Archiwum kategorii: przygody

Gender, czyli heca na 14 fajerek

Tę historię znają wszyscy, którzy dziś mówią: „Gender? Ki diabeł? Na co to, po co?”. Nie wiedzą, że czytając powieść Hanny Ożogowskiej „Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek” (1961) albo oglądając zrealizowany na jej podstawie, przy współpracy pisarki, serial w reżyserii Stanisława Lotha (1978) – mieli do czynienia z fabułą właśnie o gender, czyli płci kulturowej.

Dziew i chło

Brat i siostra zamieniają się rolami i na wakacje trafiają nie tam, gdzie pchało ich kulturowe przeznaczenie – Tosia w chłopięcym przebraniu jedzie do ultramęskiej leśniczówki, by zaznać twardej ręki stryja i sprostać siłowemu trybowi życia zamaszystych kuzynów, a Tomek w spódniczce podróżuje do domu owdowiałej ciotki, opanowanego przez żywioł piskliwej i kłótliwej dziewczęcości kuzynek. Oboje muszą stawić czoła wyzwaniom, o których pozostając we własnej roli, nie mieliby pojęcia. Są traktowani zupełnie inaczej niż dotychczas. Nie pasują do oczekiwań i trochę usiłują je spełnić, a trochę zmienić. Burzą w ten sposób kulturowe stereotypy związane z płcią. Nieoczekiwana zmiana miejsc, karnawałowe wywrócenie świata do góry nogami, daje asumpt do mnóstwa zabawnych sytuacji i refleksji nad asymetrią wychowania chłopców i dziewczynek.

1817718

Ożogowska więcej i lepiej pokazuje, niż nazywa. Jest inteligentniejszą pisarką niż socjo- czy antropolożką. W powieści wnikliwie przedstawia patriarchalne mechanizmy wytwarzania grzecznych dziewczynek i władczych chłopców, ale w dosłownych wyjaśnieniach używa potocznego języka „naturalnych” różnic.

1-Scan-023 (3) 1-Scan-024 (2)

Tu i niżej ilustracje Zbigniewa Piotrowskiego

Ojciec Tosi i Tomka „odziedziczył” despotyzm po swoim ojcu i dziadku. Stryj to nerwus, bo są „rodzonymi braćmi” i „wzięli to po ojcu”. Tomek jest „chłopakiem bardzo ambitnym, urodzonym prowodyrem, chętnie narzucającym swą wolę innym i wymagającym posłuchu. Czyż nie był synem swego ojca? Czy nie mówi się, że jabłko pada niedaleko od jabłoni?”. Tosię natomiast cechuje „wrodzona dobroć serca”, nie potrafi, mimo usilnych prób, wzbudzić w sobie gniewu i buntu. Oboje, jak twierdzi mama, są „ambitni po ojcu”, dzięki czemu Tosia mogła w ogóle przetrwać ciężką próbę męskości. Ciekawe, że „wrodzona” ambicja do tej pory się nie przejawiła. Widać nie było warunków. Przed zamianą brat i siostra spierali się, kto ma w życiu łatwiej – dziewczyna czy chłopak – i utrzymywali, że przynależność do odmiennej płci oznacza przywileje. Teraz ona musi udowodnić, że podoła roli chłopca. On też musi wytrzymać w spódniczce z powodów ambicjonalnych, ale osiąga cel w inny sposób – nie wchodzi w stereotypową rolę dziewczynki, lecz demonstruje, że dziewczynka nie musi być bierna i nieśmiała.

W charakterystyce Tosi pada jedyne w całej powieści zdanie o wpływie wychowania. Bohaterce brak odwagi, bo „chuchana i dmuchana przez babcię, mamę i ojca, zawsze pod ich opiekuńczymi skrzydłami, nie miała okazji wyrobić sobie tej cechy”. Czyżby wychowanie dziewcząt ze względu na swój upośledzający charakter było łatwiejsze do zauważenia?

Światy Tosi i Tomka to dwa odmienne obszary kulturowe. Ich mieszkańcy mają inne stroje, zachowania społeczne, rytuały, zaprzątają ich inne sprawy, inaczej się bawią, ba, nawet mówią innymi językami (Tomek ćwiczy do roli Tosi zdanie „upadłam na buzię”, choć sam użyłby słowa „pysk”).

1-Scan-026 1-Scan-028

Ożogowska akcentuje klasyczne szczegóły, którymi różnią się te dwa obrazki. Tosia, „cała gospodyni”, nie ma jeszcze 12 lat, a już robi w domu wszystko to, co mama: gotuje, sprząta, pierze, prasuje, szyje, szydełkuje itd. W tym czasie niewiele starszy Tomek poza domem zajmuje się budowaniem swojego autorytetu w grupie rówieśniczej, w tym pojedynkami o męski honor. Rzadko wykonuje pomocnicze prace domowe. Kiedy siostra gotuje obiad, kładzie się na tapczanie z książką „Marzenia inżynierów”.

marzenia inżynierów

Jednak największą różnicę stanowi strach. Tosia jest niepewna, zalękniona, unika konfrontacji. Najbardziej boi się ojca, choć jest jego pupilką. Naśladując mamę, raczej przymili się, załagodzi, zmanipuluje, a nawet skłamie, niż narazi na ojcowski gniew. Ten konflikt wartości odczuwa fizjologicznie: „Tosi od tego wszystkiego szumiało w głowie, pulsowało w skroniach, zaczęło ją boleć za uszami. Napiła się zimnej wody. Trochę pomogło”. Wzorem mamy we wszystkim wtóruje ojcu, rzekomo w trosce o jego zdrowie i domowy spokój, podczas gdy Tomek ciągle powoduje spięcia, bo „nie chce czy nie umie” pamiętać o wybuchowym charakterze taty.

