozdziale dowiadujemy się, skąd się wziął twardy i skromny charakter tej kobiety i przecieramy oczy ze zdumienia.

Kończy się kryzysowy rok 1935. Młoda Gizela wraca późnym wieczorem z pracy w sklepie. Dygocze w lichej jesionce, jest głodna i usposobiona tak, jakby zaraz miała się zapisać do KPP. Mimo że ciężko pracuje, na nic jej nie stać. Za pokoik płaci 10, a zarabia 18 złotych. Po zamknięciu sklepu musi go jeszcze bez dodatkowej zapłaty posprzątać. Pryncypałowa w świątecznym prezencie dała jej wstążkę do kapelusza, książkę „Zwycięstwo polskich skrzydeł” i „Kalendarz Rycerza Niepokalanej”. „Lepiej by dała parę pończoch wełnianych, świętoszka jedna” – pomstuje Gizela, tym jednym zdaniem przeprowadzając wyczerpującą krytykę genderowej, państwowej i religijnej ideologii. Strojny orszak ślubny po andersenowsku spycha ją w pryzmę śniegu.

Rozżalona na swoją krzywdę, źle myśli o sąsiadach Makowskich – przyszłych rodzicach Mili Borejko. Ci ubodzy i szczęśliwi inteligenci właśnie kupili sobie odrobinę węgla. Gizela zazdrości i burzy się przeciwko takiemu niesprawiedliwemu porządkowi rzeczy. W domu jednak przekonuje się, że ciężarna Makowska napaliła jej w piecu, a wysiłek przyspieszył poród. Prawie komunistka odzyskuje wiarę w Boga i ludzi, ale też zaciąga dożywotni dług. Poczucie winy za złe myśli, przekonanie, że ma „czarne”, „pełne zawiści i gniewu” serce, każe jej potem nie tylko opiekować się osieroconą Milą, ale i skrycie adorować niezwykłą wychowankę – świętą córkę świętych dobroczyńców. Gizela pragnie zasłużyć na miano dobrej wróżki dopuszczonej do kołyski księżniczki.

Baśniowy epilog „Kalamburki” jest prologiem całej sagi. Chwila klasowego gniewu wymaga dziesięcioleci zadośćuczynienia, by z kolei zaowocować Milą Borejko – opoką wzorcowej inteligenckiej rodziny. Bunt jest w tej ekonomii w pewnym sensie konieczny, ale tylko po to, by nastąpiło jeszcze konieczniejsze jego stłumienie. Żeby nieskończenie wdzięczna plebejuszka Gizela wychowała założycielkę elitarnego rodu.

No i poniosło mnie. Koniec dygresji. Jurgielewiczowa w odróżnieniu od Musierowicz nie jest ani bezczelna, ani biegła w mechanizmach popkultury. Nie ułatwia sobie zadania i nie sięga po schemat opowieści o wdzięcznych wykluczonych. Jej powieści są mało spektakularne, ale zadziwiająco zniuansowane. Wbrew obowiązkowym optymistycznym zakończeniom bardzo wieloznaczne.

W „Innej?” Danka pod wpływem dobroczynności nie otwiera się i nie promienieje, ale nie ma to nic wspólnego z tępotą czy uczuciowym kalectwem. Jurgielewiczową szczególnie interesuje reakcja tego, kto poddawany jest pedagogice czy dobroczynności. Ten wątek powraca w jej powieściach i zawsze przedmiot starań okazuje się podmiotem i ma prawo reagować „źle”. Został ukształtowany w określonych warunkach, ma odruchy, skomplikowane, często sprzeczne, emocje, poczucie własnej godności. Musi sobie radzić z psychologicznymi konsekwencjami wykluczenia.

ten_obcy4

W „Tym obcym” dumny Zenek woli kraść niż przyznać się, że ucieka od ojca alkoholika, i przyjąć pomoc nowych przyjaciół.

W „Niespokojnych godzinach” (1964) zbyt czytelne zabiegi wychowawcze doprowadzają Janusza do wściekłości, bo oznaczają brak zaufania, napiętnowanie, a on nie chce być utożsamiany ze swymi postępkami. Niesłusznie posądzony, z przekory i rozgoryczenia rezygnuje z samoobrony, nie przyznaje się do dobrych intencji, tym samym potwierdzając najgorszą opinię o sobie. Moralna wyższość Kasi, choć uzasadniona, na koniec nawet samej Kasi wydaje się podejrzana.

We „Wszystko inaczej” (1968) mały złodziej listów jest przestraszony i upokorzony demaskacją i nie zmienia tego podarunek z ręki zmieszanej swoją rolą demaskatorki. Maja odruchowym oporem detonuje mentorstwo Michała.

Danka kompensuje swoją podrzędną pozycję wzgardą i pozą znudzonej prowincją warszawianki. Jej strategia obronna budzącej współczucie sieroty polega na odgrywaniu pewności siebie i braku skrupułów, prowokowaniu rzekomym cynizmem. Gdyby była miła, „pomyśleliby, że jej zależy, że się im podlizuje, bo są u siebie, a ją zaproszono z łaski”. To jest do pewnego momentu silniejsze od niej.

