Archiwum kategorii: filmy

Spółdzielnia i jabłko

W latach 60. peerelowskiej powieści dla dziewcząt zarzucano, że jej bohaterki zbyt często pochodzą z miejskich, dobrze sytuowanych rodzin inteligenckich, że ich obyczaje i pragnienia są klasowo ograniczone i że jako takie nie powinny kształtować dążeń czytelniczek o rozmaitym przecież backgroundzie społecznym. Z niejakim potępieniem nazywano gatunek literaturą tergalową (tergal to – jak tłumaczy Jedna z Czytelniczek Bloga – rodzaj sztucznej, dość drogiej, modnej tkaniny). Teraz, w drugim odcinku minicyklu o dziewczęcych marzeniach, przyjrzymy się przykładom tendencji odwrotnej.

Do powieści propagujących odmienne wzorce aspiracji należy adresowana do młodszych czytelniczek Cesia Natalii Rolleczek (1971, ale powstała wcześniej, bo w 1969 dostała nagrodę w konkursie Naszej Księgarni).

Cesia Maria Uszacka (1) Cesia Maria Uszacka (2)

Obwoluta i (niżej) ilustracje Marii Uszackiej

Tutaj wspólne marzenie dwóch dziewcząt rodzi się z własnego nieszczęścia rezonującego ze zgryzotami innych. Cesia i Wiesia marzą o założeniu wiejskiej spółdzielni, uprawie roślin, hodowli zwierząt, pasiece, nowym domu. Gospodarstwo będzie autarkiczne, ewentualne nadwyżki produktów sprzeda się w mieście. Założycielki nie zgadzają się jeszcze co do szczegółów (np. czy chcą mieć telewizor, czy nie), ale przysięgają wierność sobie nawzajem i projektowi. Cesia jest przybyszką ze wsi, upokarzaną przez miejskich kuzynów. Spółdzielnia już w fazie projektu stanowi dla niej źródło dumy. Wbrew własnej woli musiała opuścić dziadków i przenieść się do Krakowa, gdzie od jakiegoś czasu pracuje (jako pielęgniarka w Nowej Hucie) jej owdowiała mama, która ma wielkomiejskie ambicje i pogardza wiejskim stylem życia. Cesię zamierza wychować na miejską dziewczynę. Na razie mama dużo pracuje, by zarobić na mieszkanie, i stara się o nowego ojca dla córki, toteż nie może się nią zajmować – mieszkają osobno.

Wiesia mieszka w Domu Młodzieżowym, przez co też odstaje od rówieśników. Rodzice ją porzucili („Każde w innym mieście. Kiedyś ci opowiem”). Przyjaźń i marzenie o spółdzielni znaczy dla niej jeszcze więcej niż dla Cesi. Podobnie dla Marka, sieroty, uciekiniera z domu dziecka, i Laszla, cygańskiego chłopca, który chce się uczyć, mimo że wujek mu zabrania. Wujek, jak inni Cyganie, dostał mieszkanie i pracę w Nowej Hucie, ale z tęsknoty za taborowym życiem pije i bije Laszla. Chłopak woli poniewierkę bezdomności i dorywczych prac. W przyszłości – ustalają to już teraz – będzie mężem Cesi i ważnym członkiem spółdzielni.

Od razu widać, że nie o produkcję rolną tu idzie. Będzie ona środkiem do celu, czyli zawiązania się nietypowej rodziny z wyboru dla ludzi rodzin pozbawionych lub mających inne niż biologiczni krewni pomysły na życie. Już teraz więź z małymi spółdzielcami jest dla Cesi ważniejsza niż fizycznie i kulturowo odległa mama. Dziewczynka chwilowo przystaje na tradycyjny, choć pozornie nowoczesny, projekt mamy (trzeba mieć mieszkanie w mieście, trzeba zrekonstruować typową rodzinę zdekompletowaną przez śmierć). Nie chce jej robić przykrości. Ale gdy tylko stanie się to możliwe, wybierze inny model.

Już się do tego przygotowują. Już dzielą role. Cesia i Wiesia będą wszystko organizować, bo na chłopców nie można liczyć. Już planują kursy rolnicze. Kto czego powinien się nauczyć. Ile będzie drzewek w sadzie. I że to życie będzie lepsze niż życie babci i dziadka Cesi dzięki łazience i studni (?). Już im lżej, bo „czeka na nich wymarzone miejsce, gdzie chce się żyć i pracować!”. Pewien problem dla przyjaciółek – zagorzałych kinomanek – stanowi brak na wsi kina. Ale tylko przez moment: „Kino nam niepotrzebne, bo my same możemy kręcić sobie filmy. Takie na wąską taśmę, rozumiesz? I wyświetlać”. Pomysł natychmiast rozwija się w szczegółowy plan nadania wiejskiej egzystencji prestiżu potwierdzonego międzynarodową nagrodą: „My nie będziemy zacofane. Zapiszemy się do klubu amatorskich filmów. Zrobimy film z Modrzan. Może nawet ten film dostanie Złotego Lajkonika?”. Cesia wzdycha: „Jakie to szczęście mieć taką mądrą przyjaciółkę”.

Cesia Maria Uszacka (4) Cesia Maria Uszacka (3)

Jeszcze wyraźniej wiejski wzorzec prestiżu propaguje Anna Kamieńska w powieści Rozalka Olaboga (1968, datowana 1966), też przeznaczonej dla młodszych dziewcząt.

rozal

Okładka Zbigniewa Rychlickiego

Cesia znała wieś, więc tam ją ciągnęło. Rozalka jest miejskim dzieckiem, które spontanicznie wiąże swoje marzenia z małym miasteczkiem.

snapshot20150503215644

Kadry z serialu w reż. Jadwigi Kędzierzawskiej

Ucieka z Krakowa od ciotki, by wreszcie zamieszkać z mamą, która uczy przyrody w prowincjonalnym Borze i uważa, że nie może zabrać ze sobą córki na wynajęty pokój do miasteczka, w którym nie zamierza zapuścić korzeni: „Choć pracowała w Borze już dobrych kilka miesięcy, prawie cały rok szkolny – żyła osobnym, własnym życiem”. Nauczycielka nie wie, co się dzieje, ma uszy zamknięte na plotki, nie chce być wścibska, tymczasem jest wyalienowana. „Rozalka była inna. Rozalka od pierwszego dnia nie była ani obca, ani nowa. Rozalka wcisnęła się wszędzie. Rozalka wiedziała wszystko o wszystkich dla wszystkich. Rozalka była jak chłonna na sprawy ludzkie bibuła”. Lokalne sprawy stają się jej sprawami. Więcej, działa jak katalizator: „Wszędzie gdzie się pojawiła, zaczynało się coś dziać i nigdy z żadnych swoich wypraw, swoich latań – jak to określała matka – nie wracała bez wieści, mało – bez sensacyjnych, szokujących wieści!”.

Tu też specjalna więź między córką i matką zostaje odczarowana. Literatura polska (i nie tylko) pełna jest totalnej matczynej miłości lub jej traumatycznego braku, a także dziedziczenia losu starszych kobiet przez młodsze. Kamieńska (i Rolleczek) nie pisze ani o fatalnej, ani o radosnej reprodukcji wzorca kulturowego w drugim pokoleniu. Matczyno-córczana miłość swoją drogą, a styl życia, hierarchia wartości swoją. Matki – jednostkowe, samotne, wyizolowane – stanowią układ zamknięty, a jednocześnie są grzeczniejsze, posłuszniejsze wobec tradycyjnych nakazów. Córki – uspołecznione, wyposażone w więcej „wypustek” łączących je ze zbiorowością – są odważne i pełne egzystencjalnej inwencji.

Rozalka jest kiepską dziewczynką („ani warkocza, ani jedwabistych włosów, ani żadnej czułości i słodyczy”).

snapshot20150507214206 snapshot20150507214213

Aleksandra Piotrowska w roli Rozalki Bożkówny

Wolałaby być chłopcem

snapshot20150507220052 snapshot20150507220101 snapshot20150507220128 snapshot20150507220138 snapshot20150507220236 snapshot20150507220301

i jak chłopiec się zachowuje.

snapshot20150503224236 snapshot20150507220818

snapshot20150525212505 snapshot20150525212534 snapshot20150525214920

Mama, też z trudem mieszcząca się w roli kobiety, ma jej to za złe. Ale nie tylko z powodu wychodzenia poza gender Rozalka zajmuje w Borze pozycję szczególną. Trochę podrzędną, trochę uprzywilejowaną. Jest córką nauczycielki, ale jakieś dziwnej, wdowy, bez własnego kąta, która wszędzie chodzi krokami dragona z kluczem do oznaczania roślin, budząc zdziwienie i śmiech zdezorientowanych sąsiadów.

snapshot20150503220419 snapshot20150511212334

Krystyna Sienkiewicz w roli mamy Rozalki

Dziewczynka natychmiast dostaje przezwisko „Olaboga”, które streszcza konserwatywną reakcję prowincjonalnego otoczenia, ale zostaje przez nią wykorzystane jako przedmiot dumy: „Trzeba było je wykrzyknąć jak zawołanie bojowe, jak okrzyk zdumienia, podziwu i nie wiem jeszcze czego. Ale jej przezwisko w każdym razie na pewno miało za sobą wykrzyknik”.

Rozalka, wyczulona na niesprawiedliwość, widzi krzywdy, z którymi inni się dawno pogodzili, i działa, by je naprawić. Z tym wiążą się jej najgorętsze pragnienia. O zmianie na lepsze i sobie w roli wybawicielki najczęściej marzy. „Zamawia” sobie sny o świętym Jerzym, obrońcy pokrzywdzonych, ale ten nie przybywa. Na szczęście Rozalka jest uparta i ma skłonności przywódcze, wchodzi w rolę rycerza i często udaje jej się osiągnąć cel. Na przygadywanie, że świata nie przerobi, ma krótką odpowiedź: „A właśnie, że przerobię”.

Dziecko pewnej kobiety nie ma siły ssać piersi. Matka już z niego zrezygnowała, pogodziła się ze smutnym przeznaczeniem. Prezentuje jednocześnie chłopski fatalizm i niewiedzę o nowoczesnych sposobach karmienia niemowląt. To dość szokujący obraz polskiej wsi lat 60., gdzie niemowlęta jak w XIX wieku umierają, jeśli nie mogą być karmione mlekiem matki. Gorzej – doktor, który najwyraźniej też już postawił na dziecku krzyżyk, zagadnięty przez Rozalkę, mówi bez przekonania: „Trzeba by tu szpitala. Specjalnego pokarmu. Mieszanek. Ta kobieta ich nie przygotuje”. Dziewczynka przyprowadza zrezygnowanej matce kozę, objaśnia jak przygotowywać i podawać dziecku kozie mleko. Podporządkowuje sobie dorosłą kobietę i zmusza ją do działania.

 snapshot20150519211229

Sąsiedzi trzymają niewidomą córkę w chlewie. Rozżalona Rozalka wszczyna konflikt, płacze, krzyczy, za co porządnie obrywa od brata więzionej.

snapshot20150519212641

Chłopak zostaje zawieszony w prawach ucznia. Od tej pory akcja toczy się dwutorowo. Sprawą niewidomej dziewczynki zajmuje się Kwietniowa, żona przewodniczącego miejskiej rady, która ruga nieudolnego męża: „Co z ciebie za przewodniczący! Na twoim terenie takie sprawy się dzieją! Dziecko niewidome chowają w chlewie! Jak zwierzę! Znęcają się. A ty nic! Dziewczyna naraża się, walczy, bije się o sprawiedliwość. […] Do zakładu trzeba, do lekarzy, do szkoły. Ruszaj, załatwiaj, staraj się! Na co cię wybrali? I Kwietniowa już chustkę na głowę. Pędzi. Trzask drzwi”.

snapshot20150519211502 snapshot20150503223232

Krystyna Tkacz jako Kwietniowa, matka Klimka

Rozalka zaś z sińcem pod okiem staje w obronie kolegi, który ją pobił. On nie jest chuliganem, zdenerwował się, krzyczałam na niego, on nie jest winien, musi się uczyć. „To ciemni ludzie”, ich syn też taki będzie, jeśli zostanie usunięty ze szkoły. Kierownik nie słucha,

snapshot20150519212723

więc Rozalka ukrywa się i stawia warunek – nie wróci, dopóki chłopakowi nie cofną kary.

Kwietniowa byłaby lepszą przewodniczącą niż mąż, a Rozalka jest do niej podobna: „energiczne i porywcze, szorstkie i jednocześnie skore do naprawiania świata”. Kto wie, może w przyszłości obejmie funkcję? Nadaje się tym bardziej, że w Borze, stojącym przed wielkim modernizacyjnym skokiem i z tego powodu skłóconym, Rozalka nie opowiada się ani za nowym, ani za starym porządkiem. Bierze co dobre z tradycji i z nowoczesności. Przede wszystkim domaga się sprawiedliwości. Kiedy w przeddzień lipcowego święta zostaje wyróżniona zaproszeniem na przyjęcie dla dzieci pracowników powstającej kopalni – nie chce iść sama. Domaga się, by dyrektor zaprosił wszystkie dzieci z Boru, bez podziału na lepsze i gorsze.

Rozalka nadaje się na lokalną polityczkę również dlatego, że chce i potrafi być każdym. Jest ruchliwa, żywiołowa, empatyczna, chłonie przyrodę, słońce i wiatr.

snapshot20150503222216 snapshot20150503220321

Nie pilnuje swojej skóry, swego ciała, opala się, płowieje, moczy w wodzie, brudzi, kaleczy, parzy pokrzywami, znosi na sobie do domu błoto i siano. Oddaje się bez reszty. Nie ma własnej tożsamości. Nabiera cech spotykanych ludzi, ulega wydarzeniom. Przymierza się do różnych zachowań, nawet skrajnie obcych, jak bezruch aptekarzowej, nieporadnej pani Sabinki, która, zdobna w koronki i pierścionki, pędzi osobliwy żywot w pokoju pełnym roślin i ptactwa. Sama podobna do ptaszka w klatce czy lalki. „Rozalka czasami siada na krześle tak samo jak pani Sabcia – przechylona w tył, jakby omdlała. Kładzie na kolanach ręce. „Jestem pani aptekarzowa” – wyobraża sobie. – Ale dłonie Rozalki są szorstkie, czerwone, takie brzydkie dziewczyńskie łapska”.

snapshot20150624220619

Rozalka przyjmuje punkt widzenia aptekarzowej (w tej roli Anna Milewska)

snapshot20150519210621

Tutaj Rozalka naśladuje starą chłopkę

Kiedy słyszy, że dzieci dawniej częściej chorowały i umierały, postanawia, że zostanie lekarzem. „Och, czymże już nie postanawiała zostać Rozalka! Misjonarką, szewcem, lotniczką, podróżniczką, furmanem, a teraz jeszcze – lekarzem”. Kiedy zobaczy, jak się w Borze Dolnym robi garnki, zapragnie być garncarką. Po wycieczce do lasu chce zostać gajowym(-wą?), po przedstawieniu – aktorką. W ten sposób Rozalka ciągle zmienia perspektywę i w szczegółach poznaje lokalną społeczność. Spojrzenie na regularne pudełka nowych bloków uświadamia jej konieczność indywidualizacji władzy: „A każdy człowiek jest inny. Niepodobny do geometrycznego rysunku. Ma inny nos, oczy, uszy, ręce. Inne serce, inne zachcianki. Okropnie trudno byłoby wymyślić wzór geometryczny na każdego człowieka”. Ona oczywiście o władzy nie myśli, ale można powiedzieć, że się do niej praktycznie przygotowuje.

Pewien kłopot ma z Głupią Aurelką, wariatką bytującą na dalekim marginesie społeczności, odrażającą i śmieszną, a dla Rozalki groźną.

snapshot20150511214045 snapshot20150511214056

Dziewczynka ucieka przed obłąkaną żebraczką, ale się tego wstydzi. Przełamuje wstręt i lęk – najsilniejsze odruchy powodujące odrzucenie odmieńca. Zaprzyjaźnia się z Aurelką, której podarowuje chusteczkę, czyli coś, co obwieszoną szmatami kobietę na pewno ucieszy. Dar stara się nadążyć za niezrozumiałym szaleństwem, choć mógłby być protekcjonalnym napomnieniem (np. mydło).

Banda Walka Górala kradnie jabłka z sadu organisty, który kusi tym bardziej, że otacza go mur z drutem kolczastym i strzeże zły pies. Suche, czarne od słońca chłopaki stają się złodziejami, a organista jest pysznym posiadaczem, który budzi zazdrość, a więc demoralizuje społeczność swoim bogactwem. Rozalka kołysze nogami w uwalanych gliną trepkach, jej myśli luźno skaczą z tematu na temat i roi jej się wielkie wspólne jabłko. Wszyscy mogliby je gryźć i wcale by nie ubywało. Powieść kończy wyświetlająca się przed zamkniętymi oczami dziewczynki wizja potopu, przed którym mała zbawczyni ratuje kopalnię i Bór. Rozalka raczej nie poprzestanie na małych zasługach.

Następny wpis też będzie o marzeniach. Dokładniej o bohaterkach, które uciekają z domu, żeby swoje marzenia spełnić albo odnaleźć.

Krzątacze osobliwości

Miało być o marzeniach bohaterek. Tymczasem w „Jeziorze osobliwości”, powieściowym debiucie Krystyny Siesickiej z 1966 roku, zobaczyłam coś, czego dotąd nie dostrzegałam. Ostatnio pisałam, że z pracami domowymi w peerelowskich powieściach dla dziewcząt jest kłopot – rzadko zajmują się nimi nowoczesne matki, tym bardziej córki, incydentalnie ojcowie i bracia. Obowiązki zaskakująco często przejmuje postać z innej epoki – gosposia. Generalizacja może i nie niesłuszna, ale na pewno wymagająca uściśleń. Okazuje się, że krzątactwo bywa tak niepozorne, że łatwo uchodzi uwadze czytelniczki, nawet ogarniętej obsesją na jego punkcie. W „Jeziorze osobliwości” drobne czynności porządkowo-kulinarne, wykonywane przez różne osoby, składają się na pasjonującą, acz cichą opowieść, równoległą do dramatycznej akcji. Można potraktować je jako klucz do powieści.

 jezioro

Okładka Bogumiła Podstolskiego, wydanie z 1973 r.

Pamiętałam oczywiście wojnę nerwów o kurz w przedpokoju między Martą i ojczymem, którego nagle narzuconą władzę dziewczyna kwestionuje. Mama Marty idzie do szpitala. Piętnaście lat później sytuacja powtórzy się w „Kwiecie kalafiora”, gdzie rozliczne obowiązki Mili Borejko spadną na najstarszą córkę. Tata Borejko nawet palcem nie kiwnie. W finale Musierowicz spacyfikuje wkurzoną tą niesprawiedliwością Gabę, by pokornie zaakceptowała „kobiecą” rolę służącej. W „Jeziorze osobliwości” skonfliktowani córka i mąż chorej wyjątkowo zgodnie dzielą obowiązki. Ponieważ Marta nie potrafi gotować, obiady będą jadać na mieście. Wiktor nie jest brany pod uwagę jako potencjalny kucharz. Każdy będzie sprzątał swój pokój, Wiktor – łazienkę, Marta – kuchnię. Kuchnia jest co prawda większa, ale Marta nie cierpi sprzątać łazienki, więc godzi się na taki układ. Każdą czynność starannie wyceniono. Gdy pakt zawarty, można się odprężyć. Korzystając z nieobecności kochanej mamy, która wzbrania czytania przy jedzeniu, chwilowi niewrogowie zasiadają do kolacji z lekturą w ręku. Wiktor czyta „Express”, Marta – „Filipinkę”. Jest dodatkowy plus – nie muszą rozmawiać. Jak miło.

Skoro zawarto odpowiadającą obu stronom umowę, skąd wojna nerwów? Przedpokój został bez przydziału i zbierają się w nim koty. Marta jest coraz bardziej zacięta, Wiktor rozbawiony. Skrupulatnie milczą na ten temat. Dopiero pytanie Michała (syna Wiktora z pierwszego małżeństwa) prowokuje ich do sformułowania swoich stanowisk. Wiktor rzeczowo objaśnia sytuację i kpi, że przedpokój to ziemia niczyja. Marta się irytuje. Nie widzi powodu, dla którego to ona miałaby zająć się spornym terenem. Kiedy Michał zamiata konfliktogenny kurz, Martę biorą diabli (na pewno nie ma wśród nich Rokisia). Wypada z pokoju i ze złością wyrywa mu szczotkę. „Michał, nie wtrącaj się w to!” – ostrzega, a napotkawszy opór i gniew, wycofuje się na swoje wysprzątane terytorium: „Zatkało mnie. Oddałam mu tę cholerną szczotkę, odwróciłam się i poszłam do pokoju. Byłam tak wściekła na Michała, że wszystko we mnie latało. Położyłam się na tapczanie i zaczęłam płakać. Żadne rozdrapy, beczałam ze złości. Kiedy Michał wszedł z herbatą, nawet nie odwróciłam się w jego stronę”. Marta nie kiwnie palcem bez umowy i reaguje tak ostro, bo oczywiście chodzi tu o władzę.

Jezioro40

Maria Kowalik jako Marta w filmie według scenariusza Jana Batorego i Krystyny Siesickiej

Mówi, że Michał, zamiatając przedpokój, wystąpił przeciwko niej. Nie banalizowałby sporu i nie likwidował jego widomej przyczyny. Gdybyś mnie lubił, kontynuuje prowokacyjnie, zachowałbyś się inaczej. Zabeczana w napięciu czeka na jego wybór. Michał zaś spokojnie nie podejmuje wyzwania. Argumentuje, że ktoś musiał posprzątać, dlaczego nie on, i że nie wystąpił przeciwko Marcie, tylko przeciw kurzowi. Nie reaguje na prowokację. Dziewczyna reflektuje się, zastanawia, czy go przeprosić, ale ostatecznie zostawia sprawę otwartą. Z okazji powrotu mamy ze szpitala, przedpokój sprząta Wiktor, co Marta poczytuje sobie za zwycięstwo. Weźmie natomiast na siebie zakupy, które uwielbia robić „opętana ambicją wyszukania najurodziwszej wołowiny”.

Kurz w przedpokoju to sprawa zasadnicza. Pewnie dlatego wojna pozycyjna o sprzątanie korytarza tak mi utkwiła w pamięci. Ale w „Jeziorze osobliwości” drobne domowe czynności właściwie cały czas są przedmiotem zmagań i pojednań. Albo tematem zastępczym, w którym wyraża się dynamika relacji międzyludzkich. To drugi plan konfliktów i rozejmów: między Martą a Wiktorem, nagłym ojczymem, między Martą a jej mamą, która pod wpływem domniemanej złej opinii nowego męża zaczyna bardziej restrykcyjnie wychowywać przyzwyczajoną do swobody córkę, między Martą a Michałem, zazdrosnym o niecnego Patryka, którego Marta co prawda nie kocha, ale też nie chce tak od razu odprawiać.

snapshot20150214231421

Maria Kowalik i Romuald Drzazga jako Patryk

Ogólnie chodzi o twarde negocjowanie relacji w zrekonstruowanej rodzinie.

Zaraz na początku jest spięcie między mamą a Martą o chaos w ich ciasnym, ale własnym mieszkaniu.

Jezioro5

Maria Kowalik i Barbara Horawianka

Jeszcze nie ma Wiktora i Michała, są one, „skromny duet”, rodzina jeszcze ułamkowa, utrzymywana przez kobietę. Stąd niski standard, a „w małym metrażu małe problemy urastają do gigantycznych rozmiarów”. Mama, zapracowana i nerwowa, nie tylko nie sprząta, a wręcz bałagani. Gubi klipsy, posądza córkę, nie wierzy zaprzeczeniom. Klipsy odnajdują się w lekach. W tym domu panuje chaos – stwierdza bezosobowo ich właścicielka. Marta półżartem podpowiada, że to chyba samokrytyka. Mama nie odbija piłeczki w jej stronę, tylko w bok, wyrokując, że winna jest ciasnota. Metraż się zwiększy, kiedy przeprowadzą się do mieszkania Wiktora. Mama, zamiast swoim zwyczajem inwestować w ciuchy, zacznie dopieszczać nowe wnętrza (co oznacza jej pełną, pełniejszą niż na własnych śmieciach, aklimatyzację, Marta obserwuje to z niejaką ironią). A jednak konflikt będzie eskalował, by osiągnąć apogeum wkrótce po wojnie o kurz.

Marta jeszcze nie wie, że mama za dwa tygodnie wychodzi za mąż, ba, nie ma pojęcia o istnieniu przyszłego ojczyma, ale już obserwuje pierwsze symptomy zmiany – dotychczasowa bałaganiara gubiąca klipsy robi porządek w szafie.

Jezioro23 Jezioro25

Maria Kowalik, Barbara Horawianka jako mama seksualna i Stanisław Zaczyk jako Wiktor

Krzątactwo jest też pierwszym zwiastunem miłości Marty i Michała. Ona jest chora, on się nią zajmuje. Wydaje jej polecenia, odgrzewa zupę i pilnuje, żeby zjadła. Uznaje, że zupa to za mało, i dokłada usmażoną przez siebie jajecznicę. Potrafi przygotowywać „podstawowe żarcie”, bo należy do oficjalnej organizacji, jest harcerzem; wszyscy w jego drużynie potrafią. Harcerski obóz to wzór rotacji kuchennych obowiązków. „Muszę przyznać, że krzątanina Michała sprawiała mi niebotyczną frajdę!” – wyznaje chora Marta, nagle rozbrojona i potulna. „Jesteś tak pozytywny, że chyba nieprawdziwy” – pokpiwa i podziwia, bo ambiwalencja jest wpisana w tę scenę od podstaw. Dobrze, że on umie to i owo w domu zrobić i chce wykorzystywać te umiejętności, ale dlaczego ten sukces równouprawnienia wiąże się z dziewczęcą kapitulacją? Zawsze tak uparta Marta (rym nieprzypadkowy) nawet nie pomyśli, że przydałaby się jakaś umowa. Powiada: „Ustępowanie Michałowi przychodzi mi bez trudu. Przeciwnie nawet – podoba mi się”. Tak niewiele, dziewczyny, nam trzeba?

snapshot20150214222317

Poobiedni relaks według Siesickiej może się opierać na międzyludzkiej redukcji. Mama parzy kawę, Wiktor siada w fotelu z fajką i gazetą. Zaczytany ulega nawykowi i prosi Michała, żeby podał mu zapałki. Tylko że Michał jest nieobecny, już od jakiegoś czasu tu nie mieszka.

snapshot20150214225623

Zamiast niego jest Marta, która zapałki podaje. Milczy, ale trafia ją szlag. Jako osobnik niedorosły została zredukowana do prostej usługowej funkcji. Nie liczy się, kim jest – ważne, by dojrzały mężczyzna odpoczął po obiedzie. „Jest mu potrzebny człowiek do podawania zapałek” – mówi Marta, a zdanie to ocieka zimną goryczą. Michał pewnie podawał ojcu zapałki wiele razy i nic. Była to dla niego codzienność nie poddawana refleksji. Może wyraz miłości. Dla Marty to drażniąca manifestacja władzy, która na dodatek nie liczy się z jej indywidualnością.

Bywa znacznie lepiej. 23 grudnia Marta nie idzie już do szkoły. Rano, jeszcze w łóżku, odczuwa tym większy komfort, im bardziej mama i Wiktor się krzątają, szykując do pracy, im szybciej biegają, im bardziej przypalają mleko. Ma tylko przekręcić mięso na pasztet. Mama zajmie się nim po powrocie z biura. Przychodzi Michał i pomaga przekręcać. Mogą iść kupować prezenty. Po powrocie podział zadań zgodny z upodobaniami – Marta pisze dziennik, mama szykuje kolację, Wiktor i Michał gadają. Ale to chwilowe.

Jezioro6 Jezioro3

Marta nic nie robi i Marta się uczy

Święta sprzyjają napięciom. Marta chętnie by skorzystała z zaproszenia matki Michała. Ale jej mama jest zazdrosna. Przez to, że akurat zajęta przygotowywaniem świąt, zdradza podwójną słabość. Nacierając foremkę tłuszczem, z pozorną obojętnością mówi, że jeśli Marta chce, może jechać. Tylko gest odgarniania włosów przedramieniem (bo ręce w tłuszczu) świadczy o zdenerwowaniu. Marta, oczywiście, nie pojedzie. Nie jest z kamienia. Wigilia również upływa w nerwowej atmosferze. Wiktor wygłasza pouczenie: „Marto, mama bardzo się napracowała przy tym wszystkim! Widzisz, ile tu tego było: ryby smażone, gotowane, faszerowane! Kapusta, frytki, ciasta… Trzeba, żeby odpoczęła! Ty musisz pozmywać po kolacji, Michał ci pomoże!”.

Jezioro37 Jezioro38

Byście się nie wściekły? Sam się nie przyczyni do odpoczynku żony, ale młodymi zarządza. Marta zmywa, ale trzęsie nią furia, tłucze dwie szklanki: „Miałam najszczerszy zamiar zmywać i zrobiłabym to bez uwagi Wiktora. To jego: »musisz!« doprowadziło mnie do wściekłości”.

snapshot20150214225908 snapshot20150214225848

Wiadomo, nakaz budzi przekorę. Patriarchat jest skuteczniejszy, gdy uda mu się stać wewnętrzną potrzebą kobiety. Chociaż czynność ta sama, „pomogę przemęczonej mamie” to nie to samo co „na polecenie ojczyma wykonam przypisywaną kobietom pracę, podczas gdy on będzie słuchał kolęd w wykonaniu Mazowsza”.

O ile Michał krząta się dużo i chętnie, w obu domach rozwiedzionych rodziców i u ciotek, Wiktor zabiera się do roboty bodaj tylko raz, za to z ciężką pretensją. Wraca z pracy i łomocze garnkami. Nie mogłaś obrać ziemniaków? – pyta. – Nie można wszystkiego zwalać na mamę. – Obiera ziemniaki, „aż fruwają po kuchni”. No tak, obraza majestatu. Pewnie dotąd całą pracę brał na siebie Michał. W powieściowych domach prowadzonych przez ojców i synów ten ostatni wchodzi w rolę „kobiety”. Z tego prostego powodu, że jest niedorosły, podległy. Wielu przykładów dostarcza „Szaleństwo Majki Skowron” Aleksandra Minkowskiego (1972).

snapshot20141120212043 snapshot20141120212025

Marek Sikora jako Ariel w serialu „Szaleństwo Majki Skowron” z 1976 w reż. S. Jędryki

Wiktor zawsze miał kogoś, kto za niego zajmował się tak zwanymi drobiazgami. W biurze „pannę Basię”: „Czy nie mogłaby pani przynieść mi dwóch szklanek herbaty?”. Ależ oczywiście, może, a nawet musi. Przecież nie splami się tą czynnością pan inżynier. Co by się działo! W domu żona jest jeszcze w miodowym okresie względnie ochronnym, syn się wyprowadził, zostaje Marta. I właśnie Marta jest uparta.

Demonstruje na każdym kroku: „W jaki sposób, na przykład, podajesz mu herbatę po obiedzie! To szurnięcie szklanką, jakbyś mu łaskę robiła!”. Daremnie, nikt zdaje się nie rozumieć komunikatu. Mówi się, że dziewczyna ma zapędy dyktatorskie, że jest arogancka, podła, nieznośna. „Taką mnie wychowałaś” – mówi do mamy, co brzmi jak zarzut, choć mogłoby przecież być odwołaniem się do dawnej umowy.

snapshot20150214220052 snapshot20150214221622

Jednak mama stała się już inną osobą, szczęśliwą, że się krząta dla mężczyzny. Żałuje przyjętego modelu wychowania. Zmienia reguły gry, która właściwie dobiega końca. Zresztą, Marta chyba też do końca nie rozumie, o jaką stawkę gra. Kiedy mało wylewny Michał wreszcie wyznaje, że ją kocha, dziewczyna staje się lepsza, cierpliwsza i bardziej zrównoważona. „Kiedy zmywam naczynia po obiedzie, śpiewam”, przyszywam guziki, chętnie wychodzę z psem. Wszystko dlatego, że mam kogoś tylko dla siebie – notuje.

Cóż za odmiana! Cóż za naiwność!

Jakiś czas potem Marta ucieka z domu do mamy Michała. Wie, że dla jej mamy „będzie to nieskończenie bolesne”. Chce ugodzić do żywego, bo ma żal, którego nie jest w stanie pomieścić w sercu ani objąć rozumem. O to, że mama zawsze bierze stronę Wiktora.

snapshot20150214233506 snapshot20150214233027

Ucieczka to zemsta za zdradę.

snapshot20150217200300

Weronika, zaskoczona wizytą uciekinierki, rozumie obie strony. Dzwoni do byłego męża i jego nowej żony, żeby się nie niepokoili zniknięciem Marty. Koncyliacyjną, zdystansowaną postawę wyraża herbatą. Razem z Michałem robi ją Marcie, a kiedy przybywa Wiktor, po prostu szykuje czwartą szklankę. Zwróćmy uwagę na bezpretensjonalność tego rekwizytu. Czwarta szklanka. We współczesnej powieści byłyby to filiżanki i zrobiłoby się mieszczańsko i ckliwie. Zapanowałaby oszukańcza zgoda. W „Jeziorze osobliwości” szklanki Weroniki są bezużyteczne. O konflikt łatwiej niż o zgodę. W ekranizacji powieści (1972) nawet mieszczańskie rekwizyty nie doprowadzą do pojednania.

snapshot20150214225545 snapshot20150214232030

Wręcz przeciwnie, iż użytkowanie skończy się radykalnym zerwaniem więzi.

Nie tylko między Martą i Wiktorem, również między Martą a Michałem. Niby jest dobrze, Marta, zmywając po obiedzie, śpiewa – ale Patryk nie znika z horyzontu, więc powodów do scysji nie brakuje. Właściwy facet właściwym facetem, ale do niewłaściwych też można mieć słabość. Marta i Michał jadą na obóz harcerski i napięcie rośnie, bo Patryk też spędza wakacje w okolicy. Marta przynosi listy do wysłania. Służbista Michał układa z Zuzią jadłospis i akurat pyta, co do pomidorowej. Marta mówi makaron, Zuzia – ryż. Michał, wściekle zazdrosny o rywala, ostentacyjnie wybiera ryż. Marta daje się sprowokować – wychodzi bez komentarza, ale za to z postanowieniem: pójdę z Patrykiem na zabawę.

snapshot20150214231808 snapshot20150217195812 snapshot20150217195821 snapshot20150217195930

W filmie nie ma obozu harcerskiego, ale jest Marta zadowolona, że Michał (Mirosław Konarowski) wścieka się z zazdrości

And so on, and so on. Drobiazg za drobiazgiem. Marta jest zmuszona szukać noclegu u Patryka. On sądzi, że przyszła mu się oddać, pcha się z łapami.

1-F-2311-1-1291x629

„Daj mi spokój z miłością” – mówi Marta. Opędza się, studzi pożądanie, odsyła do kuchni, banalnie prosząc o dobrą radę i szklankę herbaty. Dyktuje swoje zasady.

Jedno z ciekawszych zastosowań krzątactwa wplecione jest w konflikt Michała z druhem Pijanowskim, który powiedział milicji, że nie jest pewny, czy fatalny wypadek z kajakiem istotnie był wypadkiem, czy Michał przypadkiem nie próbował zabić Patryka. Na koniec Patryk odzyskuje przytomność i zdejmuje z Michała cień podejrzenia. Pijanowski dowiaduje się o tym i jest mu wstyd, że nie wierzył koledze. Przyjeżdża późnym wieczorem prosto znad jeziora. Przeprosić i usłyszeć, że ten nie ma żalu. Michał prosi do kuchni. Dwaj młodzi mężczyźni odbędą poważną rozmowę i porozumieją się w okolicznościach zgoła „niemęskich”. Michał nastawia wodę na herbatę, odgrzewa zupę z obiadu, niesie garnek, nalewa zupę na talerz i stawia przed gościem, kroi chleb, bierze imbryczek z esencją, dwie szklanki – wszystkie czynności są uwzględnione. Ręka mu drży przy parzeniu herbaty, bo mówi akurat o rzeczach najważniejszych. Niby są równi, ale Michał ma przewagę, o której dodatkowo świadczą wprawne i zdecydowane poczynania kuchenne. Pijanowski daje się nakarmić i napoić, trochę żeby zapanowała zgoda, a trochę żeby odpokutować. Siesicka trochę kuchnię odzyskuje, a trochę odtwarza jej patriarchalny porządek.

No i koniec, niestety z morałem. Nie mógł się obyć bez kuchennych rekwizytów. Zbuntowana Marta po wypadku zmądrzała, spokorniała, jest pełna dobrej woli i zrozumienia. No i skruchy. Na różne sposoby przeprasza. Na przykład dba o to, żeby Wiktor miał gorącą herbatę, bo nie znosi przestudzonej. Chce jej się, co podkreśla, nalać mu herbaty. Patriarchat został uwewnętrzniony. Wszyscy czworo siedzą przy stole, ona przynosi herbatę dla Wiktora, mama podsuwa sałatkę Michałowi, sama robiła majonez. Zaczyna się „normalność”, czyli obsługa i jedzenie bez napięć. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to zakończenie wymuszone, nie pasujące do wieloznacznej powieści, w której przecież Marta ma dużo racji. Dlaczego tylko ona ustępuje?

snapshot20150214225425

Film w reż. Jana Batorego, którego Siesicka jest współautorką, kończy się inaczej – bohaterka popełnia samobójstwo.

Jezioro osobliwości

To oczywiście akt autoagresji, ale właściwie jeszcze bardziej autonomii. Muzyka Wandy Warskiej, od początku filmu towarzysząca determinacji Marty, bezlitośnie to podkreśla. Skoro mi nie wierzycie, nie jesteście po mojej stronie, nie będę wam niczego tłumaczyć. Nie będę się usprawiedliwiać, nie ja powinnam. Mam was dość, idę sobie. Wolę się zabić, niż zrezygnować ze swoich racji. Dlatego budząc się z niestety nie ostatniego snu, na wasz widok odwrócę głowę.

Jezioro48

Nie mogę się już bronić w inny sposób, pozostał mi tylko ten jeden możliwy ruch. Głowa w bok, wzrok na ścianę. Nie widzę was, nie ma między nami kontaktu, nie istniejecie, zostawcie mnie w spokoju. Nie będzie żadnej herbaty.

Rokiś i kraina brudnych naczyń

Ostatnio (a była to, uwierzcie, inna epoka) pisałam o „Dziewczynie i chłopaku” