Archiwum kategorii: matka

Spółdzielnia i jabłko

W latach 60. peerelowskiej powieści dla dziewcząt zarzucano, że jej bohaterki zbyt często pochodzą z miejskich, dobrze sytuowanych rodzin inteligenckich, że ich obyczaje i pragnienia są klasowo ograniczone i że jako takie nie powinny kształtować dążeń czytelniczek o rozmaitym przecież backgroundzie społecznym. Z niejakim potępieniem nazywano gatunek literaturą tergalową (tergal to – jak tłumaczy Jedna z Czytelniczek Bloga – rodzaj sztucznej, dość drogiej, modnej tkaniny). Teraz, w drugim odcinku minicyklu o dziewczęcych marzeniach, przyjrzymy się przykładom tendencji odwrotnej.

Do powieści propagujących odmienne wzorce aspiracji należy adresowana do młodszych czytelniczek Cesia Natalii Rolleczek (1971, ale powstała wcześniej, bo w 1969 dostała nagrodę w konkursie Naszej Księgarni).

Cesia Maria Uszacka (1) Cesia Maria Uszacka (2)

Obwoluta i (niżej) ilustracje Marii Uszackiej

Tutaj wspólne marzenie dwóch dziewcząt rodzi się z własnego nieszczęścia rezonującego ze zgryzotami innych. Cesia i Wiesia marzą o założeniu wiejskiej spółdzielni, uprawie roślin, hodowli zwierząt, pasiece, nowym domu. Gospodarstwo będzie autarkiczne, ewentualne nadwyżki produktów sprzeda się w mieście. Założycielki nie zgadzają się jeszcze co do szczegółów (np. czy chcą mieć telewizor, czy nie), ale przysięgają wierność sobie nawzajem i projektowi. Cesia jest przybyszką ze wsi, upokarzaną przez miejskich kuzynów. Spółdzielnia już w fazie projektu stanowi dla niej źródło dumy. Wbrew własnej woli musiała opuścić dziadków i przenieść się do Krakowa, gdzie od jakiegoś czasu pracuje (jako pielęgniarka w Nowej Hucie) jej owdowiała mama, która ma wielkomiejskie ambicje i pogardza wiejskim stylem życia. Cesię zamierza wychować na miejską dziewczynę. Na razie mama dużo pracuje, by zarobić na mieszkanie, i stara się o nowego ojca dla córki, toteż nie może się nią zajmować – mieszkają osobno.

Wiesia mieszka w Domu Młodzieżowym, przez co też odstaje od rówieśników. Rodzice ją porzucili („Każde w innym mieście. Kiedyś ci opowiem”). Przyjaźń i marzenie o spółdzielni znaczy dla niej jeszcze więcej niż dla Cesi. Podobnie dla Marka, sieroty, uciekiniera z domu dziecka, i Laszla, cygańskiego chłopca, który chce się uczyć, mimo że wujek mu zabrania. Wujek, jak inni Cyganie, dostał mieszkanie i pracę w Nowej Hucie, ale z tęsknoty za taborowym życiem pije i bije Laszla. Chłopak woli poniewierkę bezdomności i dorywczych prac. W przyszłości – ustalają to już teraz – będzie mężem Cesi i ważnym członkiem spółdzielni.

Od razu widać, że nie o produkcję rolną tu idzie. Będzie ona środkiem do celu, czyli zawiązania się nietypowej rodziny z wyboru dla ludzi rodzin pozbawionych lub mających inne niż biologiczni krewni pomysły na życie. Już teraz więź z małymi spółdzielcami jest dla Cesi ważniejsza niż fizycznie i kulturowo odległa mama. Dziewczynka chwilowo przystaje na tradycyjny, choć pozornie nowoczesny, projekt mamy (trzeba mieć mieszkanie w mieście, trzeba zrekonstruować typową rodzinę zdekompletowaną przez śmierć). Nie chce jej robić przykrości. Ale gdy tylko stanie się to możliwe, wybierze inny model.

Już się do tego przygotowują. Już dzielą role. Cesia i Wiesia będą wszystko organizować, bo na chłopców nie można liczyć. Już planują kursy rolnicze. Kto czego powinien się nauczyć. Ile będzie drzewek w sadzie. I że to życie będzie lepsze niż życie babci i dziadka Cesi dzięki łazience i studni (?). Już im lżej, bo „czeka na nich wymarzone miejsce, gdzie chce się żyć i pracować!”. Pewien problem dla przyjaciółek – zagorzałych kinomanek – stanowi brak na wsi kina. Ale tylko przez moment: „Kino nam niepotrzebne, bo my same możemy kręcić sobie filmy. Takie na wąską taśmę, rozumiesz? I wyświetlać”. Pomysł natychmiast rozwija się w szczegółowy plan nadania wiejskiej egzystencji prestiżu potwierdzonego międzynarodową nagrodą: „My nie będziemy zacofane. Zapiszemy się do klubu amatorskich filmów. Zrobimy film z Modrzan. Może nawet ten film dostanie Złotego Lajkonika?”. Cesia wzdycha: „Jakie to szczęście mieć taką mądrą przyjaciółkę”.

Cesia Maria Uszacka (4) Cesia Maria Uszacka (3)

Jeszcze wyraźniej wiejski wzorzec prestiżu propaguje Anna Kamieńska w powieści Rozalka Olaboga (1968, datowana 1966), też przeznaczonej dla młodszych dziewcząt.

rozal

Okładka Zbigniewa Rychlickiego

Cesia znała wieś, więc tam ją ciągnęło. Rozalka jest miejskim dzieckiem, które spontanicznie wiąże swoje marzenia z małym miasteczkiem.

snapshot20150503215644

Kadry z serialu w reż. Jadwigi Kędzierzawskiej

Ucieka z Krakowa od ciotki, by wreszcie zamieszkać z mamą, która uczy przyrody w prowincjonalnym Borze i uważa, że nie może zabrać ze sobą córki na wynajęty pokój do miasteczka, w którym nie zamierza zapuścić korzeni: „Choć pracowała w Borze już dobrych kilka miesięcy, prawie cały rok szkolny – żyła osobnym, własnym życiem”. Nauczycielka nie wie, co się dzieje, ma uszy zamknięte na plotki, nie chce być wścibska, tymczasem jest wyalienowana. „Rozalka była inna. Rozalka od pierwszego dnia nie była ani obca, ani nowa. Rozalka wcisnęła się wszędzie. Rozalka wiedziała wszystko o wszystkich dla wszystkich. Rozalka była jak chłonna na sprawy ludzkie bibuła”. Lokalne sprawy stają się jej sprawami. Więcej, działa jak katalizator: „Wszędzie gdzie się pojawiła, zaczynało się coś dziać i nigdy z żadnych swoich wypraw, swoich latań – jak to określała matka – nie wracała bez wieści, mało – bez sensacyjnych, szokujących wieści!”.

Tu też specjalna więź między córką i matką zostaje odczarowana. Literatura polska (i nie tylko) pełna jest totalnej matczynej miłości lub jej traumatycznego braku, a także dziedziczenia losu starszych kobiet przez młodsze. Kamieńska (i Rolleczek) nie pisze ani o fatalnej, ani o radosnej reprodukcji wzorca kulturowego w drugim pokoleniu. Matczyno-córczana miłość swoją drogą, a styl życia, hierarchia wartości swoją. Matki – jednostkowe, samotne, wyizolowane – stanowią układ zamknięty, a jednocześnie są grzeczniejsze, posłuszniejsze wobec tradycyjnych nakazów. Córki – uspołecznione, wyposażone w więcej „wypustek” łączących je ze zbiorowością – są odważne i pełne egzystencjalnej inwencji.

Rozalka jest kiepską dziewczynką („ani warkocza, ani jedwabistych włosów, ani żadnej czułości i słodyczy”).

snapshot20150507214206 snapshot20150507214213

Aleksandra Piotrowska w roli Rozalki Bożkówny

Wolałaby być chłopcem

snapshot20150507220052 snapshot20150507220101 snapshot20150507220128 snapshot20150507220138 snapshot20150507220236 snapshot20150507220301

i jak chłopiec się zachowuje.

snapshot20150503224236 snapshot20150507220818

snapshot20150525212505 snapshot20150525212534 snapshot20150525214920

Mama, też z trudem mieszcząca się w roli kobiety, ma jej to za złe. Ale nie tylko z powodu wychodzenia poza gender Rozalka zajmuje w Borze pozycję szczególną. Trochę podrzędną, trochę uprzywilejowaną. Jest córką nauczycielki, ale jakieś dziwnej, wdowy, bez własnego kąta, która wszędzie chodzi krokami dragona z kluczem do oznaczania roślin, budząc zdziwienie i śmiech zdezorientowanych sąsiadów.

snapshot20150503220419 snapshot20150511212334

Krystyna Sienkiewicz w roli mamy Rozalki

Dziewczynka natychmiast dostaje przezwisko „Olaboga”, które streszcza konserwatywną reakcję prowincjonalnego otoczenia, ale zostaje przez nią wykorzystane jako przedmiot dumy: „Trzeba było je wykrzyknąć jak zawołanie bojowe, jak okrzyk zdumienia, podziwu i nie wiem jeszcze czego. Ale jej przezwisko w każdym razie na pewno miało za sobą wykrzyknik”.

Rozalka, wyczulona na niesprawiedliwość, widzi krzywdy, z którymi inni się dawno pogodzili, i działa, by je naprawić. Z tym wiążą się jej najgorętsze pragnienia. O zmianie na lepsze i sobie w roli wybawicielki najczęściej marzy. „Zamawia” sobie sny o świętym Jerzym, obrońcy pokrzywdzonych, ale ten nie przybywa. Na szczęście Rozalka jest uparta i ma skłonności przywódcze, wchodzi w rolę rycerza i często udaje jej się osiągnąć cel. Na przygadywanie, że świata nie przerobi, ma krótką odpowiedź: „A właśnie, że przerobię”.