Jednak sama czuje „że ktoś, kim chciałaby być, ale nie jest”, postąpiłby inaczej. Po raz pierwszy jest z siebie zadowolona, kiedy odstępuje Julkowi swoje prawo do zjazdu na sankach z Marianem. Rezygnuje z euforycznego pędu i umożliwia, niejako darowuje, przeżycie „upragnionej przyjemności” komu innemu, przez co sama czuje się radośnie i uroczyście.

Nic więc dziwnego, że kiedy przypadkiem słyszy, jak chłopcy szykują dla niej prezenty, wpada w pomieszanie: „W myślach bezład, wzruszenie i wdzięczność plączą się z uczuciem goryczy. I przecież ten nieprzyjemny stan ducha trzeba za wszelką cenę ukryć”. Skąd wstyd zamiast radości? Ona nic nikomu nie da, bo nie ma, „i wszyscy uznają to za zupełnie naturalne”, nie spodziewają się od niej podarków. „Nie ma rodziców, nie ma domu, nie ma pieniędzy. Zrozumiałe, że dopóki nie otrzyma prezentów, które są dla niej, jej ręce będą puste, jej rzeczą jest czekać, by się napełniły ich darami – a potem okazać wdzięczność. W stosunku do niej nikt wdzięczności nie poczuje, nie będzie miał za co”.

Zdjęcia-2100

Tak zapada decyzja o kradzieży. Danka kradnie ze sklepu drobne przedmioty, „żeby uniknąć upokorzenia, żeby być jak wszyscy”. Kibicujemy jej w długiej i pełnej napięcia scenie kradzieży. Cieszymy się, kiedy po wręczeniu prezentów, widząc radość obdarowanych – staje się kimś „zupełnie innym”, śmieje się, oczy jej błyszczą. Czy to ważne, że dzięki kradzieży? Dla niej ważne. Ucieka ze strachu przed demaskacją. Zatrzymana, jest „antypatyczna, twarda, okropna”.

1-Scan-013

O jej przewinie wie tylko jedna dyskretna osoba, ale pojawiając się u kryształowej Uli, Danka znów rozwija złożoną strategię obronną, tak że biedna Ula nie wie, co ma myśleć: „Jakby ktoś zsypał razem po kilka klocków z różnych łamigłówek: nie sposób ułożyć z nich sensownej całości. Czy dlatego, że Danka kłamie, że co chwila zmienia się jej nastrój?”. Ula nie byłaby jednak kryształowa, gdyby po wyjściu trudnego gościa nie robiła wyrzutów przede wszystkim sobie samej. Od razu rewiduje swoje oczekiwania. Bezrefleksyjnie założyła, „że ktoś taki jak Danka powinien być sympatyczny. Nie dość, że jest sam, że nie ma domu, że los go skrzywdził, ponadto ma jeszcze zachowywać się tak, żeby ludziom naokoło sprawiać przyjemność”.

Wykluczeni nie muszą być mili, nie muszą całować ręki, która ich karmi. Nie ma się co obrażać. Rezygnacja z dumy dobroczyńcy to u Jurgielewiczowej pierwszy krok do porozumienia. Drugim jest myśl Danki, że taka przyjaciółka jak ona mogłaby się naiwnej Uli przydać, że sierota z Domu Dziecka nie ma pustych rąk, że może stanąć do emocjonalnej wymiany jak równa z równą i równy z równym.

1-Scan-014

Trzeci krok Danka i Ula zrobią już razem i będzie to krok poza pole wyznaczone przez wdzięczność i wstyd.

Tereska i Okrętka (II)

Ostatnio starałam się przedstawić dwuznaczność feministyczno-patriarchalnych powieści Joanny Chmielewskiej. Temat wraca w komentarzach i jest ogólniejszy, więc poświęcę mu jeszcze trochę miejsca.

Monika Talarczyk-Gubała za Petrą Hánakovą przywołała „efekt feministyczny” przydarzający się czasem twórczości kobiet. Polega on na tym, że niezależnie od intencji autorki tekst pozytywnie działa na odbiorczynie. Ja też oczywiście jestem zwolenniczką i praktyczką kreatywnego odbioru. Nie interesuje mnie, jaki tekst „jest naprawdę”. Znaczenie powstaje w oku czytelniczki. Chwile, kiedy konwencjonalna literatura rozsadzana jest przez kobiecą energię, należą do bardzo satysfakcjonujących.

Zaczynając pisać blog, założyłam, że zrekonstruuję projekt emancypacyjny zawarty w peerelowskiej powieści dla dziewcząt, a jeśli w niektórych książkach okaże się on za mało śmiały – uda mi się nie tylko wykryć, ale może także wzmocnić czy wręcz wywołać to coś, czego nie umiałam zwięźle nazwać, a co teraz mogę określić jako efekt feministyczny. Wszystkim czytelniczkom, które bronią przede mną Tereski i Okrętki, bardzo dziękuję za potwierdzenie tej wstępnej tezy.

A jednak w poprzedniej notce swój entuzjazm chciałam wyrazić tak samo mocno, jak swoje rozczarowanie. Chciałam pokazać, jak Chmielewska jedną ręką daje, a drugą odbiera. Nie mam o to specjalnych pretensji akurat do niej. Trudno, wszystkie jesteśmy kulturowo i historycznie podejrzane (czyli zdeterminowane). Jeżeli chodzi o zadanie krytyczki literatury, wydaje mi się, że strategicznie nie można poprzestać ani na entuzjazmie, ani na rozczarowaniu. Tylko świadomość patriarchalnych ograniczeń umożliwia ich przezwyciężenie. Tylko afirmacja pozwala ruszyć z miejsca.

