Archiwum kategorii: konteksty

Szalona głowa, złote serce

W październikowym miesięczniku „Znak” ukazał się mój tekst o słonecznych bohaterkach kanonicznych powieści dla dziewcząt – Pollyannie, Ani Shirley, Basi, Irence i Ewie Kornela Makuszyńskiego – i ich funkcjonowaniu w powojennej kulturze.

Zdjęcia-5484 Zdjęcia-5485 Zdjęcia-5486

Peerelowska powieść dla dziewcząt powstała wobec tej tradycji – zaprzeczała, oddawała sprawiedliwość, nawiązywała. Warto ją czytać w kontekście.

Cytuję kawałek na wabia:

Nie jest jeszcze kobietą, więc pozostawia się jej nieco swobody. Może wejść na drzewo, przypalić obiad, zakopać i prawie udusić małego brata w śnieżnej zaspie, przefarbować włosy na zielono, powiedzieć wścibskiej sąsiadce, że jest „ordynarną kobietą bez serca”, rzucić się na szyję oschłej ciotce lub drabowi o twarzy mordercy. Za chwilę wyjdzie za mąż i stanie się poprawna, a nawet zadba o reprodukcję tradycyjnych wzorców. Jej dziewczęce „wykroczenia” są zresztą nieszkodliwe, nie naruszają kulturowych norm ani porządku społecznego. Wynikają z niemal gatunkowej odrębności: „Największy […] uczony, najsłynniejszy nawet filozof nigdy nie wiedział, nie wie i nie będzie wiedzieć do skończenia świata, co się dzieje w kolorowej duszy „dorastającej panny”. Jest to niezgłębiona tajemnica” („Szaleństwa”). Taka konstrukcja dziewczęcości może mieć i miewa potencjał emancypacyjny, ale bywa też wprost przeciwnie.

Rokiś i kraina brudnych naczyń

Ostatnio (a była to, uwierzcie, inna epoka) pisałam o „Dziewczynie i chłopaku” Ożogowskiej i pracy domowej kobiet. O tym, że nie chodzi tak naprawdę o mycie naczyń, ale o życie i władzę.

166166082_fdb19c3000

Czysty dom to oznaka zmarnowanego życia – ta żelazna zasada krzątaczej ekonomii się nie zmieni, choćby przyszło tysiąc Jolant Brach-Czain i napisało tysiąc uwznioślających esejów. Tymi, które marnują życie, najczęściej były i są kobiety. W sferze zawodowej – sekretarki i asystentki. Z punktu widzenia mężczyzny/szefa te niskie czynności z jednej strony jawią się jako „wybitnie nieważne”, z drugiej – jako wykonujące się same, z trzeciej – jako niezmiernie kłopotliwe, jeśli pozostaną niewykonane. Kawa wjeżdża na stół, przy którym toczy się ważna służbowa rozmowa – niezauważenie. Potem ważni ludzie wstają i wychodzą, a kiedy wracają, brudnych filiżanek już nie ma. Chyba że by były, wtedy stanowiłyby przeszkodę, którą można ominąć tylko przez znalezienie innego stołu, najlepiej w innym pomieszczeniu.

Ta praca staje się widzialna, kiedy nie zostanie wykonana. Podobnie wykonawczyni – rzuca się w oczy wtedy, gdy czegoś nie zrobi. Pamiętacie zniknięcie mamy u Frankowskiej?

Tomek nazajutrz po wyjeździe Tosi natknął się na taki skandaliczny widok:

1653434_660788327318631_1523231983_n

W powieści stanął oniemiały, w serialu wykrzyknął: „Skąd się tyle tego bierze?”. I od razu zgodnie z doświadczeniem mężczyzny/szefa zaczął kombinować, jak sprawić, żeby brudne naczynia zniknęły bez wysiłku z jego strony: „Zbiera wszystkie naczynia, układa je w zlewie, na wierzchu stawia patelnię i puszcza wodę. Wymyją się same”. Nic, wydawałoby się, bardziej naiwnego. A jednak działa! Natychmiast pojawia się Krysia – i naczynia znikają. Podobnie dzieje się na wakacjach u cioci – Tomek potrafi sprawić, żeby domowe prace zrobiły się same. Załatwia sprawę rękami kuzynek.

W czwartym odcinku pewnego cudownego serialu ten sam efekt przynosi dopiero starożytna magia kapłana egipskiej bogini Bast wcielonego w domowego kota. Nie ma innego sposobu, żeby mama nie musiała przygotowywać obiadu, odpoczęła i była szczęśliwa. Darek i jego tata, skądinąd sympatyczni faceci, mogą przyrządzić najwyżej przesolone ziemniaki. Kiedy w innym odcinku inżynier Tarkowski postanowi usmażyć jajecznicę, przedsięwzięcie skończy się wbiciem na pełną już patelnię zepsutego jaja. Bez zaklęcia ani rusz.

533488cd8f680

Tak, mam kryzys i tak, mam obsesję.

No i brnę w stereotyp – jak powieść dla dziewcząt, to zaraz dom i rodzina, ewentualnie dylemat pracy zawodowej, podział ról, zawiłości emocjonalne, relacje z matką itp. A gdzie wyprawy w świat? Przygody? Zagadki? Przywództwo w grupie? Mechanizmy wykluczenia i piętnowania? Mierzenie się z krzywdą społeczną? Działanie publiczne? Szeroka emancypacja? Czasami o te tematy zatrącam, na pewno się nimi zajmę, ale jeszcze nie teraz. Zresztą – w kręgu stereotypowych, „małych” problemów często dochodzi do wielkich zmian. Powojenne dziesięciolecia przyniosły wszak obyczajowe trzęsienie ziemi.

W trudnych chwilach (wiem to od grypy sprzed prawie 30 lat) pociechę niesie Rokiś.

1-Scan-046

Ilustracje, ta i niżej, Teresy Wilbik. Rysunki Danuty Konwickiej do „Rokiś wraca” jakoś mnie nie przekonują

(Staro)polski diabeł z przydrożnej wierzby, ściętej przy poszerzaniu szosy. Ofiara, a wkrótce entuzjasta postępu. Miesza się w życie Kasi pod nieobecność rodziców, zwłaszcza mamy, która nigdy go nie spotyka, jakby zachodziła między nimi relacja rozłączności (jeżeli a, to nie b). Mama nie wierzy w Rokisia, ten zaś woli się pojawiać, kiedy mamy nie ma w domu. A nie ma jej w domu, bo jeździ do Wrocławia, gdzie zaocznie studiuje bibliotekarstwo. Potem rusza z mężem reporterem na wyprawę do Mongolii, żeby zapomnieć o poronieniu. Zakres domowych obowiązków Kasi na czas nieobecności mamy się zwiększa. Chociaż dzieli je z tatą, babcią i Brodasiem, dom opanowuje chaos.

1-Scan-045

1-Scan-050

Kiedy mama wraca – „w domu nastaje ład, porządek, spokój i »regularny tryb życia«. Bo mama, chociaż siedem godzin dziennie siedzi w swojej bibliotece, takie umie wyczyniać sztuczki z czasem, że wszystko jest ugotowane, kupione, sprzątnięte i dom chodzi jak zegarek, bez niespodzianek czy katastrof”.

Sztuczki to słowo kluczowe. W cyklu Joanny Papuzińskiej („A gdzie ja się biedniuteńki podzieję”, 1972, „Rokiś wraca”, 1981, „Rokiś i kraina dachów”, 1984) prace domowe mają w sobie coś baśniowego, magicznego. Mama wie, jak nie marnować życia, a zarazem z siłą lokomotywy i lekkością motyla ciągnąć osławione dwa etaty i dokształcanie na dokładkę. Dysponuje krzątaczą magią, którą ustanawia konwencjonalny domowy kosmos. Rokiś zna te same czary, ale sieje zamęt. Już sama jego kosmata obecność w kuchni, w maminym fartuszku, jest estetyczno-egzystencjalnym zgrzytem. Karykaturą.

