Archiwum kategorii: między ludźmi

Spółdzielnia i jabłko

W latach 60. peerelowskiej powieści dla dziewcząt zarzucano, że jej bohaterki zbyt często pochodzą z miejskich, dobrze sytuowanych rodzin inteligenckich, że ich obyczaje i pragnienia są klasowo ograniczone i że jako takie nie powinny kształtować dążeń czytelniczek o rozmaitym przecież backgroundzie społecznym. Z niejakim potępieniem nazywano gatunek literaturą tergalową (tergal to – jak tłumaczy Jedna z Czytelniczek Bloga – rodzaj sztucznej, dość drogiej, modnej tkaniny). Teraz, w drugim odcinku minicyklu o dziewczęcych marzeniach, przyjrzymy się przykładom tendencji odwrotnej.

Do powieści propagujących odmienne wzorce aspiracji należy adresowana do młodszych czytelniczek Cesia Natalii Rolleczek (1971, ale powstała wcześniej, bo w 1969 dostała nagrodę w konkursie Naszej Księgarni).

Cesia Maria Uszacka (1) Cesia Maria Uszacka (2)

Obwoluta i (niżej) ilustracje Marii Uszackiej

Tutaj wspólne marzenie dwóch dziewcząt rodzi się z własnego nieszczęścia rezonującego ze zgryzotami innych. Cesia i Wiesia marzą o założeniu wiejskiej spółdzielni, uprawie roślin, hodowli zwierząt, pasiece, nowym domu. Gospodarstwo będzie autarkiczne, ewentualne nadwyżki produktów sprzeda się w mieście. Założycielki nie zgadzają się jeszcze co do szczegółów (np. czy chcą mieć telewizor, czy nie), ale przysięgają wierność sobie nawzajem i projektowi. Cesia jest przybyszką ze wsi, upokarzaną przez miejskich kuzynów. Spółdzielnia już w fazie projektu stanowi dla niej źródło dumy. Wbrew własnej woli musiała opuścić dziadków i przenieść się do Krakowa, gdzie od jakiegoś czasu pracuje (jako pielęgniarka w Nowej Hucie) jej owdowiała mama, która ma wielkomiejskie ambicje i pogardza wiejskim stylem życia. Cesię zamierza wychować na miejską dziewczynę. Na razie mama dużo pracuje, by zarobić na mieszkanie, i stara się o nowego ojca dla córki, toteż nie może się nią zajmować – mieszkają osobno.

Wiesia mieszka w Domu Młodzieżowym, przez co też odstaje od rówieśników. Rodzice ją porzucili („Każde w innym mieście. Kiedyś ci opowiem”). Przyjaźń i marzenie o spółdzielni znaczy dla niej jeszcze więcej niż dla Cesi. Podobnie dla Marka, sieroty, uciekiniera z domu dziecka, i Laszla, cygańskiego chłopca, który chce się uczyć, mimo że wujek mu zabrania. Wujek, jak inni Cyganie, dostał mieszkanie i pracę w Nowej Hucie, ale z tęsknoty za taborowym życiem pije i bije Laszla. Chłopak woli poniewierkę bezdomności i dorywczych prac. W przyszłości – ustalają to już teraz – będzie mężem Cesi i ważnym członkiem spółdzielni.

Od razu widać, że nie o produkcję rolną tu idzie. Będzie ona środkiem do celu, czyli zawiązania się nietypowej rodziny z wyboru dla ludzi rodzin pozbawionych lub mających inne niż biologiczni krewni pomysły na życie. Już teraz więź z małymi spółdzielcami jest dla Cesi ważniejsza niż fizycznie i kulturowo odległa mama. Dziewczynka chwilowo przystaje na tradycyjny, choć pozornie nowoczesny, projekt mamy (trzeba mieć mieszkanie w mieście, trzeba zrekonstruować typową rodzinę zdekompletowaną przez śmierć). Nie chce jej robić przykrości. Ale gdy tylko stanie się to możliwe, wybierze inny model.

Już się do tego przygotowują. Już dzielą role. Cesia i Wiesia będą wszystko organizować, bo na chłopców nie można liczyć. Już planują kursy rolnicze. Kto czego powinien się nauczyć. Ile będzie drzewek w sadzie. I że to życie będzie lepsze niż życie babci i dziadka Cesi dzięki łazience i studni (?). Już im lżej, bo „czeka na nich wymarzone miejsce, gdzie chce się żyć i pracować!”. Pewien problem dla przyjaciółek – zagorzałych kinomanek – stanowi brak na wsi kina. Ale tylko przez moment: „Kino nam niepotrzebne, bo my same możemy kręcić sobie filmy. Takie na wąską taśmę, rozumiesz? I wyświetlać”. Pomysł natychmiast rozwija się w szczegółowy plan nadania wiejskiej egzystencji prestiżu potwierdzonego międzynarodową nagrodą: „My nie będziemy zacofane. Zapiszemy się do klubu amatorskich filmów. Zrobimy film z Modrzan. Może nawet ten film dostanie Złotego Lajkonika?”. Cesia wzdycha: „Jakie to szczęście mieć taką mądrą przyjaciółkę”.

Cesia Maria Uszacka (4) Cesia Maria Uszacka (3)

Jeszcze wyraźniej wiejski wzorzec prestiżu propaguje Anna Kamieńska w powieści Rozalka Olaboga (1968, datowana 1966), też przeznaczonej dla młodszych dziewcząt.

rozal

Okładka Zbigniewa Rychlickiego

Cesia znała wieś, więc tam ją ciągnęło. Rozalka jest miejskim dzieckiem, które spontanicznie wiąże swoje marzenia z małym miasteczkiem.

snapshot20150503215644

Kadry z serialu w reż. Jadwigi Kędzierzawskiej

Ucieka z Krakowa od ciotki, by wreszcie zamieszkać z mamą, która uczy przyrody w prowincjonalnym Borze i uważa, że nie może zabrać ze sobą córki na wynajęty pokój do miasteczka, w którym nie zamierza zapuścić korzeni: „Choć pracowała w Borze już dobrych kilka miesięcy, prawie cały rok szkolny – żyła osobnym, własnym życiem”. Nauczycielka nie wie, co się dzieje, ma uszy zamknięte na plotki, nie chce być wścibska, tymczasem jest wyalienowana. „Rozalka była inna. Rozalka od pierwszego dnia nie była ani obca, ani nowa. Rozalka wcisnęła się wszędzie. Rozalka wiedziała wszystko o wszystkich dla wszystkich. Rozalka była jak chłonna na sprawy ludzkie bibuła”. Lokalne sprawy stają się jej sprawami. Więcej, działa jak katalizator: „Wszędzie gdzie się pojawiła, zaczynało się coś dziać i nigdy z żadnych swoich wypraw, swoich latań – jak to określała matka – nie wracała bez wieści, mało – bez sensacyjnych, szokujących wieści!”.

Tu też specjalna więź między córką i matką zostaje odczarowana. Literatura polska (i nie tylko) pełna jest totalnej matczynej miłości lub jej traumatycznego braku, a także dziedziczenia losu starszych kobiet przez młodsze. Kamieńska (i Rolleczek) nie pisze ani o fatalnej, ani o radosnej reprodukcji wzorca kulturowego w drugim pokoleniu. Matczyno-córczana miłość swoją drogą, a styl życia, hierarchia wartości swoją. Matki – jednostkowe, samotne, wyizolowane – stanowią układ zamknięty, a jednocześnie są grzeczniejsze, posłuszniejsze wobec tradycyjnych nakazów. Córki – uspołecznione, wyposażone w więcej „wypustek” łączących je ze zbiorowością – są odważne i pełne egzystencjalnej inwencji.

Rozalka jest kiepską dziewczynką („ani warkocza, ani jedwabistych włosów, ani żadnej czułości i słodyczy”).

snapshot20150507214206 snapshot20150507214213

Aleksandra Piotrowska w roli Rozalki Bożkówny

Wolałaby być chłopcem

snapshot20150507220052 snapshot20150507220101 snapshot20150507220128 snapshot20150507220138 snapshot20150507220236 snapshot20150507220301

i jak chłopiec się zachowuje.

snapshot20150503224236 snapshot20150507220818

snapshot20150525212505 snapshot20150525212534 snapshot20150525214920

Mama, też z trudem mieszcząca się w roli kobiety, ma jej to za złe. Ale nie tylko z powodu wychodzenia poza gender Rozalka zajmuje w Borze pozycję szczególną. Trochę podrzędną, trochę uprzywilejowaną. Jest córką nauczycielki, ale jakieś dziwnej, wdowy, bez własnego kąta, która wszędzie chodzi krokami dragona z kluczem do oznaczania roślin, budząc zdziwienie i śmiech zdezorientowanych sąsiadów.

snapshot20150503220419 snapshot20150511212334

Krystyna Sienkiewicz w roli mamy Rozalki

Dziewczynka natychmiast dostaje przezwisko „Olaboga”, które streszcza konserwatywną reakcję prowincjonalnego otoczenia, ale zostaje przez nią wykorzystane jako przedmiot dumy: „Trzeba było je wykrzyknąć jak zawołanie bojowe, jak okrzyk zdumienia, podziwu i nie wiem jeszcze czego. Ale jej przezwisko w każdym razie na pewno miało za sobą wykrzyknik”.

Rozalka, wyczulona na niesprawiedliwość, widzi krzywdy, z którymi inni się dawno pogodzili, i działa, by je naprawić. Z tym wiążą się jej najgorętsze pragnienia. O zmianie na lepsze i sobie w roli wybawicielki najczęściej marzy. „Zamawia” sobie sny o świętym Jerzym, obrońcy pokrzywdzonych, ale ten nie przybywa. Na szczęście Rozalka jest uparta i ma skłonności przywódcze, wchodzi w rolę rycerza i często udaje jej się osiągnąć cel. Na przygadywanie, że świata nie przerobi, ma krótką odpowiedź: „A właśnie, że przerobię”.

Dziecko pewnej kobiety nie ma siły ssać piersi. Matka już z niego zrezygnowała, pogodziła się ze smutnym przeznaczeniem. Prezentuje jednocześnie chłopski fatalizm i niewiedzę o nowoczesnych sposobach karmienia niemowląt. To dość szokujący obraz polskiej wsi lat 60., gdzie niemowlęta jak w XIX wieku umierają, jeśli nie mogą być karmione mlekiem matki. Gorzej – doktor, który najwyraźniej też już postawił na dziecku krzyżyk, zagadnięty przez Rozalkę, mówi bez przekonania: „Trzeba by tu szpitala. Specjalnego pokarmu. Mieszanek. Ta kobieta ich nie przygotuje”. Dziewczynka przyprowadza zrezygnowanej matce kozę, objaśnia jak przygotowywać i podawać dziecku kozie mleko. Podporządkowuje sobie dorosłą kobietę i zmusza ją do działania.

 snapshot20150519211229

Sąsiedzi trzymają niewidomą córkę w chlewie. Rozżalona Rozalka wszczyna konflikt, płacze, krzyczy, za co porządnie obrywa od brata więzionej.

snapshot20150519212641

Chłopak zostaje zawieszony w prawach ucznia. Od tej pory akcja toczy się dwutorowo. Sprawą niewidomej dziewczynki zajmuje się Kwietniowa, żona przewodniczącego miejskiej rady, która ruga nieudolnego męża: „Co z ciebie za przewodniczący! Na twoim terenie takie sprawy się dzieją! Dziecko niewidome chowają w chlewie! Jak zwierzę! Znęcają się. A ty nic! Dziewczyna naraża się, walczy, bije się o sprawiedliwość. […] Do zakładu trzeba, do lekarzy, do szkoły. Ruszaj, załatwiaj, staraj się! Na co cię wybrali? I Kwietniowa już chustkę na głowę. Pędzi. Trzask drzwi”.

snapshot20150519211502 snapshot20150503223232

Krystyna Tkacz jako Kwietniowa, matka Klimka

Rozalka zaś z sińcem pod okiem staje w obronie kolegi, który ją pobił. On nie jest chuliganem, zdenerwował się, krzyczałam na niego, on nie jest winien, musi się uczyć. „To ciemni ludzie”, ich syn też taki będzie, jeśli zostanie usunięty ze szkoły. Kierownik nie słucha,

snapshot20150519212723

więc Rozalka ukrywa się i stawia warunek – nie wróci, dopóki chłopakowi nie cofną kary.

Kwietniowa byłaby lepszą przewodniczącą niż mąż, a Rozalka jest do niej podobna: „energiczne i porywcze, szorstkie i jednocześnie skore do naprawiania świata”. Kto wie, może w przyszłości obejmie funkcję? Nadaje się tym bardziej, że w Borze, stojącym przed wielkim modernizacyjnym skokiem i z tego powodu skłóconym, Rozalka nie opowiada się ani za nowym, ani za starym porządkiem. Bierze co dobre z tradycji i z nowoczesności. Przede wszystkim domaga się sprawiedliwości. Kiedy w przeddzień lipcowego święta zostaje wyróżniona zaproszeniem na przyjęcie dla dzieci pracowników powstającej kopalni – nie chce iść sama. Domaga się, by dyrektor zaprosił wszystkie dzieci z Boru, bez podziału na lepsze i gorsze.