Dziecko pewnej kobiety nie ma siły ssać piersi. Matka już z niego zrezygnowała, pogodziła się ze smutnym przeznaczeniem. Prezentuje jednocześnie chłopski fatalizm i niewiedzę o nowoczesnych sposobach karmienia niemowląt. To dość szokujący obraz polskiej wsi lat 60., gdzie niemowlęta jak w XIX wieku umierają, jeśli nie mogą być karmione mlekiem matki. Gorzej – doktor, który najwyraźniej też już postawił na dziecku krzyżyk, zagadnięty przez Rozalkę, mówi bez przekonania: „Trzeba by tu szpitala. Specjalnego pokarmu. Mieszanek. Ta kobieta ich nie przygotuje”. Dziewczynka przyprowadza zrezygnowanej matce kozę, objaśnia jak przygotowywać i podawać dziecku kozie mleko. Podporządkowuje sobie dorosłą kobietę i zmusza ją do działania.

 snapshot20150519211229

Sąsiedzi trzymają niewidomą córkę w chlewie. Rozżalona Rozalka wszczyna konflikt, płacze, krzyczy, za co porządnie obrywa od brata więzionej.

snapshot20150519212641

Chłopak zostaje zawieszony w prawach ucznia. Od tej pory akcja toczy się dwutorowo. Sprawą niewidomej dziewczynki zajmuje się Kwietniowa, żona przewodniczącego miejskiej rady, która ruga nieudolnego męża: „Co z ciebie za przewodniczący! Na twoim terenie takie sprawy się dzieją! Dziecko niewidome chowają w chlewie! Jak zwierzę! Znęcają się. A ty nic! Dziewczyna naraża się, walczy, bije się o sprawiedliwość. […] Do zakładu trzeba, do lekarzy, do szkoły. Ruszaj, załatwiaj, staraj się! Na co cię wybrali? I Kwietniowa już chustkę na głowę. Pędzi. Trzask drzwi”.

snapshot20150519211502 snapshot20150503223232

Krystyna Tkacz jako Kwietniowa, matka Klimka

Rozalka zaś z sińcem pod okiem staje w obronie kolegi, który ją pobił. On nie jest chuliganem, zdenerwował się, krzyczałam na niego, on nie jest winien, musi się uczyć. „To ciemni ludzie”, ich syn też taki będzie, jeśli zostanie usunięty ze szkoły. Kierownik nie słucha,

snapshot20150519212723

więc Rozalka ukrywa się i stawia warunek – nie wróci, dopóki chłopakowi nie cofną kary.

Kwietniowa byłaby lepszą przewodniczącą niż mąż, a Rozalka jest do niej podobna: „energiczne i porywcze, szorstkie i jednocześnie skore do naprawiania świata”. Kto wie, może w przyszłości obejmie funkcję? Nadaje się tym bardziej, że w Borze, stojącym przed wielkim modernizacyjnym skokiem i z tego powodu skłóconym, Rozalka nie opowiada się ani za nowym, ani za starym porządkiem. Bierze co dobre z tradycji i z nowoczesności. Przede wszystkim domaga się sprawiedliwości. Kiedy w przeddzień lipcowego święta zostaje wyróżniona zaproszeniem na przyjęcie dla dzieci pracowników powstającej kopalni – nie chce iść sama. Domaga się, by dyrektor zaprosił wszystkie dzieci z Boru, bez podziału na lepsze i gorsze.

Rozalka nadaje się na lokalną polityczkę również dlatego, że chce i potrafi być każdym. Jest ruchliwa, żywiołowa, empatyczna, chłonie przyrodę, słońce i wiatr.

snapshot20150503222216 snapshot20150503220321

Nie pilnuje swojej skóry, swego ciała, opala się, płowieje, moczy w wodzie, brudzi, kaleczy, parzy pokrzywami, znosi na sobie do domu błoto i siano. Oddaje się bez reszty. Nie ma własnej tożsamości. Nabiera cech spotykanych ludzi, ulega wydarzeniom. Przymierza się do różnych zachowań, nawet skrajnie obcych, jak bezruch aptekarzowej, nieporadnej pani Sabinki, która, zdobna w koronki i pierścionki, pędzi osobliwy żywot w pokoju pełnym roślin i ptactwa. Sama podobna do ptaszka w klatce czy lalki. „Rozalka czasami siada na krześle tak samo jak pani Sabcia – przechylona w tył, jakby omdlała. Kładzie na kolanach ręce. „Jestem pani aptekarzowa” – wyobraża sobie. – Ale dłonie Rozalki są szorstkie, czerwone, takie brzydkie dziewczyńskie łapska”.

snapshot20150624220619

Rozalka przyjmuje punkt widzenia aptekarzowej (w tej roli Anna Milewska)

snapshot20150519210621

Tutaj Rozalka naśladuje starą chłopkę

Kiedy słyszy, że dzieci dawniej częściej chorowały i umierały, postanawia, że zostanie lekarzem. „Och, czymże już nie postanawiała zostać Rozalka! Misjonarką, szewcem, lotniczką, podróżniczką, furmanem, a teraz jeszcze – lekarzem”. Kiedy zobaczy, jak się w Borze Dolnym robi garnki, zapragnie być garncarką. Po wycieczce do lasu chce zostać gajowym(-wą?), po przedstawieniu – aktorką. W ten sposób Rozalka ciągle zmienia perspektywę i w szczegółach poznaje lokalną społeczność. Spojrzenie na regularne pudełka nowych bloków uświadamia jej konieczność indywidualizacji władzy: „A każdy człowiek jest inny. Niepodobny do geometrycznego rysunku. Ma inny nos, oczy, uszy, ręce. Inne serce, inne zachcianki. Okropnie trudno byłoby wymyślić wzór geometryczny na każdego człowieka”. Ona oczywiście o władzy nie myśli, ale można powiedzieć, że się do niej praktycznie przygotowuje.

Pewien kłopot ma z Głupią Aurelką, wariatką bytującą na dalekim marginesie społeczności, odrażającą i śmieszną, a dla Rozalki groźną.

snapshot20150511214045 snapshot20150511214056

Dziewczynka ucieka przed obłąkaną żebraczką, ale się tego wstydzi. Przełamuje wstręt i lęk – najsilniejsze odruchy powodujące odrzucenie odmieńca. Zaprzyjaźnia się z Aurelką, której podarowuje chusteczkę, czyli coś, co obwieszoną szmatami kobietę na pewno ucieszy. Dar stara się nadążyć za niezrozumiałym szaleństwem, choć mógłby być protekcjonalnym napomnieniem (np. mydło).

Banda Walka Górala kradnie jabłka z sadu organisty, który kusi tym bardziej, że otacza go mur z drutem kolczastym i strzeże zły pies. Suche, czarne od słońca chłopaki stają się złodziejami, a organista jest pysznym posiadaczem, który budzi zazdrość, a więc demoralizuje społeczność swoim bogactwem. Rozalka kołysze nogami w uwalanych gliną trepkach, jej myśli luźno skaczą z tematu na temat i roi jej się wielkie wspólne jabłko. Wszyscy mogliby je gryźć i wcale by nie ubywało. Powieść kończy wyświetlająca się przed zamkniętymi oczami dziewczynki wizja potopu, przed którym mała zbawczyni ratuje kopalnię i Bór. Rozalka raczej nie poprzestanie na małych zasługach.

Następny wpis też będzie o marzeniach. Dokładniej o bohaterkach, które uciekają z domu, żeby swoje marzenia spełnić albo odnaleźć.

Reklamy

Krzątacze osobliwości

Miało być o marzeniach bohaterek. Tymczasem w „Jeziorze osobliwości”, powieściowym debiucie Krystyny Siesickiej z 1966 roku, zobaczyłam coś, czego dotąd nie dostrzegałam. Ostatnio pisałam, że z pracami domowymi w peerelowskich powieściach dla dziewcząt jest kłopot – rzadko zajmują się nimi nowoczesne matki, tym bardziej córki, incydentalnie ojcowie i bracia. Obowiązki zaskakująco często przejmuje postać z innej epoki – gosposia. Generalizacja może i nie niesłuszna, ale na pewno wymagająca uściśleń. Okazuje się, że krzątactwo bywa tak niepozorne, że łatwo uchodzi uwadze czytelniczki, nawet ogarniętej obsesją na jego punkcie. W „Jeziorze osobliwości” drobne czynności porządkowo-kulinarne, wykonywane przez różne osoby, składają się na pasjonującą, acz cichą opowieść, równoległą do dramatycznej akcji. Można potraktować je jako klucz do powieści.

 jezioro

Okładka Bogumiła Podstolskiego, wydanie z 1973 r.

Pamiętałam oczywiście wojnę nerwów o kurz w przedpokoju między Martą i ojczymem, którego nagle narzuconą władzę dziewczyna kwestionuje. Mama Marty idzie do szpitala. Piętnaście lat później sytuacja powtórzy się w „Kwiecie kalafiora”, gdzie rozliczne obowiązki Mili Borejko spadną na najstarszą córkę. Tata Borejko nawet palcem nie kiwnie. W finale Musierowicz spacyfikuje wkurzoną tą niesprawiedliwością Gabę, by pokornie zaakceptowała „kobiecą” rolę służącej. W „Jeziorze osobliwości” skonfliktowani córka i mąż chorej wyjątkowo zgodnie dzielą obowiązki. Ponieważ Marta nie potrafi gotować, obiady będą jadać na mieście. Wiktor nie jest brany pod uwagę jako potencjalny kucharz. Każdy będzie sprzątał swój pokój, Wiktor – łazienkę, Marta – kuchnię. Kuchnia jest co prawda większa, ale Marta nie cierpi sprzątać łazienki, więc godzi się na taki układ. Każdą czynność starannie wyceniono. Gdy pakt zawarty, można się odprężyć. Korzystając z nieobecności kochanej mamy, która wzbrania czytania przy jedzeniu, chwilowi niewrogowie zasiadają do kolacji z lekturą w ręku. Wiktor czyta „Express”, Marta – „Filipinkę”. Jest dodatkowy plus – nie muszą rozmawiać. Jak miło.

Skoro zawarto odpowiadającą obu stronom umowę, skąd wojna nerwów? Przedpokój został bez przydziału i zbierają się w nim koty. Marta jest coraz bardziej zacięta, Wiktor rozbawiony. Skrupulatnie milczą na ten temat. Dopiero pytanie Michała (syna Wiktora z pierwszego małżeństwa) prowokuje ich do sformułowania swoich stanowisk. Wiktor rzeczowo objaśnia sytuację i kpi, że przedpokój to ziemia niczyja. Marta się irytuje. Nie widzi powodu, dla którego to ona miałaby zająć się spornym terenem. Kiedy Michał zamiata konfliktogenny kurz, Martę biorą diabli (na pewno nie ma wśród nich Rokisia). Wypada z pokoju i ze złością wyrywa mu szczotkę. „Michał, nie wtrącaj się w to!” – ostrzega, a napotkawszy opór i gniew, wycofuje się na swoje wysprzątane terytorium: „Zatkało mnie. Oddałam mu tę cholerną szczotkę, odwróciłam się i poszłam do pokoju. Byłam tak wściekła na Michała, że wszystko we mnie latało. Położyłam się na tapczanie i zaczęłam płakać. Żadne rozdrapy, beczałam ze złości. Kiedy Michał wszedł z herbatą, nawet nie odwróciłam się w jego stronę”. Marta nie kiwnie palcem bez umowy i reaguje tak ostro, bo oczywiście chodzi tu o władzę.

Jezioro40

Maria Kowalik jako Marta w filmie według scenariusza Jana Batorego i Krystyny Siesickiej

Mówi, że Michał, zamiatając przedpokój, wystąpił przeciwko niej. Nie banalizowałby sporu i nie likwidował jego widomej przyczyny. Gdybyś mnie lubił, kontynuuje prowokacyjnie, zachowałbyś się inaczej. Zabeczana w napięciu czeka na jego wybór. Michał zaś spokojnie nie podejmuje wyzwania. Argumentuje, że ktoś musiał posprzątać, dlaczego nie on, i że nie wystąpił przeciwko Marcie, tylko przeciw kurzowi. Nie reaguje na prowokację. Dziewczyna reflektuje się, zastanawia, czy go przeprosić, ale ostatecznie zostawia sprawę otwartą. Z okazji powrotu mamy ze szpitala, przedpokój sprząta Wiktor, co Marta poczytuje sobie za zwycięstwo. Weźmie natomiast na siebie zakupy, które uwielbia robić „opętana ambicją wyszukania najurodziwszej wołowiny”.

Kurz w przedpokoju to sprawa zasadnicza. Pewnie dlatego wojna pozycyjna o sprzątanie korytarza tak mi utkwiła w pamięci. Ale w „Jeziorze osobliwości” drobne domowe czynności właściwie cały czas są przedmiotem zmagań i pojednań. Albo tematem zastępczym, w którym wyraża się dynamika relacji międzyludzkich. To drugi plan konfliktów i rozejmów: między Martą a Wiktorem, nagłym ojczymem, między Martą a jej mamą, która pod wpływem domniemanej złej opinii nowego męża zaczyna bardziej restrykcyjnie wychowywać przyzwyczajoną do swobody córkę, między Martą a Michałem, zazdrosnym o niecnego Patryka, którego Marta co prawda nie kocha, ale też nie chce tak od razu odprawiać.

snapshot20150214231421

Maria Kowalik i Romuald Drzazga jako Patryk

Ogólnie chodzi o twarde negocjowanie relacji w zrekonstruowanej rodzinie.

Zaraz na początku jest spięcie między mamą a Martą o chaos w ich ciasnym, ale własnym mieszkaniu.

Jezioro5

Maria Kowalik i Barbara Horawianka

Jeszcze nie ma Wiktora i Michała, są one, „skromny duet”, rodzina jeszcze ułamkowa, utrzymywana przez kobietę. Stąd niski standard, a „w małym metrażu małe problemy urastają do gigantycznych rozmiarów”. Mama, zapracowana i nerwowa, nie tylko nie sprząta, a wręcz bałagani. Gubi klipsy, posądza córkę, nie wierzy zaprzeczeniom. Klipsy odnajdują się w lekach. W tym domu panuje chaos – stwierdza bezosobowo ich właścicielka. Marta półżartem podpowiada, że to chyba samokrytyka. Mama nie odbija piłeczki w jej stronę, tylko w bok, wyrokując, że winna jest ciasnota. Metraż się zwiększy, kiedy przeprowadzą się do mieszkania Wiktora. Mama, zamiast swoim zwyczajem inwestować w ciuchy, zacznie dopieszczać nowe wnętrza (co oznacza jej pełną, pełniejszą niż na własnych śmieciach, aklimatyzację, Marta obserwuje to z niejaką ironią). A jednak konflikt będzie eskalował, by osiągnąć apogeum wkrótce po wojnie o kurz.

Marta jeszcze nie wie, że mama za dwa tygodnie wychodzi za mąż, ba, nie ma pojęcia o istnieniu przyszłego ojczyma, ale już obserwuje pierwsze symptomy zmiany – dotychczasowa bałaganiara gubiąca klipsy robi porządek w szafie.

Jezioro23 Jezioro25

Maria Kowalik, Barbara Horawianka jako mama seksualna i Stanisław Zaczyk jako Wiktor

Krzątactwo jest też pierwszym zwiastunem miłości Marty i Michała. Ona jest chora, on się nią zajmuje. Wydaje jej polecenia, odgrzewa zupę i pilnuje, żeby zjadła. Uznaje, że zupa to za mało, i dokłada usmażoną przez siebie jajecznicę. Potrafi przygotowywać „podstawowe żarcie”, bo należy do oficjalnej organizacji, jest harcerzem; wszyscy w jego drużynie potrafią. Harcerski obóz to wzór rotacji kuchennych obowiązków. „Muszę przyznać, że krzątanina Michała sprawiała mi niebotyczną frajdę!” – wyznaje chora Marta, nagle rozbrojona i potulna. „Jesteś tak pozytywny, że chyba nieprawdziwy” – pokpiwa i podziwia, bo ambiwalencja jest wpisana w tę scenę od podstaw. Dobrze, że on umie to i owo w domu zrobić i chce wykorzystywać te umiejętności, ale dlaczego ten sukces równouprawnienia wiąże się z dziewczęcą kapitulacją? Zawsze tak uparta Marta (rym nieprzypadkowy) nawet nie pomyśli, że przydałaby się jakaś umowa. Powiada: „Ustępowanie Michałowi przychodzi mi bez trudu. Przeciwnie nawet – podoba mi się”. Tak niewiele, dziewczyny, nam trzeba?

snapshot20150214222317

Poobiedni relaks według Siesickiej może się opierać na międzyludzkiej redukcji. Mama parzy kawę, Wiktor siada w fotelu z fajką i gazetą. Zaczytany ulega nawykowi i prosi Michała, żeby podał mu zapałki. Tylko że Michał jest nieobecny, już od jakiegoś czasu tu nie mieszka.

snapshot20150214225623

Zamiast niego jest Marta, która zapałki podaje. Milczy, ale trafia ją szlag. Jako osobnik niedorosły została zredukowana do prostej usługowej funkcji. Nie liczy się, kim jest – ważne, by dojrzały mężczyzna odpoczął po obiedzie. „Jest mu potrzebny człowiek do podawania zapałek” – mówi Marta, a zdanie to ocieka zimną goryczą. Michał pewnie podawał ojcu zapałki wiele razy i nic. Była to dla niego codzienność nie poddawana refleksji. Może wyraz miłości. Dla Marty to drażniąca manifestacja władzy, która na dodatek nie liczy się z jej indywidualnością.

Bywa znacznie lepiej. 23 grudnia Marta nie idzie już do szkoły. Rano, jeszcze w łóżku, odczuwa tym większy komfort, im bardziej mama i Wiktor się krzątają, szykując do pracy, im szybciej biegają, im bardziej przypalają mleko. Ma tylko przekręcić mięso na pasztet. Mama zajmie się nim po powrocie z biura. Przychodzi Michał i pomaga przekręcać. Mogą iść kupować prezenty. Po powrocie podział zadań zgodny z upodobaniami – Marta pisze dziennik, mama szykuje kolację, Wiktor i Michał gadają. Ale to chwilowe.

Jezioro6 Jezioro3

Marta nic nie robi i Marta się uczy

Święta sprzyjają napięciom. Marta chętnie by skorzystała z zaproszenia matki Michała. Ale jej mama jest zazdrosna. Przez to, że akurat zajęta przygotowywaniem świąt, zdradza podwójną słabość. Nacierając foremkę tłuszczem, z pozorną obojętnością mówi, że jeśli Marta chce, może jechać. Tylko gest odgarniania włosów przedramieniem (bo ręce w tłuszczu) świadczy o zdenerwowaniu. Marta, oczywiście, nie pojedzie. Nie jest z kamienia. Wigilia również upływa w nerwowej atmosferze. Wiktor wygłasza pouczenie: „Marto, mama bardzo się napracowała przy tym wszystkim! Widzisz, ile tu tego było: ryby smażone, gotowane, faszerowane! Kapusta, frytki, ciasta… Trzeba, żeby odpoczęła! Ty musisz pozmywać po kolacji, Michał ci pomoże!”.

Jezioro37 Jezioro38

Byście się nie wściekły? Sam się nie przyczyni do odpoczynku żony, ale młodymi zarządza. Marta zmywa, ale trzęsie nią furia, tłucze dwie szklanki: „Miałam najszczerszy zamiar zmywać i zrobiłabym to bez uwagi Wiktora. To jego: »musisz!« doprowadziło mnie do wściekłości”.

snapshot20150214225908 snapshot20150214225848

Wiadomo, nakaz budzi przekorę. Patriarchat jest skuteczniejszy, gdy uda mu się stać wewnętrzną potrzebą kobiety. Chociaż czynność ta sama, „pomogę przemęczonej mamie” to nie to samo co „na polecenie ojczyma wykonam przypisywaną kobietom pracę, podczas gdy on będzie słuchał kolęd w wykonaniu Mazowsza”.