1-Scan-048

Ma wprawę w pracach domowych, bo jego odwiecznym obowiązkiem jest sprzątanie na Księżycu Twardowskiemu. Działa szybko, z wdziękiem i nonszalancją. Kręci się zamiast prania w pralce, nowym nabytku, przedmiocie maminej dumy. Potem trzeba diabła odkręcać. To oczywista pustota czyniona w urządzeniu, którego pojawienie się w latach 60. stanowiło techniczny przełom i znacznie ułatwiało wykonanie jednego z najcięższych obowiązków domowych. Pralka, jak pisze Małgorzata Szpakowska, odegrała ważną rolę w procesach emancypacji. Frania to jedna ze sztuczek mamy. Inną jest odkurzacz, który z kolei Rokiś zabiera na Księżyc, żeby zmodernizować archaiczne gospodarstwo legendarnego czarnoksiężnika.

Niby nie drwi z tych narzędzi sumiennej i szczęśliwej nowoczesnej pani domu, jednak traktuje je beztrosko. Nie czuje ciężaru krzątactwa. Pewnie nie czmychnąłby przed panią Twardowską. Wręcz się w nią wciela. Jako miłośnik literatury w zamian za głośne czytanie gorliwie wyręcza Kasię w obowiązkach. „Wydziera jej z rąk każdą robotę i w mig się z nią uwija”. W pewnym momencie deklaruje lekkomyślnie: „Będę za ciebie obierał kartofle do obiadu przez sto pięćdziesiąt lat!”. Dziewczynka, mając pod ręką darmową siłę roboczą, „aż wstyd powiedzieć – żyje teraz jak hrabina”. Dla Rokisia to nic, zabawa, incydent, łatwa waluta, przypadkowy środek do ważnego celu.

1-Scan-049

Wykonuje prace domowe, ale mógłby robić co innego.

Nie obowiązuje go zasada, którą respektują wszyscy, choć nikt nie uważa jej za własną. Nie dotyka go alienacja, którą Kasia obserwuje w swojej rodzinie: „jeśli ktoś z domowników wyjeżdża gdzieś sobie, pozostała reszta popada natychmiast w taki stan, który tato mój nazywa »słodką abnegacją«. […] my z mamą, jeśli zostajemy tylko we dwie, zawsze czytamy książki przy jedzeniu. […] Ale żadna z nas nie ośmieliłaby się tego robić przy tacie! Dla odmiany nasz tata, jeśli mama sobie gdzieś wyjedzie, jada prosto z garnków, bez nakrywania do stołu, a w niedziele do samego obiadu, a nawet i kolacji łazi po domu w piżamie. Słodka abnegacja polega jeszcze i na tym, że sprząta się przez ten czas byle jak albo i wcale. I dopiero kiedy nadchodzi dzień przyjazdu, ogarnia nas dwoje, obojętnie których, gorączka czystości i ładu. […] Jestem pewna, że gdy ja wyjeżdżam na kolonie, a rodzice zostają sami w domu, też z lubością pławią się w bałaganie – oczywiście w sekrecie przede mną, bo gdy wracam, wszystko jest ugłaskane i czyściutkie”.

Rokiś pozostaje poza wpływem normy, nie jest przykuty do kontekstu. Jego beztroska wynika z przygodności i wielowiekowej perspektywy. Jest wcieloną anarchiczną magią krzątaczą. Jakby wszystko faktycznie robiło się samo. Podobnie Rademenes w „Siedmiu życzeniach”.

Kiedy czytam peerelowskie powieści dla dziewcząt, często odczuwam brak takiego diabelskiego czy staroegipskiego czynnika, który nie może się tam pojawić ze względu na realistyczną konwencję. Ponieważ mam obsesję, wydaje mi się, że Rokiś wyskoczył z pudełka nie tam, gdzie powinien.

1-Scan-044

Bo tak: w peerelowskich powieściach dla dziewcząt, jak już pisałam, wiele jest nowoczesnych, aktywnych zawodowo, często samodzielnie utrzymujących dom matek. Zawsze zmęczonych, długo i intensywnie pracujących, a potem jeszcze przynoszących pracę i ciągłą naukę do domu. Satyryczne przedstawienie takiej matki (tu akurat nauczycielki) znajdujemy w powieści Natalii Rolleczek „Kochana rodzinka i ja” (1961): „Mama, o ile nie ma tego dnia świadomego macierzyństwa, walki o pokój, Ligi Kobiet, harcerstwa, zebrania aktywu akcji budowy szkół, odprawy w wydziale oświaty MRN, posiedzenia w kuratorium, o ile nie zakupuje pomocy szkolnych, nie użera się z komisją w sprawie remontu szkoły, nie udziela informacji rodzicom, nie robi wykazów, nie pisze sprawozdania, nie uczęszcza, nie popiera i nie przewodniczy – o tyle może być o tej porze w domu, co jest właściwie niemożliwe, prawie jak śnieg w maju, ale czasem się zdarza”.

1-Scan-001

Okładka Zbigniewa Rychlickiego

1-Scan-002 (2)

Odpoczynek Pauli, pracującej siostry Judyty, na rysunku Barbary Dutkowskiej. Rozalia podała kawę po turecku

Znacznie częściej niż społecznie i organizacyjnie zaangażowana nauczycielka występuje jednak lekarka, pracująca w szpitalu i przychodni, wieczorami zaś dokształcająca się lub pisząca doktorat.

Im bliżej lat 90., tym bardziej się to zmienia. Kamieniem milowym postępującego ukonserwatywnienia był „Kwiat kalafiora” Małgorzaty Musierowicz (1981), w którym wyemancypowana Gabrysia, bliska eksplozji wskutek awaryjnego obarczenia obowiązkami mamy, ostatecznie porzuca myśl o domowej rewolucji i przyjmuje harówkowo-romantyczny los kobiety.

Ale w klasycznym okresie gatunku (w latach 60. i pierwszej połowie 70.), matki po prostu nie mają czasu na „zajmowanie się domem” (i jest to neutralne, nie naganne). Domem zbytnio nie zajmują się też niezależne i pochłonięte innymi sprawami córki. Jeśli w rodzinie jest mężczyzna – robi to i owo. W „Beethovenie i dżinsach” (1968) Krystyny Siesickiej mamy piękne sceny, w których Alek przygotowuje kanapki dla rodziców, żeby mieli gotowe po powrocie z filharmonii, proponuje siostrze grzankę, wreszcie przygotowuje obiad i kolację („Niech mi się tu żadne kobiety pod nogami nie kręcą!”). Jego ojciec w pewnym momencie czeka na powrót rodziny z odgrzaną zupą, smaży kotlety i jednocześnie nakrywa do stołu. Kiedy domownicy przybywają, melduje, że obiad będzie za 15 minut, bo za późno wstawił ziemniaki. Ale męskie krzątactwo to wyjątek. Nawet w tej samej powieści matka przeprowadza krytykę swojego iluzorycznego statusu, której sceny męskich zatrudnień kuchennych trochę przeczą: „Mamo. Mamo. To słowo straciło już dla was znaczenie. […] mówicie mamo do tej osoby, która prowadzi gospodarstwo. Gotuje, sprząta, daje pieniądze. Nie gosposiu, tylko mamo”.

1-Scan-003 (2)

Okładka Elżbiety Murawskiej

Skoro kobiece krzątactwo to wyjątek i męskie krzątactwo to wyjątek – ktoś musi przejąć obowiązki. Tym kimś, osobliwym jak Rokiś, zaskakująco często jest właśnie gosposia. Zaskakująco często, bo to przecież postać z innej epoki. Nie przypadkiem chyba w niemal wszystkich znanych mi przypadkach gosposia występuje w powieściach pisarek starszego pokolenia, urodzonych pod koniec XIX i na początku XX wieku. Irena Jurgielewiczowa (ur. 1903) we wspomnieniach „Byłam, byliśmy” (1997) pisze o czasach swojego dzieciństwa: „w każdym, nawet najbiedniejszym, ale przeznaczonym dla inteligencji pomieszczeniu jest w kuchni kącik dla służącej. Z rzadka bywała »osobą dochodzącą«, z reguły mieszkała razem z chlebodawcami, choćby w ciasnocie i niedostatku. Obywanie się bez proletariackiej pomocy fizycznej było czynnikiem degradującym, walczyło się z taką sytuacją do granic możliwości”. Przywołuje też scenę z „Dzienników” Żeromskiego, żelaznego etosowca, w której biedujący przyszły pisarz sam wynosi swoje wiadro ze śmieciami pod osłoną nocy, żeby ukryć przed otoczeniem, że nie może sobie pozwolić na służącą.