Rozalka nadaje się na lokalną polityczkę również dlatego, że chce i potrafi być każdym. Jest ruchliwa, żywiołowa, empatyczna, chłonie przyrodę, słońce i wiatr.

snapshot20150503222216 snapshot20150503220321

Nie pilnuje swojej skóry, swego ciała, opala się, płowieje, moczy w wodzie, brudzi, kaleczy, parzy pokrzywami, znosi na sobie do domu błoto i siano. Oddaje się bez reszty. Nie ma własnej tożsamości. Nabiera cech spotykanych ludzi, ulega wydarzeniom. Przymierza się do różnych zachowań, nawet skrajnie obcych, jak bezruch aptekarzowej, nieporadnej pani Sabinki, która, zdobna w koronki i pierścionki, pędzi osobliwy żywot w pokoju pełnym roślin i ptactwa. Sama podobna do ptaszka w klatce czy lalki. „Rozalka czasami siada na krześle tak samo jak pani Sabcia – przechylona w tył, jakby omdlała. Kładzie na kolanach ręce. „Jestem pani aptekarzowa” – wyobraża sobie. – Ale dłonie Rozalki są szorstkie, czerwone, takie brzydkie dziewczyńskie łapska”.

snapshot20150624220619

Rozalka przyjmuje punkt widzenia aptekarzowej (w tej roli Anna Milewska)

snapshot20150519210621

Tutaj Rozalka naśladuje starą chłopkę

Kiedy słyszy, że dzieci dawniej częściej chorowały i umierały, postanawia, że zostanie lekarzem. „Och, czymże już nie postanawiała zostać Rozalka! Misjonarką, szewcem, lotniczką, podróżniczką, furmanem, a teraz jeszcze – lekarzem”. Kiedy zobaczy, jak się w Borze Dolnym robi garnki, zapragnie być garncarką. Po wycieczce do lasu chce zostać gajowym(-wą?), po przedstawieniu – aktorką. W ten sposób Rozalka ciągle zmienia perspektywę i w szczegółach poznaje lokalną społeczność. Spojrzenie na regularne pudełka nowych bloków uświadamia jej konieczność indywidualizacji władzy: „A każdy człowiek jest inny. Niepodobny do geometrycznego rysunku. Ma inny nos, oczy, uszy, ręce. Inne serce, inne zachcianki. Okropnie trudno byłoby wymyślić wzór geometryczny na każdego człowieka”. Ona oczywiście o władzy nie myśli, ale można powiedzieć, że się do niej praktycznie przygotowuje.

Pewien kłopot ma z Głupią Aurelką, wariatką bytującą na dalekim marginesie społeczności, odrażającą i śmieszną, a dla Rozalki groźną.

snapshot20150511214045 snapshot20150511214056

Dziewczynka ucieka przed obłąkaną żebraczką, ale się tego wstydzi. Przełamuje wstręt i lęk – najsilniejsze odruchy powodujące odrzucenie odmieńca. Zaprzyjaźnia się z Aurelką, której podarowuje chusteczkę, czyli coś, co obwieszoną szmatami kobietę na pewno ucieszy. Dar stara się nadążyć za niezrozumiałym szaleństwem, choć mógłby być protekcjonalnym napomnieniem (np. mydło).

Banda Walka Górala kradnie jabłka z sadu organisty, który kusi tym bardziej, że otacza go mur z drutem kolczastym i strzeże zły pies. Suche, czarne od słońca chłopaki stają się złodziejami, a organista jest pysznym posiadaczem, który budzi zazdrość, a więc demoralizuje społeczność swoim bogactwem. Rozalka kołysze nogami w uwalanych gliną trepkach, jej myśli luźno skaczą z tematu na temat i roi jej się wielkie wspólne jabłko. Wszyscy mogliby je gryźć i wcale by nie ubywało. Powieść kończy wyświetlająca się przed zamkniętymi oczami dziewczynki wizja potopu, przed którym mała zbawczyni ratuje kopalnię i Bór. Rozalka raczej nie poprzestanie na małych zasługach.

Następny wpis też będzie o marzeniach. Dokładniej o bohaterkach, które uciekają z domu, żeby swoje marzenia spełnić albo odnaleźć.

Krzątacze osobliwości

Miało być o marzeniach bohaterek. Tymczasem w „Jeziorze osobliwości”, powieściowym debiucie Krystyny Siesickiej z 1966 roku, zobaczyłam coś, czego dotąd nie dostrzegałam. Ostatnio pisałam, że z pracami domowymi w peerelowskich powieściach dla dziewcząt jest kłopot – rzadko zajmują się nimi nowoczesne matki, tym bardziej córki, incydentalnie ojcowie i bracia. Obowiązki zaskakująco często przejmuje postać z innej epoki – gosposia. Generalizacja może i nie niesłuszna, ale na pewno wymagająca uściśleń. Okazuje się, że krzątactwo bywa tak niepozorne, że łatwo uchodzi uwadze czytelniczki, nawet ogarniętej obsesją na jego punkcie. W „Jeziorze osobliwości” drobne czynności porządkowo-kulinarne, wykonywane przez różne osoby, składają się na pasjonującą, acz cichą opowieść, równoległą do dramatycznej akcji. Można potraktować je jako klucz do powieści.

 jezioro

Okładka Bogumiła Podstolskiego, wydanie z 1973 r.

Pamiętałam oczywiście wojnę nerwów o kurz w przedpokoju między Martą i ojczymem, którego nagle narzuconą władzę dziewczyna kwestionuje. Mama Marty idzie do szpitala. Piętnaście lat później sytuacja powtórzy się w „Kwiecie kalafiora”, gdzie rozliczne obowiązki Mili Borejko spadną na najstarszą córkę. Tata Borejko nawet palcem nie kiwnie. W finale Musierowicz spacyfikuje wkurzoną tą niesprawiedliwością Gabę, by pokornie zaakceptowała „kobiecą” rolę służącej. W „Jeziorze osobliwości” skonfliktowani córka i mąż chorej wyjątkowo zgodnie dzielą obowiązki. Ponieważ Marta nie potrafi gotować, obiady będą jadać na mieście. Wiktor nie jest brany pod uwagę jako potencjalny kucharz. Każdy będzie sprzątał swój pokój, Wiktor – łazienkę, Marta – kuchnię. Kuchnia jest co prawda większa, ale Marta nie cierpi sprzątać łazienki, więc godzi się na taki układ. Każdą czynność starannie wyceniono. Gdy pakt zawarty, można się odprężyć. Korzystając z nieobecności kochanej mamy, która wzbrania czytania przy jedzeniu, chwilowi niewrogowie zasiadają do kolacji z lekturą w ręku. Wiktor czyta „Express”, Marta – „Filipinkę”. Jest dodatkowy plus – nie muszą rozmawiać. Jak miło.

Skoro zawarto odpowiadającą obu stronom umowę, skąd wojna nerwów? Przedpokój został bez przydziału i zbierają się w nim koty. Marta jest coraz bardziej zacięta, Wiktor rozbawiony. Skrupulatnie milczą na ten temat. Dopiero pytanie Michała (syna Wiktora z pierwszego małżeństwa) prowokuje ich do sformułowania swoich stanowisk. Wiktor rzeczowo objaśnia sytuację i kpi, że przedpokój to ziemia niczyja. Marta się irytuje. Nie widzi powodu, dla którego to ona miałaby zająć się spornym terenem. Kiedy Michał zamiata konfliktogenny kurz, Martę biorą diabli (na pewno nie ma wśród nich Rokisia). Wypada z pokoju i ze złością wyrywa mu szczotkę. „Michał, nie wtrącaj się w to!” – ostrzega, a napotkawszy opór i gniew, wycofuje się na swoje wysprzątane terytorium: „Zatkało mnie. Oddałam mu tę cholerną szczotkę, odwróciłam się i poszłam do pokoju. Byłam tak wściekła na Michała, że wszystko we mnie latało. Położyłam się na tapczanie i zaczęłam płakać. Żadne rozdrapy, beczałam ze złości. Kiedy Michał wszedł z herbatą, nawet nie odwróciłam się w jego stronę”. Marta nie kiwnie palcem bez umowy i reaguje tak ostro, bo oczywiście chodzi tu o władzę.

Jezioro40

Maria Kowalik jako Marta w filmie według scenariusza Jana Batorego i Krystyny Siesickiej

Mówi, że Michał, zamiatając przedpokój, wystąpił przeciwko niej. Nie banalizowałby sporu i nie likwidował jego widomej przyczyny. Gdybyś mnie lubił, kontynuuje prowokacyjnie, zachowałbyś się inaczej. Zabeczana w napięciu czeka na jego wybór. Michał zaś spokojnie nie podejmuje wyzwania. Argumentuje, że ktoś musiał posprzątać, dlaczego nie on, i że nie wystąpił przeciwko Marcie, tylko przeciw kurzowi. Nie reaguje na prowokację. Dziewczyna reflektuje się, zastanawia, czy go przeprosić, ale ostatecznie zostawia sprawę otwartą. Z okazji powrotu mamy ze szpitala, przedpokój sprząta Wiktor, co Marta poczytuje sobie za zwycięstwo. Weźmie natomiast na siebie zakupy, które uwielbia robić „opętana ambicją wyszukania najurodziwszej wołowiny”.

Kurz w przedpokoju to sprawa zasadnicza. Pewnie dlatego wojna pozycyjna o sprzątanie korytarza tak mi utkwiła w pamięci. Ale w „Jeziorze osobliwości” drobne domowe czynności właściwie cały czas są przedmiotem zmagań i pojednań. Albo tematem zastępczym, w którym wyraża się dynamika relacji międzyludzkich. To drugi plan konfliktów i rozejmów: między Martą a Wiktorem, nagłym ojczymem, między Martą a jej mamą, która pod wpływem domniemanej złej opinii nowego męża zaczyna bardziej restrykcyjnie wychowywać przyzwyczajoną do swobody córkę, między Martą a Michałem, zazdrosnym o niecnego Patryka, którego Marta co prawda nie kocha, ale też nie chce tak od razu odprawiać.

snapshot20150214231421

Maria Kowalik i Romuald Drzazga jako Patryk

Ogólnie chodzi o twarde negocjowanie relacji w zrekonstruowanej rodzinie.

Zaraz na początku jest spięcie między mamą a Martą o chaos w ich ciasnym, ale własnym mieszkaniu.

Jezioro5

Maria Kowalik i Barbara Horawianka

Jeszcze nie ma Wiktora i Michała, są one, „skromny duet”, rodzina jeszcze ułamkowa, utrzymywana przez kobietę. Stąd niski standard, a „w małym metrażu małe problemy urastają do gigantycznych rozmiarów”. Mama, zapracowana i nerwowa, nie tylko nie sprząta, a wręcz bałagani. Gubi klipsy, posądza córkę, nie wierzy zaprzeczeniom. Klipsy odnajdują się w lekach. W tym domu panuje chaos – stwierdza bezosobowo ich właścicielka. Marta półżartem podpowiada, że to chyba samokrytyka. Mama nie odbija piłeczki w jej stronę, tylko w bok, wyrokując, że winna jest ciasnota. Metraż się zwiększy, kiedy przeprowadzą się do mieszkania Wiktora. Mama, zamiast swoim zwyczajem inwestować w ciuchy, zacznie dopieszczać nowe wnętrza (co oznacza jej pełną, pełniejszą niż na własnych śmieciach, aklimatyzację, Marta obserwuje to z niejaką ironią). A jednak konflikt będzie eskalował, by osiągnąć apogeum wkrótce po wojnie o kurz.

Marta jeszcze nie wie, że mama za dwa tygodnie wychodzi za mąż, ba, nie ma pojęcia o istnieniu przyszłego ojczyma, ale już obserwuje pierwsze symptomy zmiany – dotychczasowa bałaganiara gubiąca klipsy robi porządek w szafie.