O ile Michał krząta się dużo i chętnie, w obu domach rozwiedzionych rodziców i u ciotek, Wiktor zabiera się do roboty bodaj tylko raz, za to z ciężką pretensją. Wraca z pracy i łomocze garnkami. Nie mogłaś obrać ziemniaków? – pyta. – Nie można wszystkiego zwalać na mamę. – Obiera ziemniaki, „aż fruwają po kuchni”. No tak, obraza majestatu. Pewnie dotąd całą pracę brał na siebie Michał. W powieściowych domach prowadzonych przez ojców i synów ten ostatni wchodzi w rolę „kobiety”. Z tego prostego powodu, że jest niedorosły, podległy. Wielu przykładów dostarcza „Szaleństwo Majki Skowron” Aleksandra Minkowskiego (1972).

snapshot20141120212043 snapshot20141120212025

Marek Sikora jako Ariel w serialu „Szaleństwo Majki Skowron” z 1976 w reż. S. Jędryki

Wiktor zawsze miał kogoś, kto za niego zajmował się tak zwanymi drobiazgami. W biurze „pannę Basię”: „Czy nie mogłaby pani przynieść mi dwóch szklanek herbaty?”. Ależ oczywiście, może, a nawet musi. Przecież nie splami się tą czynnością pan inżynier. Co by się działo! W domu żona jest jeszcze w miodowym okresie względnie ochronnym, syn się wyprowadził, zostaje Marta. I właśnie Marta jest uparta.

Demonstruje na każdym kroku: „W jaki sposób, na przykład, podajesz mu herbatę po obiedzie! To szurnięcie szklanką, jakbyś mu łaskę robiła!”. Daremnie, nikt zdaje się nie rozumieć komunikatu. Mówi się, że dziewczyna ma zapędy dyktatorskie, że jest arogancka, podła, nieznośna. „Taką mnie wychowałaś” – mówi do mamy, co brzmi jak zarzut, choć mogłoby przecież być odwołaniem się do dawnej umowy.

snapshot20150214220052 snapshot20150214221622

Jednak mama stała się już inną osobą, szczęśliwą, że się krząta dla mężczyzny. Żałuje przyjętego modelu wychowania. Zmienia reguły gry, która właściwie dobiega końca. Zresztą, Marta chyba też do końca nie rozumie, o jaką stawkę gra. Kiedy mało wylewny Michał wreszcie wyznaje, że ją kocha, dziewczyna staje się lepsza, cierpliwsza i bardziej zrównoważona. „Kiedy zmywam naczynia po obiedzie, śpiewam”, przyszywam guziki, chętnie wychodzę z psem. Wszystko dlatego, że mam kogoś tylko dla siebie – notuje.

Cóż za odmiana! Cóż za naiwność!

Jakiś czas potem Marta ucieka z domu do mamy Michała. Wie, że dla jej mamy „będzie to nieskończenie bolesne”. Chce ugodzić do żywego, bo ma żal, którego nie jest w stanie pomieścić w sercu ani objąć rozumem. O to, że mama zawsze bierze stronę Wiktora.

snapshot20150214233506 snapshot20150214233027

Ucieczka to zemsta za zdradę.

snapshot20150217200300

Weronika, zaskoczona wizytą uciekinierki, rozumie obie strony. Dzwoni do byłego męża i jego nowej żony, żeby się nie niepokoili zniknięciem Marty. Koncyliacyjną, zdystansowaną postawę wyraża herbatą. Razem z Michałem robi ją Marcie, a kiedy przybywa Wiktor, po prostu szykuje czwartą szklankę. Zwróćmy uwagę na bezpretensjonalność tego rekwizytu. Czwarta szklanka. We współczesnej powieści byłyby to filiżanki i zrobiłoby się mieszczańsko i ckliwie. Zapanowałaby oszukańcza zgoda. W „Jeziorze osobliwości” szklanki Weroniki są bezużyteczne. O konflikt łatwiej niż o zgodę. W ekranizacji powieści (1972) nawet mieszczańskie rekwizyty nie doprowadzą do pojednania.

snapshot20150214225545 snapshot20150214232030

Wręcz przeciwnie, iż użytkowanie skończy się radykalnym zerwaniem więzi.

Nie tylko między Martą i Wiktorem, również między Martą a Michałem. Niby jest dobrze, Marta, zmywając po obiedzie, śpiewa – ale Patryk nie znika z horyzontu, więc powodów do scysji nie brakuje. Właściwy facet właściwym facetem, ale do niewłaściwych też można mieć słabość. Marta i Michał jadą na obóz harcerski i napięcie rośnie, bo Patryk też spędza wakacje w okolicy. Marta przynosi listy do wysłania. Służbista Michał układa z Zuzią jadłospis i akurat pyta, co do pomidorowej. Marta mówi makaron, Zuzia – ryż. Michał, wściekle zazdrosny o rywala, ostentacyjnie wybiera ryż. Marta daje się sprowokować – wychodzi bez komentarza, ale za to z postanowieniem: pójdę z Patrykiem na zabawę.

snapshot20150214231808 snapshot20150217195812 snapshot20150217195821 snapshot20150217195930

W filmie nie ma obozu harcerskiego, ale jest Marta zadowolona, że Michał (Mirosław Konarowski) wścieka się z zazdrości

And so on, and so on. Drobiazg za drobiazgiem. Marta jest zmuszona szukać noclegu u Patryka. On sądzi, że przyszła mu się oddać, pcha się z łapami.

1-F-2311-1-1291x629

„Daj mi spokój z miłością” – mówi Marta. Opędza się, studzi pożądanie, odsyła do kuchni, banalnie prosząc o dobrą radę i szklankę herbaty. Dyktuje swoje zasady.

Jedno z ciekawszych zastosowań krzątactwa wplecione jest w konflikt Michała z druhem Pijanowskim, który powiedział milicji, że nie jest pewny, czy fatalny wypadek z kajakiem istotnie był wypadkiem, czy Michał przypadkiem nie próbował zabić Patryka. Na koniec Patryk odzyskuje przytomność i zdejmuje z Michała cień podejrzenia. Pijanowski dowiaduje się o tym i jest mu wstyd, że nie wierzył koledze. Przyjeżdża późnym wieczorem prosto znad jeziora. Przeprosić i usłyszeć, że ten nie ma żalu. Michał prosi do kuchni. Dwaj młodzi mężczyźni odbędą poważną rozmowę i porozumieją się w okolicznościach zgoła „niemęskich”. Michał nastawia wodę na herbatę, odgrzewa zupę z obiadu, niesie garnek, nalewa zupę na talerz i stawia przed gościem, kroi chleb, bierze imbryczek z esencją, dwie szklanki – wszystkie czynności są uwzględnione. Ręka mu drży przy parzeniu herbaty, bo mówi akurat o rzeczach najważniejszych. Niby są równi, ale Michał ma przewagę, o której dodatkowo świadczą wprawne i zdecydowane poczynania kuchenne. Pijanowski daje się nakarmić i napoić, trochę żeby zapanowała zgoda, a trochę żeby odpokutować. Siesicka trochę kuchnię odzyskuje, a trochę odtwarza jej patriarchalny porządek.

No i koniec, niestety z morałem. Nie mógł się obyć bez kuchennych rekwizytów. Zbuntowana Marta po wypadku zmądrzała, spokorniała, jest pełna dobrej woli i zrozumienia. No i skruchy. Na różne sposoby przeprasza. Na przykład dba o to, żeby Wiktor miał gorącą herbatę, bo nie znosi przestudzonej. Chce jej się, co podkreśla, nalać mu herbaty. Patriarchat został uwewnętrzniony. Wszyscy czworo siedzą przy stole, ona przynosi herbatę dla Wiktora, mama podsuwa sałatkę Michałowi, sama robiła majonez. Zaczyna się „normalność”, czyli obsługa i jedzenie bez napięć. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to zakończenie wymuszone, nie pasujące do wieloznacznej powieści, w której przecież Marta ma dużo racji. Dlaczego tylko ona ustępuje?

snapshot20150214225425

Film w reż. Jana Batorego, którego Siesicka jest współautorką, kończy się inaczej – bohaterka popełnia samobójstwo.

Jezioro osobliwości

To oczywiście akt autoagresji, ale właściwie jeszcze bardziej autonomii. Muzyka Wandy Warskiej, od początku filmu towarzysząca determinacji Marty, bezlitośnie to podkreśla. Skoro mi nie wierzycie, nie jesteście po mojej stronie, nie będę wam niczego tłumaczyć. Nie będę się usprawiedliwiać, nie ja powinnam. Mam was dość, idę sobie. Wolę się zabić, niż zrezygnować ze swoich racji. Dlatego budząc się z niestety nie ostatniego snu, na wasz widok odwrócę głowę.

Jezioro48

Nie mogę się już bronić w inny sposób, pozostał mi tylko ten jeden możliwy ruch. Głowa w bok, wzrok na ścianę. Nie widzę was, nie ma między nami kontaktu, nie istniejecie, zostawcie mnie w spokoju. Nie będzie żadnej herbaty.

Maryla i transowy dziadek

Kiedy Maryla wraca ze szkoły, w progu wita ją dziadek przepasany fartuszkiem w kwiatki. Jej koleżanki i koledzy są tak ciekawi tego fascynującego zjawiska, że odprowadzają ją pod sam dom, żeby obejrzeć starszego pana występującego w roli babci.

Zdjęcia-2265Do niedawna wracającej ze szkoły Maryli nie witał nikt. Nikt też nie chodził na wywiadówki. Przy absencji rodziców „mechanizm domu” działał sam, ale wadliwie. Tata jako sadownik jest stale w rozjazdach służbowych. Mama, pielęgniarka na oddziale noworodków i opiekunka społeczna, też zwykle jest nieobecna. „Odkąd przestałam być noworodkiem, a nie zasłużyłam na czujność opiekunki społecznej – konstatuje z goryczą Maryla – mama rzeczywiście zajmuje się mną dość rzadko”. Zawodowo podwójnie opiekuńcza – prywatnie niezbyt przejmuje się córką. Jedna je obiady w stołówce szpitalnej, druga – szkolnej, co ma obrazować erozję rodziny. Tacie doskwierają dolegliwości żołądkowe i poczucie, że życie rodzinne „jakoś się tak dziwnie rozłazi” wskutek braku w domu „czyjejś stałej obecności”.

Mama wyemancypowała się dawno temu, nie wiadomo jak. Mąż nie ma do niej pretensji. Jego zastrzeżenia nie są opatrzone konkretnym adresem, stanowią raczej strukturalną analizę sytuacji. To on postanawia załatać dziurę po domowej kobiecie i prosi owdowiałego teścia, by z nimi zamieszkał i pomógł zreperować szkody.

Dziadek sprawnie robi zakupy, gotuje, piecze i sprząta, a także troszczy się o Marylę i jej rodziców, czyli wypełnia tradycyjne obowiązki matki gastronomicznej, ale przedstawiany jest jako doskonały organizator i zarządca (zatem już wtedy dowartościowywano pracę domową podobnie jak dzisiaj zajęcia „menedżerki rodziny”). W przeszłości stworzył szkolny klub sportowy, oddział Związku Filatelistów, był kierownikiem domu kultury, „a teraz, jako emeryt, ma poprowadzić nasz dom”. Żeby nie było za łatwo, dziadek nie żywi ani odrobiny aspiracji do roli opresyjnego patriarchy. Spogląda uważnie i czule. Jego domeną jest ciche poświęcenie. Ewentualna dyscyplina Maryli musiałaby być samodyscypliną wdrożoną pod nieobecność autorytetów. Niesubordynacja zaś nie doczeka się poparcia, na przykład ze strony matki.

Dom szybko staje się podobny do „tysięcy innych domów”, wraca do normy. Pachnie rosołem, ciastem waniliowym, pastą do podłóg. W tym momencie, kiedy padają słowa o „tysiącach innych domów”, tak naprawdę wychodzi na jaw uprzednia aberracyjność rodziny. Wydaje się nie mieć znaczenia, że rolę gospodyni odgrywa dziadek. Tylko Jurek, mądry chłopak Maryli, zdobywa się na refleksję genderową. „Dopiero kiedy przyglądam się twojemu dziadziusiowi – powiada po namyśle – widzę, ile roboty ma u nas w domu babcia”.

Zdjęcia-2264

Ale w opowiadaniu Krystyny Siesickiej „Być babim latem” (Horyzonty, 1971, ilustr. Danuta Cesarska) ważniejsza niż dziadek jest Maryla, która „kobiecych” ról nie znosi i nie odgrywa, choć już powinna. Tym większe jej zaniedbanie, że robi to „za nią” starszy mężczyzna, nie inna kobieta.

Zdjęcia-2269

Matka i ojciec są w opowiadaniu obecni tylko przez chwilę, potem znikają i dramat rozgrywa się między dziadkiem, który występuje w rażąco nieswojej roli, Jurkiem, reprezentantem mężczyzn w wieku produkcyjnym (ergo: ważną instancją oceniającą), a dwojgiem konkurujących dziewcząt. Nowoczesna matka, bez cienia poczucia winy, tym razem wstępuje na scenę dosłownie na chwilę, by przyczynić się do odebrania córce prawa do autonomicznego terytorium. Ta, która może swobodnie poruszać się w sferze pozadomowej, bezmyślnie ogranicza przestrzeń córki.

Zdjęcia-2267

Na wstępie bowiem wnuczka musi „chętnie” odstąpić dziadkowi własny pokój i zamieszkać kątem w kuchni. W końcu go kocha, więc nawet nie jest w stanie oponować. Zacina zęby i wpada w emocjonalny zamęt okresu przejściowego: „W tym czasie kochałam dziadziusia bardziej niż kiedykolwiek. Starałam się być dla niego czuła i miła. Głównie dlatego, że nie potrafiłam się cieszyć jego obecnością. A to było wstrętne”. Potem się przyzwyczaja. Co prawda zrezygnowała ze swojej przestrzeni, ale otrzymała w zamian komfort żywieniowo-opiekuńczy. Jest wdzięczna. Sytuacja powszednieje. Maryla przestaje okazywać dziadkowi miłość.

Wtedy w domu pojawia się perfekcyjna kuzynka Anka – beztroskie wcielenie normy. Od urodzenia – jak głosi rodzinna legenda – lepsza, posłuszniejsza, zręczniejsza, czulsza i troskliwsza niż Maryla. Bezskutecznie stawiana jej za przykład.

Zdjęcia-2273

Ponieważ Anka jest długowłosą fanką Połomskiego, Maryla nosi krótką fryzurę i słucha Grupy Skifflowej No To Co. Ponieważ Anka zaczyna spontanicznie i radośnie wyręczać dziadka w gotowaniu, Maryla tym bardziej nie chce być do niej podobna. Anka pomaga i uprzedza życzenia, Maryla przychodzi na gotowe. Anka smaży pyszne mielone kotlety, Maryla nigdy nawet nie pomyślała o przygotowaniu obiadu.

Zdjęcia-2275

Anka, żeby pasować do genderowych standardów, prawie nie musi z sobą walczyć, mieści się w gotowej formie, podobno urodziła się kobietą – Maryla jest udręczona oporem i musi wypracować emancypacyjny styl życia i wzorzec emocjonalny, który pozwoli zachować/zdobyć miłość. Konwencjonalne sposoby podtrzymywania i okazywania uczuć bywają bowiem często antyemancypacyjne.

Anka zdobywa serce dziadka i – jakby tego było mało – oczarowuje Jurka, okazując się idealną słuchaczką jego wywodów. „Cała była zasłuchaniem, zdumieniem, przejęciem”. „Cała”? Anka najwyraźniej nie ma niezależnej podmiotowości, istnieje tylko w relacjach. To aż nadto wystarcza, żeby genderowa mądrość Jurka wyparowała. Anka wyrzeka się pójścia z nim do kina, co chłopak nazywa lojalnością wobec Maryli i ocenia jako „ładną” cechę dziewczyny. Wiadomo, nic tak nie zdobi kobiety, jak zdolność do poświęceń i tłumienia egoistycznych pragnień.

Zdjęcia-2277

Maryla ma „koszmarne uczucie” bycia niepotrzebną we własnym życiu, które Anka z wdziękiem jej odbiera. Przegrywa bieg po miłość. Jej zwykła przekora przechodzi w dziką nienawiść. Ulgi nie sprawia ani pobłażliwość, ani zgryźliwość wobec Anki. Wściekłość dusi i rozpiera Marylę. Ze złości robi pranie, a potem płacze. Agresja wyzwalana przez chodzący ideał dziewczęcości skierowana jest tyleż przeciwko nieświadomej konfliktu rywalce, co przeciwko sobie. „To ja okradałam samą siebie – przyznaje Maryla. Byłam egoistką” i „upartym osłem”, który „nie potrafi przyznać komuś racji”.

Presja i frustracja są tak wielkie, że bliska wybuchu bohaterka odczuwa przymus negatywnego działania, nosi się z życzeniem śmierci, fantazjuje o sposobach otrucia. To nic, że obiektem morderczej fantazji są de facto tylko ukochane rybki Anki (żeby także genderowa prymuska poznała smak straty). Taka konwencja. W warstwie symbolicznej chodzi o natężenie złych emocji i śmiertelny międzydziewczęcy antagonizm. Śmiertelny, bo rybka zdycha. Co prawda z niezależnych powodów, ale wyrzuty sumienia Maryli są jak najbardziej zależne i jak najcięższe.

Siesicka, na ile to możliwe, powstrzymuje się od oceny. Maryla mówi w pierwszej osobie i prezentuje się sama. Jej punkt widzenia ma priorytet. Emancypacyjna frustracja waży tyle co genderowe zaniechanie. Kluczowa jest oczywiście puenta opowiadania. Po wyprowadzce Anki Maryla obserwuje zasępionego dziadka i przeżywa kryzys. Z jednej strony odczuwa przemożną chęć posłodzenia dziadkowi herbaty, jak robiła to perfekcyjna kuzynka, z drugiej – powtórzenie tego gestu jest ponad jej siły. Ponieważ nie pasuje do patriarchalnej matrycy uczuć, wątpi w swoją miłość do dziadka, którą jednocześnie uważa za wielką.

Z powodu wewnętrznej szamotaniny nie może spać. Automatycznie przewija się w jej głowie oderwane zdanie: „Być babim latem…!”. Wyraża się w ten sposób tęsknota Maryli za radosną lekkością, ucieczką, magicznym wyjściem z sytuacji. Uchyleniem presji. Surrealne liście na ilustracjach Cesarskiej korespondują z odmiennym stanem świadomości bohaterki.

Zdjęcia-2278

Końcówka opowiadania jest niejasna, niezbyt dobrze napisana. Dwa zdania brzmią jednak mocno. Pierwsze to deklaracja trwania w egoizmie: „Oczy otwierały mi się same, chaotyczne myśli sformowały się w jedną, dręczącą i uporczywą. Być babim latem! Nie mogłam. To znaczyło przełamać siebie, swój egoizm, upór, nie mogłam już dłużej uciekać od prawdy”. Drugie zdaje się zaprzeczać pierwszemu. Maryla uświadamia sobie: „Ciepło tego domu, chłód ręki na rozpalonym czole, milcząca dobroć. Dawał z siebie tak wiele, a nie brał niczego”. Idzie do dziadka i (jak wtedy, gdy przychodził tylko na niedzielne obiady i się nie poświęcał) wyznaje: „Zatęskniłam”. Ale to nie kapitulacja. To powrót do punktu wyjścia, a zarazem nowe rozdanie. Zainicjowane i dyktowane przez Marylę. Żadnych poświęceń, wyręczeń, karmienia i krzątactwa, które zawsze ktoś musi wykonywać kosztem swojej autonomii. Czysta ekspresja uczuć.

PS. Ilustracje Danuty Cesarskiej możecie obejrzeć dzięki temu, że w archiwum Biblioteki Raczyńskich dobrze zachował się raczej trudny do zdobycia egzemplarz pierwszego wydania. Wielkie nakłady po 40-50 latach okazują się przegrywać z miłością czytelniczek. Książki przestają istnieć.

Dla porównania zamieszczam okładkę i dwie ilustracje z wydanego w 1992 r. zbioru opowiadań, w którym pierwszy raz przeczytałam „Być babim latem”. Dyletanctwo lat 90. w tym zestawieniu jest uderzające. Takie są skutki obraźliwych wyobrażeń o masowym odbiorcy.

1-Scan-024 1-Scan-001 1-Scan

Trzy nowoczesne matki

W peerelowskich powieściach dla dziewcząt wiele jest nowoczesnych, wyemancypowanych, zajętych własnym życiem matek. Może nawet więcej niż w najnowszej literaturze toksycznych, patriarchalnych matek gastronomicznych. W każdym razie dziś bardzo rzucają się w oczy jako nosicielki zredefiniowanych ról i relacji rodzinnych. To temat rzeka, dziś pierwsza przymiarka.