Jurgielewiczowa

Stare wzorce prestiżu, bezpretensjonalnych przecież autorek, okazały się silniejsze niż nowe realia. Status majątkowy bohaterek – miejskich inteligentek – nie jest specjalnie wysoki, a jednak powieściową lekarkę („Godzina pąsowej róży” Marii Krüger, 1960; „Dwie miłości” Elżbiety Jackiewiczowej, 1968) czy nauczycielkę („Kochana rodzinka i ja”) najwyraźniej stać na opłacenie zastępstwa w gotowaniu, sprzątaniu i opiece nad dziećmi. Piszę „stać”, ale to tylko mój wniosek – kwestia wynagrodzenia bowiem jest przemilczana. Równie dobrze powieściowe gosposie mogłyby pracować za darmo.

Zapewne dlatego, że pisarki bardzo się starają, by czytelnik nie odniósł wrażenia, że chodzi o pracę najemną dochodzącej służącej. Genowefcia, Adusia – już familiarne formy imion są znaczące.

Nawiasem mówiąc, służąca rodziców Irenki Drozdowiczówny (przyszłej Jurgielewiczowej), była nazywana – a jakże – Scholasią.

jurgClipboard01=2

Starsza, raczej prosta kobieta jest od wielu lat emocjonalnie związana z obsługiwaną rodziną i nie ma własnej. Zdarza się, że była jeszcze piastunką obecnej pracodawczyni. „Ma czas” albo „znajduje czas”. Bardzo chce „pomóc”, jest oddana, nie oczekuje w zamian niczego specjalnego. Kochana i szanowana, ma silną pozycję, przysługują jej specjalne prerogatywy, może np. szczerze powiedzieć do słuchu czy wymierzyć klapsa, ale też bywa lekceważona przez nastoletnie podopieczne. Anda oszukuje poczciwą Genowefcię („Godzina pąsowej róży”), a Kasia, rozmawiając w obecności Adusi przez telefon, oznajmia koleżance, że jest w domu sama. „Takim kobietom nie poświęca się uwagi – przemijają, jak przepływa powietrze, konieczne do życia, a przecież niezauważalne” („Dwie miłości”).

1-Scan

Obwoluta Tadeusza Michaluka

Same pisarki traktują gosposie mniej lub bardziej protekcjonalnie. Bywają one po prostu typami komicznymi, czkawką po archaicznej zasadzie decorum, zgodnie z którą postacie ludowe przypisane są do tematów i gatunków komediowych. Tak jest z Genowefcią, tak z Rozalią („Kochana rodzinka i ja”) – nadętym katolickim babsztylem.

Bez owijania w bawełnę status służącej pokazuje Jackiewiczowa w „Tancerzach”. Magda, córka prominentnego dziennikarza i uznanej rzeźbiarki, jedynaczka w zamożnym domu, ma do bezimiennej gosposi stosunek pozbawiony sentymentów, wyniosły: „ostatecznie gosposia jest płatnym domowym pracownikiem i to ona musi się z Magdą liczyć [więc dziewczyna może ją obudzić, wracając późno do domu]”.

Dopóki nie przeczytałam powieści Eugenii Kobylińskiej-Masiejewskiej „Córki chcą inaczej” (1966), bardzo sceptycznie podchodziłam do sublimacyjnych zabiegów pisarek, starających się przedstawić gosposię jako członka rodziny. Wydawało mi się to naiwne/nieuczciwe/antyemancypacyjne. Kobylińska-Masiejewska i jej Wincenta (czasem zwana – a jakże – Wincunią) trochę mnie przekonały.

1-Scan-012 1-Scan-001.BMP

Obwoluta i strona tytułowa Gizeli Bachtin-Karłowskiej

Stara sługa rodziny Klargisów, obecnie dumna pracownica państwowa, mimo podeszłego wieku „znajduje czas” i siły, by pomóc uwielbianej Linie, dorosłej już córce przedwojennych państwa, którzy ongiś nie mieli Wincencie za złe nieślubnej ciąży. Jej przywiązanie datuje się od tamtego dramatu. Chłopska córka uciekła po ojcowskim biciu do Warszawy, by urodzić niechciane dziecko i oddać je starszej siostrze. Wyrozumiali Klargisowie przyjęli ją w stanie dyskwalifikującym służące, bo „oceniono jej zalety, a pani nie była z rzędu świętobliwych obłudnic”. W czasie okupacji odwdzięczyła się im, już nieżyjącym, wożąc ze wsi towar do sklepu, prowadzonego przez ciotkę opiekującą się Liną. Wspólnie przeżyta wojna i wspólny handel ugruntowały związek kobiet, które wcześniej dzieliła przepaść. W czterdziestym piątym Wincenta odnalazła dziewczynę z niemowlęciem, nielegalnym owocem powstańczych uniesień, i pokochała również małą Basię.

Nieślubne dziecko to piękna analogia między losami wsiowej służącej i zamożnej mieszczki. Jakoś je – szorstką, rozrosłą babę i zalotną kobietkę – zrównuje i wiąże. Ale nie unifikuje. Ich położenie w analogicznej sytuacji znacząco się różni. Zapisuję to na mojej tajnej karteczce z argumentami potwierdzającymi tezę, że PRL otwierał wyobraźnię na to, co dziś nazywamy trzecią falą feminizmu, zwłaszcza na solidarność kobiet o odmiennych interesach klasowych.

Basia nazywa ją Bianią (babcią-nianią). Wincenta w tej nienormatywnej babskiej rodzinie pełni funkcję surowego autorytetu, raz nawet przekłada rozdokazywaną nastolatkę przez kolano i wymierza jej kilka słusznych klapsów, co w powieści dla dziewcząt tego okresu – gdzie rodzicielska fizyczna przemoc jest straszliwym, nagannym wyjątkiem, przejawem bezradności – robi piorunujące wrażenie. Lanie od starej sługi jest odwrotnie proporcjonalne do permisywizmu nowoczesnej matki-siostry. Skarcona dziewczyna odbiera zatem podwójną lekcję: o wolności i jej granicach.

Czym zawiniła? Skłamała, że jest w ciąży, żeby choć na chwilę udowodnić, że nie stroi fochów, ma prawdziwe zmartwienie. A Wincenta akurat sporo o byciu w niechcianej ciąży wie i nie może znieść wykorzystywania dramatyzmu tego stanu w doraźnych gierkach smarkatej uzurpatorki. Poniżenie i piętno, których zaznała, są święte i nie wolno używać ich w żadnym celu, a już na pewno nie do wytwarzania fałszywego statusu ofiary. Basia chciała zaznać przywilejów ofiary, nie znając podłego losu ofiary, przede wszystkim wstydu bycia ofiarą. Dlatego Wincenta się nie waha – od razu wie, że Basia kłamie i nie jest w ciąży. Prawdziwa ofiara wstydziłaby się swego statusu. Trzeba by ciężkiej społecznej pracy, żeby ten wstyd przełamać. Basia, kiedy tylko minie poklapsowe zaskoczenie, natychmiast zrozumie, że przesadziła.

To krótkie spięcie zawiera cały kosmos. Ale Kobylińska-Masiejewska zmieniła nieco moją surową opinię o gosposiach w PRL-owskich powieściach dla dziewcząt przede wszystkim godnościową narracją Wincenty. Jako przedszkolna kucharka niedaleko, wydawałoby się, odeszła od poprzednich zatrudnień, a jednak państwowa posada to dla niej znaczny awans. Po paru odczytach dla „personelu technicznego” i otrzymaniu medalu dziesięciolecia Wincenta „zhardziała” w stosunku do sklepikarki Sieniutowej, przedstawicielki „inicjatywy prywatnej”. Autorka bierze personel techniczny i inicjatywę prywatną w cudzysłów, a więc dystansuje się do oficjalnego języka PRL-u i lekko pokpiwa z przyswajającej go Wincenty. Zarazem jednak dostrzega jego potencjał emancypacyjny. Nieważne, co się robi, ważne, w jakiej atmosferze. Stara służąca obdarzona formalnym uznaniem porzuca pokorę. Ona faktycznie chce córce i wnuczce dawnej dobrodziejki po prostu „pomagać”. Jak równa równym. To nie eufemizm skrywający pogardzaną pracę najemną.