Dosyć jednak deklaracji, czas na konkrety.

Obrazek

Jednemu z najważniejszych konkretów w cyklu o Teresce i Okrętce na imię Robin. Bardzo nie lubię tego typa – rzekomo odpowiedniego mężczyzny, który zastępuje u boku Tereski narcystycznego Bogusia.

Boguś reprezentuje – w latach 60. i na początku 70. ciągle jeszcze egzotyczną (patrz „Wojna domowa”) – subkulturę młodzieżową, do której główne bohaterki nie należą. Pretensjonalny młodzieniec o drwiącym sposobie bycia nadąża za modą, pali papierosy i posiada magnetofon, a „dobrze zrobione” dziewczyny z „dopracowaną twarzą” zaprasza na prywatki lub do kina. Po prostu dysponuje pieniędzmi (otrzymywanymi od rodziców), chociaż ani myśli ich zarabiać.

Teresce wszystko to jest obce i zanim nie spotkała Bogusia, nie przyszło jej do głowy, że powinna mieć magnetofon czy adapter albo chociaż radio tranzystorowe i urządzać prywatki. Dopiero impuls ze strony złotego młodzieńca sprawił, że „poczuła się nagle jakaś gorsza, uboga, byle jaka”. Zapragnęła czymś mu zaimponować, a przede wszystkim ukryć fakt, że nie ma pieniędzy, chociaż zarabia korepetycjami.

To jednak chwilowy kryzys pragnień. Przy Bogusiu Tereska idiocieje i zaczyna się mizdrzyć, ale na ogół wraz z przyjaciółką kultywują etos życia skromnego i niezależnego, również finansowo. Supozycję, że biorą pieniądze od rodziców, poczytują za obelgę. O rodzinie Okrętki niewiele wiadomo, ale Tereska ma pochodzenie urzędniczo-inteligenckie. Obie są niezamożne z domu i wiedzą, że nie można od rodziców żądać pieniędzy na wydatki wykraczające poza niezbędne minimum bytowe. Magnetofon to fanaberia.

Dziewczyny należące do subkultury Bogusia wydają im się nachalne, wyzywające, lalkowate. Ich światem rządzi przypadkowy podryw, który „staroświeckim” przyjaciółkom kojarzy się abiektalnie – z „używaniem przechodniej szczotki do zębów” („Duch”, 1983).

Nowoczesność jest więc w dziewczyńskich powieściach Chmielewskiej związana z jednej strony ze społeczeństwem konsumpcyjnym (w pewnym sensie wolnorynkowym), a z drugiej z seksualnym wyzwoleniem kobiet, które przedstawiane jest jednak jako ich uzależnienie od mężczyzn. Nowoczesne, pozbawione godności „nachalne dziwy” są o wiele mniej wyemancypowane niż dumne i „staroświeckie” Tereska i Okrętka.

W prozie Anny Frankowskiej, o której pisałam wcześniej i jeszcze wcześniej, widać zgoła balzakowskie powiązanie kwestii ekonomicznych z obyczajowymi i społecznymi. W „Uroczym rodzinnym landszafciku” (ze zbioru „Zatańcz z moją dziewczyną”) finansowa motywacja bohaterów daje w efekcie fałszywy obrazek szczęśliwej rodziny. W „Mamusi” przymus ekonomiczny wywiera przemożny wpływ na miękką tkankę kultury – pruderyjna matka nie śmie rozmawiać z dziećmi o seksie, ale znosi w ich obecności dobiegające zza ściany odgłosy rozkoszy, bo wynajem pokoju ratuje rodzinny budżet. Hałaśliwym sprzątaniem stara się zaprzeczyć rzeczywistości, ale jej tradycyjne wyobrażenie o rodzinie przestaje być najważniejsze. W „Halinie” pieniądz rządzi miasteczkiem, w tym główną bohaterką, która spogląda na to krytycznym okiem, ale jednocześnie ma dość tzw. wyższych wartości i statusu pariaski. Jej rodzice przez wiele lat z poświęceniem budują wymarzony dom, ale podporządkowanie życia finansowemu rygorowi sprawia, że rodzina, która miała w nim zamieszkać, przestaje istnieć. U Frankowskiej ekonomia niszczy, ewentualnie obłudnie scala, konserwatywne fantazje o rodzinie.

W humorystycznych powieściach Chmielewskiej nie ma takich niuansów, ale motyw pieniędzy, które bohaterki same zarabiają, jest bardzo wyeksponowany. To ważne i dobrze o nich świadczy. Zastanawiam się dlaczego – jaki system przekonań za tym stoi. Mogłoby się wydawać, że socjalistyczny, skoro Tereska i Okrętka zarobkują, nie po to, by konsumować dobra luksusowe i błyszczeć konsumpcją w towarzystwie. Praca daje im godność oraz możliwość podboju większego kawałka świata i wybicia się na większą niezależność.