To zresztą główny powód zamiany ról – Tomek wykazuje nieposłuszeństwo i wychodzi z domu, którego miał za karę nie opuszczać, a Tosia boi się przed tatą przyznać, że temu nie zapobiegła, więc postanawia podać się za niesubordynowanego brata. Woli skok w nieznane od wyznania, że zawiodła.

Rodzice zupełnie inaczej traktują dzieci w zbliżonym wieku, ale różnej płci. Mama pozwala się Tomkowi wykręcać od domowych robót zadanymi lekcjami. Nikt jakoś nie martwi się, czy Tosia pogodzi obowiązki szkolne z domowymi. I dziewczyna faktycznie jest podwójną prymuską. Tata wydaje co prawda polecenie „Tomek, pomóż Tosi”, ale sam wstaje od stołu i wychodzi. Kiedy jest zmuszony zrobić sobie jajecznicę, przedstawia to jako wyczyn i wyjątkową konieczność. Nie przykłada ręki do gospodarstwa, ale ma za złe Tomkowi, że go naśladuje. Właściwie nie dostrzega, że to naśladownictwo. Na tym polega ich konflikt – dojrzały samiec odmawia młodemu własnych przywilejów. Rzeczywisty wyższy status Tomka jest zamaskowany szorstkością ze strony ojca, tak jak służebność Tosi przybiera pozór specjalnej pozycji córeczki tatusia.

Wzorowa Tosia i niesforny Tomek są dziećmi architekta i nie wiadomo kogo. O zawodzie mamy nic nie wiemy. Liczy się tylko jego praca. Bo projektuje tysiąclatkę na konkurs i zarabia na większe mieszkanie. Zaharowuje się i dlatego jest wyjątkowo nerwowy. Mama się nie denerwuje i nie zarabia na tyle dużo, żeby warto było o tym wspomnieć.

Tuż przed zamianą dzieci wiodą dyskurs o domenach. Mężczyźni według Tomka zajmują się naprawdę ważnymi problemami, takimi jak zdobywanie żywności. Tosia podnosi problem prasowania chustek do nosa. Tomek nazywa go „typowo kobiecym” i „wybitnie nieważnym”. „Po co prasować chustki do nosa? I tak się zgniotą”. Wygraną dyskusję podsumowuje: „Redukujemy niepotrzebne czynności do minimum. Tak mówi ojciec do mamy. W jego zastępstwie tak mówię ja – do ciebie”. Oczywiście Tomek ma rację, tylko przemilcza to, że kobiety nie trwonią życia na krzątactwo z wrodzonego idiotyzmu. Jolanta Brach-Czaina dodałaby, że przedstawiona przez Tomka hierarchia jest pozorna. Domowe krzątactwo służy egzystencji, utrzymuje bezwład chaosu i śmierci poza granicami mikrokosmosu.

Tosia gotuje, sprząta, pierze, prasuje, szyje, szydełkuje i nawet jej do głowy nie przyjdzie, że marnuje czas. Nie jest też w stanie obronić swojego stanowiska, kiedy poproszony o wyrękę Tomek kwestionuje całe jej życie. Wyrzuca do śmieci cały jej wysiłek. Dziewczyna staje oniemiała. Będzie w duchu pomstować: „To jest sprawiedliwość: cała robota na mnie, a on przeżywa. On ma męskie problemy!”, ale nic z tego nie wyniknie.

Podobna sytuacja jest w „Fotoplastykonie” Krystyny Siesickiej (1969).

1-Scan-039

Asymetria wychowania prymuski Agaty i lawiranta Jaśka. Pobłażliwość matki wobec syna. Konflikt ojca i syna, którzy zachowują się identycznie, ale ojciec mierzy syna inną miarą: „Gdyby mój Tata był młodzieżą, mówiłoby się o nim, że jest uparty i krnąbrny. Ponieważ jest dorosły mówi się o nim, że ma charakter. Ten charakter odziedziczył po Tacie mój brat, Jasiek, on właśnie jest uparty i krnąbrny”. U Ożogowskiej tata zabiera Tomka od babci, która nie potrafiła zdyscyplinować wnuka. U Siesickiej tata zarzuca mamie, że wychowuje Jaśka na „niechluja i abnegata”, ale sam – jak tata Tomka – jakoś nie daje pozytywnego przykładu, najwyżej czasem wyprasuje sobie spodnie od garnituru.