Zatrzymana bezczelnym kłamstwem Basi, spóźniona na „państwową służbę” – zrywa się jak oparzona i już jej nie ma. Zdenerwowanie zaburzyło jej plany, wydłużyło pobyt u podopiecznych, ale opamiętawszy się, nie poświęca smarkuli ani chwili więcej. Robi dokładnie to, co wcześniej robiła z ekonomicznego przymusu i łaski pani, ale dobrowolnie, honorowo. Stać ją na gest. Nie poświęca się, działa czule, ale trzeźwo. Nie tylko nijak nie uwłacza to jej godności, a wręcz ją wzmacnia. To samo, co przed wojną było znakiem niższości, Wincenta przy politycznym wsparciu uczyniła potwierdzeniem może niezbyt wysokiej, ale pewnej i uznanej pozycji społecznej.

Rolleczek w „Kochanej rodzince” przedstawia taki awans jako proces masowy: „Od września mamy już siódmą pomoc domową. Albo się nie nadaje, albo sama odchodzi »na posadę«: do fabryki, do szpitala, na sprzątaczkę, byle nie do garnków”.

Feminizm trzeciofalowy zwraca uwagę, że kobiety z klasy średniej emancypują się kosztem gorzej sytuowanych sióstr, na przykład mogą płacić im za prace domowe, a same rozwijać aktywność pozadomową. Ewelina i Wincenta omijają tę pułapkę. Wiem, brzmi podejrzanie. Jak jakaś sztuczka. A jednak Kobylińska-Masiejewska, nie dysponując, umówmy się, wybitnym piórem, zdołała te trzy bohaterki i relacje między nimi nakreślić sprawiedliwie. Uniknęła efektu Rokisia.

Czy tylko ona? Poczytamy, zobaczymy.

Gender, czyli heca na 14 fajerek

Tę historię znają wszyscy, którzy dziś mówią: „Gender? Ki diabeł? Na co to, po co?”. Nie wiedzą, że czytając powieść Hanny Ożogowskiej „Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek” (1961) albo oglądając zrealizowany na jej podstawie, przy współpracy pisarki, serial w reżyserii Stanisława Lotha (1978) – mieli do czynienia z fabułą właśnie o gender, czyli płci kulturowej.

Dziew i chło

Brat i siostra zamieniają się rolami i na wakacje trafiają nie tam, gdzie pchało ich kulturowe przeznaczenie – Tosia w chłopięcym przebraniu jedzie do ultramęskiej leśniczówki, by zaznać twardej ręki stryja i sprostać siłowemu trybowi życia zamaszystych kuzynów, a Tomek w spódniczce podróżuje do domu owdowiałej ciotki, opanowanego przez żywioł piskliwej i kłótliwej dziewczęcości kuzynek. Oboje muszą stawić czoła wyzwaniom, o których pozostając we własnej roli, nie mieliby pojęcia. Są traktowani zupełnie inaczej niż dotychczas. Nie pasują do oczekiwań i trochę usiłują je spełnić, a trochę zmienić. Burzą w ten sposób kulturowe stereotypy związane z płcią. Nieoczekiwana zmiana miejsc, karnawałowe wywrócenie świata do góry nogami, daje asumpt do mnóstwa zabawnych sytuacji i refleksji nad asymetrią wychowania chłopców i dziewczynek.

1817718

Ożogowska więcej i lepiej pokazuje, niż nazywa. Jest inteligentniejszą pisarką niż socjo- czy antropolożką. W powieści wnikliwie przedstawia patriarchalne mechanizmy wytwarzania grzecznych dziewczynek i władczych chłopców, ale w dosłownych wyjaśnieniach używa potocznego języka „naturalnych” różnic.

1-Scan-023 (3) 1-Scan-024 (2)

Tu i niżej ilustracje Zbigniewa Piotrowskiego

Ojciec Tosi i Tomka „odziedziczył” despotyzm po swoim ojcu i dziadku. Stryj to nerwus, bo są „rodzonymi braćmi” i „wzięli to po ojcu”. Tomek jest „chłopakiem bardzo ambitnym, urodzonym prowodyrem, chętnie narzucającym swą wolę innym i wymagającym posłuchu. Czyż nie był synem swego ojca? Czy nie mówi się, że jabłko pada niedaleko od jabłoni?”. Tosię natomiast cechuje „wrodzona dobroć serca”, nie potrafi, mimo usilnych prób, wzbudzić w sobie gniewu i buntu. Oboje, jak twierdzi mama, są „ambitni po ojcu”, dzięki czemu Tosia mogła w ogóle przetrwać ciężką próbę męskości. Ciekawe, że „wrodzona” ambicja do tej pory się nie przejawiła. Widać nie było warunków. Przed zamianą brat i siostra spierali się, kto ma w życiu łatwiej – dziewczyna czy chłopak – i utrzymywali, że przynależność do odmiennej płci oznacza przywileje. Teraz ona musi udowodnić, że podoła roli chłopca. On też musi wytrzymać w spódniczce z powodów ambicjonalnych, ale osiąga cel w inny sposób – nie wchodzi w stereotypową rolę dziewczynki, lecz demonstruje, że dziewczynka nie musi być bierna i nieśmiała.

W charakterystyce Tosi pada jedyne w całej powieści zdanie o wpływie wychowania. Bohaterce brak odwagi, bo „chuchana i dmuchana przez babcię, mamę i ojca, zawsze pod ich opiekuńczymi skrzydłami, nie miała okazji wyrobić sobie tej cechy”. Czyżby wychowanie dziewcząt ze względu na swój upośledzający charakter było łatwiejsze do zauważenia?

Światy Tosi i Tomka to dwa odmienne obszary kulturowe. Ich mieszkańcy mają inne stroje, zachowania społeczne, rytuały, zaprzątają ich inne sprawy, inaczej się bawią, ba, nawet mówią innymi językami (Tomek ćwiczy do roli Tosi zdanie „upadłam na buzię”, choć sam użyłby słowa „pysk”).

1-Scan-026 1-Scan-028

Ożogowska akcentuje klasyczne szczegóły, którymi różnią się te dwa obrazki. Tosia, „cała gospodyni”, nie ma jeszcze 12 lat, a już robi w domu wszystko to, co mama: gotuje, sprząta, pierze, prasuje, szyje, szydełkuje itd. W tym czasie niewiele starszy Tomek poza domem zajmuje się budowaniem swojego autorytetu w grupie rówieśniczej, w tym pojedynkami o męski honor. Rzadko wykonuje pomocnicze prace domowe. Kiedy siostra gotuje obiad, kładzie się na tapczanie z książką „Marzenia inżynierów”.

marzenia inżynierów

Jednak największą różnicę stanowi strach. Tosia jest niepewna, zalękniona, unika konfrontacji. Najbardziej boi się ojca, choć jest jego pupilką. Naśladując mamę, raczej przymili się, załagodzi, zmanipuluje, a nawet skłamie, niż narazi na ojcowski gniew. Ten konflikt wartości odczuwa fizjologicznie: „Tosi od tego wszystkiego szumiało w głowie, pulsowało w skroniach, zaczęło ją boleć za uszami. Napiła się zimnej wody. Trochę pomogło”. Wzorem mamy we wszystkim wtóruje ojcu, rzekomo w trosce o jego zdrowie i domowy spokój, podczas gdy Tomek ciągle powoduje spięcia, bo „nie chce czy nie umie” pamiętać o wybuchowym charakterze taty.

To zresztą główny powód zamiany ról – Tomek wykazuje nieposłuszeństwo i wychodzi z domu, którego miał za karę nie opuszczać, a Tosia boi się przed tatą przyznać, że temu nie zapobiegła, więc postanawia podać się za niesubordynowanego brata. Woli skok w nieznane od wyznania, że zawiodła.