Chcą wziąć za siebie pełną odpowiedzialność, od poziomu biologicznego przetrwania poczynając. Jeśli przypomnimy sobie, że mają po 16-17 lat, ich indywidualizm i silny imperatyw survivalowego podejścia do życia wydadzą nam się bardzo neoliberalne, choć w ascetycznym wydaniu. Dziewczyny po prostu dają sobie radę, by dawać sobie radę. Ich samodzielność jest przyczyną, środkiem i celem.

Na czytelniczkę działa to upajająco. Tym większą zdradą wydaje się finał „Większego kawałka świata”, w którym okazuje się, że bohaterki nie były i nie radziły sobie same, bo czuwał nad nimi z daleka i interweniował w razie potrzeby właśnie antypatyczny Robin.

Nazwałam go tajemniczym opiekunem, bo bardzo kojarzy mi się z bohaterem powieści Jean Webster, w której pisarsko uzdolniona wychowanka sierocińca, niczym skrzyżowanie Kopciuszka z Elizą Doolittle, zostaje decyzją nieznanego dobroczyńcy studentką renomowanego college’u, gdzie zyskuje wykształcenie i wysoką pozycję społeczną. Filantrop nie tylko ją pośrednio wychowuje, ale także asymetrycznie decyduje o jej losach, samemu pozostając opatrznościowo niewidocznym.

Inteligentna i rezolutna Agata, mimo dążenia do niezależności, jako sierota realnie i fantazmatycznie stoi na straconej pozycji. Zamierza w przyszłości spłacić dług, ale póki co w wyobraźni obsadza hojnego opiekuna w roli poszczególnych członków rodziny, najczęściej rzecz jasna ojca. Na koniec o kilkanaście lat starszy opiekun-ojciec zostaje jej mężem i w ten sposób legalizuje jej nielegalny pobyt na świecie.

Tereska jest od Robina o kilka ważnych lat młodsza – on jest dorosły, podczas gdy ona jest nastolatką. Tereska jest też w pewnym sensie sierotą. To znaczy w jej życiu, którego najważniejsze epizody rozgrywają się poza domem, rodzice niewiele znaczą. Matka jeszcze od czasu do czasu się pojawia, ojciec jest niemal nieobecny. Inaczej niż dzisiejsza popkultura, która eksponuje relacje rodzinne, peerelowska powieść dla młodzieży uderzająco często pokazywała dzieci i młodzież w czasoprzestrzeni pozarodzinnej i nie robiła z tego problemu.

Robin przerywa tę sielankową swobodę, ujawnia „sieroctwo” przyjaciółek, które dotąd było niezależnością, i natychmiast wchodzi w rolę ojca – gani, poucza, opiekuje się, wyręcza, wychowuje.

Na Mazurach wszystko wie i obserwuje z dystansu, by pojawić się niczym deus ex machina, zanim nierozważne przyjaciółki zrobią sobie krzywdę. Ale i potem pozostaje na pozycji niewidocznego, nieprzeniknionego, ale wpływowego ojca-boga, który nie musi być obecny, żeby wywierać presję. On tylko czeka na Tereskę – aż ona skończy szkołę, dorośnie, dojrzeje, doedukuje się. A ona stara się sprostać jego nieodgadnionym wymaganiom. „Pierwszy raz w życiu czuję się gorsza, rozumiesz, wyraźnie widzę, że można wiedzieć i umieć więcej, można lepiej, za mało do tej pory zrobiłam, marnowałam czas…!” – wyjaśnia Okrętce, dlaczego się wykańcza dodatkowymi obowiązkami – kursem samochodowym, nauką angielskiego i konnej jazdy oraz dwunastoma godzinami korepetycji tygodniowo (żeby na te wszystkie lekcje zarobić).

Proszę, pojawił się i z miejsca wyprodukował całkiem nowy dziewczyński podmiot. Przyjaciółki już się godzą na smutną konieczność poślubienia obcego (bo mężczyzna to zagadka) człowieka i nazywają to nową odpowiedzialnością. No tak, ale to już lata 80. Jazda konna to nie fanaberia.

Proszę, żebyście znalazły przekonujące argumenty na obronę Tereski i Okrętki, bo duch we mnie upada.

Tereska i Okrętka (I)

Były nierozłączne, sobie nawzajem najbliższe. Spędzały więcej czasu w swoim towarzystwie na ulicach Warszawy i mazurskich jeziorach niż z rodzinami w domu.

Charakterystyczną sytuację, w jakiej je widywałyśmy, można by określić formułą „ciało w ciało z przyjaciółką”, a polegała ona na zsynchronizowanym wysiłku fizycznym mającym na celu wprawienie w ruch pojazdu, przemieszczenie się, oddalenie, przemierzenie przestrzeni, nabranie impetu, wykonanie zadania. W tym obrazie liczyła się podwójność sprawiająca wrażenie zręcznej jedności.

W „Zwyczajnym życiu” (1974) wspólnie kierowały platformą na kółkach, którą przewoziły sadzonki drzewek. Odpychały się przy tym symetrycznie nogami jak na hulajnodze. Osiągały znaczną prędkość i brawurowo brały zakręty. W „Większym kawałku świata” (1976) idealnie zgrane wiosłowały i sunęły kajakiem. „Na krańcu jeziora dwa wiosła migały w słońcu jak jedno, zgarniając wodę długimi pociągnięciami”. Za to jedno krystaliczne zdanie i ewokowany przez nie obrazek jestem gotowa wybaczyć Chmielewskiej wszystkie okropne barokowe powieścidła, które produkuje ostatnimi czasy.