Jezioro23 Jezioro25

Maria Kowalik, Barbara Horawianka jako mama seksualna i Stanisław Zaczyk jako Wiktor

Krzątactwo jest też pierwszym zwiastunem miłości Marty i Michała. Ona jest chora, on się nią zajmuje. Wydaje jej polecenia, odgrzewa zupę i pilnuje, żeby zjadła. Uznaje, że zupa to za mało, i dokłada usmażoną przez siebie jajecznicę. Potrafi przygotowywać „podstawowe żarcie”, bo należy do oficjalnej organizacji, jest harcerzem; wszyscy w jego drużynie potrafią. Harcerski obóz to wzór rotacji kuchennych obowiązków. „Muszę przyznać, że krzątanina Michała sprawiała mi niebotyczną frajdę!” – wyznaje chora Marta, nagle rozbrojona i potulna. „Jesteś tak pozytywny, że chyba nieprawdziwy” – pokpiwa i podziwia, bo ambiwalencja jest wpisana w tę scenę od podstaw. Dobrze, że on umie to i owo w domu zrobić i chce wykorzystywać te umiejętności, ale dlaczego ten sukces równouprawnienia wiąże się z dziewczęcą kapitulacją? Zawsze tak uparta Marta (rym nieprzypadkowy) nawet nie pomyśli, że przydałaby się jakaś umowa. Powiada: „Ustępowanie Michałowi przychodzi mi bez trudu. Przeciwnie nawet – podoba mi się”. Tak niewiele, dziewczyny, nam trzeba?

snapshot20150214222317

Poobiedni relaks według Siesickiej może się opierać na międzyludzkiej redukcji. Mama parzy kawę, Wiktor siada w fotelu z fajką i gazetą. Zaczytany ulega nawykowi i prosi Michała, żeby podał mu zapałki. Tylko że Michał jest nieobecny, już od jakiegoś czasu tu nie mieszka.

snapshot20150214225623

Zamiast niego jest Marta, która zapałki podaje. Milczy, ale trafia ją szlag. Jako osobnik niedorosły została zredukowana do prostej usługowej funkcji. Nie liczy się, kim jest – ważne, by dojrzały mężczyzna odpoczął po obiedzie. „Jest mu potrzebny człowiek do podawania zapałek” – mówi Marta, a zdanie to ocieka zimną goryczą. Michał pewnie podawał ojcu zapałki wiele razy i nic. Była to dla niego codzienność nie poddawana refleksji. Może wyraz miłości. Dla Marty to drażniąca manifestacja władzy, która na dodatek nie liczy się z jej indywidualnością.

Bywa znacznie lepiej. 23 grudnia Marta nie idzie już do szkoły. Rano, jeszcze w łóżku, odczuwa tym większy komfort, im bardziej mama i Wiktor się krzątają, szykując do pracy, im szybciej biegają, im bardziej przypalają mleko. Ma tylko przekręcić mięso na pasztet. Mama zajmie się nim po powrocie z biura. Przychodzi Michał i pomaga przekręcać. Mogą iść kupować prezenty. Po powrocie podział zadań zgodny z upodobaniami – Marta pisze dziennik, mama szykuje kolację, Wiktor i Michał gadają. Ale to chwilowe.

Jezioro6 Jezioro3

Marta nic nie robi i Marta się uczy

Święta sprzyjają napięciom. Marta chętnie by skorzystała z zaproszenia matki Michała. Ale jej mama jest zazdrosna. Przez to, że akurat zajęta przygotowywaniem świąt, zdradza podwójną słabość. Nacierając foremkę tłuszczem, z pozorną obojętnością mówi, że jeśli Marta chce, może jechać. Tylko gest odgarniania włosów przedramieniem (bo ręce w tłuszczu) świadczy o zdenerwowaniu. Marta, oczywiście, nie pojedzie. Nie jest z kamienia. Wigilia również upływa w nerwowej atmosferze. Wiktor wygłasza pouczenie: „Marto, mama bardzo się napracowała przy tym wszystkim! Widzisz, ile tu tego było: ryby smażone, gotowane, faszerowane! Kapusta, frytki, ciasta… Trzeba, żeby odpoczęła! Ty musisz pozmywać po kolacji, Michał ci pomoże!”.

Jezioro37 Jezioro38

Byście się nie wściekły? Sam się nie przyczyni do odpoczynku żony, ale młodymi zarządza. Marta zmywa, ale trzęsie nią furia, tłucze dwie szklanki: „Miałam najszczerszy zamiar zmywać i zrobiłabym to bez uwagi Wiktora. To jego: »musisz!« doprowadziło mnie do wściekłości”.

snapshot20150214225908 snapshot20150214225848

Wiadomo, nakaz budzi przekorę. Patriarchat jest skuteczniejszy, gdy uda mu się stać wewnętrzną potrzebą kobiety. Chociaż czynność ta sama, „pomogę przemęczonej mamie” to nie to samo co „na polecenie ojczyma wykonam przypisywaną kobietom pracę, podczas gdy on będzie słuchał kolęd w wykonaniu Mazowsza”.

O ile Michał krząta się dużo i chętnie, w obu domach rozwiedzionych rodziców i u ciotek, Wiktor zabiera się do roboty bodaj tylko raz, za to z ciężką pretensją. Wraca z pracy i łomocze garnkami. Nie mogłaś obrać ziemniaków? – pyta. – Nie można wszystkiego zwalać na mamę. – Obiera ziemniaki, „aż fruwają po kuchni”. No tak, obraza majestatu. Pewnie dotąd całą pracę brał na siebie Michał. W powieściowych domach prowadzonych przez ojców i synów ten ostatni wchodzi w rolę „kobiety”. Z tego prostego powodu, że jest niedorosły, podległy. Wielu przykładów dostarcza „Szaleństwo Majki Skowron” Aleksandra Minkowskiego (1972).

snapshot20141120212043 snapshot20141120212025

Marek Sikora jako Ariel w serialu „Szaleństwo Majki Skowron” z 1976 w reż. S. Jędryki

Wiktor zawsze miał kogoś, kto za niego zajmował się tak zwanymi drobiazgami. W biurze „pannę Basię”: „Czy nie mogłaby pani przynieść mi dwóch szklanek herbaty?”. Ależ oczywiście, może, a nawet musi. Przecież nie splami się tą czynnością pan inżynier. Co by się działo! W domu żona jest jeszcze w miodowym okresie względnie ochronnym, syn się wyprowadził, zostaje Marta. I właśnie Marta jest uparta.

Demonstruje na każdym kroku: „W jaki sposób, na przykład, podajesz mu herbatę po obiedzie! To szurnięcie szklanką, jakbyś mu łaskę robiła!”. Daremnie, nikt zdaje się nie rozumieć komunikatu. Mówi się, że dziewczyna ma zapędy dyktatorskie, że jest arogancka, podła, nieznośna. „Taką mnie wychowałaś” – mówi do mamy, co brzmi jak zarzut, choć mogłoby przecież być odwołaniem się do dawnej umowy.

snapshot20150214220052 snapshot20150214221622

Jednak mama stała się już inną osobą, szczęśliwą, że się krząta dla mężczyzny. Żałuje przyjętego modelu wychowania. Zmienia reguły gry, która właściwie dobiega końca. Zresztą, Marta chyba też do końca nie rozumie, o jaką stawkę gra. Kiedy mało wylewny Michał wreszcie wyznaje, że ją kocha, dziewczyna staje się lepsza, cierpliwsza i bardziej zrównoważona. „Kiedy zmywam naczynia po obiedzie, śpiewam”, przyszywam guziki, chętnie wychodzę z psem. Wszystko dlatego, że mam kogoś tylko dla siebie – notuje.

Cóż za odmiana! Cóż za naiwność!

Jakiś czas potem Marta ucieka z domu do mamy Michała. Wie, że dla jej mamy „będzie to nieskończenie bolesne”. Chce ugodzić do żywego, bo ma żal, którego nie jest w stanie pomieścić w sercu ani objąć rozumem. O to, że mama zawsze bierze stronę Wiktora.

snapshot20150214233506 snapshot20150214233027

Ucieczka to zemsta za zdradę.

snapshot20150217200300

Weronika, zaskoczona wizytą uciekinierki, rozumie obie strony. Dzwoni do byłego męża i jego nowej żony, żeby się nie niepokoili zniknięciem Marty. Koncyliacyjną, zdystansowaną postawę wyraża herbatą. Razem z Michałem robi ją Marcie, a kiedy przybywa Wiktor, po prostu szykuje czwartą szklankę. Zwróćmy uwagę na bezpretensjonalność tego rekwizytu. Czwarta szklanka. We współczesnej powieści byłyby to filiżanki i zrobiłoby się mieszczańsko i ckliwie. Zapanowałaby oszukańcza zgoda. W „Jeziorze osobliwości” szklanki Weroniki są bezużyteczne. O konflikt łatwiej niż o zgodę. W ekranizacji powieści (1972) nawet mieszczańskie rekwizyty nie doprowadzą do pojednania.

snapshot20150214225545 snapshot20150214232030

Wręcz przeciwnie, iż użytkowanie skończy się radykalnym zerwaniem więzi.

Nie tylko między Martą i Wiktorem, również między Martą a Michałem. Niby jest dobrze, Marta, zmywając po obiedzie, śpiewa – ale Patryk nie znika z horyzontu, więc powodów do scysji nie brakuje. Właściwy facet właściwym facetem, ale do niewłaściwych też można mieć słabość. Marta i Michał jadą na obóz harcerski i napięcie rośnie, bo Patryk też spędza wakacje w okolicy. Marta przynosi listy do wysłania. Służbista Michał układa z Zuzią jadłospis i akurat pyta, co do pomidorowej. Marta mówi makaron, Zuzia – ryż. Michał, wściekle zazdrosny o rywala, ostentacyjnie wybiera ryż. Marta daje się sprowokować – wychodzi bez komentarza, ale za to z postanowieniem: pójdę z Patrykiem na zabawę.

snapshot20150214231808 snapshot20150217195812 snapshot20150217195821 snapshot20150217195930

W filmie nie ma obozu harcerskiego, ale jest Marta zadowolona, że Michał (Mirosław Konarowski) wścieka się z zazdrości

And so on, and so on. Drobiazg za drobiazgiem. Marta jest zmuszona szukać noclegu u Patryka. On sądzi, że przyszła mu się oddać, pcha się z łapami.

1-F-2311-1-1291x629

„Daj mi spokój z miłością” – mówi Marta. Opędza się, studzi pożądanie, odsyła do kuchni, banalnie prosząc o dobrą radę i szklankę herbaty. Dyktuje swoje zasady.

Jedno z ciekawszych zastosowań krzątactwa wplecione jest w konflikt Michała z druhem Pijanowskim, który powiedział milicji, że nie jest pewny, czy fatalny wypadek z kajakiem istotnie był wypadkiem, czy Michał przypadkiem nie próbował zabić Patryka. Na koniec Patryk odzyskuje przytomność i zdejmuje z Michała cień podejrzenia. Pijanowski dowiaduje się o tym i jest mu wstyd, że nie wierzył koledze. Przyjeżdża późnym wieczorem prosto znad jeziora. Przeprosić i usłyszeć, że ten nie ma żalu. Michał prosi do kuchni. Dwaj młodzi mężczyźni odbędą poważną rozmowę i porozumieją się w okolicznościach zgoła „niemęskich”. Michał nastawia wodę na herbatę, odgrzewa zupę z obiadu, niesie garnek, nalewa zupę na talerz i stawia przed gościem, kroi chleb, bierze imbryczek z esencją, dwie szklanki – wszystkie czynności są uwzględnione. Ręka mu drży przy parzeniu herbaty, bo mówi akurat o rzeczach najważniejszych. Niby są równi, ale Michał ma przewagę, o której dodatkowo świadczą wprawne i zdecydowane poczynania kuchenne. Pijanowski daje się nakarmić i napoić, trochę żeby zapanowała zgoda, a trochę żeby odpokutować. Siesicka trochę kuchnię odzyskuje, a trochę odtwarza jej patriarchalny porządek.

No i koniec, niestety z morałem. Nie mógł się obyć bez kuchennych rekwizytów. Zbuntowana Marta po wypadku zmądrzała, spokorniała, jest pełna dobrej woli i zrozumienia. No i skruchy. Na różne sposoby przeprasza. Na przykład dba o to, żeby Wiktor miał gorącą herbatę, bo nie znosi przestudzonej. Chce jej się, co podkreśla, nalać mu herbaty. Patriarchat został uwewnętrzniony. Wszyscy czworo siedzą przy stole, ona przynosi herbatę dla Wiktora, mama podsuwa sałatkę Michałowi, sama robiła majonez. Zaczyna się „normalność”, czyli obsługa i jedzenie bez napięć. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to zakończenie wymuszone, nie pasujące do wieloznacznej powieści, w której przecież Marta ma dużo racji. Dlaczego tylko ona ustępuje?

snapshot20150214225425

Film w reż. Jana Batorego, którego Siesicka jest współautorką, kończy się inaczej – bohaterka popełnia samobójstwo.

Jezioro osobliwości

To oczywiście akt autoagresji, ale właściwie jeszcze bardziej autonomii. Muzyka Wandy Warskiej, od początku filmu towarzysząca determinacji Marty, bezlitośnie to podkreśla. Skoro mi nie wierzycie, nie jesteście po mojej stronie, nie będę wam niczego tłumaczyć. Nie będę się usprawiedliwiać, nie ja powinnam. Mam was dość, idę sobie. Wolę się zabić, niż zrezygnować ze swoich racji. Dlatego budząc się z niestety nie ostatniego snu, na wasz widok odwrócę głowę.

Jezioro48

Nie mogę się już bronić w inny sposób, pozostał mi tylko ten jeden możliwy ruch. Głowa w bok, wzrok na ścianę. Nie widzę was, nie ma między nami kontaktu, nie istniejecie, zostawcie mnie w spokoju. Nie będzie żadnej herbaty.

Dwie tancerki

Magda jest jedyną córką prominentnego partyjnego dziennikarza i uznanej rzeźbiarki. Dostaje tyle pieniędzy, ile chce. Ma własny pokój. Ciszę i swobodę. Dopiero kiedy zawala maturę, zaczyna podlegać wyważonej kontroli rodzicielskiej.