Rodzice zupełnie inaczej traktują dzieci w zbliżonym wieku, ale różnej płci. Mama pozwala się Tomkowi wykręcać od domowych robót zadanymi lekcjami. Nikt jakoś nie martwi się, czy Tosia pogodzi obowiązki szkolne z domowymi. I dziewczyna faktycznie jest podwójną prymuską. Tata wydaje co prawda polecenie „Tomek, pomóż Tosi”, ale sam wstaje od stołu i wychodzi. Kiedy jest zmuszony zrobić sobie jajecznicę, przedstawia to jako wyczyn i wyjątkową konieczność. Nie przykłada ręki do gospodarstwa, ale ma za złe Tomkowi, że go naśladuje. Właściwie nie dostrzega, że to naśladownictwo. Na tym polega ich konflikt – dojrzały samiec odmawia młodemu własnych przywilejów. Rzeczywisty wyższy status Tomka jest zamaskowany szorstkością ze strony ojca, tak jak służebność Tosi przybiera pozór specjalnej pozycji córeczki tatusia.

Wzorowa Tosia i niesforny Tomek są dziećmi architekta i nie wiadomo kogo. O zawodzie mamy nic nie wiemy. Liczy się tylko jego praca. Bo projektuje tysiąclatkę na konkurs i zarabia na większe mieszkanie. Zaharowuje się i dlatego jest wyjątkowo nerwowy. Mama się nie denerwuje i nie zarabia na tyle dużo, żeby warto było o tym wspomnieć.

Tuż przed zamianą dzieci wiodą dyskurs o domenach. Mężczyźni według Tomka zajmują się naprawdę ważnymi problemami, takimi jak zdobywanie żywności. Tosia podnosi problem prasowania chustek do nosa. Tomek nazywa go „typowo kobiecym” i „wybitnie nieważnym”. „Po co prasować chustki do nosa? I tak się zgniotą”. Wygraną dyskusję podsumowuje: „Redukujemy niepotrzebne czynności do minimum. Tak mówi ojciec do mamy. W jego zastępstwie tak mówię ja – do ciebie”. Oczywiście Tomek ma rację, tylko przemilcza to, że kobiety nie trwonią życia na krzątactwo z wrodzonego idiotyzmu. Jolanta Brach-Czaina dodałaby, że przedstawiona przez Tomka hierarchia jest pozorna. Domowe krzątactwo służy egzystencji, utrzymuje bezwład chaosu i śmierci poza granicami mikrokosmosu.

Tosia gotuje, sprząta, pierze, prasuje, szyje, szydełkuje i nawet jej do głowy nie przyjdzie, że marnuje czas. Nie jest też w stanie obronić swojego stanowiska, kiedy poproszony o wyrękę Tomek kwestionuje całe jej życie. Wyrzuca do śmieci cały jej wysiłek. Dziewczyna staje oniemiała. Będzie w duchu pomstować: „To jest sprawiedliwość: cała robota na mnie, a on przeżywa. On ma męskie problemy!”, ale nic z tego nie wyniknie.

Podobna sytuacja jest w „Fotoplastykonie” Krystyny Siesickiej (1969).

1-Scan-039

Asymetria wychowania prymuski Agaty i lawiranta Jaśka. Pobłażliwość matki wobec syna. Konflikt ojca i syna, którzy zachowują się identycznie, ale ojciec mierzy syna inną miarą: „Gdyby mój Tata był młodzieżą, mówiłoby się o nim, że jest uparty i krnąbrny. Ponieważ jest dorosły mówi się o nim, że ma charakter. Ten charakter odziedziczył po Tacie mój brat, Jasiek, on właśnie jest uparty i krnąbrny”. U Ożogowskiej tata zabiera Tomka od babci, która nie potrafiła zdyscyplinować wnuka. U Siesickiej tata zarzuca mamie, że wychowuje Jaśka na „niechluja i abnegata”, ale sam – jak tata Tomka – jakoś nie daje pozytywnego przykładu, najwyżej czasem wyprasuje sobie spodnie od garnituru.

Frustracja siostry większa niż w „Dziewczynie i chłopaku”: „Nasza Mama jest gospodarna, oszczędna, pogodna i skromna. Posiada jeszcze kilka równie wstrząsających cech […] Według »opinii publicznej« Mama powinna stanowić dla mnie wzór. Obawiam się jednak, że pomimo najszczerszych starań pozostanę na zawsze tylko Jej nędzną imitacją, a w tej chwili, to nawet do nędznej imitacji jest mi bardzo daleko. Z rozpaczą myślę o moim przyszłym życiu, które ma upłynąć pod hasłem: »PRACA, SKROMNOŚĆ, OSZCZĘDNOŚĆ!«. Będzie to chyba najnudniejsze życie, jakie potrafię sobie wyobrazić. A moja Mama, choć to zdumiewające i nieprawdopodobne, wygląda na osobę zadowoloną”. Agata ma świadomość genderowej presji społecznej. Jest o krok od feministycznego olśnienia. Tosi do tego daleko.

Agata i Jasiek odbywają nawet rozmowę o wartości pracy domowej podobną do tej, którą przeprowadzają Tosia i Tomek. Jasiek „bez cienia skrupułów bierze od mamy pięć złotych za mycie okien, chociaż cała rodzina potępia go za to”. Agata pomaga mamie za darmo i zarobek brata doprowadza ją do szału: „Mógłbyś robić to za »dziękuję«, a nie za pieniądze! – krzyczy Agata. – To powinien być twój psi obowiązek! Byś się wstydził!”. Wie, że ona na prowadzeniu domu nigdy nie zarobi, więc domaga się tego samego dla bliźniaka.

Jasiek przegaduje ją jak Tomek Tosię. Mama płaci pani Kapuścińskiej za mycie okien pięćdziesiąt złotych – wykłada Jasiek swoją teorię domowej ekonomii – więc on, biorąc tylko pięć złotych, dokłada się do utrzymania rodziny – daje mamie czterdzieści pięć złotych. Agata nie daje nic. Jej praca, ponieważ pozostaje bezpłatna, rzeczywiście jest „psim obowiązkiem” i nie ma żadnej wartości. Siostrze szybko kończą się argumenty. Nie może podać konkretnej kwoty, ale wie, że pracę, od której z wdziękiem wymiga się Jasiek, ktoś musi wykonać. Jeśli Agata się zbuntuje, mama sama zabierze się do roboty. Ta sytuacja przyprawia dziewczynę o wściekłość – pozbawiona wartości praca zyskuje konkretną cenę, gdy wykonuje ją pracowniczka najemna albo mężczyzna, ale dla Agaty nie ma to właściwie znaczenia, bo z jej punktu widzenia liczy się fatalizm obowiązków, które koniec końców może tylko zrzucić na barki innej kobiety.

Innym razem Agata w przypływie absurdalnego poczucia humoru wyobraża sobie rzecz niemożliwą – awanturę między rodzicami. Jerzy Flisak, ilustrator pierwszego wydania, pokazał tę fantazję tak:

1-Scan-040

Grafik musiał być kiedyś małą dziewczynką i bacznie obserwować pokorę swojej matki, skoro zaakcentował rysunkiem właśnie ten, pozornie błahy, fragment tekstu.

1-Scan-021 (2)

Wróćmy jednak do powieści Ożogowskiej. Tosia i Tomek muszą stawić czoła wyzwaniom, o których pozostając we własnej roli, nie mieliby pojęcia. Ale strategie obierają odmienne. Tosia przełamuje strach i zdobywa nowe umiejętności, podciąga się na wyższy poziom. Tomek wyrabia nowe umiejętności u kuzynek. To one muszą się podciągnąć. Tosia się zmienia, poszerza repertuar prac – poza obowiązkami dziewczyny podejmuje obowiązki chłopaka – rąbie drwa, buduje huśtawkę, jeździ konno itp. Tomek nawet nie rozważa podjęcia „kobiecych” prac. Skupia w swoim ręku domową władzę i „nowocześnie” zarządza pracą kuzynek: nazywa i rozdziela zadania, motywuje wykonawczynie, ustala hierarchiczne reguły komunikacji. Potrafi sprawić, że robota robi się „sama”.