1-Scan-006

Jej bohaterki od czternastego roku życia liczą tylko na własne siły. Zarabiają korepetycjami na długą survivalową wyprawę po Mazurach, którą odbywają w wielkim stylu. Jako indywidualistyczne harcerki potrafią sprawnie pływać kajakiem, orientować się w nieznanym leśnym terenie, rozbić biwak, rozpalić ognisko jedną zapałką, skonstruować wędkę i wędzarnię, zrobić maszt, żagiel i wiosła z niczego. Przeżyć na złowionych rybach i zebranych owocach, gdy skończą się pieniądze.

„Całkiem same sobie, we dwie!”.

Inteligentne, odważne, energiczne, niezależne, zaradne i krzepkie, wyręczają milicję w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Ich przygody są czymś w rodzaju dziewczyńskiej wersji Pana Samochodzika. Kierowane poczuciem obywatelskiego obowiązku nie dają się odsunąć od śledztwa i dzięki uporowi stają się dla milicji podmiotami, niezbędnymi współpracowniczkami, a nie tylko nastolatkami, które trzeba chronić. Słowa „współpracowniczki” używam tu eksperymentalnie w pozytywnym sensie.

Z drugiej strony są – jak wszystkie bohaterki Chmielewskiej – inteligentnymi idiotkami. Zagadki rozwiązują po babsku – nie za sprawą racjonalnego myślenia, a metodą impulsu i ślepego szczęścia. Przypadkiem znajdują się w odpowiednim miejscu i osobliwym zachowaniem nieświadomie sieją chaos w planach przemytniczych szajek.

Ostatecznie znajdują odpowiednich mężczyzn, kontentują się bukietem róż i pocałunkiem w dłoń oraz gołosłownym stwierdzeniem, że to one powinny iść do szkoły oficerskiej, a nie młody milicjant, któremu pomogły się wyróżnić. Potulnieją i ogłaszają antrakt w byciu samodzielnymi.

Dziś z zażenowaniem czytam, że ironiczna Tereska odczuwa „ciepłą radość”, kiedy Robin, tajemniczy opiekun, obsztorcowuje ją za lekkomyślność i robienie głupstw. Trzeźwa dziewczyna najwyraźniej interpretuje to jako przejaw troski i odpowiedzialności, wyraz wielkiej miłości. Ale te żenujące fragmenty mimo wielokrotnej lektury są dla mnie nowością – jakby nie zapisywały się w pamięci.

Pamiętam furiackie rąbanie drzewa, zwożenie drzewek w czynie społecznym, euforyczną swobodę i kontrolowane zagubienie w labiryncie mazurskich jezior. Pamiętam, jak Tereska otrząsała się ze skłonności do żałosnego Bogusia. Opanowywała słabość w kolanach i głowie, by rzucić się w wir przygód. Czy też raczej rzucała się w wir przygód, żeby zapomnieć o fatalnym Bogusiu. Fantazję o omdlewaniu w jego ramionach zastępowała fantazją o narodowych skarbach, które musi ocalić.

Skoro już mowa o fantazjach. Tereska nie wiedzieć czemu ma wyobraźnię melodramatyczną. Samodzielna i pragmatyczna, marzy o romansowej bezwolności – że zostaje napadnięta, a Boguś staje w jej obronie i niesie omdlałą do domu. Napór wyobrażeń jest ogromny. Powstrzymywany resztkami zdrowego rozsądku rośnie i wreszcie rozrywa tkankę rzeczywistości. Znika biurko, a na jego miejscu pojawia się klęczący Boguś z różami.

W tej swojej-nieswojej, wyraźnie zapożyczonej fantazji Tereska może być kobietą, ciągle będąc dzieckiem. Wyobraża sobie swój idealny ubiór, uczesanie, makijaż, zachowanie. Widzi siebie jako „wytworną młodą damę, doskonale ubraną, czarującą wdziękiem, spokojną, chłodną i uwodzicielską, doświadczoną i światową”.

Kiedy próbuje się przedzierzgnąć we własną fantazję o sobie, wykonując odpowiedni makijaż, wyszukany, ale nie rzucający się w oczy, rozpoznajemy w tej paradoksalnej zasadzie kosmetycznej kwintesencję wewnętrznie sprzecznego kodeksu współczesnej kobiety. Rezultat jest wstrząsający – Tereska zamiast młodą damą staje się klaunem. Jej twarz zniekształcają jaskrawe, dysharmonijne kolory. Innym razem, idąc za radą znalezioną w czasopismie, nakłada odmładzającą maseczkę i osiąga podobny efekt – traci twarz na rzecz przerażającej chorobowej maski.

Niech nas nie zmyli komizm tych scen. Rozgrywa się w nich dramat nieudanej genderowej maskarady.