Frustracja siostry większa niż w „Dziewczynie i chłopaku”: „Nasza Mama jest gospodarna, oszczędna, pogodna i skromna. Posiada jeszcze kilka równie wstrząsających cech […] Według »opinii publicznej« Mama powinna stanowić dla mnie wzór. Obawiam się jednak, że pomimo najszczerszych starań pozostanę na zawsze tylko Jej nędzną imitacją, a w tej chwili, to nawet do nędznej imitacji jest mi bardzo daleko. Z rozpaczą myślę o moim przyszłym życiu, które ma upłynąć pod hasłem: »PRACA, SKROMNOŚĆ, OSZCZĘDNOŚĆ!«. Będzie to chyba najnudniejsze życie, jakie potrafię sobie wyobrazić. A moja Mama, choć to zdumiewające i nieprawdopodobne, wygląda na osobę zadowoloną”. Agata ma świadomość genderowej presji społecznej. Jest o krok od feministycznego olśnienia. Tosi do tego daleko.

Agata i Jasiek odbywają nawet rozmowę o wartości pracy domowej podobną do tej, którą przeprowadzają Tosia i Tomek. Jasiek „bez cienia skrupułów bierze od mamy pięć złotych za mycie okien, chociaż cała rodzina potępia go za to”. Agata pomaga mamie za darmo i zarobek brata doprowadza ją do szału: „Mógłbyś robić to za »dziękuję«, a nie za pieniądze! – krzyczy Agata. – To powinien być twój psi obowiązek! Byś się wstydził!”. Wie, że ona na prowadzeniu domu nigdy nie zarobi, więc domaga się tego samego dla bliźniaka.

Jasiek przegaduje ją jak Tomek Tosię. Mama płaci pani Kapuścińskiej za mycie okien pięćdziesiąt złotych – wykłada Jasiek swoją teorię domowej ekonomii – więc on, biorąc tylko pięć złotych, dokłada się do utrzymania rodziny – daje mamie czterdzieści pięć złotych. Agata nie daje nic. Jej praca, ponieważ pozostaje bezpłatna, rzeczywiście jest „psim obowiązkiem” i nie ma żadnej wartości. Siostrze szybko kończą się argumenty. Nie może podać konkretnej kwoty, ale wie, że pracę, od której z wdziękiem wymiga się Jasiek, ktoś musi wykonać. Jeśli Agata się zbuntuje, mama sama zabierze się do roboty. Ta sytuacja przyprawia dziewczynę o wściekłość – pozbawiona wartości praca zyskuje konkretną cenę, gdy wykonuje ją pracowniczka najemna albo mężczyzna, ale dla Agaty nie ma to właściwie znaczenia, bo z jej punktu widzenia liczy się fatalizm obowiązków, które koniec końców może tylko zrzucić na barki innej kobiety.

Innym razem Agata w przypływie absurdalnego poczucia humoru wyobraża sobie rzecz niemożliwą – awanturę między rodzicami. Jerzy Flisak, ilustrator pierwszego wydania, pokazał tę fantazję tak:

1-Scan-040

Grafik musiał być kiedyś małą dziewczynką i bacznie obserwować pokorę swojej matki, skoro zaakcentował rysunkiem właśnie ten, pozornie błahy, fragment tekstu.

1-Scan-021 (2)

Wróćmy jednak do powieści Ożogowskiej. Tosia i Tomek muszą stawić czoła wyzwaniom, o których pozostając we własnej roli, nie mieliby pojęcia. Ale strategie obierają odmienne. Tosia przełamuje strach i zdobywa nowe umiejętności, podciąga się na wyższy poziom. Tomek wyrabia nowe umiejętności u kuzynek. To one muszą się podciągnąć. Tosia się zmienia, poszerza repertuar prac – poza obowiązkami dziewczyny podejmuje obowiązki chłopaka – rąbie drwa, buduje huśtawkę, jeździ konno itp. Tomek nawet nie rozważa podjęcia „kobiecych” prac. Skupia w swoim ręku domową władzę i „nowocześnie” zarządza pracą kuzynek: nazywa i rozdziela zadania, motywuje wykonawczynie, ustala hierarchiczne reguły komunikacji. Potrafi sprawić, że robota robi się „sama”.

Tworzy Atomowe Kierownictwo Domu, w ramach którego kuzynki, dotąd kłócące się zażarcie o każdą wolną minutę, bez protestu uwijają się po obejściu. Zanim pojawił się menedżer, wiedziały, że tak naprawdę nie chodzi o gotowanie, sprzątanie, zmywanie, karmienie kur, lecz o życie. „Grzeczne i miłe dziewczynki” w sporach o grafik zmieniały się nie do poznania: „Jedna drugiej skakała do oczu i starała się przekrzyczeć, wypominając, ile i kiedy zrobiła”. Pod zarządem rzekomej Tosi konflikty wygasają, podwładne chętnie trwonią egzystencję i nie kwestionują, że funkcje kierownicze („kontrola, pomoc i nadzór”) są najważniejsze. Kojąco i budująco wpływa na nie zwłaszcza legenda o wspaniałym bracie Tosi, który staje się wzniosłym ideałem tej przemienionej żeńskiej wspólnoty. Z jednej strony podwójny Tomek, realny i wyobrażony, działa na kuzynki dyscyplinująco, z drugiej już po pierwszym zwycięstwie nad agresywnymi sąsiadami w dziewczyny wstępuje nowy duch. Jakby tylko czekały na impuls, by porzucić rolę ofiar.

Tomek ma dwie trudności do pokonania. Pierwsza to stereotyp dziewczęcości. Żeby pokonać chłopacką bandę, która zdominowała sąsiedztwo i czyni agresywne wypady na terytorium podwórka cioci Isi, musi nie tylko zachowywać się nie-jak-dziewczyna – czyli przejąć inicjatywę, onieśmielić przeciwnika, przejść do ataku, z tym nie ma problemu – ale również zostać rzecznikiem równouprawnienia. On, który uważa dziewczyny za istoty niższe, perswaduje: „Teraz takie czasy, że dziewczyna od chłopaka niczym się nie różni”. A także: „Tylko bardzo, bardzo ciemna masa myśli, że dziewczyna nie potrafi tego, co chłopak”.

Czy obrońca Różnicy po wakacyjnej przygodzie zweryfikuje swoje poglądy? Mało prawdopodobne. Jego męskość jest zbyt krucha, zagrażają jej złe, piętnujące słowa. Na przykład „Szydełko”, gdy ktoś omyłkowo weźmie szydełkującą Tosię za brata. „Zgrywne przezwisko przylgnie do człowieka na całe życie. Ani tego odpruć, ani oskrobać”. Męskość trzeba cały czas inscenizować, i to w archaicznych, przerysowanych formach, stąd pojedynek o honor prawdziwego mężczyzny – siłowe i komisyjne ustalenie płci w gronie „najważniejszych chłopaków”.

Drugą, chyba jeszcze trudniejszą kwestią jest dla Tomka męska solidarność. Przyczyniając się do upokorzenia wrogiej bandy, profanuje najwyższą wartość – chłopacki honor: „Te słowa przypomniały Tomkowi, kim jest. Dotknęły do żywego męskie serce, chociaż odziane sukienką w kratkę. […] Kogoż on tutaj reprezentuje, przeciw komu staje i czyich interesów broni? O, zdrajco własnej płci!”. Nie może oczywiście zachować się jak-dziewczyna – biernie, lękliwie, ustępliwie, ale „klęska Łukasza będzie jego klęską. Zdrada Piotra – jego własną zdradą”. Wyjściem jest pakt o nieagresji, wspólna zabawa w Indian. Tylko że dopóki trwała wojna, panowała równość – rozejm przynosi powrót do tradycyjnych ról – „kobiety” przygotowują ognisko, „mężczyźni” przynoszą mięso. Inscenizacja bitwy pod Grunwaldem (po ustaleniu, że kobiety też mogą być rycerzami) przywróci równouprawnienie. Jakby tylko gry wojenne stwarzały po temu warunki.

1-Scan-029

Te mieszane istoty, Tosiek i Tomka, budzą niedowierzanie krewnych, do których trafiają. Stryj i kuzynowie traktują przebraną Tosię podejrzliwie – ich niechęć budzi „nienaturalna” delikatność i miękkość gościa, który – jak sobie tłumaczą – całkiem w tej Warszawie „zbabiał”. Kiedy zamiana wychodzi na jaw, stryj eksploduje radosną ulgą: „A matka nadziwić się nie mogła, że taki schludny chłopak, jak lalka! Ho! Ho! Ho! I miednicę myje po sobie! Ho! Ho! Ho! A to panna! Cudów nie ma!”. Widać, że pojawienie się dziwnego chłopca wytworzyło między małżonkami jakieś napięcie, było argumentem w konflikcie, którego przebiegu nie znamy.

Tomek jako nietypowa dziewczyna wywołuje podziw, kuzynki są zachwycone, cioci Isi siostrzenica podoba się tak bardzo, że wyraża twarde życzenie: „Chciałabym, aby moje dziewczynki były takie śmiałe i obrotne”. Podobne tęsknoty odkrywa w sobie ciocia Ola, patrząc na Tosię jako chłopca. Jej synowie nawet jajecznicy nie umieją usmażyć, a „Tomek” gorliwie podejmuje się wszystkich prac. Leśniczyna stawia go „swoim wisusom” za wzór dbałości o higienę. Oszołomiona wykrzykuje: „To będzie kiedyś mąż i wyręka dla żony!”. Czyżby zgłaszała w ten pośredni sposób zastrzeżenia w stosunku do męża, którego nie waży się krytykować wprost?

Tu chyba najbardziej uderza całkowity brak tematu wychowania – ani ciocia Isia, ani ciocia Ola najwyraźniej nie wiedzą, że mogłyby swoje dzieci wychować na śmiałe i obrotne dziewczynki i biorących udział w pracach domowych, czystych chłopców. Bierność jednych i niechlujstwo drugich są dziełem natury.

Powtarzam – Ożogowska jest lepszą pisarką niż socjo- czy antropolożką. Ma fabułę i dialogi, nie ma języka. Taki był w latach 60. stan kultury. Nie tak bardzo się zmienił. Autorka z jednej strony notuje to, co potocznie „się mówi” o jabłku i jabłoni, czyli przywołuje utrwaloną w przysłowiu tradycję myślenia genetycznego – z drugiej każe najpierw Tosi, potem Tomkowi posłużyć się retoryką równouprawnienia. Obejmuje ona pojęcia „zacofania” i „ciemnej masy”, więc przedstawia się jako nowoczesna i oświecona. Można nią próbować zawstydzać reprezentantów tradycyjnego porządku. Opiera się na pragmatycznym braku różnicy – „mężczyźni potrafią robić wszystko to samo, co kobiety”, „dziewczyna potrafi to, co chłopak”. Skoro mowa o potrafieniu, oczywiste jest uczenie się. Mimo symetrii tych zdań uczy się i potrafi tylko Tośka. Na kartach powieści rozgrywa się wczesny etap emancypacji – kobieta musi dowieść swej równości.

Zakończenie przywraca naruszony porządek. Modyfikacja jest drobna – ojciec despota odczuwa skruchę. Ale co się zadziało, to się zadziało. Mogliśmy zobaczyć patriarchat w ironicznym cudzysłowie. Bawić się rolami płciowymi, śmiać z ich sztywności i własnych oczekiwań. To, co dotąd było oczywiste, mogło stać się kwestią do przemyślenia. Ożogowska zachęcała do przekroczenia znanych reguł, otwierała wyobraźnię. Podpowiadała, że w całym tym genderze nie chodzi o mycie naczyń, tylko o życie i władzę. A wszystko bez wskazywania wrogów do odstrzału – w atmosferze inteligentnej, humanistycznej popkultury.

Reklamy

Pąsowy powrót do przyszłości

Przygoda Andy nie daje mi spokoju. Trochę już o niej pisałam, ale rzecz domaga się szerszego omówienia. „Godzina pąsowej róży”, powieść Marii Krüger, wydana w 1960 i zekranizowana przez Halinę Bielińską w 1963, wydaje mi się mocnym znakiem czasu.

1-Scan-013.BMPfilm Godzina pąsowej

Okładka książki i ilustracje poniżej Bożeny Truchanowskiej. Świetny plakat filmowy nie wiem czyj

Przypomnijmy – swobodna i energiczna nowoczesna dziewczyna zostaje uwięziona w epoce gorsetu. Ponieważ właściwie wszystko, co tam powie czy zrobi, jest skandaliczne, nieprzyzwoite, gorszące, podejrzane, odbiera twardą lekcję, z groźbą uznania za obłąkaną i ubezwłasnowolnienia włącznie. Już jej imię jest niestosowne. Wypada, żeby panienki miały na imię Anusia i Ewunia. Anda brzmi wulgarnie, kojarzy się z półświatkiem.

1-Scan-015

Ciekawe, że patriarchat jest przedstawiony jako system zaprzeszły, w archaicznym kostiumie. Współczesność to domena ugruntowanej, stabilnej, oczywistej emancypacji.

Śledząc dziś jej perypetie, mocno odczuwam opresję bohaterki bezustannie dyscyplinowanej i raczonej frazesami o godności kobiety. Film, momentami demoniczny, jeszcze pogłębia wrażenie feministycznego unheimlich.

gpr1

Kiedy niedorosła Anda, przeskoczywszy w czasie 20 lat, rozpoznaje w lustrze twarz zdziwaczałej starej panny, mimo komediowej konwencji za każdym razem ciarki chodzą mi po plecach.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_00.57.06_[2013.12.27_17.12.28]

Za co to wszystko? Anda dojrzewa, krew kapiąca na starą fotografię, ma tu znaczenie symboliczne. Rośnie niezależna, chce zostać mistrzynią świata w pływaniu, mieć sławę i pieniądze. Lekceważąco wyraża się o miłości i małżeństwie. Mogłaby najwyżej zostać żoną męża swojej żony. Ma gotowy projekt kostiumu femme fatale.

1-Scan-013

Oczywiście jej winą jest kłamstwo i manipulacja, a także złudzenie panowania nad czasem, czyli nowoczesna hybris, ale chyba również to, że choć reprezentuje literackie sprywatyzowane nastolatki swojej i późniejszej epoki, jest wytworem lat 50. I ta jej przynależność wzięta jest w wyraźny cudzysłów, opatrzona sygnałami ironii.

W powieści Anda ma zwyczaj powtarzać, że byt określa świadomość. Jest rzeczniczką elektryfikacji wsi i postępu technicznego, a przede wszystkim kultury fizycznej i higieny. W filmie wypowiada sporo silnie nacechowanych słów, które w 63 roku musiały jednoznacznie kojarzyć się z propagandą „okresu błędów i wypaczeń”.

1-Scan-020

„Reprezentuje pani gusła i zabobony?”; „ciachnij te pęta zacofania i przesądów!”; „postaram się przystosować na zasadach naukowych”; „epoka! byt określa świadomość!”; „to jest ucisk człowieka przez człowieka”. Elżbieta Czyżewska idealnie podała te kwestie jako przejawy retorycznego automatyzmu, wtręty odstające od żywego języka, którym posługuje się bohaterka.

Podróż w czasie jest więc (jak mówi filmowa Anda) „metafizycznym dowcipem” zrobionym młodocianej materialistce. Fantastyczna odnoga czasu służy złamaniu antyromantycznego oporu dziewczyny. Połączenie emancypacji z językiem epoki przedodwilżowej potwierdza tezę, że po 56 roku często starano się powiązać równouprawnienie kobiet ze stalinizmem i w ten sposób je skompromitować.

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że zarówno Krüger, jak i Bielińska (zresztą rodzone siostry) znają jak zły szeląg i celnie krytykują patriarchat, a mimo to poddają wolną od jego wpływu bohaterkę ostrej tresurze. Chcą, żeby zaznała wszelkich przedemancypacyjnych ograniczeń. Chcą jej dać nauczkę. Zderzają jej nowoczesną niewinność z obsceniczną kulturą, w której funkcjonują niezliczone zakazy dotyczące języka, zachowania i ciała kobiety.