1-Zdjęcia-1967Dobrym przykładem jest matka Andy z „Godziny pąsowej róży” Marii Krüger (1960). Jak wiele matek w ówczesnej literaturze dla młodzieży jest lekarką, wykonuje więc zawód prestiżowy, ale jednocześnie „kobiecy” (związany z opieką nad ciałem, choć nie tak „naturalnie” jak pielęgniarstwo). Mimo licznych zajęć, zmęczenia i ciągłego pośpiechu jest elegancka, wesoła i młodzieńcza. Nie rezygnuje z rozrywek. Chciałaby częściej chodzić z mężem inżynierem do kina. Prowadzi niezobowiązujące życie towarzyskie – goście w jej niewielkim mieszkaniu piją kawę, siedzą gdziekolwiek, choćby na podłodze, i są na ty. Pali papierosy i stosuje makijaż (który w peerelowskiej popkulturze mniej więcej do końca lat 60. funkcjonował jako wyraźny znak kobiecej nowoczesności). Nie ma czasu zajmować się domem. Tę funkcję oraz część obowiązków tradycyjnie matczynych, jak karmienie, opieka i gderanie, przejęła gosposia Genowefcia, która pracuje dla rodziny od dwudziestu lat i ze względu na więzy emocjonalne właściwie jest jej członkiem, nie służącą. Mamy rok 1960 i społeczeństwo bezklasowe. Genowefcia wykonuje swoją pracę z potrzeby serca, kwestia jej pensji i innych warunków zatrudnienia w tekście nie występuje.

Mamę Andy widzimy przelotnie, na początku i na końcu powieści. Poznajemy natomiast pośrednio, przez kontrast z matką dziewiętnastowieczną, z którą Anda porównuje ją po karnym przeniesieniu do 1880 roku. Tamta wcześnie postarzała, poważna, udręczona bądź gniewna matrona jest kobietą domową. Wychowuje córki pod dyktando obscenicznej patriarchalnej kultury, w której właściwie wszystko, co zrobi lub powie przybyszka z nowoczesności, może się okazać nieprzyzwoite. Surowa i koturnowa, wciska Andę (a właściwie Anusię, bo forma Anda w XIX wieku jest gorsząca) w gorset zakazów i nakazów dotyczących ciała, zachowania, języka i intelektu kobiety. To ona kwalifikuje swobodne poczynania i słowa córki jako przypadek medyczny i wzywa lekarza. Łączy rytualny rodzicielski dystans ze ścisłym nadzorem i systemem kar.

W 1960 roku ten model to odległa przeszłość. Wymaga archaicznego kostiumu. Mama dwudziestowieczna odwrotnie – choć słabiej, rzadziej obecna, ograniczająca kontrolę rodzicielską prawie do zera, ma z córkami nieporównanie bliższe, czulsze relacje. W ekranizacji powieści (1963, scen. i reż. Halina Bielińska) siostra Andy dopiero po ślubie przedstawia rodzicom wybranka swego serca, a oni po chwilowej konsternacji z uśmiechem winszują nowożeńcom decyzji. Matka daje dziewczynom swobodę. Wychowuje, zajmując się sobą, jakby realizowała projekt, który w „Absolutnej amnezji” Marianna proponuje Niepokalanej: „Zrób coś dla siebie […] A ja tylko skorzystam”.

Anda rośnie śmiała, wolna, niewinna, nie znająca wstydów, które osiemdziesiąt lat wcześniej świadczyły o uwewnętrznieniu przez dziewczęta mizoginii epoki. Lekceważy kontrakt płci, kwestionuje wartość galanterii wobec kobiet, jakby czytała Walczewską. Chce zostać mistrzynią świata w pływaniu, czyli wyczynowo uprawiać sport, co było wówczas (bywa nadal?) poważnym wykroczeniem przeciwko „kobiecości” (zob. felieton Zientarowej „Olimpiada w domu” z cyklu „Wojna domowa trwa”). W odróżnieniu od siostry prymuski nadużywa zaufania, kłamie i manipuluje. Wymagałaby wzmożonej kontroli, ale w nowoczesnym roku 1960 nie ma instancji, która mogłaby ją objąć nadzorem i skarcić. Stąd dyscyplinująca podróż w czasie. Matka dziewiętnastowieczna ze swoim kulturowo-instytucjonalnym zapleczem jest straszna, ale (czasami) niezbędna.

1-Scan-024W „Przecież to wszystko” (1979) Anny Frankowskiej mama Małgosi jest ambitną prawniczką z dwoma aplikacjami, wciąż się dokształcającą. Pracuje w dużych zakładach przemysłowych jako radca prawny. Odpowiedzialna posada i dojazdy do większego miasta pochłaniają niemal cały jej czas i energię. Wraca późno, wykończona, z papierami do zanalizowania w domu. W piekarniku czeka na nią zostawione przez córkę jedzenie. Pyta, ale jej uwaga nie skupia się na odpowiedzi córki. Mąż odszedł dawno temu, kiedy Małgosia była mała. To porzucenie było dla niej towarzyską i finansową degradacją. Dzięki determinacji poradziła sobie aż nazbyt dobrze, zyskała wysoką pozycję zawodową i niezależność finansową. Wszystko podporządkowała temu jednemu celowi i odniosła sukces. W odróżnieniu od bezproblemowej i przezroczystej matki Andy jest skomplikowana i enigmatyczna. To matczyna forma pośrednia. Silna i bezradna. Szczęśliwa i zrozpaczona. Niegdyś racjonalna negocjatorka zasad domowego współżycia, obecnie emocjonalna szantażystka, uwielbiająca inscenizować własne cierpienie, ale skrywająca jego treść.

Wychowuje jednocześnie na dwa sposoby – podmiotowy i przedmiotowy: „Sama się dziwię, kiedy zdążyłaś mi to wszystko wpoić, zawrzeć ze mną te wszystkie pakty i nauczyć mnie ich przestrzegania. Byłaś o mnie spokojna, bo wiedziałaś, że jestem rozsądna. Ale kryłaś się z tym. Oficjalnie zawsze mi nie dowierzałaś. […] Bo gdybym poczuła Twoje zaufanie, mogłabym się rozbestwić”. Czasami, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych, jak afera z dziennikiem, biorą w niej górę kulturowe automatyzmy, które każą sięgnąć po repertuar rodzicielstwa autorytatywnego i wulgarnie zagrozić nadzorem i karą.

Tak samo jak matka Andy matka Małgosi zdołała dobrze wychować córkę, właściwie jej nie wychowując. Koncentrując się na sobie i swoich ambicjach. Wierząc w jej rozsądek. Ale matczyne zaufanie, które łatwo pomylić z przemęczeniem, sprawiło, że stały się dla siebie nieznajomymi. Wydarzenia, o których sobie nawzajem nie opowiadają, rozdzielają je mimo charakterologicznego podobieństwa i wspólnoty doświadczeń. Obie przeżywają fatalne chwile, po czym wracają do domu i kłamią, że świetnie się bawiły. Co wieczór spotykają się po raz pierwszy. Córka opowiada niechętnie, bo matka słucha nieuważnie, tak że za każdym razem dziewczyna musi zaczynać opowieść od początku. Jedna i druga ma swoje „prywatne” sprawy, których nie poruszają w rozmowach. Pozostają w stosunkach quasi-publicznych.

Bohaterka „Godziny pąsowej róży” widzi swoją mamę w społecznej próżni. Małgosia w powieści Frankowskiej obserwuje inne matki, pilnujące, sprawdzające, niepokojące się o córki. I brakuje jej tego w domu. Tęskni do społecznej normy. Gdy została obdarzona/obarczona samodzielnością, była zbyt mała, by zrozumieć warunki umowy (podyktowane przez zaangażowaną w pracę zawodową matkę). Teraz nie wyobraża sobie renegocjacji domowego ładu. Kiedy jej mama pewnego razu przygotowuje kolację, czyli próbuje pojednawczo wejść w tradycyjną rolę, Małgosia jest tak zbita z tropu, że przy stole zapada niezręczna cisza.

A jednak sytuacja nie jest beznadziejna. Frankowska nie straszy nowoczesnością i zaangażowaniem zawodowym kobiet. Przełom i porozumienie następują w momencie, w którym czytelnik, zwłaszcza dzisiejszy, najmniej się tego spodziewa. Mama Małgosi zostaje wezwana do szkoły. Dyrektora boi się jeszcze bardziej niż córka. Nienawidzi jej za to, jest bezradna, krzyczy, grozi. Przez niefortunną interwencję ciotki, twierdzącej, że ojciec Małgosi domagał się usunięcia ciąży, zostaje zmuszona do wyznania, które dzisiaj by ją ostatecznie skompromitowało. Zaciąga się papierosem i mówi: „To ja cię nie chciałam”. Trudnych pytań córki jest więcej, matka zaczyna płakać. Nie pokrywa już cierpienia i bezradności krzykiem.

I właśnie wtedy, tuż po aborcyjnym wyznaniu, wybuchają najlepsze córczane uczucia. Między szczęśliwą Małgosią i jej rozbitą matką rodzi się bliskość, czułość, zrozumienie. Wkrótce nastąpi definitywne rozstanie, ale pretensje i żale znikają. Na podobny zwrot fabularny stać dziś chyba tylko Grażynę Plebanek.

1-Scan-023

Jeszcze więcej swobody daje matka Lilce Sagowskiej, bohaterce „Słoneczników” (1962) i „Paladynów” (1964) Haliny Snopkiewicz. Też jest lekarką (laryngolożką), wojenną wdową, zaprzątniętą swoimi sprawami, życiem towarzyskim, ponownym wychodzeniem za mąż i rozwodzeniem się, potem jakimś nowym związkiem. „Mamie w ogóle szkoda dla mnie czasu”, nie lubi mnie wychowywać – oświadcza beztrosko licealistka, wyposażona jedynie w mgliste matczyne instrukcje, żeby nie robiła głupstw. Żadnych konkretnych zakazów. Ma wrażenie, że mogłaby nie wracać na noc do domu. Zresztą po ślubie mamy przenosi się do wynajętej kwatery po drugiej stronie ulicy, bo w pokoju z kuchnią nie ma dla niej miejsca. Osobne mieszkanie nastolatki to element innej kultury, opartej na zaufaniu, które tu z kolei łatwo pomylić z obojętnością. Bywa, że Lilka reaguje ironicznie, ale nie jest zbyt zraniona wczesnym i zdecydowanym odstawieniem od piersi. Tym bardziej, że odległa matka „potrafi interweniować w niezwykle trafnych momentach”.

Jest najbardziej enigmatyczną ze znanych mi literackich matek. Snopkiewicz (jak Frankowska i inne autorki) pokazuje ją z perspektywy niezorientowanej i borykającej się z własnymi problemami córki, która powiada, że gdyby chciała scharakteryzować matkę, straciłaby rozum. Ich osobliwą, pozbawioną sentymentu relację trudno nazwać miłością, ale też nie można jej określić jako miłości brak. Lilka, zgłaszając kłopot z charakterystyką matki, zgłasza jej nieprzystawalność do znanych konwencji.

Mają za sobą koczownicze wojenne lata, które po śmierci ojca rozstrzelanego przez Niemców spędziły tylko we dwie. Lilka sama się wtedy edukowała, a jej matka wykazywała zimną krew. Uchodząc z domu, który mieli spalić Niemcy, kwitowała sarkastycznie, że dwa tygodnie temu malowała ściany. Wyjęła kulę z brzucha partyzanta, ale popsuła wrażenie czynu beznamiętnym komentarzem. Okupacyjne doświadczenia nie zbliżają matki i córki, w ogóle nie są przywoływane. I najwyraźniej nie jest to wyparcie. Bohaterki nie sprawiają wrażenia nosicielek traumy.

Pani Sagowska (jak matka w powieści Frankowskiej) wierzy, że córka jest rozsądna. I na przykład nie zajdzie w ciążę. Choćby dlatego, że na co dzień obcuje z nią – chłodną, konkretną, pozbawioną złudzeń i pretensji realistką, która niezbyt dba o mężczyzn, uważa, że „dla kobiety najważniejszy jest zawód”, a „sprawy, które są jej niepotrzebne, odcina jak pędy pomidorów”. Zostawia Lilce pełną odpowiedzialność za własne czyny. Wzywana do szkoły oponuje: „Lilka, daj mi spokój, jak się wpędziłaś w aferę, to nadstawiaj sama głowy, dobrze?”.

O dziwo, nigdy nie rozmawiała z córką o „tych rzeczach”. W ich cyniczny pakt wpisana jest zatem pruderia. Lilka wstydzi się przy matce rozebrać, co wskazywałoby, że ta na wskroś nowoczesna kobieta w jakiś sposób hołduje obscenicznej kulturze. Poza kontaktami z matką Lilka jest bezwstydna, w tym sensie, że nie uwewnętrznia kulturowej opresji. Zdrowe podejście do spraw ciała dziewczyna zawdzięcza koedukacyjnej szkole, gdzie „nikt nie dostawał wysypki nerwowej na widok płci odmiennej”.

Przeniesiona do żeńskiego liceum ze zdumieniem obserwuje nieprzyzwoitą nadpobudliwość koleżanek, dla których „słowa »gimnazjum męskie« to jakiś ołtarz, zaklęcie, modlitwa”. Uczennice nie znające koedukacji gorliwie uczęszczają do kościoła. Powód jest podwójny – rozmodlenie i nadzieja na spotkanie z chłopcami. „Gdzie ja wylądowałam? Przecież to pensja pani Latter”, notuje Lilka w swoim dzienniku i czuje się jak Anda wrzucona w 1880 rok. Tymczasem bohaterka „Słoneczników” przy czytaniu „Trędowatej” płacze ze śmiechu i nie tylko nie jest pensjonarką, ale potrafi wywołać pensjonarski rumieniec u dziarskiego chłopaka, wręczając mu wianek z margerytek z zastrzeżeniem, że „to nie symbol”. Chce żyć, jak ma ochotę, według własnych reguł. Ma przed sobą całe życie, „które można roztrwonić według własnych pragnień. Szaleć, szaleć, szaleć, ciągły ruch, zmiany, pasje, porywy, upadki i wzloty!”.

Nie bardzo wiadomo, skąd Lilka – taka śmiała, trwoniąca życie według pragnień, nie oglądająca się na doktrynerów moralności – się wzięła. Musiała w jakiś niebezpośredni, niedosłowny sposób wynieść to z anarchicznych czasów wojny i dostać to od matki. Inaczej nie byłaby tak odporna na wpływy kościelnych i zetempowskich dewotek. Jej żywiołowe, heretyckie zaangażowanie w komunizm jest skutkiem czy wzmocnieniem śmiałości, nie przyczyną. Również lektura Woltera i Boya przychodzi później.

Kończą się lata 40., zaczynają 50. i wiele się zmienia, ale obsceniczna kultura mocno się trzyma. Czasem sama obecność kobiety bywa nieprzyzwoita, „prowokacyjna”. W okolicach najsłynniejszej budowy epoki „tłum wyrostków okupuje chodnik” i Lilka powinna pamiętać, by „ten odcinek Alei przebiegać, podnosić kołnierz i mieć wzrok utkwiony we własne buty. […] u stóp budującego się Pałacu Kultury nie wolno się kobiecie obejrzeć” („Paladyni”, 1964). Obok tradycyjnej obsceniczności pojawia się nowa, partyjna, która każe piętnować dziewczęta opalające się na dachu akademika pod urzędowymi oknami. I znów Lilka nie rozumie: „Nie kokietowałyśmy ich rozmyślnie, ale dlaczego niby nie miałyśmy korzystać ze słońca, bo panowie z vis  à vis nie mieli kręgosłupa? Plany się w tym biurze musiały zawalić, bo dyrektor zamiast zrobić swoim podwładnym szkolenie ideologiczne, wystąpił »na drogę« przeciwko nam”.

Lilka zawdzięcza matce chyba więcej, niż obie przypuszczają. Żarliwa członkini ZMP, która zamierza przebudować świat, patrzy na lekarkę nie lubiącą swojej pracy, przedstawicielkę zamożnej przedwojennej elity i jej polityczny sceptycyzm z dużym dystansem: „ Matka jest dziwna, nie wiadomo czym żyje, dni przepływają jakoś obok niej, do niczego nie przywiązuje wagi”. Lilka chce coś zrobić dla społeczeństwa, np. jako wychowawczyni w zakładzie dla trudnych dzieci, i jeży się na myśl o stabilizacji, którą uważa za domenę wyrachowanych, tępych kujonów. Matka zaś namawia ją na gwarantującą spokój i dobrobyt stomatologię. Choć bezpretensjonalna, obraca się w „dostojnym i intelektualnym towarzystwie” niechętnej powojennym zmianom prowincjonalnej elity. Kiedy Lilka trafia na przyjęcie u jej znajomych, przez cały wieczór podważa „skorupy raków, trafność nazw rozmaitych tortów i ustalone pojęcia moralne”. Pani Sagowska dystansuje się od tego środowiska, ale zarazem nie wtóruje córczanej krytyce. Jest w tym rezygnacja, może trochę sybarytyzmu, pragmatyzm.

Kwestie finansowe bohaterki regulują urzędowo suchą, choć niepisaną umową. Lilka przez pięć lat od rozpoczęcia studiów co miesiąc będzie bezwarunkowo otrzymywać od mamy niewielki, ale znaczący przekaz. Może zmienić wydział, oblać egzamin, nieważne, ma pięć lat na osiągnięcie finansowej niezależności.

Dowiadujemy się o tym z najważniejszej chyba sceny między Lilką i jej matką – z rozmowy w warszawskiej kawiarni, której punktem wyjścia jest sprawa aborcji. Lilka w imieniu koleżanki zwraca się do mamy z prośbą o pomoc: „pewne młode dziewczę ma do wyboru: powiększyć świat o jedną osobę z dyplomem wyższej uczelni albo zakupić parę metrów płótna na pieluchy. Bohaterka się skłania do możliwości pierwszej. Gdyby jakiś Twój znajomy dysponował odpowiadającą tym potrzebom etyką – napisz do mnie szybko, natychmiast”. Otrzymawszy ów eufemistyczny i sarkastyczny list, pani Sagowska przyjeżdża w perfekcyjnie skrywanej panice, przekonana, że w ciąży jest Lilka. Gdyby czytała peerelowskie powieści dla dziewcząt, wiedziałaby, że to (prawie?) niemożliwe – w niechcianej ciąży są zazwyczaj (zawsze?) koleżanki głównych bohaterek.

Zabronione przez ustawę „sztuczne poronienie” przeprowadzane w prywatnych gabinetach, ale niekoniecznie odpłatnie, pro-choice’owe poglądy Lilki, sposób, w jaki w finale „Paladynów” dziewczyna wykorzystuje prawny zakaz do politycznej manifestacji – to temat na inną notkę.
Tutaj istotne jest, że aborcyjny punkt wyjścia nadaje rozmowie córki z matką fundamentalny charakter, acz pokrętny i nerwowy przebieg.

Wezwana na pomoc laryngolożka szybko oddycha z ulgą, że ciąża nie przytrafiła się jej córce, ale to nie koniec nieporozumień. Rozmawiają o inicjacji seksualnej, miłości, projektach życia społecznego, finansach, nieudanych próbach pisarskich. Nie mogą dostroić tonów, języków. Posługują się eufemizmami, ale zarazem są bezpośrednie i szczere. Rozmowa toczy się nie tak, jak powinna. Nie tak, jak by chciały. Wyobrażenia ścierają się z wyobrażeniami, cynizm przechodzi w idealizm i na odwrót. Dojrzała seryjna monogamistka nagle zaczyna mówić językiem romantycznej miłości. Młoda komunistka dopytuje, czy obiecana kwota ma jej wystarczyć również na buty. Mnożą się i zazębiają wątki i znaczenia.

W efekcie matka wyjeżdża z Honoratą, by zorganizować jej zabieg usunięcia ciąży. Praktyczny cel spotkania matki i córki został osiągnięty. Jednak rozmowa sprawia wrażenie pożegnalnego protokołu rozbieżności. Rozstają się w dziwnym stanie przyjacielskiego niezrozumienia. Planowana aborcja stanowi nastrojowy analogon tej sytuacji – jest negatywnym aktem pomocy.