Piękna, zaprzątnięta pracą matka Magdy przebywa częściej w swojej zewnętrznej pracowni albo za granicą niż w domu, którym zajmuje się wynajęta gosposia. Obojętność matki budzi skrywaną rozpacz córki. To zadra, która determinuje. Artystka olśniewa Magdę i jej przyjaciółkę, z wdziękiem pazia rzuca „uczcie się, uczcie” i już jej nie ma. A Magda zostaje z żalem uwiedzionej i porzuconej kochanki. Na przyjęciu, na którym matka bryluje w najlepszej towarzyskiej konwencji, córka zerka na nią z zazdrosną nadzieją: „Może wreszcie mnie łaskawie zauważy?”. Przepełnia ją „nienasycone pragnienie matczynego zainteresowania”.

Poza tym nieobecność matki wiąże się z aurą niemoralności. Magda i inni nie wierzą w to, że artystka spędza noce w pracowni i „szasta się” po świecie sama, wyłącznie ze względów artystycznych. Myśl o podwójnej zdradzie jest tak straszna, że dziewczyna nawet jej nie formułuje. Jej nowoczesne przekonania najwyraźniej nie dotyczą matki. Ojciec wydaje się rozumieć żonę, nie ma do niej pretensji, najwyżej cichy żal. Z zaangażowaniem podjął obowiązki wychowawcze. W pewnym momencie zataja przed żoną, że córka jest podejrzana o współudział w przestępstwie. Nie chce jej martwić? absorbować? Wie, że to bezcelowe?

Z ojcem Magdę łączą relacje partnerskie, czułe, wsparte fizyczną bliskością, choć zakłócone przez konflikt światopoglądowy. On jest zwolennikiem postawy ideowej, odpowiedzialnej, zaangażowanej, aktywnej, wytwórczej. Ona ostentacyjnie przyjmuje pozę dziewczyny bez właściwości, znudzonej, spragnionej przygód, ale biernie ulegającej strumieniowi wydarzeń, zamierzającej żyć lekko i przyjemnie, nastawionej na konsumpcję, nie pracę i tworzenie.

Nie zmienia to faktu, że rozmawiają spokojnie i rzeczowo. Dbają o wspólne neutralne pole, na którym mogą się porozumieć czy po prostu spędzić razem czas. Ojciec traktuje córkę jak niezależny podmiot o pełnoprawnej, mimo że obcej, konstytucji. Można założyć, że gdyby miał też syna, oboje wychowywałby tak samo.

Rodzice Magdy prawie się nie spotykają, dużo pracują, każde gdzie indziej. Porozumiewają się telefonicznie, wyłącznie w kwestiach praktycznych. Matka często nocuje w pracowni, w pewnym momencie wyjeżdża na kilka miesięcy do Włoch. Występują razem tylko na przyjęciu, grając rolę wzorowych gospodarzy. Nic nie wskazuje na to, by ze sobą sypiali. To dwa niezależnie działające podmioty, które występują razem tylko chwilowo, żeby neutralnie, bez niczyjej szkody, poudawać parę.

Redaktor Wytycz ceni odwagę cywilną i nonkonformizm. Pomaga znaleźć pracę Teresie, którą wyrzucono ze szkoły, bo przyznała się do sfałszowania ocen, ale mimo ogromnej presji dyrektora nie zadenuncjowała wspólników.

Tancerze

Pierwsze wydanie z 1961 r.

Rodzice Uli są drobnymi urzędnikami. Oszczędzają każdy grosz. Córka, chcąc mieć pieniądze, musi je zarobić. Ciasną domową przestrzeń dzieli z ukochaną siostrą i faworyzowanym przez rodziców leniwym i cynicznym bratem oraz emitującym głupie piosenki i reklamy radiem. Żyje w hałasie, oblepiona dławiącym rodzinnym sosem.

Jej ruchy są przez matkę i ojca śledzone i piętnowane. Reprezentują oni kulturę zgorszenia, którą doprowadzają do stanów histerycznych. Ich lista zachowań nieprzyzwoitych jest nieskończona. Otwiera ją oczywiście jakikolwiek pozadomowy towarzyski kontakt córki z mężczyzną. Ale widnieją na niej również wieczorne śmiechy z siostrą i kolorowe pończochy. Lista bezeceństw nie obejmuje natomiast gościnnej zalotności córek, którą ojciec zarządza wobec swego „lubiącego kobitki” szefa, ganiąc Ulę i Teresę za strategię pokrzywy. Nie wiadomo też, co w myśl tego rygorystycznego kodeksu jest bardziej grzeszne – „gżenie się” z chłopakiem czy opisywanie tego w pamiętniku.

Matkę Uli spowija obłok kuchennych wyziewów. Jest typową opresyjną matką gastronomiczną, usiłującą szantażować córki swoją podwójną (zawodową i domową) harówką i wciągającą je w krzątaczy kierat. Nie spodziewałam się takiej postaci w peerelowskiej powieści dla dziewcząt. Ojciec wtóruje jej, wypominając córkom, że mieszkają w jego domu i jedzą jego chleb.

„Co za upokarzająca niewola! – notuje rozżalona Ula. – Ta ciągła podejrzliwość, te groźby, krzyki”. Rodziców nie interesują myśli i przeżycia nastoletnich dzieci. Córek dotyczy to znacznie bardziej niż syna: „Siostry musiały ustępować, on – mógł wymagać. Siostrom mówiło się o obowiązkach, jemu przyznawano prawa”. Rodzice karmią, dają dach nad głową i egzekwują ślepe posłuszeństwo. Wymagają sformalizowanego szacunku, ale sami nie szanują. Krytykują zbyt bezpośredni ich zdaniem język córek, ale sami używają pod ich adresem wulgaryzmów.

Rodzice Uli zawsze występują razem – nawet kiedy matka rozmawia z córką na osobności, tematem rozmowy jest gniew ojca, któremu trzeba zapobiec. Stanowią właściwie jeden podmiot o dwóch uzupełniających się głowach. Głównym celem tego podmiotu jest brutalne stwarzanie pozorów. Wieczorem pokój stołowy, symboliczne centrum, zamienia się w małżeńską sypialnię. W łożu dzieci nie mogą nie zobaczyć częściowo obnażonego, wstrętnego rodzicielskiego ciała odzianego w nieświeżą bieliznę.

Rodzice są teoretykami, praktykami i surowymi nauczycielami konformizmu i hipokryzji. W myśl zasady, że „kto nie smaruje, ten nie jedzie” podlizują się wyżej postawionym znajomym i zwierzchnikom, których nienawidzą. Pomstują na socjalizm, ale każą Teresie ukrywać, że wysyłają ją na religię i do kościoła. „Nędzarskie wyrachowanie” i tchórzostwo napawają ich córki odrazą.

W peerelowskiej powieści dla dziewcząt rzadko występują tak jaskrawe i równolegle prezentowane różnice klasowe. Bohaterki i ich rodzice najczęściej należą do inteligenckiego mieszczaństwa, rzadziej pochodzą ze wsi i dokonują awansu społecznego, ale to dwie osobne konwencje.

1-Scan-031

Wydanie z 1977 r.

W „Tancerzach” Elżbiety Jackiewiczowej, bo o tej powieści z 1961 roku mowa, jednym z najważniejszych tematów jest różnica w statusie ekonomiczno-kulturowym przyjaciółek. Bo Magda i Ula się przyjaźnią, kłócą, stają się sobie nieodzowne. Razem czytają książki, piszą poezję (Magda) i prozę (Ula). Są swoimi jedynymi czytelniczkami i krytyczkami. Razem imprezują, razem się uczą. Przedmiotów szkolnych, postępowania z mężczyznami i stawania na własnych nogach.

Jak szczeniaki różnych ras (Jackiewiczowa posługuje się ryzykownym porównaniem), przeznaczone do różnych funkcji, mają jedną wspólną cechę – ciekawość. Chcą wszystkiego spróbować, wszędzie wetknąć nos.

I obie chcą – dodajmy – osiągnąć niezależność. Startują z innych punktów, z odmiennymi nawykami i goryczami. Początkowo obierają różne strategie, ale szybko okazuje się, że postępowanie systematycznej i odpowiedzialnej Uli nie tak znów daleko odbiega od stylu beztroskiej Magdy. Ta z kolei w końcu dochodzi do wniosku, że musi przełamać swoje „nie-chce-mi-się”, żeby uniezależnić się od rodziców.

Skąd bierze się różnica klasowa w „Tancerzach? Nie wiadomo. Po prostu jest. Nic nie wskazuje na to, by została odziedziczona – pokolenie dziadków jest nieobecne. Najprawdopodobniej rozwarstwienie wynika z jakichś indywidualnych cech – ambicji, wiary w socjalizm, inteligencji, umiejętności czy talentu. W każdym razie córka zwraca zawistnym rodzicom uwagę, że gdyby byli dziennikarzem i rzeźbiarką, też byłoby ich stać na majowe truskawki po sto trzydzieści złotych za kilo. Jackiewiczowa podsuwałaby zatem czytelnikowi teorię kowala. Inaczej musiałaby przyznać, że wciąż działają mechanizmy reprodukcji porządku klasowego, na które jednostkowe wysiłki nie mają większego wpływu.

Najciekawsze są oczywiście fragmenty, kiedy dochodzi lub o dziwo nie dochodzi do klasowej konfrontacji między przyjaciółkami. Magda na imprezach zawsze ma pieniądze, z których Ula korzysta bez skrępowania. Kapitał i tak jest rodzicielski, nie ma znaczenia, że jeden ojciec jest biedny i skąpy, a drugi zamożny i hojny. Kiedy Ula zarobi korepetycjami, Magda równie nonszalancko bawi się za jej krwawicę, bo nie zna „wartości pieniądza” – nigdy nic nie zarobiła. Obie beztrosko wydają wszystko, co mają. Niby nie ma konfliktu, ale finansowa beztroska finansowej beztrosce nierówna – za rozrzutnością Uli stoją godziny ciężkiej pracy. Magda jest utracjuszką nieświadomą.

Kiedy Ula zawiera z ojcem Magdy pakt dotyczący surowszego postępowania z jego córką, pieniądze są jednym z najważniejszych elementów umowy. Przede wszystkim za „pilnowanie nauki” przyjaciółki Ula ma dostawać wynagrodzenie. Mimo oporów młodej nauczycielki redaktor Wytycz nalega na taki układ, żeby było „najpoważniej, najbardziej rzeczowo i zobowiązująco”, inaczej przyjaźń uniemożliwi wykonywanie pracy. Pieniądze sformalizują luźną relację między dziewczętami. „Dobrze, będę korepetytorem i powiem jej, że za drogie pieniądze” – godzi się w końcu Ula. Czy to zdanie miałoby równą moc, gdyby użyła żeńskiej formy „korepetytorka”?

Na ojcowskie obawy dotyczące konsumenckiej zachłanności Magdy, która bez żadnego hamulca „pożera świat” budowany przecież czyimś wysiłkiem, Ula ma prostą odpowiedź: pan jej daje tyle pieniędzy, ile ona chce, i nie stawia jej pan żadnych warunków. Określona kwota wprowadziłaby w życie jedynaczki konieczność wyboru, opóźnienie gratyfikacji („Musiałaby się w czymś ograniczyć, czegoś sobie odmówić, czegoś długo pragnąć…”). Źle, że Magda nic nie musi, mógłby pan czegoś od niej wymagać.

Ula najwyraźniej próbuje w dobrej wierze skłonić niepatriarchalnego ojca do zdyscyplinowania córki, choć jednocześnie zazdrości przyjaciółce swobody i nonszalancji. Uważa, że Magda może sobie pozwolić na lekkie życie, zawalenie matury i inne ekscesy, bo ma świetne domowe warunki, podczas gdy jej dom to koszmar, z którego musi jak najprędzej się wyzwolić, czyli wykształcić się i zacząć zarabiać na siebie.

Wydaje się, że w tym punkcie nigdy nie dojdą do porozumienia. „Magda, ty nawet nie wiesz, co to jest mieć własny pokój. Ty tego nie oceniasz” – żali się Ula. Własny kąt dla każdego to dla niej piękna idea, w którą warto wierzyć. Szczęściara, która zawsze po prostu miała własny pokój, bezceremonialnie przerywa ten wywód i powiada, że pokój, gosposia do usług i pieniądze „nie dają nic”. W życiu liczą się „dreszczyki” – silne, nowe wrażenia zapobiegające nudzie. Wszystko inne to górnolotna deklamacja. Ideowa, prospołeczna Ula wyrasta więc z ekonomicznego braku, obojętna Magda – z przesytu.

W kwestii wychowania sytuacja jest akurat odwrotna. Zachwycona matką Magdy Ula nie widzi nic złego w tym, że córka, mąż i dom nie mają dla tej piękniej i niepospolitej kobiety największego znaczenia. Magda tłumaczy udręczonej rodzicielską obscenicznością przyjaciółce, że jej rodzice żyją dla niej, dławią ją, ale z miłości. Ona czuje się dla swoich rodziców nieważna.

Dziewczyny podpisują protokół rozbieżności. Jakoś przyjmują nawzajem do wiadomości swoje emocje, ale chyba je bagatelizują, na pewno traktują z dystansem bolączki tej drugiej.

1-Scan-037

Autorka – stara nauczycielka urodzona na początku wieku – obie bohaterki bardzo lubi i przedstawia nietendencyjnie. Magdę, reprezentantkę kontrkultury młodzieżowej spod znaku „Stodoły” i „Hybryd”, ze względu na amoralność mogłaby potępić. Tymczasem buduje jej postać lojalnie, z dużym zainteresowaniem, jeśli nie fascynacją i podziwem. Widzimy na przykład Magdę siedzącą nad Wisłą w nonszalanckiej pozie. Ma na sobie obcisłe jaskrawe spodenki, żółty pulowerek z głębokim dekoltem odsłaniającym ramiona i wzniesienia piersi. Na ciemnej twarzy usta umalowane prawie na żółto. Siwoniebieskie włosy przypominają perukę dawnych markiz. Wygląda szokująco, wyzywająco, ekscentrycznie, a Jackiewiczowa pisze, że „wiała od niej jakaś beztroska, jakaś pewność własnej siły, może także wyniosłość nad światem, który jej ma służyć jak owoc nasycający, kiedy tylko ona, Magda, zapragnie”.

Stara nauczycielka musiała pod koniec lat 50. bacznie obserwować złote dziewczyny i snuć wokół nich emancypacyjne fantazje. Czyżby im zazdrościła? Bardzo możliwe, choć w „Tancerzach” (jak niektóre zachodnie feministki drugiej fali) ostrzega również przed kontrkulturowym uprzedmiotowieniem kobiet. Bezpruderyjność to wielka zdobycz, ale i potencjalna pułapka. Panująca w tym środowisku swoboda obyczajowa opatrzona magicznym słowem „nowoczesność” może służyć zaspokajaniu potrzeb wzgardliwych pozerów. Nowoczesnością szantażuje Filip, chcąc wymusić na Magdzie uległość seksualną i ogólne podporządkowanie. To zaklęcie po prostu działa na dziewczyny.

Magda lekko traktuje seks, nie broni się, ale wyznacza konwencję i kończy sprawę, kiedy chce („Granicą jest moja wola. Na razie wystarcza mi tyle”). Pokazuje to już jedna z pierwszych scen – dziewczyna pozwala się długo i nudnie całować w bramie przygodnemu Ludwikowi, ale w pewnym momencie ostro go odprawia: „Spływaj. Mam już dość. Spać mi się chce”. W jej związkach, które są „sportem młodości”, „miłością naskórkową, swobodną, […] bez zobowiązań”, chodzi o to, żeby uniknąć ewentualnych miłosnych cierpień i upokorzeń. Miłość to ujarzmienie, ktoś zawsze ma większą władzę, ktoś traci kontrolę nad sobą, więc Magda preferuje relacje niemiłosne. Autorka przedstawia to może nie z jakąś wielką aprobatą, ale też bez nagany.

Hybrydy

Hybrydy w latach 60.

Rozumie się samo przez się, że Magda dawno ma za sobą inicjację i seks uprawia stale, ale nie widzimy jej w sytuacjach ściśle seksualnych. Jackiewiczowa w ogóle lubi i umie nasycać tekst erotyzmem pozałóżkowym (objęcia, dotknięcia, muśnięcia, dmuchnięcia w kark, taniec, wspólne opalanie). Była świadkiem przełomu związanego z publicznym manifestowaniem cielesnej bliskości dziewcząt i chłopców. A przynajmniej przedstawia chodzenie ulicą w czułym objęciu jako obyczajową nowość, budzącą agresywne zgorszenie starszych generacji.

Z czynności ściśle seksualnych występują u niej gwałtowne, mocne pocałunki z wpijaniem się warg. Trochę się nabijam, ale właściwie u Jackiewiczowej sfera seksualna występuje nawet bardziej otwarcie niż u Haliny Snopkiewicz, że o innych autorkach, przeważnie przemilczających lub aluzyjnie załatwiających sprawę, nie wspomnę. Nastolatki, nawet te najstarsze, w peerelowskich powieściach dla dziewcząt rzadko miewają życie seksualne, bohaterki Jackiewiczowej należą do imponujących wyjątków. Koniec dygresji.

Z kolei pracowita i moralna Ula łatwo mogłaby zostać dydaktycznym sucharem. Tymczasem właściwie do końca nie przestaje zaskakiwać. Po przebieranej prywatce – na której występuje w kostiumie subretki, rozweselona i zaczepna, a potem spokojnie wyznaje siostrze, że nie jest pewna, czy się znowu nie upije, bo ten stan był… bardzo dobry – wydaje nam się, że już mniej więcej ją znamy. To jednak dopiero początek, bo przejdziemy z nią inicjację seksualną, i to w sposób, o jakim się nie śniło moralistom. Oczywiście znowu tego nie zobaczymy, dostaniemy relację post factum, ale rzeczową i zaskakującą.

Początkowo Ula jest wstydliwa i zalękniona. Nie przystaje na nalegania Pawła, którego bardzo kocha. „Wydawało mi się, że jeśli ulegnę, to uduszę się, zatonę, zginę” – powie później, wspominając ten etap. Po pierwszym razie spodziewa się wielkiego przełomu, nie wyobraża sobie, co będzie dalej. Nic dziwnego, że odsuwa ten moment. Paweł ją porzuca, po kilku miesiącach Ula poznaje Zbyszka, którego pożąda i lubi, ale nie kocha. Toteż z nim może się zdobyć na zlekceważenie dziewictwa.

Ze zdumieniem stwierdza, że nic się nie zmieniło. Równie zdumiony jest jej partner, który przyzwyczaił się, że po pierwszym razie dziewczyna, już choćby dla uratowania honoru, mówi, że kocha, patrzy psimi oczami, z przywiązaniem i pokorą, uważa się za pokonaną i poddaną. Tymczasem Uli Zbyszek musi przyznać: „A ty jesteś mimo wszystko niezdobyta. Nie jesteś moją własnością, moją rzeczą. Jesteś dalej sobą, kimś ode mnie niezależnym… I to mnie doprowadza do wściekłości!”.

W kulturze podwójnych standardów, przedstawionej w „Tancerzach”, Zbyszek jako mężczyzna ma bogate doświadczenie w zaspakajaniu swego pożądania, i to bez miłosnej otoczki. Dysponuje też dość prostym językiem do mówienia o tym. Ula musi się zmierzyć z fetyszem kobiecej cnoty, tabuizacją kobiecego pożądania i uromantycznieniem kobiecego seksu. Nie ma języka odpowiadającego złożonemu doświadczeniu inicjacji seksualnej.

Należy do jednego z dwóch tajemniczych gatunków, które się ze sobą nie porozumiewają. Mężczyźni z zasady chcą „tylko jednego”. Kobiety mają jedną władzę – mogą ulec lub nie ulec męskiemu pożądaniu. Jednak w obu przypadkach mężczyzna może odejść. Jako ekonomicznie i społecznie zależne kobiety muszą traktować seks bardzo poważnie, stąd jego uromantycznienie, powiązanie z głębokim uczuciem. Jeśli – jak podpowiada Jackiewiczowa ustami Zbyszka – głębokiego uczucie brak, trzeba je odegrać.

Dlatego poprzednie dziewczyny Zbyszka upierały się przy języku i roli kochającej, oddanej, uległej, zależnej od woli „zdobywcy”. Ula próbuje wynaleźć inny język, inne metafory, skonstruować inną rolę. Mówi (autorka mówi w jej imieniu) o „ofiarowaniu” siebie, nie „oddaniu”. Wyznaje chłopakowi, że go lubi, że jego pieszczoty są miłe, ale nic ponadto. Tłumaczy, że dziewczyny obserwują tworzenie się par jak taniec, muszą czekać, aż ktoś je wybierze. Boją się, że ich nikt nie pragnie, że nie wezmą udziału w kulturowym rytuale. „Byłam właśnie w takim strachu, że mnie coś mija, że jestem niepotrzebna […]. Odczarowałeś mnie”. Teraz tańczy, ale już wie, że nie należy przeceniać tej czynności, tak jak całego tradycyjnego kontraktu płci.

Jest gotowa na spotkanie z Pawłem, który równolegle zdążył dojrzeć i porzucić rolę bezrefleksyjnego użytkownika kobiet. I rzeczywiście – w finałowej scenie spotykają się przypadkiem „na środku drogi”, ponownie, a jakby pierwszy raz. Stoją naprzeciw siebie „spłoszeni i szczęśliwi”.

Kończąc, dodam tylko, że główne bohaterki u Jackiewiczowej uprawiają seks jakby zażywały pigułki najnowszej generacji – to znaczy nic a nic nie obawiają się ciąży, która przecież w ich sytuacji życiowej byłaby katastrofą. Niechciana ciąża i aborcja to znów coś, co się przytrafia bohaterce dalszego planu. W tym przypadku prowincjonalnej urzędniczce, zgodnie z wzorcem zaczerpniętym od Mniszkówny czekającej na męża inżyniera czy lekarza, przy którym nie będzie już musiała pracować. Trochę jakby niechciana ciąża przydarzała się kobietom należącym do określonej kategorii, mianowicie małomiasteczkowym gęsiom, które nie chcą się emancypować. Kiedyś o tym napiszę, bo rzecz jest ciekawa. Tutaj chciałabym tylko wytknąć łatwiznę – Magda i Ula mogą być seksualnie wyzwolone, bo temat ewentualnej ciąży arbitralną decyzją autorki ich nie dotyczy.

Co nie znaczy, że o tej równoległej, acz asymetrycznej emancypacji i nieoczywistej przyjaźni Magdy i Uli nie czyta się z przyjemnością.

Ważne sprawy

Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców oczywiście. Seria ukazywała się w Harcerskim Wydawnictwie Horyzonty i Młodzieżowej Agencji Wydawniczej. Od 1967 do samego końca, a nawet dłużej – „Portret dziewczyny na zielonym tle” Stanisławy Fleszarowej-Muskat wydało w 1991 wydawnictwo Anagram.

Ponad 100 kieszonkowych książeczek zawierających współczesne nowele. Trzydzieści, czterdzieści, góra sześćdziesiąt stron. Szlachetne, czasem rewelacyjne ilustracje. W historii serii wyróżniają się okresy wyznaczane współpracą stałych autorów/ek okładek i ilustratorów/ek, którzy nadawali jej rozpoznawalną szatę graficzną. Pod koniec lat 70. królował tandem Wanda Orlińska i Krystyna Ziołowska,

1-Scan (5) 1-Scan-008

w pierwszej połowie lat 80. – Jarosław Jasiński i Ryszard Kryska.

1-Scan-007 1-Scan-009

Wcześniej było inaczej, chyba ciekawiej:

1-Scan-010

Pomysł serii wydaje się dziś, w epoce (generowanego/podsycanego) popytu na opasłe powieści, dość egzotyczny.

Autorzy znani, płodni, świetni, nieznani, przypadkowi, kiepscy. Mistrzowie gatunku i wyrobnicy. Tacy, którzy specjalizowali się w krótkich formach (Anna Frankowska), i tacy, którzy pisali też powieści. Niektórzy byli stałymi gośćmi serii, jak Ewa Ostrowska, Krystyna Siesicka, Janina Wieczerska, Ewa Nowacka czy Lech Borski.

Inni pojawiali się raz, nie wiedzieć czemu. Janusz Anderman, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy robił tzw. rewolucję artystyczną w prozie, jako Marcin Czech opublikował w serii „Ważne Sprawy” opowiadanie pod obiecującym tytułem „Autostop”. Tytuł to najlepsza część utworu. Reszta to kliniczna reprodukcja patriarchalnej zasady symbolicznego matkobójstwa. Książeczkę warto wziąć do ręki ze względu na ciekawą kreskę Krystyny Ziołowskiej.

1-Scan-002

1-Scan-001 (2)

Bohaterka „Autostopu” zrywa z pogardzaną matką – głupią i pretensjonalną kobietą, fatalną aktorką nie dostrzegającą swego braku talentu, jazgotliwą egotyczką. Wybiera porozumienie bez słów z mądrym ojcem o przymiotach boskich (który na przykład potrafi sprawić, że woda w jeziorze zamarznie). Kiedy klasyczny freudowski romans z ojcem się kończy, dziewczyna zastępuje go związkiem z ojcowsko opiekuńczym, młodym, choć sporo starszym od siebie mężczyzną. Równie przenikliwym i wszechmocnym.

Tendencyjny patriarchalizm to jednak w tej serii zdecydowanie wyjątek. Na ogół miałyśmy do czynienia z wieloznacznymi – nie bójmy się tego słowa – dramatami społecznymi rysującymi się w mikroskali rodzinnej czy środowiskowej. Między kilkoma osobami rozgrywała się prosta historia obrazująca konflikt wartości, ról, emocji i pragnień. Często stawką była emancypacja. Odbywała się literacka analiza jej społecznych i ekonomicznych ograniczeń.