1-Scan-021

Ponieważ nie planowała zamążpójścia, nie rozumiała pojęcia „stara panna” i zamierzała żyć według własnej woli – doświadcza każdego ze złych scenariuszy czekających w końcu XIX wieku na kobiety ze sfery mieszczańskiej: targów przedmałżeńskich, żałosnego staropanieństwa oraz losu obarczonej gospodarstwem domowym i dziećmi paniusi na utrzymaniu męża.

1-Scan-022

Nadużywała swobody i bezpośrednich relacji z nowoczesnymi rodzicami – trafia pod inwazyjną kuratelę matki i ojca, którzy opierają swoją władzę na rytualnym dystansie.

1-Scan-017

Była traktowana prawie jak dorosła – pozostając w tym samym wieku, spada do statusu dziecka. Ironizowała, śmiała się i żartowała – staje przed murem niewzruszonej powagi.

Nie lubiła się uczyć fizyki – na pensji trenuje gównie kaligrafię i pokorę, bo od płci pięknej nikt nie wymaga znajomości ułamków dziesiętnych. Nie wstydziła się nagości, chodziła w nie krępujących ruchów portkach – zostaje na stałe wbita w gorset, sutą suknię, kapelusz, wstrzymujące krążenie podwiązki i ciasne trzewiki, nawet myć się musi w grubej koszuli.

1-Scan-018

gpr

Gimnastykowała się i pływała – nie wolno jej podnosić nawet wzroku. Dyskutowała i stawiała na swoim – każde jej słowo klasyfikowane jest jako przejaw choroby nerwowej. Seksualnie uświadomiona – nie może choćby wspomnieć, że siostra będzie w przyszłości miała dzieci, i nie ma wstępu na „Halkę” (operę o „dziewczęciu, które zeszło z drogi cnoty”).

Miała w matce wzorzec kobiety niezależnej, dojrzałej, ale młodzieńczo aktywnej, żyjącej własnym (zawodowym i towarzyskim) życiem – trafia pod władzę zbolałej matrony, którą zajmuje tylko zamążpójście córek i która może im przekazać najwyżej „zawód przyszłej wzorowej pani domu” posłusznej we wszystkim mężowi.

Mimo to Anda książkowa waha się w ocenie epoki, w której ugrzęzła, a Anda filmowa w pewnym momencie zaczyna czuć się w 1880 roku szczęśliwa.

 polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.13.30_[2013.12.27_17.33.53]

Bohaterkę uwodzi mieszczański styl życia, przestrzeń życiowa, wystroje wnętrz, suknie, jedzenie.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_00.48.26_[2013.12.27_16.54.54]

No i – last but not least – formalna uprzejmość mężczyzn wobec kobiet. W powieści jednak nastolatka ostatecznie wybiera nowoczesność, bo „daje […] o wiele więcej swobody dziewczętom”. Anda kwestionuje wartość galanterii wobec kobiet rzekomo otoczonych podziwem i uwielbieniem. „Wolę nie być bóstwem – orzeka – a ubierać się po ludzku, używać sportów i chodzić do kina”. Książka kończy się nagle, bez morału. Anda zostaje ze swoim osobliwym doświadczeniem sama. Coś z nim zrobi albo nie.

Film – wynik siostrzanej współpracy – ma wymowną pointę. Kończy się palimpsestem epok. Współcześnie powtarza się ta sama scena randki przy księżycu, całowania w rękę i porozumienia zakochanych, którą już widzieliśmy w wersji kostiumowej.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.04.18_[2013.12.27_17.22.49]

Nowoczesna nastolatka życzliwiej spogląda na oddanego Karola, a on zachowuje się jak dżentelmen.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.16.52_[2013.12.27_17.38.09]

Pąsowa róża – początkowo rekwizyt frywolnej cioci i symbol patriarchalnej pułapki, pojawia się jako znak uczucia i przymierza płci.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.16.57_[2013.12.27_17.38.19]

„Porozmawiajmy raz jak ludzie – mówi Anda w XIX wieku. – Przecież nas oboje jakoś okropnie wykiwano. Dlatego chyba powinniśmy trzymać się razem”. Karol, kończąc tę samą rozmowę w XX wieku, upewnia się: „I wszystko zaczyna się dla nas od początku, prawda?”.

Krüger i Bielińska nie były strażniczkami patriarchatu i nie sądzę by chciały/musiały pomagać ekipie Gomułki w odcinaniu się od rządów poprzedników i propagowaniu powrotu do tradycyjnych ról płciowych. Wiedziały też, że romantyczny sztafaż bywa maską poniżenia i zniewolenia kobiet. Dlaczego więc skończyły film w ten sposób? To właśnie nie daje mi spokoju.

Film jest odważniejszy obyczajowo od książki. Zawiera jaskrawą krytykę mieszczańskiej i religijnej obłudy, której istotą jest płciowa asymetria standardów moralnych. Kiedy kobiety i służba poszczą na intencję zamążpójścia starszej córki, pan domu z ustami pełnymi pieczeni poucza, że „zasady religijne są niewzruszoną opoką rodziny”. Szanowany ojciec rodziny, dbając o dobre imię, dąży do ubezwłasnowolnienia „szalonej” szwagierki, ale sam bywa w domu publicznym, czemu zresztą towarzyszy specyficzna odmiana cichego i zgorszonego, ale jednak przyzwolenia społecznego. Wyjątkiem jest ciocia Eleonora, której wdowieństwo i majętność pozwalają na względną swobodę (również seksualną).

1-Scan-023 (2)

I po doświadczeniu tego wszystkiego siostry kazały bohaterce ulec romantycznemu nastrojowi, zmięknąć, poddać się urokowi dawnych form. Iść na ustępstwa. Czyżby naiwnie postulowały połączenie swobodnego, nowoczesnego życia i anachronicznego stylu? Odstręczała je surowa emancypacyjna estetyka, którą kojarzyły z okresem stalinizmu? Obawiały się zbyt daleko idących konsekwencji równouprawnienia? Wszystkie te ewentualności wyglądają tak strasznie, że aż nieprawdopodobnie (jak można przeprowadzić błyskotliwą krytykę patriarchatu, żeby ją następnie wyrzucić za płot?).

Strategicznie najlepsze wyjaśnienie byłoby może takie, że Krüger i Bielińska chciały wyjść poza antagonizm płci, wskazać, że również mężczyźni w patriarchacie są, choć w inny sposób, ograniczani – świadczyłyby o tym słowa „nas oboje jakoś okropnie wykiwano”. Ale taka interpretacja jest chyba za słaba wobec fatalnej siły pocałunku w rękę, której zdają się hołdować autorki. Pewne pocieszenie stanowi ostatni grymas Czyżewskiej – bohaterka najwyraźniej nie całkiem zgłupiała, skoro impulsywnie porzuca romantyczną formę.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.17.26_[2013.12.27_17.38.59]

Czekając na Wasze pomysły interpretacyjne, będę sobie wyobrażać, jak nowoczesna dziewczyna Marii Krüger czułaby się w naszych czasach.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.01.39_[2013.12.27_17.19.54]

Joanna Chmielewska w „Przeklętej barierze” (2000) ściągnęła do współczesności hrabinę z 1882 roku i kazała jej się entuzjazmować nowoczesną techniką i swobodą obyczajową. Juliusz Machulski w „Ile waży koń trojański?” (2008) zesłał bohaterkę w późny PRL przedstawiony jako egzotyczna enklawa zacofania, polegającego głównie na podrzędnej pozycji kobiet. Ten genialny koniunkturalista odwołał tym samym swoją „Seksmisję”, gdzie pokazywał PRL jako hipernowoczesny system totalnych babskich rządów. (Kiedy się chce zrobić karierę na satyrze z PRL-u każdy sposób jest dobry).

Mam wrażenie, że Anda przeniesiona do 2014 roku mogłaby się poczuć bardziej jak w 1880 niż jak u siebie. Im dłużej czytam peerelowskie powieści dla dziewcząt, tym silniejsze mam wrażenie, że żyjemy w czasach cywilizacyjnego regresu. Pamiętam, że to „tylko” literackie projekty rzeczywistości społecznej, a jednak.

Najpilniejsze zadanie – zanalizować i wyjaśnić sobie to wrażenie.

Tereska i Okrętka (I)

Były nierozłączne, sobie nawzajem najbliższe. Spędzały więcej czasu w swoim towarzystwie na ulicach Warszawy i mazurskich jeziorach niż z rodzinami w domu.

Charakterystyczną sytuację, w jakiej je widywałyśmy, można by określić formułą „ciało w ciało z przyjaciółką”, a polegała ona na zsynchronizowanym wysiłku fizycznym mającym na celu wprawienie w ruch pojazdu, przemieszczenie się, oddalenie, przemierzenie przestrzeni, nabranie impetu, wykonanie zadania. W tym obrazie liczyła się podwójność sprawiająca wrażenie zręcznej jedności.

W „Zwyczajnym życiu” (1974) wspólnie kierowały platformą na kółkach, którą przewoziły sadzonki drzewek. Odpychały się przy tym symetrycznie nogami jak na hulajnodze. Osiągały znaczną prędkość i brawurowo brały zakręty. W „Większym kawałku świata” (1976) idealnie zgrane wiosłowały i sunęły kajakiem. „Na krańcu jeziora dwa wiosła migały w słońcu jak jedno, zgarniając wodę długimi pociągnięciami”. Za to jedno krystaliczne zdanie i ewokowany przez nie obrazek jestem gotowa wybaczyć Chmielewskiej wszystkie okropne barokowe powieścidła, które produkuje ostatnimi czasy.

1-Scan-006

Jej bohaterki od czternastego roku życia liczą tylko na własne siły. Zarabiają korepetycjami na długą survivalową wyprawę po Mazurach, którą odbywają w wielkim stylu. Jako indywidualistyczne harcerki potrafią sprawnie pływać kajakiem, orientować się w nieznanym leśnym terenie, rozbić biwak, rozpalić ognisko jedną zapałką, skonstruować wędkę i wędzarnię, zrobić maszt, żagiel i wiosła z niczego. Przeżyć na złowionych rybach i zebranych owocach, gdy skończą się pieniądze.

„Całkiem same sobie, we dwie!”.

Inteligentne, odważne, energiczne, niezależne, zaradne i krzepkie, wyręczają milicję w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Ich przygody są czymś w rodzaju dziewczyńskiej wersji Pana Samochodzika. Kierowane poczuciem obywatelskiego obowiązku nie dają się odsunąć od śledztwa i dzięki uporowi stają się dla milicji podmiotami, niezbędnymi współpracowniczkami, a nie tylko nastolatkami, które trzeba chronić. Słowa „współpracowniczki” używam tu eksperymentalnie w pozytywnym sensie.

Z drugiej strony są – jak wszystkie bohaterki Chmielewskiej – inteligentnymi idiotkami. Zagadki rozwiązują po babsku – nie za sprawą racjonalnego myślenia, a metodą impulsu i ślepego szczęścia. Przypadkiem znajdują się w odpowiednim miejscu i osobliwym zachowaniem nieświadomie sieją chaos w planach przemytniczych szajek.

Ostatecznie znajdują odpowiednich mężczyzn, kontentują się bukietem róż i pocałunkiem w dłoń oraz gołosłownym stwierdzeniem, że to one powinny iść do szkoły oficerskiej, a nie młody milicjant, któremu pomogły się wyróżnić. Potulnieją i ogłaszają antrakt w byciu samodzielnymi.

Dziś z zażenowaniem czytam, że ironiczna Tereska odczuwa „ciepłą radość”, kiedy Robin, tajemniczy opiekun, obsztorcowuje ją za lekkomyślność i robienie głupstw. Trzeźwa dziewczyna najwyraźniej interpretuje to jako przejaw troski i odpowiedzialności, wyraz wielkiej miłości. Ale te żenujące fragmenty mimo wielokrotnej lektury są dla mnie nowością – jakby nie zapisywały się w pamięci.

Pamiętam furiackie rąbanie drzewa, zwożenie drzewek w czynie społecznym, euforyczną swobodę i kontrolowane zagubienie w labiryncie mazurskich jezior. Pamiętam, jak Tereska otrząsała się ze skłonności do żałosnego Bogusia. Opanowywała słabość w kolanach i głowie, by rzucić się w wir przygód. Czy też raczej rzucała się w wir przygód, żeby zapomnieć o fatalnym Bogusiu. Fantazję o omdlewaniu w jego ramionach zastępowała fantazją o narodowych skarbach, które musi ocalić.

Skoro już mowa o fantazjach. Tereska nie wiedzieć czemu ma wyobraźnię melodramatyczną. Samodzielna i pragmatyczna, marzy o romansowej bezwolności – że zostaje napadnięta, a Boguś staje w jej obronie i niesie omdlałą do domu. Napór wyobrażeń jest ogromny. Powstrzymywany resztkami zdrowego rozsądku rośnie i wreszcie rozrywa tkankę rzeczywistości. Znika biurko, a na jego miejscu pojawia się klęczący Boguś z różami.

W tej swojej-nieswojej, wyraźnie zapożyczonej fantazji Tereska może być kobietą, ciągle będąc dzieckiem. Wyobraża sobie swój idealny ubiór, uczesanie, makijaż, zachowanie. Widzi siebie jako „wytworną młodą damę, doskonale ubraną, czarującą wdziękiem, spokojną, chłodną i uwodzicielską, doświadczoną i światową”.

Kiedy próbuje się przedzierzgnąć we własną fantazję o sobie, wykonując odpowiedni makijaż, wyszukany, ale nie rzucający się w oczy, rozpoznajemy w tej paradoksalnej zasadzie kosmetycznej kwintesencję wewnętrznie sprzecznego kodeksu współczesnej kobiety. Rezultat jest wstrząsający – Tereska zamiast młodą damą staje się klaunem. Jej twarz zniekształcają jaskrawe, dysharmonijne kolory. Innym razem, idąc za radą znalezioną w czasopismie, nakłada odmładzającą maseczkę i osiąga podobny efekt – traci twarz na rzecz przerażającej chorobowej maski.

Niech nas nie zmyli komizm tych scen. Rozgrywa się w nich dramat nieudanej genderowej maskarady.

Tereska po prostu nie potrafi wejść w rolę kobiety. Za każdym razem ląduje w groteskowym kostiumie i zeskorupiałej masce. I całe szczęście. Bo na ile jest dzieckiem, na tyle jest wyemancypowana. Dzieci Chmielewskiej są trzeźwiejsze, mądrzejsze, silniejsze niż dorośli, dziewczynki – trzeźwiejsze, mądrzejsze, silniejsze niż dziewczęta. Przykładem Janeczka, bohaterka innego cyklu powieściowego, która zresztą pojawia się gościnnie w „Większym kawałku świata”. Ma przejrzyste, niebieskie oczy wyrażające najdoskonalszą niewinność i wzgardliwy głos. Natychmiast dogaduje się z Tereską i Okrętką, bo mają ze sobą dużo wspólnego.

Wydaje się, że przyjaciółki najlepiej by zrobiły, pozostając dziećmi. W ich interesie leży rozwijanie w sobie Janeczki. Nie znamy ich dalszych losów. Chociaż dorosłe bohaterki innych jej powieści mają sporo dziecięcej bezceremonialności i egoizmu – Chmielewska zamyka dziewczęcy cykl zapowiedzią wielkiej zmiany, może nie absolutnej, ale amnezji.

Jak myślicie, gdzie są teraz Tereska i Okrętka? Co u nich słychać?

Cdn.