Tereska po prostu nie potrafi wejść w rolę kobiety. Za każdym razem ląduje w groteskowym kostiumie i zeskorupiałej masce. I całe szczęście. Bo na ile jest dzieckiem, na tyle jest wyemancypowana. Dzieci Chmielewskiej są trzeźwiejsze, mądrzejsze, silniejsze niż dorośli, dziewczynki – trzeźwiejsze, mądrzejsze, silniejsze niż dziewczęta. Przykładem Janeczka, bohaterka innego cyklu powieściowego, która zresztą pojawia się gościnnie w „Większym kawałku świata”. Ma przejrzyste, niebieskie oczy wyrażające najdoskonalszą niewinność i wzgardliwy głos. Natychmiast dogaduje się z Tereską i Okrętką, bo mają ze sobą dużo wspólnego.

Wydaje się, że przyjaciółki najlepiej by zrobiły, pozostając dziećmi. W ich interesie leży rozwijanie w sobie Janeczki. Nie znamy ich dalszych losów. Chociaż dorosłe bohaterki innych jej powieści mają sporo dziecięcej bezceremonialności i egoizmu – Chmielewska zamyka dziewczęcy cykl zapowiedzią wielkiej zmiany, może nie absolutnej, ale amnezji.

Jak myślicie, gdzie są teraz Tereska i Okrętka? Co u nich słychać?

Cdn.

Getto?

Zanim o Teresce i Okrętce, jeszcze Frankowska.

Jej przypadek nie daje mi spokoju.

Wikipedia informuje krótko, że urodziła się w 1953 roku i była dziennikarką i pisarką. Frankowskiej nie notuje słownik „Współcześni polscy pisarze i badacze literatury”, który notuje niemal wszystkich, ani „Słownik literatury dziecięcej i młodzieżowej” Ossolineum.

Frankowska to najwyraźniejszy znany mi przykład zamknięcia świetnej pisarki w getcie literatury dla młodzieży. Jak do niego doszło? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba by zbadać mechanizmy rządzące produkcją literacką kobiet w PRL-u i biografię Frankowskiej. Jedno jest pewne – jakiej by nie miała wartości dla nas, w hierarchii gatunków stworzonej przez białych martwych mężczyzn literatura dla dzieci i młodzieży, a zwłaszcza dla dziewcząt, jest literaturą minorum gentium. Ile świetnych pisarek nigdy nie przeszło do pierwszego rzędu? Frankowska otwiera moją listę.

Wiem o niej niewiele więcej, niż można wywnioskować na podstawie twórczości. Znalazłam jeszcze tylko autoprezentację autorki na skrzydełku debiutanckiego zbioru opowiadań „Zatańcz z moją dziewczyną” (wydanie drugie z 1978 roku).

1-Scan-004

Uczącej się warsztatu autorce tej książki daleko jeszcze do przemyślnej i zręcznej autorki „Ślicznego poranku” (1988) czy „Mamusi” (1986), choć w „Zatańcz z moją dziewczyną” rozpoznajemy już późniejszą gorycz, cyniczne przełamywanie sentymentów, bezpośrednie mówienie o pieniądzach, skłonność do otwartych zakończeń.

W „Koncercie na troje skrzypiec”, jednym z lepszych opowiadań tego zbioru, mamy monologi wewnętrzne trzech młodych kobiet uczestniczących w tej samej lekcji fizyki – klasowej buntowniczki, prymuski i nauczycielki. Każda czuje się samotna i źle osądza dwie pozostałe. Nawet profesorka i jej ulubienica mają o sobie mylne wyobrażenie. Wisi nad nimi wielkie nieporozumienie, za które odpowiedzialna jest patriarchalna kultura. Co gorsza, prosta kontrkultura, reprezentowana przez buntowniczkę, niczego nie zmienia. Potrzebna byłaby kontrkultura feministyczna, ale ani bohaterki, ani autorka najwyraźniej o niej nie słyszały, mimo że na przykład kobiece marzenie o studiowaniu fizyki jądrowej nie jest w ich świecie niczym niestosownym.

Na mnie największe wrażenie wywarł (domyślcie się dlaczego) monolog prymuski, która chciałaby dostać dwóję, ale uniemożliwia jej to silne poczucie obowiązku, nawyk spełniania oczekiwań i zależność od uznania otoczenia: „No więc było pragnienie, a zaraz potem bunt, marzenie, żeby coś zawalić, zepsuć, wywołać skandal, stać się centrum negatywnych zdarzeń i żeby już nikt nigdy nie stawiał mnie za przykład. Przecież to potworne! Potworne!”.

1-Scan-005

Opowiadanie „Łucja” z tegoż zbioru koniecznie przeczytajcie same. Uchylę tylko rąbka tajemnicy. Zostaje w nim subtelnie zdemaskowany typ romantyka, który swego czasu uwodził nas wszystkie. Ironię „Uroczego rodzinnego landszafciku” też najlepiej poznać samemu.

Frankowska poza opowiadaniami napisała dwie minipowieści – „Przecież to wszystko” (1979) i „Halinę” (1988) – o których można by długo, ale zbyt wiele książek i autorek przed nami, a czasu nieodmiennie brak. Napiszę więc tylko krótko o „Mamusi”, która podobnie jak „Śliczny poranek” ukazała się w serii „Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców” i jest chyba jeszcze bardziej przejmująca.

Córka chłodno obserwuje tu i analizuje rozwiedzioną matkę, która z przyczyn ekonomicznych wynajmuje jeden z pokojów ciasnego blokowego mieszkania. Kobieta wstydzi się mówić o seksie i pieniądzach, ale musi znosić odgłosy fizycznej miłości z pokoju sublokatorki i tylko do połowy miesiąca może myśleć o pozbyciu się namiętnej i bezceremonialnej pani Ewy. Frankowska jest mistrzynią w przedstawianiu ekonomicznego przymusu.

Świetna jest również parada przewijających się przez mieszkanie samotnych kobiet różnych profesji. Sublokatorki widzimy oczami dziecka, a kilkuzdaniowe charakterystyki dostarczają wymownych szczegółów obyczajowych.

Świetny i wstrząsający jest portret matki szkicowany przez córkę, która podejrzewa, że zgnębiona awanturami z mężem i walką o byt mamusia „najlepiej […] czuje się wówczas, gdy jest zmęczona, niewyspana, zaharowana”. Stara się być niewidoczna, bo wyczerpała się jej życiowa odwaga.

Córka próbuje na własny użytek zsyntetyzować wnioski płynące z obserwacji matki i głośnej sublokatorki, która wręcz przeciwnie – „sama w sobie jest jak transparent” i nie boi się być „widocznym człowiekiem”. Jaki jest rezultat tych dziewczyńskich kalkulacji? Przekonajcie się same.

A potem pomóżcie mi zastanawiać się nad kwestią, która właśnie mi przyszła do głowy. Czy dla Frankowskiej i jej czytelniczek rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby została autorką książek dla dorosłych? W końcu perspektywa dorastającej dziewczyny, skrót fabularny i inne najlepsze cechy jej pisarstwa mogłyby się nie zmieścić w konwencji „dorosłej” popularnej prozy psychologicznej, która zresztą też nie cieszy się zbyt wielkim prestiżem.

Może to jednak był wybór?

PS. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie coś więcej o Annie Frankowskiej, proszony jest o pilne podzielenie się informacjami.

Mama odchodzi

Dziś znowu nie powieść, a opowiadanie. Bo mocno utkwiło mi w pamięci, choć zawiera zaledwie zaczątek fabuły, zarys dramatu, proste portreciki bohaterów, trochę retrospekcji, otwarte zakończenie.

Sto pierwsza książeczka z serii Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców, w której przez ponad dwadzieścia lat ukazywały się niewielkie opowiadania o konfliktach w małych społecznościach czy rodzinach. „Śliczny poranek” Anny Frankowskiej, rok 1988.

W niedzielny ranek z małą torbą podróżną ucieka z domu matka prawie pełnoletniego Jacka i piętnastoletniej Baśki, żona robiącego karierę naukową Jerzego, synowa eleganckiej starszej pani, opiekunka psa Bariego. Kobieta, która ma dość i nie widzi innego wyjścia z rodzinnego potrzasku.

Jej zniknięcie wywołuje chaos. Niewyprowadzony pies szaleje w przedpokoju, w zlewie piętrzą się brudne naczynia, na desce do prasowania – stos bielizny. W lodówce nie ma niczego gotowego do zjedzenia. Brak pary pracowitych rąk wydobywa na jaw niewidoczny dotąd mechanizm życia codziennego.

Porzucona rodzina zaprezentuje się nam w pełnej krasie, zanim poznamy znękaną uciekinierkę. Zrozumiemy, że miała prawo mieć dość, zanim sama nam to wyjaśni.

Najwięcej dowiemy się o mężczyznach. Obojętny mąż kiedyś był czuły i pomagał w pracach domowych, a teraz zamyka się w gabinecie albo jedzie na sympozjum do Paryża. Ewentualnie wrzaskiem domaga się spokoju do pracy. Syna „wychowuje”, wydając zakazy i wymierzając policzki. Wystrzyżony na Limahla Jacek cynizmem pokrywa żal do rodziców, ale ceni wyłącznie szmal i związany z nim prestiż kombinatora. Handluje kasetami na stadionie „Skry”. Okrutnym szantażem wyciąga od matki oszczędności, chociaż jest bogatszy od niej. Robi tylko to, co przynosi szybki i konkretny zysk.

Przy tych skonfliktowanych egoistach płaczliwa i nieporadna córka wypada blado. Jest bezwolna i podatna jak plastelina. Jako jedyna pomaga w pracach domowych, dopóki brat jej nie wyszydzi. Chciałaby zadowolić wszystkich, nie myśli, nie działa, boi się życia. Co z niej wyrośnie, to największa troska matki.

Na tym tle pretensjonalna teściowa, która swoimi dolegliwościami wzbudza poczucie winy i dostarcza dodatkowych zajęć, stanowi relatywnie najmniejszy problem.

Matka z jednej strony „jest dla nich zwykłą służącą, praczką, pomywaczką”, z drugiej ma obowiązek „służyć i wysłuchiwać tych wszystkich narzekań, napadów złości, życzeń i zarzutów. Ma dogadzać, uspokajać, głaskać, bez prawa żądania rewanżu”. Niczym żywy worek treningowy przyjmuje na siebie i tłumi ciosy, które w przeciwnym wypadku rozniosłyby rodzinę na strzępy.