Tworzy Atomowe Kierownictwo Domu, w ramach którego kuzynki, dotąd kłócące się zażarcie o każdą wolną minutę, bez protestu uwijają się po obejściu. Zanim pojawił się menedżer, wiedziały, że tak naprawdę nie chodzi o gotowanie, sprzątanie, zmywanie, karmienie kur, lecz o życie. „Grzeczne i miłe dziewczynki” w sporach o grafik zmieniały się nie do poznania: „Jedna drugiej skakała do oczu i starała się przekrzyczeć, wypominając, ile i kiedy zrobiła”. Pod zarządem rzekomej Tosi konflikty wygasają, podwładne chętnie trwonią egzystencję i nie kwestionują, że funkcje kierownicze („kontrola, pomoc i nadzór”) są najważniejsze. Kojąco i budująco wpływa na nie zwłaszcza legenda o wspaniałym bracie Tosi, który staje się wzniosłym ideałem tej przemienionej żeńskiej wspólnoty. Z jednej strony podwójny Tomek, realny i wyobrażony, działa na kuzynki dyscyplinująco, z drugiej już po pierwszym zwycięstwie nad agresywnymi sąsiadami w dziewczyny wstępuje nowy duch. Jakby tylko czekały na impuls, by porzucić rolę ofiar.

Tomek ma dwie trudności do pokonania. Pierwsza to stereotyp dziewczęcości. Żeby pokonać chłopacką bandę, która zdominowała sąsiedztwo i czyni agresywne wypady na terytorium podwórka cioci Isi, musi nie tylko zachowywać się nie-jak-dziewczyna – czyli przejąć inicjatywę, onieśmielić przeciwnika, przejść do ataku, z tym nie ma problemu – ale również zostać rzecznikiem równouprawnienia. On, który uważa dziewczyny za istoty niższe, perswaduje: „Teraz takie czasy, że dziewczyna od chłopaka niczym się nie różni”. A także: „Tylko bardzo, bardzo ciemna masa myśli, że dziewczyna nie potrafi tego, co chłopak”.

Czy obrońca Różnicy po wakacyjnej przygodzie zweryfikuje swoje poglądy? Mało prawdopodobne. Jego męskość jest zbyt krucha, zagrażają jej złe, piętnujące słowa. Na przykład „Szydełko”, gdy ktoś omyłkowo weźmie szydełkującą Tosię za brata. „Zgrywne przezwisko przylgnie do człowieka na całe życie. Ani tego odpruć, ani oskrobać”. Męskość trzeba cały czas inscenizować, i to w archaicznych, przerysowanych formach, stąd pojedynek o honor prawdziwego mężczyzny – siłowe i komisyjne ustalenie płci w gronie „najważniejszych chłopaków”.

Drugą, chyba jeszcze trudniejszą kwestią jest dla Tomka męska solidarność. Przyczyniając się do upokorzenia wrogiej bandy, profanuje najwyższą wartość – chłopacki honor: „Te słowa przypomniały Tomkowi, kim jest. Dotknęły do żywego męskie serce, chociaż odziane sukienką w kratkę. […] Kogoż on tutaj reprezentuje, przeciw komu staje i czyich interesów broni? O, zdrajco własnej płci!”. Nie może oczywiście zachować się jak-dziewczyna – biernie, lękliwie, ustępliwie, ale „klęska Łukasza będzie jego klęską. Zdrada Piotra – jego własną zdradą”. Wyjściem jest pakt o nieagresji, wspólna zabawa w Indian. Tylko że dopóki trwała wojna, panowała równość – rozejm przynosi powrót do tradycyjnych ról – „kobiety” przygotowują ognisko, „mężczyźni” przynoszą mięso. Inscenizacja bitwy pod Grunwaldem (po ustaleniu, że kobiety też mogą być rycerzami) przywróci równouprawnienie. Jakby tylko gry wojenne stwarzały po temu warunki.

1-Scan-029

Te mieszane istoty, Tosiek i Tomka, budzą niedowierzanie krewnych, do których trafiają. Stryj i kuzynowie traktują przebraną Tosię podejrzliwie – ich niechęć budzi „nienaturalna” delikatność i miękkość gościa, który – jak sobie tłumaczą – całkiem w tej Warszawie „zbabiał”. Kiedy zamiana wychodzi na jaw, stryj eksploduje radosną ulgą: „A matka nadziwić się nie mogła, że taki schludny chłopak, jak lalka! Ho! Ho! Ho! I miednicę myje po sobie! Ho! Ho! Ho! A to panna! Cudów nie ma!”. Widać, że pojawienie się dziwnego chłopca wytworzyło między małżonkami jakieś napięcie, było argumentem w konflikcie, którego przebiegu nie znamy.

Tomek jako nietypowa dziewczyna wywołuje podziw, kuzynki są zachwycone, cioci Isi siostrzenica podoba się tak bardzo, że wyraża twarde życzenie: „Chciałabym, aby moje dziewczynki były takie śmiałe i obrotne”. Podobne tęsknoty odkrywa w sobie ciocia Ola, patrząc na Tosię jako chłopca. Jej synowie nawet jajecznicy nie umieją usmażyć, a „Tomek” gorliwie podejmuje się wszystkich prac. Leśniczyna stawia go „swoim wisusom” za wzór dbałości o higienę. Oszołomiona wykrzykuje: „To będzie kiedyś mąż i wyręka dla żony!”. Czyżby zgłaszała w ten pośredni sposób zastrzeżenia w stosunku do męża, którego nie waży się krytykować wprost?

Tu chyba najbardziej uderza całkowity brak tematu wychowania – ani ciocia Isia, ani ciocia Ola najwyraźniej nie wiedzą, że mogłyby swoje dzieci wychować na śmiałe i obrotne dziewczynki i biorących udział w pracach domowych, czystych chłopców. Bierność jednych i niechlujstwo drugich są dziełem natury.

Powtarzam – Ożogowska jest lepszą pisarką niż socjo- czy antropolożką. Ma fabułę i dialogi, nie ma języka. Taki był w latach 60. stan kultury. Nie tak bardzo się zmienił. Autorka z jednej strony notuje to, co potocznie „się mówi” o jabłku i jabłoni, czyli przywołuje utrwaloną w przysłowiu tradycję myślenia genetycznego – z drugiej każe najpierw Tosi, potem Tomkowi posłużyć się retoryką równouprawnienia. Obejmuje ona pojęcia „zacofania” i „ciemnej masy”, więc przedstawia się jako nowoczesna i oświecona. Można nią próbować zawstydzać reprezentantów tradycyjnego porządku. Opiera się na pragmatycznym braku różnicy – „mężczyźni potrafią robić wszystko to samo, co kobiety”, „dziewczyna potrafi to, co chłopak”. Skoro mowa o potrafieniu, oczywiste jest uczenie się. Mimo symetrii tych zdań uczy się i potrafi tylko Tośka. Na kartach powieści rozgrywa się wczesny etap emancypacji – kobieta musi dowieść swej równości.

Zakończenie przywraca naruszony porządek. Modyfikacja jest drobna – ojciec despota odczuwa skruchę. Ale co się zadziało, to się zadziało. Mogliśmy zobaczyć patriarchat w ironicznym cudzysłowie. Bawić się rolami płciowymi, śmiać z ich sztywności i własnych oczekiwań. To, co dotąd było oczywiste, mogło stać się kwestią do przemyślenia. Ożogowska zachęcała do przekroczenia znanych reguł, otwierała wyobraźnię. Podpowiadała, że w całym tym genderze nie chodzi o mycie naczyń, tylko o życie i władzę. A wszystko bez wskazywania wrogów do odstrzału – w atmosferze inteligentnej, humanistycznej popkultury.

Stawiam na Kariokę

Dziś będzie nietypowo – filmowy przerywnik i mało mojej narracji. Chcę Wam tylko coś pokazać. Chodzi o Kariokę i jej mamę.

W powieści Adama Bahdaja „Stawiam na Tolka Banana” (1967) postać Karioki jest mało rozbudowana. Dziewczyna się wdzięczy, zostaje za to zganiona i stroi fochy, bo Tolek jest odporny na jej nieodpartą dotąd urodę.

Bahdaj nadrobił to jako autor scenariusza serialu w reżyserii Stanisława Jędryki (1973). Karioką, jedyną dziewczyną między chłopakami, była Agata Siecińska, która zagrała przywódczynię dzierżącą i tracącą raczej kruchą władzę. Trochę przy tym lolitkę, usiłującą grać w najtrudniejszą z gier swoją zalążkową kobiecością. Dubbingowała ją Joanna Jędryka, mówiąca egzaltowanym, na poły histerycznym tonem, z tłumioną agresją i nietłumioną wzgardą. Karioka była irytująca, ale czy dziewczyna w takich okolicznościach może nie być irytująca?

W mamę Karioki wcieliła się Anna Ciepielewska, która w kilku minutach filmu stworzyła pełnowymiarową, zapadającą w oko rolę.

Członków bandy Karioki charakteryzuje ich otoczenie – pochodzą z różnych rodzin i środowisk, mieszkają w różnych domach. Karioka, którą poznajemy bliżej w drugim odcinku, przywódczyni dzieci ulicy, zbierających się w poprzemysłowych ceglanych ruinach, okazuje się mieszkanką sterylnie nowoczesnego osiedla, świadczącego o średnim statusie społecznym. Cegiełka ucieka z domu z powodu ojca alkoholika. Dlaczego ucieka Karioka? Bo jej matka jest samodzielna i pracuje zawodowo.

Scena z matką jest bardzo wymowna, nie trzeba jej specjalnie komentować. Modernistyczna architektura występuje jako trzecia aktorka. Dużo się dzieje wizualnie. Warto to prześledzić. Ja się w każdym razie zapatrzyłam.

Przypomnijmy: rzekomy Tolek Banan odbiera Karioce władzę nad jej własną mafią. Przegrawszy ostatnią bitwę i odrzuciwszy łaskawą propozycję objęcia wiceszefostwa, zdetronizowana szefowa zgnębiona wraca do domu. Wybrała strategię „twardsza niż facet w tej samej roli” i właśnie się przekonała, że to działa, dopóki nie pojawi się prawdziwy samiec alfa. Po drodze z lekceważeniem odtrąca jedyną kandydatkę na przyjaciółkę. Wiadomo – w chłopackim świecie dziewczyńska przyjaźń nie może być alternatywnym źródłem uznania.

dvd_snapshot_11.31_[2013.10.03_17.13.50]

dvd_snapshot_11.39_[2013.10.03_17.15.18]

Taki ma widok z okna:

dvd_snapshot_11.48_[2013.10.03_17.15.43]

W mieszkaniu słychać chyba Bemibek (albo coś w tym stylu, pomóżcie zidentyfikować!), obok adapteru leży m.in. płyta Sarah Vaughan. Karioka podkręca głośniej muzykę. Ekspresyjnie tańczy, gnie się, wyrzuca ręce, miota włosami, odrywa stopy od ziemi.

dvd_snapshot_12.02_[2013.10.03_17.16.53]

dvd_snapshot_11.54_[2013.10.03_17.16.39]

dvd_snapshot_12.17_[2013.10.03_17.18.33]

Pojawia się mama, która ścisza muzykę.

– Nie można trochę ciszej, Krysiu?

dvd_snapshot_12.13_[2013.10.03_17.17.33]

(bierze do ręki fantazyjny kapelusz córki)

– Co to znaczy?

dvd_snapshot_12.22_[2013.10.03_17.20.03]– Mama znowu wyjeżdża?

– A co? Przecież wiesz, że mam kurs do Kołobrzegu.

dvd_snapshot_12.32_[2013.10.03_17.21.24]

dvd_snapshot_12.43_[2013.10.03_17.23.07]

W trakcie rozmowy muzyka dalej gra, córka tańczy, a matka szykuje się do wyjścia. Tłem jest funkcjonalnie umeblowany i skromnie ozdobiony pokój, który nosi ślady heterogenicznych dziewczęcych marzeń – na półce stoi magazyn „Chic”, na szafie i ścianach wiszą plakaty z westernów i suszone kwiatki.

– Czy mama nie może rzucić tych okropnych wagonów restauracyjnych?

– Co się z tobą dzisiaj dzieje, córeczko?

– Bo mama nic, tylko jeździ i jeździ. Czy to tak rozkosznie tłuc się po całej Polsce i usługiwać byle komu?

– Znajdź mi inną posadę, dobrze?

– Ja bym się tak nie męczyła.

– Oczywiście, oczywiście, teraz z ciebie wielka dama. Tylko byś się ubierała, tańczyła, słuchała tej hałaśliwej muzyki i zbijała bąki.

dvd_snapshot_12.53_[2013.10.03_17.24.12]

(W tym momencie Karioka przestaje tańczyć. Wcześniej nie zareagowała na odczarowujące słowo „Krysiu”, teraz wypada z ostrej roli, łagodnieje, traci formę, milknie.)

– Pewnie, matka wszystko kupi, załatwi, upierze, posprząta, łatwo żyć. Oj, łatwo!…

dvd_snapshot_13.04_[2013.10.03_17.25.16]

dvd_snapshot_13.11_[2013.10.03_17.26.01]

dvd_snapshot_13.14_[2013.10.03_17.26.23]– Dom to cię w ogóle nie obchodzi, nic a nic. Zupełnie jak twój kochany ojczulek – zjawia się raz na pół roku, przywozi ci bombonierkę, ale grosza na ciebie nie daje, a ja haruję i haruję…

dvd_snapshot_13.25_[2013.10.03_17.27.34]

(połyka łzy)

dvd_snapshot_13.43_[2013.10.03_17.30.47]

– Nie gniewaj się! Czy dzisiaj nie mógłby cię ktoś zastąpić?…

(Karioka kładzie głowę na maminym ramieniu)

– Co się stało?

dvd_snapshot_13.54_[2013.10.03_17.32.04]

– Nic, mam zły dzień, smutno mi…

– To szkoda, że nie powiedziałaś mi o tym wcześniej, może dałoby się to jakoś urządzić… Co tobie?!

dvd_snapshot_13.56_[2013.10.03_17.32.33]

– Nic… Już mi przeszło.

Matka wychodzi, Karioka wygląda przez okno

dvd_snapshot_14.16_[2013.10.03_17.34.10]

i widzi oddalającą się figurkę mamy:

dvd_snapshot_14.23_[2013.10.03_17.34.26]

Następuje kilka przeciwujęć, sugerujących ostateczne pożegnanie:

dvd_snapshot_14.27_[2013.10.03_17.34.36]

dvd_snapshot_14.29_[2013.10.03_17.34.45]

dvd_snapshot_14.31_[2013.10.03_17.34.50]

dvd_snapshot_14.32_[2013.10.03_17.35.23]

dvd_snapshot_14.36_[2013.10.03_17.35.33]

dvd_snapshot_14.39_[2013.10.03_17.35.39]

Karioka zostaje sama, podchodzi do wiszącego na ścianie ślubnego zdjęcia rodziców, ściąga je, ogląda chwilę i wrzuca za tapczan. Siada, bierze gitarę

dvd_snapshot_14.54_[2013.10.03_17.36.04]

i gra.

dvd_snapshot_14.57_[2013.10.03_17.36.11]

dvd_snapshot_15.01_[2013.10.03_17.36.19]

Dalej robi się coraz bardziej przykro. Karioka chce pokazać chłopakom, że nie potrzebuje niczyjej łaski, żeby być kimś. Zamierza zostać gwiazdą filmową i pakuje się w tarapaty. Daje się oszukać i wykorzystać szajce Smutnego Mundka, która co prawda tylko okrada podmiejską willę, ale przez ładnych parę minut sprawia wrażenie handlarzy żywym towarem, względnie pedofilów.

dvd_snapshot_17.57_[2013.10.04_16.03.39]

dvd_snapshot_20.52_[2013.10.04_16.07.43]

dvd_snapshot_20.53_[2013.10.04_16.07.49]

dvd_snapshot_20.55_[2013.10.04_16.07.56]

dvd_snapshot_21.10_[2013.10.04_16.08.16]

dvd_snapshot_21.17_[2013.10.04_16.08.28]

dvd_snapshot_21.22_[2013.10.04_16.08.59]

Komunikat wizualny jest jasny – ambicja, zwłaszcza aktorska, wystawia dziewczynę na seksualną przemoc. Ma szczęście, jeśli skończy się „tylko” upokorzeniem. Karioka wychodzi na idiotkę. Na koniec płaczliwie błaga o przyjęcie do paczki.

dvd_snapshot_33.39_[2013.10.04_16.24.48]

dvd_snapshot_33.41_[2013.10.04_16.24.55]

dvd_snapshot_34.05_[2013.10.04_16.25.24]

dvd_snapshot_34.06_[2013.10.04_16.25.31]

dvd_snapshot_34.36_[2013.10.04_16.26.08]

Odtąd, pod nieobecność matki, będzie wychowywana przez swoją byłą bandę i harcerza podszywającego się pod legendarnego watażkę.