Powracała też kwestia wykluczenia, napiętnowania, konformizmu w piętnującej grupie. O tym jest na przykład „Sprawa honorowa” Marii Nurowskiej. Ryszard Kryska tak narysował sytuację klasowej pariaski:

1-Scan-005

Na okładkach redakcja serii dobitnie wykładała misję serii. Najpierw (koniec lat 60. i początek 70.) wyglądało to tak:

1-Scan (3)

Dość szybko (w połowie lat 70.) tekst został zmieniony na taki:

1-Scan (4)

Ten tekst definiował serię do pierwszej połowy lat 80. Pod koniec dekady misyjna notka zniknęła. Nadciągał wojujący liberalizm z jego antydydaktyczną retoryką. W tym samym czasie zepsuły się okładki i zaprzestano ilustrowania książek.

Wolę pierwszą wersję tekstu misyjnego. Jest bardziej rzeczowa, mniej pretensjonalna. Akcentuje społeczne uwikłanie czytelnika i projektuje go jako pragmatyka moralności. Wprost wyraża utylitaryzm literatury. Zachęca do interakcji, skraca dystans. Zakłada wiarę w odbiorcę.

W zmienionej wersji „społeczeństwo” zostało przemianowane na mglisty „świat”. Zaufanie zastąpił ton dyscyplinująco-nakazujący. Pierwotnie skierowane do czytelnika „musisz” było określeniem konieczności wynikającej z mechaniki życia społecznego (musicie podejmować decyzje, dokonywać wyboru, bo jesteście zanurzeni w środowisku). Drugie „musisz” brzmi autorytarnie, wydaje się nieprawomocne (musisz, bo musisz). Autorzy powołują się na jakąś „głębszą prawdę”, podczas gdy wcześniej pisano o trudnych sytuacjach, wątpliwościach, decyzjach i konsekwencjach, „prawdę” przywołując tylko w opozycji do „życiowego wygodnictwa, tchórzostwa”.

Drugi tekst zawiera wizję czytelnika jako bezrefleksyjnego egoisty, wiodącego życie ułatwione, powierzchowne. Niemal współczesnego nam konsumenta nie rozpoznającego własnych pragnień, a chłonącego na oślep wszystko, co się da. Nie bez znaczenia jest fakt, że pierwszy tekst kreował czytelnika jako podmiot zbiorowy, drugi obliczony był na odbiorcę miażdżąco pojedynczego.

Pod okładkami nie było przełomu, na okładkach zapanował inny model literatury i inne wyobrażenie o czytelniku.

Dlaczego o tym piszę? Seria „Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców” wydaje mi się dobrym materiałem do dyskusji nad dydaktyzmem peerelowskiej literatury dla młodzieży. Nowelistyczną formę łatwo tendencyjnie domknąć.

Często spotykam się z zarzutem „nieznośnego dydaktyzmu” ówczesnej twórczości dla dzieci i młodzieży, który mnie wydaje się nie tylko znośny, ale nawet wspaniały. Pewnie dlatego, że znacząco różni się od współczesnego. Bo dziś też otacza nas nieznośny dydaktyzm, tyle że przezroczysty, udający, że go nie ma. Dzisiaj powtarza się, że już w przedszkolu dziecko musi się przygotowywać do wejścia na rynek pracy i jakoś nikt nie krzyczy, że to nieznośny dydaktyzm. Zostaliśmy wychowani na pokornych wyrobników zarabiających grosze na śmieciowych umowach. Ci, którzy zarabiają nieco więcej, stali się niewolnikami kredytu. I nawet nie wiemy, kiedy i jak to się stało. Nie zauważyliśmy dydaktyzmu. A peerelowska pedagogika solidaryzmu społecznego i nonkonformizmu jakoś strasznie nasz razi.

Etyka to dziś wielkie abstrakcyjne słowo, podczas gdy wówczas literatura popularna bezpretensjonalnie pokazywała, że etyka to szeroki zestaw narzędzi, którym trzeba się codziennie posługiwać i który trzeba codziennie uzupełniać.

Peerelowski dydaktyzm przede wszystkim zmieniał się w czasie, co widać już po okładkowych tekstach serii „Ważne Sprawy”. Bywało, że przejawiał się w sposób przerażający, ale z drugiej strony bywało, że nieoczekiwanie odbiegał od schematów.

Przykładem przerażającego dydaktyzmu jest dla mnie „Księżniczka i wszy” Ewy Ostrowskiej z 1983.

1-Scan-006

Wiadomo, że peerelowska popkultura (po 1956 r.) w pozytywnym świetle przedstawiała powrót/wyjazd wykształconych młodych na prowincję. Przywołajmy chociażby Jagodę, bohaterkę dylogii Ludwiki Woźnickiej („Jagoda w mieście”, 1968, i „Jagoda dojrzewa”, 1980), której jedną z najpiękniejszych cech jest chęć powrotu do rodzinnej wsi zaraz po ukończeniu szkoły pielęgniarskiej (względnie studiów).

Rodzice tytułowej księżniczki z opowiadania Ostrowskiej właśnie to robią – porzucają wygodną i prestiżową Łódź i wracają na ojcowiznę. Ich córka Joasia nie może tego znieść. Czuje się przestawiona jak mebel. Manifestuje wzgardę dla wsiowego życia. Intelektualną i estetyczną wyższość wobec źle ubranych idiotek śmierdzących gnojem. Największy wstręt budzi w niej Ewa o przetłuszczonych włosach i sinawych rękach, cuchnąca oborą i zasypiająca na lekcjach.

Kiedy szkolna kontrola higieny wykazuje u Joasi wszawicę, upokorzona księżniczka rozpaczliwie próbuje przekierować śmiech klasy na Ewę.

Do tej pory zachowywała się jak reprezentantka (nieobecnej przecież) wspólnoty, która chce się zawiązać w opozycji do tego, co wsiowe. Próbowała zmontować sojusz z nielicznymi koleżankami o niejakich pretensjach. Gdyby mogła, z rozkoszną odrazą wykluczyłaby Ewę. Teraz, po przeglądzie głów, sama staje się odrażającym odpadem wspólnoty. Więcej – żeby być konsekwentna, sama siebie musiałaby ze wstrętem wykluczyć ze wspólnoty, do której chce należeć.

1-Scan-007 (2)

Dlatego wskazuje palcem Ewę. To od niej mam wszy, „do jej głowy należy zajrzeć, a przedtem jeszcze powąchać”. Próba wyłonienia innej ofiary nie udaje się. Ewa ma głowę czystą. Joasia przywiozła pasożyty z miejskiego zakładu fryzjerskiego, do którego pojechała rozjaśnić włosy, żeby zadać szyku przed wsiowymi idiotkami.

Jakby tego było mało, okazuje się, że mama Ewy była chora, córka musiała ją zastępować w pracach gospodarskich (stąd jej wygląd, zapach i zmęczenie). Teraz mama Ewy umiera, a Joasię przygniata poczucie winy („nigdy sobie nie wybaczę”). To jednak nie koniec jej przemiany. Żeby zmądrzeć i nabrać empatii, musi wyzbyć się egoizmu i sama siebie napiętnować. Skarcić w duchu: „A ty ciągle o sobie, zawszona księżniczko”.

Rozumiem, że Ostrowska skierowała przeciwko bohaterce jej własną broń. Ale choć księżniczki mnie irytują, nie wychowywałabym ich wszawicą i publicznym pohańbieniem. Wysłałabym raczej do nich baśniową babuleńkę proszulkę z ziarnem lnu. Okrutna książeczka Ostrowskiej zrobiła na mnie, pamiętam, wstrząsające wrażenie, które przy ponownej lekturze tylko się pogłębiło

Pamiętam też jednak radosne otwarcie wyobraźni, z jakim kończyłam czytać „Soryminę” Kaliny Gawęckiej-Bisko (1976). Stan ten wywołała korczakowska pedagogika samorządności, która wyłania się z opowiadania za sprawą tytułowej bohaterki.

1-Scan-004

Aneta, wrocławianka, bezpośrednia i energiczna dziewczyna, która została przeniesiona do szkoły z internatem w niewielkim miasteczku, bo – jak twierdzi jedna z wychowawczyń – nie radziło sobie z nią „wielkomiejskie szkolnictwo”. Bohaterka mogłaby stać się – jak zawszona księżniczka Ostrowskiej – kozłem ofiarnym peerelowskiej dydaktyki. Ma za sobą epizod zauroczenia grupą bananowej młodzieży. Jest śmiała i niepohamowana. A jednak to ona inicjuje pozytywną przemianę internatowej społeczności.

Autorka (wiele zawdzięczająca „Paladynom” Haliny Snopkiewicz) na trzydziestu kilku stronach szkicuje portrecik dziewczyńskiej zbiorowości, która odczuwa emocje, zastanawia się, działa i zmienia zasady współżycia. Przykład daje Aneta. Żywiołowa, solidarna, odpowiedzialna za internatowe życie. Kiedy Halinka zostaje ukarana za zbyt późny powrót szorowaniem łazienki, Aneta łapie za szczotkę i apeluje o pomoc do „koleżanek, towarzyszek, druhen zorganizowanych i nie zorganizowanych”. Wkrótce wszystkie ze śpiewem na ustach szorują podłogę. Odczarowują stygmat, solidarnie przyjmując do pracy symboliczną pozycję na kolanach. Surowa pani Wanda musi ulec ich pogodnemu oporowi. Do tej pory żadnej nie przyszło do głowy pomagać ukaranej koleżance, a teraz pomagają i jeszcze kwestionują prawomocność karania poniżającą pracą. I od razu sygnalizują swoje zastrzeżenia internatowej władzy, chcą reformować instytucję.

„Sorymina” kończy się kulturowym fermentem. Kierownik zachęca Anetę do zgłaszania reorganizacyjnych postulatów. Jest pedagogiem zadowolonym ze swojej otwartości, władzą zakochaną we własnym liberalizmie. Chce skanalizować samorządność nieco kłopotliwej jednostki, ale jednostka wyprzedza go o kilka kroków, jeszcze niejednego się od niej nauczy. Pierwszym postulatem Anety jest bowiem maksymalne rozszerzenie uzyskanych specjalnych prerogatyw – udział wszystkich mieszkańców w ulepszaniu internatowego życia. Nieformalna przewodnicząca powstającego samorządu zbiera potrzeby i pomysły. Trzeba zmienić dekorację pokoi, godziny podawania kolacji, zasady korzystania z żelazka. A także zreformować to, co najbardziej boli, bo nie jest przedmiotem umowy społecznej, a odgórną dyrektywą. Zastanowić się nad karami – jakie powinny być, przez kogo wyznaczane. Jak wymierzyć zasłużoną karę, nie upokarzając i nie ośmieszając winowajcy. Żeby „z rozumnej istoty [nie] zrobić muła”.

Życzyłabym sobie kontynuacji tego „nieznośnego dydaktyzmu” po 89 roku!

Maryla i transowy dziadek

Kiedy Maryla wraca ze szkoły, w progu wita ją dziadek przepasany fartuszkiem w kwiatki. Jej koleżanki i koledzy są tak ciekawi tego fascynującego zjawiska, że odprowadzają ją pod sam dom, żeby obejrzeć starszego pana występującego w roli babci.

Zdjęcia-2265Do niedawna wracającej ze szkoły Maryli nie witał nikt. Nikt też nie chodził na wywiadówki. Przy absencji rodziców „mechanizm domu” działał sam, ale wadliwie. Tata jako sadownik jest stale w rozjazdach służbowych. Mama, pielęgniarka na oddziale noworodków i opiekunka społeczna, też zwykle jest nieobecna. „Odkąd przestałam być noworodkiem, a nie zasłużyłam na czujność opiekunki społecznej – konstatuje z goryczą Maryla – mama rzeczywiście zajmuje się mną dość rzadko”. Zawodowo podwójnie opiekuńcza – prywatnie niezbyt przejmuje się córką. Jedna je obiady w stołówce szpitalnej, druga – szkolnej, co ma obrazować erozję rodziny. Tacie doskwierają dolegliwości żołądkowe i poczucie, że życie rodzinne „jakoś się tak dziwnie rozłazi” wskutek braku w domu „czyjejś stałej obecności”.

Mama wyemancypowała się dawno temu, nie wiadomo jak. Mąż nie ma do niej pretensji. Jego zastrzeżenia nie są opatrzone konkretnym adresem, stanowią raczej strukturalną analizę sytuacji. To on postanawia załatać dziurę po domowej kobiecie i prosi owdowiałego teścia, by z nimi zamieszkał i pomógł zreperować szkody.

Dziadek sprawnie robi zakupy, gotuje, piecze i sprząta, a także troszczy się o Marylę i jej rodziców, czyli wypełnia tradycyjne obowiązki matki gastronomicznej, ale przedstawiany jest jako doskonały organizator i zarządca (zatem już wtedy dowartościowywano pracę domową podobnie jak dzisiaj zajęcia „menedżerki rodziny”). W przeszłości stworzył szkolny klub sportowy, oddział Związku Filatelistów, był kierownikiem domu kultury, „a teraz, jako emeryt, ma poprowadzić nasz dom”. Żeby nie było za łatwo, dziadek nie żywi ani odrobiny aspiracji do roli opresyjnego patriarchy. Spogląda uważnie i czule. Jego domeną jest ciche poświęcenie. Ewentualna dyscyplina Maryli musiałaby być samodyscypliną wdrożoną pod nieobecność autorytetów. Niesubordynacja zaś nie doczeka się poparcia, na przykład ze strony matki.

Dom szybko staje się podobny do „tysięcy innych domów”, wraca do normy. Pachnie rosołem, ciastem waniliowym, pastą do podłóg. W tym momencie, kiedy padają słowa o „tysiącach innych domów”, tak naprawdę wychodzi na jaw uprzednia aberracyjność rodziny. Wydaje się nie mieć znaczenia, że rolę gospodyni odgrywa dziadek. Tylko Jurek, mądry chłopak Maryli, zdobywa się na refleksję genderową. „Dopiero kiedy przyglądam się twojemu dziadziusiowi – powiada po namyśle – widzę, ile roboty ma u nas w domu babcia”.

Zdjęcia-2264

Ale w opowiadaniu Krystyny Siesickiej „Być babim latem” (Horyzonty, 1971, ilustr. Danuta Cesarska) ważniejsza niż dziadek jest Maryla, która „kobiecych” ról nie znosi i nie odgrywa, choć już powinna. Tym większe jej zaniedbanie, że robi to „za nią” starszy mężczyzna, nie inna kobieta.

Zdjęcia-2269

Matka i ojciec są w opowiadaniu obecni tylko przez chwilę, potem znikają i dramat rozgrywa się między dziadkiem, który występuje w rażąco nieswojej roli, Jurkiem, reprezentantem mężczyzn w wieku produkcyjnym (ergo: ważną instancją oceniającą), a dwojgiem konkurujących dziewcząt. Nowoczesna matka, bez cienia poczucia winy, tym razem wstępuje na scenę dosłownie na chwilę, by przyczynić się do odebrania córce prawa do autonomicznego terytorium. Ta, która może swobodnie poruszać się w sferze pozadomowej, bezmyślnie ogranicza przestrzeń córki.

Zdjęcia-2267

Na wstępie bowiem wnuczka musi „chętnie” odstąpić dziadkowi własny pokój i zamieszkać kątem w kuchni. W końcu go kocha, więc nawet nie jest w stanie oponować. Zacina zęby i wpada w emocjonalny zamęt okresu przejściowego: „W tym czasie kochałam dziadziusia bardziej niż kiedykolwiek. Starałam się być dla niego czuła i miła. Głównie dlatego, że nie potrafiłam się cieszyć jego obecnością. A to było wstrętne”. Potem się przyzwyczaja. Co prawda zrezygnowała ze swojej przestrzeni, ale otrzymała w zamian komfort żywieniowo-opiekuńczy. Jest wdzięczna. Sytuacja powszednieje. Maryla przestaje okazywać dziadkowi miłość.

Wtedy w domu pojawia się perfekcyjna kuzynka Anka – beztroskie wcielenie normy. Od urodzenia – jak głosi rodzinna legenda – lepsza, posłuszniejsza, zręczniejsza, czulsza i troskliwsza niż Maryla. Bezskutecznie stawiana jej za przykład.

Zdjęcia-2273

Ponieważ Anka jest długowłosą fanką Połomskiego, Maryla nosi krótką fryzurę i słucha Grupy Skifflowej No To Co. Ponieważ Anka zaczyna spontanicznie i radośnie wyręczać dziadka w gotowaniu, Maryla tym bardziej nie chce być do niej podobna. Anka pomaga i uprzedza życzenia, Maryla przychodzi na gotowe. Anka smaży pyszne mielone kotlety, Maryla nigdy nawet nie pomyślała o przygotowaniu obiadu.

Zdjęcia-2275

Anka, żeby pasować do genderowych standardów, prawie nie musi z sobą walczyć, mieści się w gotowej formie, podobno urodziła się kobietą – Maryla jest udręczona oporem i musi wypracować emancypacyjny styl życia i wzorzec emocjonalny, który pozwoli zachować/zdobyć miłość. Konwencjonalne sposoby podtrzymywania i okazywania uczuć bywają bowiem często antyemancypacyjne.

Anka zdobywa serce dziadka i – jakby tego było mało – oczarowuje Jurka, okazując się idealną słuchaczką jego wywodów. „Cała była zasłuchaniem, zdumieniem, przejęciem”. „Cała”? Anka najwyraźniej nie ma niezależnej podmiotowości, istnieje tylko w relacjach. To aż nadto wystarcza, żeby genderowa mądrość Jurka wyparowała. Anka wyrzeka się pójścia z nim do kina, co chłopak nazywa lojalnością wobec Maryli i ocenia jako „ładną” cechę dziewczyny. Wiadomo, nic tak nie zdobi kobiety, jak zdolność do poświęceń i tłumienia egoistycznych pragnień.

Zdjęcia-2277

Maryla ma „koszmarne uczucie” bycia niepotrzebną we własnym życiu, które Anka z wdziękiem jej odbiera. Przegrywa bieg po miłość. Jej zwykła przekora przechodzi w dziką nienawiść. Ulgi nie sprawia ani pobłażliwość, ani zgryźliwość wobec Anki. Wściekłość dusi i rozpiera Marylę. Ze złości robi pranie, a potem płacze. Agresja wyzwalana przez chodzący ideał dziewczęcości skierowana jest tyleż przeciwko nieświadomej konfliktu rywalce, co przeciwko sobie. „To ja okradałam samą siebie – przyznaje Maryla. Byłam egoistką” i „upartym osłem”, który „nie potrafi przyznać komuś racji”.

Presja i frustracja są tak wielkie, że bliska wybuchu bohaterka odczuwa przymus negatywnego działania, nosi się z życzeniem śmierci, fantazjuje o sposobach otrucia. To nic, że obiektem morderczej fantazji są de facto tylko ukochane rybki Anki (żeby także genderowa prymuska poznała smak straty). Taka konwencja. W warstwie symbolicznej chodzi o natężenie złych emocji i śmiertelny międzydziewczęcy antagonizm. Śmiertelny, bo rybka zdycha. Co prawda z niezależnych powodów, ale wyrzuty sumienia Maryli są jak najbardziej zależne i jak najcięższe.

Siesicka, na ile to możliwe, powstrzymuje się od oceny. Maryla mówi w pierwszej osobie i prezentuje się sama. Jej punkt widzenia ma priorytet. Emancypacyjna frustracja waży tyle co genderowe zaniechanie. Kluczowa jest oczywiście puenta opowiadania. Po wyprowadzce Anki Maryla obserwuje zasępionego dziadka i przeżywa kryzys. Z jednej strony odczuwa przemożną chęć posłodzenia dziadkowi herbaty, jak robiła to perfekcyjna kuzynka, z drugiej – powtórzenie tego gestu jest ponad jej siły. Ponieważ nie pasuje do patriarchalnej matrycy uczuć, wątpi w swoją miłość do dziadka, którą jednocześnie uważa za wielką.

Z powodu wewnętrznej szamotaniny nie może spać. Automatycznie przewija się w jej głowie oderwane zdanie: „Być babim latem…!”. Wyraża się w ten sposób tęsknota Maryli za radosną lekkością, ucieczką, magicznym wyjściem z sytuacji. Uchyleniem presji. Surrealne liście na ilustracjach Cesarskiej korespondują z odmiennym stanem świadomości bohaterki.

Zdjęcia-2278

Końcówka opowiadania jest niejasna, niezbyt dobrze napisana. Dwa zdania brzmią jednak mocno. Pierwsze to deklaracja trwania w egoizmie: „Oczy otwierały mi się same, chaotyczne myśli sformowały się w jedną, dręczącą i uporczywą. Być babim latem! Nie mogłam. To znaczyło przełamać siebie, swój egoizm, upór, nie mogłam już dłużej uciekać od prawdy”. Drugie zdaje się zaprzeczać pierwszemu. Maryla uświadamia sobie: „Ciepło tego domu, chłód ręki na rozpalonym czole, milcząca dobroć. Dawał z siebie tak wiele, a nie brał niczego”. Idzie do dziadka i (jak wtedy, gdy przychodził tylko na niedzielne obiady i się nie poświęcał) wyznaje: „Zatęskniłam”. Ale to nie kapitulacja. To powrót do punktu wyjścia, a zarazem nowe rozdanie. Zainicjowane i dyktowane przez Marylę. Żadnych poświęceń, wyręczeń, karmienia i krzątactwa, które zawsze ktoś musi wykonywać kosztem swojej autonomii. Czysta ekspresja uczuć.

PS. Ilustracje Danuty Cesarskiej możecie obejrzeć dzięki temu, że w archiwum Biblioteki Raczyńskich dobrze zachował się raczej trudny do zdobycia egzemplarz pierwszego wydania. Wielkie nakłady po 40-50 latach okazują się przegrywać z miłością czytelniczek. Książki przestają istnieć.

Dla porównania zamieszczam okładkę i dwie ilustracje z wydanego w 1992 r. zbioru opowiadań, w którym pierwszy raz przeczytałam „Być babim latem”. Dyletanctwo lat 90. w tym zestawieniu jest uderzające. Takie są skutki obraźliwych wyobrażeń o masowym odbiorcy.

1-Scan-024 1-Scan-001 1-Scan

Wdzięczność i wstyd

Irena Jurgielewiczowa. Jedna z tych starych, poczciwych nauczycielek urodzonych na początku XX wieku, które w PRL-u zostały pisarkami młodzieżowymi (ta biograficzna prawidłowość zasługuje na osobną notkę).

Lektura szkolna „Ten obcy” (1961) to rzecz o wielkiej miłości do uciekiniera Zenka czworga przyjaciół:

– lękliwej, dziewczęcej, ale zasadniczej Uli, oczywistej zwyciężczyni rozgrywki,

– dziarskiej i odważnej Pestki, która chce imponować tym, że jest równie fajna jak chłopcy,

– szlachetnego Mariana, dotąd samca alfa, zagrożonego, ale i przyciąganego przez rywala

– oraz najmłodszego Julka, dziecinnego mizogina, który otwarcie adoruje ukochanego przywódcę i jest boleśnie zazdrosny o Ulę.

Fabuła, jak pamiętacie, jest ciekawa – każdy inaczej kocha Zenka i przez to zmienia swój sposób odnoszenia się do pozostałych członków grupy. Dynamika relacji się komplikuje, a jeśli dodać do tego napięcie w stosunkach z rodzicami oraz przenoszenie emocji na bezdomnego psa – byłoby o czym pisać.

Wybrałam jednak kontynuację „Tego obcego” z dramatycznym pytaniem w tytule – „Inna?” (1975, okładka Grażyny Rogowskiej, genialne ilustracje Leonii Janeckiej).

1-Scan-001.BMP

Może dlatego, że ostatnio znów czytałam dużo Musierowicz, zemdliło mnie i znalazłam remedium w lekturze tej właśnie powieści Jurgielewiczowej. I wcale nie wynika to – jak twierdzi Musierowicz – z opozycji między literaturą pocieszycielską a literaturą skoncentrowaną na „brudzie świata”. Chodzi o różnicę między pocieszeniem głupawym i natychmiastowym (Jeżycjada) a warunkowym, poprzedzonym ekspozycją trudności (książki Jurgielewiczowej).

Zdjęcia-2102

Danka, tytułowa bohaterka „Innej?”, to wychowanka domu dziecka, która spędza Boże Narodzenie w „prawdziwej” rodzinie.

1-Scan-011

Goszczącym ją domem włada despotyczny ojciec, który nie pozwala żonie i dorastającemu synowi o niczym decydować: „To dla twojego dobra – odpowiada mamie, jeśli ta wnosi jakiś protest. Dba o mamę, to prawda, tylko że mama chociaż czasem wolałaby sama postanowić, co jest dla jej dobra, a co nie”. Matka i syn żyją tak, by zadowalać ojca. Danka nie zna pojęcia drugiego, domowego etatu kobiet, ale spogląda na cały układ z marginesu, więc widzi, że pod tym dachem nie ma sprawiedliwości – dom musi błyszczeć, zanim ojciec wróci z pracy, chociaż matka Mariana też pracuje zawodowo (jako pielęgniarka).

1-Scan-010

Paternalizm objawia się jednak jeszcze inaczej. Mianowicie w drobnomieszczańskim zamknięciu rodziny: „Ojciec obcych nie lubi, denerwuje go, jeśli trzeba odstąpić od stałych domowych przyzwyczajeń, dostosować się do kogoś, obsługiwać go, krzątać się…” Te oschłe bezosobowe formy ociekają obłudą – przecież to nie ojciec będzie się krzątał. Pan domu maskuje niechęć troską o żonę, ale tak naprawdę jest zazdrosny o energię jej tysiącznych ruchów, której część ma być skierowana w innym kierunku.

1-Scan-012

Dlatego też ustępliwa żona tym razem stawia na swoim. Chce przyjąć sierotę na święta i przyjmuje.

Sprawa kobiecej emancypacji splata się z oporem wobec czynienia z rodziny „ośrodka uczuć antyspołecznych” (Brzozowski). Mama Mariana, której miałby być rzekomo oszczędzony dodatkowy wysiłek, wyraźnie nie życzy sobie, by „cały świat poza obrębem rodziny był zdobyczą lub nieprzyjacielem” (znów Brzozowski). Pal sześć dodatkową krzątaninę, byle rozszczelnić izolację. Jurgielewiczowa wie, że stawką emancypacji nie jest „tylko” samostanowienie kobiety, ale i model społeczeństwa.

Przybywa Danka i sytuacja zaczyna przypominać schemat, który znamy z lektury Jeżycjady, ale jednocześnie zdecydowanie od niego odbiega.

Przy magicznym stole w kamienicy przy Roosevelta 5, najlepiej w Wigilię, pojawia się ktoś potrzebujący pomocy. Samotny, niekochany, zagubiony, zziębnięty, głodny. Aurelia Jedwabińska („Opium w rosole”, 1985), rumuńskie żebraczki („Noelka”, 1992), woźny Jankowiak („Dziecko piątku”, 1993). Wszystkie problemy rozwiązuje talerz rosołu. W Borejkowskim cieple pierzchają smutki i lęki, nieszczęsny gość w mgnieniu oka odzyskuje radość życia i wiarę w ludzi. Otwiera się jak rozkwitający kwiat i promienieje wdzięcznością. Jeśli nie otwiera się i nie promienieje, jest niewartym starań agresywnym tępakiem (Lisieccy) albo ma emocjonalną dysfunkcję (Ewa Jedwabińska). Odrzucenie bezcennego daru inteligenckiej dobroczynności jest niewybaczalne. Należy wdzięcznie rezonować odebranym sygnałem dobra.

1-Scan-016

O ile pamiętam, tylko raz (w „Kłamczusze”, 1979) Musierowicz przedstawia punkt widzenia gniewnego plebejusza z pełnym zrozumieniem. Pomoc domowa Franciszka Wyrobek co prawda nie istnieje, ale jej klasowa perspektywa jest całkiem realna. Kiedyś już o tym pisałam w „Bez Dogmatu”. Pozwolę sobie na autocytat, bo uwielbiam tę scenę. Roześmiana grupa licealistów wraca z kina, a służąca kończy właśnie kilkugodzinne sprzątanie: „Z lustra spojrzała na nią chuda twarz o zaciśniętych ustach i płonących złością czarnych oczach. Jędza – pomyślała i zrobiwszy kilka głębokich wdechów oraz min na rozgrzewkę, wsadziła na nos okulary i zajaśniała pogodnym wyrazem twarzy. W pokoju Pawełka pito tymczasem kompot (znów cztery szklanki do mycia) i na tle szemrzącej delikatnie muzyki kameralnej prowadzono rozmowę o poezji”. Ktoś ciężko pracuje, żeby ktoś inny mógł swobodnie rozwijać swoją ostentacyjnie niepraktyczną erudycję. Koniec autocytatu.

1-Scan-015

Z lustra, w które patrzy Aniela-Frania, wyziera piękna i straszna twarz rewolucji, ale bohaterka widzi ją oczami uprzywilejowanych i nie chce mieć z nią (z sobą) nic wspólnego. Nie chce być małostkowa, zazdrosna, swarliwa i brzydka. Szybko przywdziewa maskę i wchodzi w sympatyczną rolę gosposi. Widmo rewolucji znika, tym bardziej że plebejuszka zostaje zaproszona do elitarnego grona, ponieważ udowadnia, że zna, ceni i z użyciem indywidualnego talentu, ale wiernie interpretuje kanon kultury (konkretnie „Hamleta”) oraz że wbrew cynicznym deklaracjom hołduje mieszczańskiej moralności.

W Jeżycjadzie rewolucja nie jest oczywiście możliwa, ale została przedstawiona i zawłaszczona. Myślę o czerwcu 56 w „Kalamburce” (2001). W dwudziestoleciu międzywojennym cenzurowano sposoby przedstawiania walki z caratem, zakładając, że nie można pokazywać rewolucyjnych zamachów na władzę, bo mogłoby to niebezpiecznie rozbudzić wyobraźnię odbiorcy. Musierowicz (zgodnie z aktualnym trendem) nazywa protest robotniczy powstaniem, a nawet chyba trochę wzoruje się na popkulturowych wyobrażeniach walk w Warszawie 44 roku. Nie zaryzykuje słowa „rewolucja”, nawet w przypadku wystąpienia przeciwko peerelowskim władzom.

Główną bohaterką powieści czyni Gizelę Kalembę, plebejuszkę, ale niepodległościową, antykomunistyczną i znającą swoje miejsce, nie marzącą o awansie społecznym ani nawet o poprawie sytuacji bytowej. W ostatnim rozdziale dowiadujemy się, skąd się wziął twardy i skromny charakter tej kobiety i przecieramy oczy ze zdumienia.

Kończy się kryzysowy rok 1935. Młoda Gizela wraca późnym wieczorem z pracy w sklepie. Dygocze w lichej jesionce, jest głodna i usposobiona tak, jakby zaraz miała się zapisać do KPP. Mimo że ciężko pracuje, na nic jej nie stać. Za pokoik płaci 10, a zarabia 18 złotych. Po zamknięciu sklepu musi go jeszcze bez dodatkowej zapłaty posprzątać. Pryncypałowa w świątecznym prezencie dała jej wstążkę do kapelusza, książkę „Zwycięstwo polskich skrzydeł” i „Kalendarz Rycerza Niepokalanej”. „Lepiej by dała parę pończoch wełnianych, świętoszka jedna” – pomstuje Gizela, tym jednym zdaniem przeprowadzając wyczerpującą krytykę genderowej, państwowej i religijnej ideologii. Strojny orszak ślubny po andersenowsku spycha ją w pryzmę śniegu.

Rozżalona na swoją krzywdę, źle myśli o sąsiadach Makowskich – przyszłych rodzicach Mili Borejko. Ci ubodzy i szczęśliwi inteligenci właśnie kupili sobie odrobinę węgla. Gizela zazdrości i burzy się przeciwko takiemu niesprawiedliwemu porządkowi rzeczy. W domu jednak przekonuje się, że ciężarna Makowska napaliła jej w piecu, a wysiłek przyspieszył poród. Prawie komunistka odzyskuje wiarę w Boga i ludzi, ale też zaciąga dożywotni dług. Poczucie winy za złe myśli, przekonanie, że ma „czarne”, „pełne zawiści i gniewu” serce, każe jej potem nie tylko opiekować się osieroconą Milą, ale i skrycie adorować niezwykłą wychowankę – świętą córkę świętych dobroczyńców. Gizela pragnie zasłużyć na miano dobrej wróżki dopuszczonej do kołyski księżniczki.

Baśniowy epilog „Kalamburki” jest prologiem całej sagi. Chwila klasowego gniewu wymaga dziesięcioleci zadośćuczynienia, by z kolei zaowocować Milą Borejko – opoką wzorcowej inteligenckiej rodziny. Bunt jest w tej ekonomii w pewnym sensie konieczny, ale tylko po to, by nastąpiło jeszcze konieczniejsze jego stłumienie. Żeby nieskończenie wdzięczna plebejuszka Gizela wychowała założycielkę elitarnego rodu.

No i poniosło mnie. Koniec dygresji. Jurgielewiczowa w odróżnieniu od Musierowicz nie jest ani bezczelna, ani biegła w mechanizmach popkultury. Nie ułatwia sobie zadania i nie sięga po schemat opowieści o wdzięcznych wykluczonych. Jej powieści są mało spektakularne, ale zadziwiająco zniuansowane. Wbrew obowiązkowym optymistycznym zakończeniom bardzo wieloznaczne.

W „Innej?” Danka pod wpływem dobroczynności nie otwiera się i nie promienieje, ale nie ma to nic wspólnego z tępotą czy uczuciowym kalectwem. Jurgielewiczową szczególnie interesuje reakcja tego, kto poddawany jest pedagogice czy dobroczynności. Ten wątek powraca w jej powieściach i zawsze przedmiot starań okazuje się podmiotem i ma prawo reagować „źle”. Został ukształtowany w określonych warunkach, ma odruchy, skomplikowane, często sprzeczne, emocje, poczucie własnej godności. Musi sobie radzić z psychologicznymi konsekwencjami wykluczenia.

ten_obcy4

W „Tym obcym” dumny Zenek woli kraść niż przyznać się, że ucieka od ojca alkoholika, i przyjąć pomoc nowych przyjaciół.

W „Niespokojnych godzinach” (1964) zbyt czytelne zabiegi wychowawcze doprowadzają Janusza do wściekłości, bo oznaczają brak zaufania, napiętnowanie, a on nie chce być utożsamiany ze swymi postępkami. Niesłusznie posądzony, z przekory i rozgoryczenia rezygnuje z samoobrony, nie przyznaje się do dobrych intencji, tym samym potwierdzając najgorszą opinię o sobie. Moralna wyższość Kasi, choć uzasadniona, na koniec nawet samej Kasi wydaje się podejrzana.

We „Wszystko inaczej” (1968) mały złodziej listów jest przestraszony i upokorzony demaskacją i nie zmienia tego podarunek z ręki zmieszanej swoją rolą demaskatorki. Maja odruchowym oporem detonuje mentorstwo Michała.

Danka kompensuje swoją podrzędną pozycję wzgardą i pozą znudzonej prowincją warszawianki. Jej strategia obronna budzącej współczucie sieroty polega na odgrywaniu pewności siebie i braku skrupułów, prowokowaniu rzekomym cynizmem. Gdyby była miła, „pomyśleliby, że jej zależy, że się im podlizuje, bo są u siebie, a ją zaproszono z łaski”. To jest do pewnego momentu silniejsze od niej.

Jednak sama czuje „że ktoś, kim chciałaby być, ale nie jest”, postąpiłby inaczej. Po raz pierwszy jest z siebie zadowolona, kiedy odstępuje Julkowi swoje prawo do zjazdu na sankach z Marianem. Rezygnuje z euforycznego pędu i umożliwia, niejako darowuje, przeżycie „upragnionej przyjemności” komu innemu, przez co sama czuje się radośnie i uroczyście.

Nic więc dziwnego, że kiedy przypadkiem słyszy, jak chłopcy szykują dla niej prezenty, wpada w pomieszanie: „W myślach bezład, wzruszenie i wdzięczność plączą się z uczuciem goryczy. I przecież ten nieprzyjemny stan ducha trzeba za wszelką cenę ukryć”. Skąd wstyd zamiast radości? Ona nic nikomu nie da, bo nie ma, „i wszyscy uznają to za zupełnie naturalne”, nie spodziewają się od niej podarków. „Nie ma rodziców, nie ma domu, nie ma pieniędzy. Zrozumiałe, że dopóki nie otrzyma prezentów, które są dla niej, jej ręce będą puste, jej rzeczą jest czekać, by się napełniły ich darami – a potem okazać wdzięczność. W stosunku do niej nikt wdzięczności nie poczuje, nie będzie miał za co”.

Zdjęcia-2100

Tak zapada decyzja o kradzieży. Danka kradnie ze sklepu drobne przedmioty, „żeby uniknąć upokorzenia, żeby być jak wszyscy”. Kibicujemy jej w długiej i pełnej napięcia scenie kradzieży. Cieszymy się, kiedy po wręczeniu prezentów, widząc radość obdarowanych – staje się kimś „zupełnie innym”, śmieje się, oczy jej błyszczą. Czy to ważne, że dzięki kradzieży? Dla niej ważne. Ucieka ze strachu przed demaskacją. Zatrzymana, jest „antypatyczna, twarda, okropna”.

1-Scan-013

O jej przewinie wie tylko jedna dyskretna osoba, ale pojawiając się u kryształowej Uli, Danka znów rozwija złożoną strategię obronną, tak że biedna Ula nie wie, co ma myśleć: „Jakby ktoś zsypał razem po kilka klocków z różnych łamigłówek: nie sposób ułożyć z nich sensownej całości. Czy dlatego, że Danka kłamie, że co chwila zmienia się jej nastrój?”. Ula nie byłaby jednak kryształowa, gdyby po wyjściu trudnego gościa nie robiła wyrzutów przede wszystkim sobie samej. Od razu rewiduje swoje oczekiwania. Bezrefleksyjnie założyła, „że ktoś taki jak Danka powinien być sympatyczny. Nie dość, że jest sam, że nie ma domu, że los go skrzywdził, ponadto ma jeszcze zachowywać się tak, żeby ludziom naokoło sprawiać przyjemność”.

Wykluczeni nie muszą być mili, nie muszą całować ręki, która ich karmi. Nie ma się co obrażać. Rezygnacja z dumy dobroczyńcy to u Jurgielewiczowej pierwszy krok do porozumienia. Drugim jest myśl Danki, że taka przyjaciółka jak ona mogłaby się naiwnej Uli przydać, że sierota z Domu Dziecka nie ma pustych rąk, że może stanąć do emocjonalnej wymiany jak równa z równą i równy z równym.

1-Scan-014

Trzeci krok Danka i Ula zrobią już razem i będzie to krok poza pole wyznaczone przez wdzięczność i wstyd.