Oboje z mężem pracują, ale on przekazuje jej na życie niewielką część swojej pensji, resztę zachowując dla siebie. Jej wypłata nie jest jej – musi pokryć bieżące domowe wydatki. On jest docentem, uznanym naukowcem, ona – bliżej nieokreśloną urzędniczką. Przed urodzeniem dziecka nie zdążyła napisać pracy magisterskiej z pedagogiki, potem liczyła się już tylko kariera męża. Marzyła jej się praca w domu dziecka albo w domu poprawczym – „koniecznie trudna, żmudna i ambitna”. Nie dało się tego jednak pogodzić z opieką nad własnym potomstwem.

Poświęciła plany i ambicje zawodowo-społeczne dla rodziny i to poświęcenie obróciło się przeciwko niej. Poskutkowało wzgardą tych, dla których wyrzekła się siebie. Syn („mały, okrutny wampirek, który powoli wysysał z niej energię”) pyta, jak ona może żyć z takim strasznym facetem jak jego ojciec i wykonywać ogłupiającą urzędniczą robotę.

Odejście matki jest w pełni usprawiedliwione, tym bardziej, że dzieci nie są już małe. Ale żeby w stu pięćdziesięciu procentach zagwarantować jej sympatię czytelniczek, autorka funduje bohaterce wewnętrzną szarpaninę przy podejmowaniu decyzji i podsuwa środki nasenne, których zażycie sprawia, że uciekinierka zasypia w pociągu, nie wysiada na pierwszej stacji i nie wraca do kieratu.

Dokąd, śpiąca, zmierza? Do pewnego pensjonatu w Nałęczowie, gdzie bywała ze swoją energiczną mamą w przedmałżeńskich czasach, kiedy wszystko było jeszcze możliwe. Chce wrócić do tego momentu i zacząć od nowa. Zadbać dla odmiany o siebie, o swoją zniszczoną twarz, o ciało, o duszę. „Będzie teraz żyć tak, jak jej wygodnie i umrze tak, żeby było przyjemnie”.

Streszczam „Śliczny poranek” tak szczegółowo, bo oczywiście nam, przyzwyczajonym do standardu Mili Borejko, usprawiedliwione odejście matki nie może nie wydać się śmiałym węzłem fabularnym. W głowach mamy matkę karmicielkę, zawsze gotową pierś bez podmiotu. Metafora dziecka-wampirka jest dokładnym przeciwieństwem tego obrazu. Ale Frankowska poszła dalej. Odejście bohaterki opowiadania to nie tylko gest założycielski niezależnej kobiecej podmiotowości, ale i wybór innego systemu wartości.

Zanim została żoną i matką, bohaterka gardziła „nijaką mieszczańską egzystencją, […] nie dopuszczała do siebie myśli, że i jej udziałem będą kiedyś gary, kosz z brudną bielizną, pasta do podłogi”. Zamierzała połączyć spełnienie własnych ambicji zawodowych z pracą dla społeczeństwa. Tymczasem zamknęły się wokół niej cztery ściany domu, zerwały relacje pozarodzinne. Przepadły gdzieś koleżanki, które też powychodziły za mąż. Teraz na przygodne kontakty społeczne odruchowo reaguje nieufnością i posądzeniem.

Domownicy, w tym (nie)wychowane przez nią dzieci, to egocentryczni mieszczanie. Mąż reprezentuje typ akademika robiącego karierę dla kariery, czyli zdobywania coraz wyższej pozycji w uniwersyteckiej hierarchii władzy. Syn to nowy drapieżny bazarowy kapitalista. Córka – przyszła idealna żona skupiona na swojej bezwolności. Dramat bohaterki polega na konfrontacji z kompletną obcością ludzi, którym oddała siebie.

Ta, która chciała zawodowo zajmować się wychowaniem, i to „trudnych” dzieci, nie dała rady z własnymi. Osiągnęła efekt odwrotny od zamierzonego i straciła wiarę w szlachetne zasady pedagogiki. Skłonna jest nawet diagnozować coś w rodzaju ogólnego upadku idei wychowania.

Kontempluje swoją klęskę i nie liczy na przełom. Wie, że na nic tu rozmowy, argumenty. Nie da się wytłumaczyć, dogadać, porozumieć. Także jej ucieczka nie da rodzinie do myślenia.

Zakończenie opowiadania dzisiaj mnie rozczarowuje. Historia wydaje się zmierzać w stronę rozlewiskowej kompensacji. Na horyzoncie pojawia się potencjalny nowy mężczyzna i nałęczowski pensjonat. Niebezpieczeństwo ugrzęźnięcia w prywatnej kobiecej enklawie jest tym większe, że nie wiadomo, jak KONKRETNIE bohaterka wyobraża sobie przyszłość. Zapewne sobie nie wyobraża.

Teraz widzę w tym zapowiedź (mamy rok 1988) paraliżu wyobraźni politycznej lat 90., ale z tamtej lektury „Ślicznego poranku” pamiętam wstrząs wywołany węzłem dramatycznym i odejściem matki. Nie zapamiętałam zakończenia, tylko zawieszenie akcji. Dopóki nie przeczytałam tekstu ponownie, żyłam w przekonaniu, że ta uciekinierka może zrobić wszystko. Nawet jeśli na razie tylko z przyjemnością pije kawę, której zgodnie z zaleceniem lekarza długo sobie odmawiała.