Ta fabuła zdecydowanie mi się nie podoba, mimo że zawiera moje ulubione wątki – przede wszystkim wątek pozarodzinnej grupy wsparcia i socjalizacji ponad podziałami klasowymi. Edukacja rozpoczyna się bowiem od poniżenia dumnej dziewczyny. Kariokę zastępuje jej potulny sobowtór.

Scena z matką – atak córki, która chce zranić, dopiec do żywego, wylew matczynej goryczy, zamilknięcie córki i wycofanie roszczeń, gorąca, ale chwilowa troska matki – oraz przejawiające się w tej scenie okrucieństwo, czułość i rezygnacja sprawiają wrażenie części dłuższej historii. Zaprzepaszczony tu został jakiś potencjał, przekreślona ważna sprawa. Międzypokoleniowy konflikt mimo analogicznych doświadczeń.

Matkę zatrzaśniętą w połowicznej emancypacji, jej mało prestiżową pracę i blokowisko należałoby jakoś odzyskać. Twórcy tego nie zrobili, choć inteligentnie przedstawili problem Karioki i jej mamy. Robili filmy o czym innym.

Duży wkład w najlepszą scenę serialu miały aktorki. A może akurat tę scenę kręciły współpracowniczki reżysera, zwłaszcza ta, która była wieczną asystentką?

Wietrzę tu kryptokino kobiet, które przegrało z konwencją chłopięcej przygody.

Dwa ciała królewny

1-Scan

Na początek nie powieść, a wiersz. I nie dla dziewcząt, a dla dziewczynek. Hanny Ożogowskiej „O królewnie, która się bała, że jej korona z głowy spadnie” (1960, obok okładka wydania drugiego, z 1984). Moja pierwsza polityczna lektura i od razu popularny feministyczny odpowiednik klasycznego studium Ernsta Kantorowicza. Lepszy, bo pragmatyczny, nie teologiczny.

Wiersz został wysnuty z języka potocznego. „Królewną” nazywa się zarozumiałą czy wydelikaconą dziewczynę, a frazeologizm „korona komuś z głowy nie spadnie” oznacza, że jakaś czynność nie przyniesie wyniosłemu wykonawcy ujmy. W obu przypadkach chodzi o wyrażenie niechęci do elitaryzmu. Co nie znaczy, że te określenia nie mogą służyć do okazywania wzgardy i zdobywania plebejskiej przewagi.

Punkt wyjścia wiersza sprawia więc wrażenie mizoginicznego, ale ciąg dalszy zmienia to wrażenie. Kobiety zasługują na mizoginię – daje do zrozumienia Ożogowska – ulegając wpływowi patriarchalnych okoliczności. Zmiana warunków (której mogą dokonać same) uczyni z nich bezproblemowe, sympatyczne mieszkanki utopii.

Ale dość abstrakcji, czas na konkrety.

Feministyczna jest już sama strategia Ożogowskiej – przekorne wykorzystanie motywów z patriarchalnych baśni. W Polsce 1960 roku (kiedy Angela Carter w Wielkiej Brytanii nie była jeszcze Angelą Carter)! Bez brzydkiego słowa na f! W książeczce dla dzieci!

Królewna, której zachowanie opisuje tytuł, rządzi odległym krajem i zasiada w ciężkiej złotej koronie „po swych dziadach, pradziadach”, czyli stara się wpisać w zastany patrylinearny porządek.

Gwarantem jej bierności i posłuszeństwa wobec martwych męskich przodków jest – a jakże – usłużne i tyrańskie zwierciadło, które zapewnia: „Ach, królewno, w koronie ty wyglądasz najładniej!”. Kapryśna, leniwa, słabowita, lękliwa i skrępowana władczyni bez władzy, zakładniczka majestatu, troszczy się wyłącznie o to wątpliwe insygnium i równie wątpliwą ozdobę. W efekcie prowadzi żywot pasożytniczy – jej rządy ograniczają się do dostarczania bezproduktywnych, absurdalnych zajęć dwórkom, które muszą swoją panią myć i ubierać, a nawet wieść do stołu. Królewna nie je. Nie ma ochoty nawet na najwymyślniejsze frykasy. Jest chuda i blada. Bliska zniknięcia.

Wzorem królewny („przykład z góry przychodzi”) postępują wszyscy poddani i w całym królestwie panuje lenistwo i nędza. Jałowe rządy – ziemia jałowa.

W kryzysowej sytuacji pojawia się postać, która zazwyczaj w baśniach nie wróży niczego dobrego – stara kobieta, żebraczka, z darem i radą dla królewny. Dar to przeciwieństwo zatrutego jabłka – ziarna lnu. Rada dotyczy odłożenia korony (patriarchalnej tradycji) i uprawy roli, a więc egalitaryzmu fizycznej pracy. Nie ma tu miejsca na magię – kryzys nie jest wynikiem złego czaru, jego przełamanie nie wymaga zdjęcia zaklęcia. Mechanizm władzy jest prosty – być dla poddanych, a właściwie współ-pracowników, wzorem pracowitości.

„Len rwali, moczyli i suszyli go wszyscy”, ale wierszowana narracja i ilustracje wydania z 1984 roku ukazują przy robocie, od siewu do przędzenia, głównie kobiety – królewnę i jej dwórki. Przędą, ale chyba nie są pobożne. Przy pracy śpiewają optymistyczną piosnkę o przyszłości („Ginie bieda, na pewno lepiej będzie, inaczej”), nie godzinki. Dotąd skonfliktowane patriarchalną hierarchią nagle wobec wspólnego zadania stają się siostrami. Ożogowska przedstawia kobiecą utopię – bezpośrednią, agrarną (nie przemysłową), obsługiwaną prostymi narzędziami – terlicą i kołowrotkiem. Wybiera zajęcie „kobiece” i ponadstanowe, bo przędzeniem zajmowały się i chłopki, i szlachcianki.

Ziarno rośnie i wydaje plon, królestwo prawem naśladownictwa odmienia się na lepsze, a tymczasem królewna, ongiś łysawa z powodu ślepego przywiązania do korony pradziadów, zyskuje nowe insygnium i nową ozdobę. Prawdziwą, naturalną (powstałą przy udziale sił natury) i praktyczną:

W czasie, kiedy na polu

pracowała z ochotą,

głowę włosy porosły

długie, złote jak złoto.

Wiatr je głaskał, deszcz kąpał,

a od słońca promieni

takich blasków nabrały,

takich jasnych odcieni,

że ma teraz koronę

ze swych własnych warkoczy,

lepszą – bo ta przy pracy

z głowy już się nie stoczy.

Na koniec widzimy nowe ciało królewny. Z apetytem pochłaniające trzy dokładki klusek. Swobodne, silne i energiczne przy pracy, zadowolone i pewne siebie po robocie.

Nie ma przy nim ciała męskiego. Jako nagroda za dobre sprawowanie nie pojawia się żaden królewicz. Królewna znów patrzy w zwierciadło, ale tym razem to ona je kontroluje, o nic nie pyta, nie konfrontuje się, jakby nie potrzebowała identyfikacji z lustrzanym odbiciem. Może w ogóle sobie siebie nie wyobraża? Po prostu jest.

Trochę mnie niepokoi jej jasnowłosa, piastowska krzepa, ale chcę wierzyć, że nie kryje się za nią wykluczenie, bo baśń Ożogowskiej uważam za dowód, że peerelowska nowoczesność, z ideologią pracy fizycznej, utylitaryzmem i egalitaryzmem, prowadziła do dekompozycji patriarchalnych schematów, z baśniowymi archetypami włącznie.