***
Co z tego wynika? Nie mogę jeszcze sformułować wielkich wniosków. Mam jednak kilka ogólnych spostrzeżeń.
Snopkiewicz, Frankowska i inne peerelowskie autorki dają czytelniczce coś, o co trudno we współczesnej powieści popularnej.
Ich bohaterki są wielowymiarowe i zawsze niedookreślone. Bycie matką i córką to jeden z wielu rodzajów relacji, w które wchodzą. Wpływa na inne sfery życia, ale nie dominuje, raczej stanowi subtelną podstawę zachowań.
Matczyno-córczane układy prezentowane na pierwszym planie odbiegają od społecznej praktyki, ale nie są patologiczne, ani nawet nienormatywne. Bo Snopkiewicz, Frankowska i inne (w odróżnieniu od niektórych swoich bohaterek) zdają się nie odczuwać presji normy. Rodzinę w ich powieściach trzeba ciągle od nowa negocjować i konstruować.
Matka i córka reprezentują dwie różne nowoczesności – przydałaby się dziś taka fabuła odbiegająca od fatalnego schematu konfliktu emancypacji i tradycji. Różnice między matką i córką mają charakter społeczny i polityczny, a nie tylko, jak jesteśmy przyzwyczajeni, kulturowy. Kameralny dramat rozgrywa się w kontekście historycznym.
Autorki z jednej strony nie tracą energii na walkę z konserwatywnym cieniem, z drugiej – nie przestrzegają oficjalnej zasady emancypacyjnego optymizmu. Emancypacja to zawiązanie, nie ewentualne zwieńczenie akcji czy bezproblemowe status quo. Wymaga pracy, intelektualnego i emocjonalnego rozwoju. Kwestionowania wczorajszych osiągnięć. Wiąże się z poważnymi kosztami psychicznymi, ale to nie jest argument przeciwko niej. Wręcz przeciwnie.
Fabuły o tym opowiadające są nieprzewidywalne, niejednoznaczne, otwarte, angażujące. Lepiej, przyjemniej się je czyta. I długo o nich myśli.

Mama odchodzi

Dziś znowu nie powieść, a opowiadanie. Bo mocno utkwiło mi w pamięci, choć zawiera zaledwie zaczątek fabuły, zarys dramatu, proste portreciki bohaterów, trochę retrospekcji, otwarte zakończenie.

Sto pierwsza książeczka z serii Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców, w której przez ponad dwadzieścia lat ukazywały się niewielkie opowiadania o konfliktach w małych społecznościach czy rodzinach. „Śliczny poranek” Anny Frankowskiej, rok 1988.

W niedzielny ranek z małą torbą podróżną ucieka z domu matka prawie pełnoletniego Jacka i piętnastoletniej Baśki, żona robiącego karierę naukową Jerzego, synowa eleganckiej starszej pani, opiekunka psa Bariego. Kobieta, która ma dość i nie widzi innego wyjścia z rodzinnego potrzasku.

Jej zniknięcie wywołuje chaos. Niewyprowadzony pies szaleje w przedpokoju, w zlewie piętrzą się brudne naczynia, na desce do prasowania – stos bielizny. W lodówce nie ma niczego gotowego do zjedzenia. Brak pary pracowitych rąk wydobywa na jaw niewidoczny dotąd mechanizm życia codziennego.

Porzucona rodzina zaprezentuje się nam w pełnej krasie, zanim poznamy znękaną uciekinierkę. Zrozumiemy, że miała prawo mieć dość, zanim sama nam to wyjaśni.

Najwięcej dowiemy się o mężczyznach. Obojętny mąż kiedyś był czuły i pomagał w pracach domowych, a teraz zamyka się w gabinecie albo jedzie na sympozjum do Paryża. Ewentualnie wrzaskiem domaga się spokoju do pracy. Syna „wychowuje”, wydając zakazy i wymierzając policzki. Wystrzyżony na Limahla Jacek cynizmem pokrywa żal do rodziców, ale ceni wyłącznie szmal i związany z nim prestiż kombinatora. Handluje kasetami na stadionie „Skry”. Okrutnym szantażem wyciąga od matki oszczędności, chociaż jest bogatszy od niej. Robi tylko to, co przynosi szybki i konkretny zysk.

Przy tych skonfliktowanych egoistach płaczliwa i nieporadna córka wypada blado. Jest bezwolna i podatna jak plastelina. Jako jedyna pomaga w pracach domowych, dopóki brat jej nie wyszydzi. Chciałaby zadowolić wszystkich, nie myśli, nie działa, boi się życia. Co z niej wyrośnie, to największa troska matki.

Na tym tle pretensjonalna teściowa, która swoimi dolegliwościami wzbudza poczucie winy i dostarcza dodatkowych zajęć, stanowi relatywnie najmniejszy problem.

Matka z jednej strony „jest dla nich zwykłą służącą, praczką, pomywaczką”, z drugiej ma obowiązek „służyć i wysłuchiwać tych wszystkich narzekań, napadów złości, życzeń i zarzutów. Ma dogadzać, uspokajać, głaskać, bez prawa żądania rewanżu”. Niczym żywy worek treningowy przyjmuje na siebie i tłumi ciosy, które w przeciwnym wypadku rozniosłyby rodzinę na strzępy.

Oboje z mężem pracują, ale on przekazuje jej na życie niewielką część swojej pensji, resztę zachowując dla siebie. Jej wypłata nie jest jej – musi pokryć bieżące domowe wydatki. On jest docentem, uznanym naukowcem, ona – bliżej nieokreśloną urzędniczką. Przed urodzeniem dziecka nie zdążyła napisać pracy magisterskiej z pedagogiki, potem liczyła się już tylko kariera męża. Marzyła jej się praca w domu dziecka albo w domu poprawczym – „koniecznie trudna, żmudna i ambitna”. Nie dało się tego jednak pogodzić z opieką nad własnym potomstwem.

Poświęciła plany i ambicje zawodowo-społeczne dla rodziny i to poświęcenie obróciło się przeciwko niej. Poskutkowało wzgardą tych, dla których wyrzekła się siebie. Syn („mały, okrutny wampirek, który powoli wysysał z niej energię”) pyta, jak ona może żyć z takim strasznym facetem jak jego ojciec i wykonywać ogłupiającą urzędniczą robotę.

Odejście matki jest w pełni usprawiedliwione, tym bardziej, że dzieci nie są już małe. Ale żeby w stu pięćdziesięciu procentach zagwarantować jej sympatię czytelniczek, autorka funduje bohaterce wewnętrzną szarpaninę przy podejmowaniu decyzji i podsuwa środki nasenne, których zażycie sprawia, że uciekinierka zasypia w pociągu, nie wysiada na pierwszej stacji i nie wraca do kieratu.

Dokąd, śpiąca, zmierza? Do pewnego pensjonatu w Nałęczowie, gdzie bywała ze swoją energiczną mamą w przedmałżeńskich czasach, kiedy wszystko było jeszcze możliwe. Chce wrócić do tego momentu i zacząć od nowa. Zadbać dla odmiany o siebie, o swoją zniszczoną twarz, o ciało, o duszę. „Będzie teraz żyć tak, jak jej wygodnie i umrze tak, żeby było przyjemnie”.

Streszczam „Śliczny poranek” tak szczegółowo, bo oczywiście nam, przyzwyczajonym do standardu Mili Borejko, usprawiedliwione odejście matki nie może nie wydać się śmiałym węzłem fabularnym. W głowach mamy matkę karmicielkę, zawsze gotową pierś bez podmiotu. Metafora dziecka-wampirka jest dokładnym przeciwieństwem tego obrazu. Ale Frankowska poszła dalej. Odejście bohaterki opowiadania to nie tylko gest założycielski niezależnej kobiecej podmiotowości, ale i wybór innego systemu wartości.

Zanim została żoną i matką, bohaterka gardziła „nijaką mieszczańską egzystencją, […] nie dopuszczała do siebie myśli, że i jej udziałem będą kiedyś gary, kosz z brudną bielizną, pasta do podłogi”. Zamierzała połączyć spełnienie własnych ambicji zawodowych z pracą dla społeczeństwa. Tymczasem zamknęły się wokół niej cztery ściany domu, zerwały relacje pozarodzinne. Przepadły gdzieś koleżanki, które też powychodziły za mąż. Teraz na przygodne kontakty społeczne odruchowo reaguje nieufnością i posądzeniem.

Domownicy, w tym (nie)wychowane przez nią dzieci, to egocentryczni mieszczanie. Mąż reprezentuje typ akademika robiącego karierę dla kariery, czyli zdobywania coraz wyższej pozycji w uniwersyteckiej hierarchii władzy. Syn to nowy drapieżny bazarowy kapitalista. Córka – przyszła idealna żona skupiona na swojej bezwolności. Dramat bohaterki polega na konfrontacji z kompletną obcością ludzi, którym oddała siebie.

Ta, która chciała zawodowo zajmować się wychowaniem, i to „trudnych” dzieci, nie dała rady z własnymi. Osiągnęła efekt odwrotny od zamierzonego i straciła wiarę w szlachetne zasady pedagogiki. Skłonna jest nawet diagnozować coś w rodzaju ogólnego upadku idei wychowania.

Kontempluje swoją klęskę i nie liczy na przełom. Wie, że na nic tu rozmowy, argumenty. Nie da się wytłumaczyć, dogadać, porozumieć. Także jej ucieczka nie da rodzinie do myślenia.

Zakończenie opowiadania dzisiaj mnie rozczarowuje. Historia wydaje się zmierzać w stronę rozlewiskowej kompensacji. Na horyzoncie pojawia się potencjalny nowy mężczyzna i nałęczowski pensjonat. Niebezpieczeństwo ugrzęźnięcia w prywatnej kobiecej enklawie jest tym większe, że nie wiadomo, jak KONKRETNIE bohaterka wyobraża sobie przyszłość. Zapewne sobie nie wyobraża.

Teraz widzę w tym zapowiedź (mamy rok 1988) paraliżu wyobraźni politycznej lat 90., ale z tamtej lektury „Ślicznego poranku” pamiętam wstrząs wywołany węzłem dramatycznym i odejściem matki. Nie zapamiętałam zakończenia, tylko zawieszenie akcji. Dopóki nie przeczytałam tekstu ponownie, żyłam w przekonaniu, że ta uciekinierka może zrobić wszystko. Nawet jeśli na razie tylko z przyjemnością pije kawę, której zgodnie z zaleceniem lekarza długo sobie odmawiała.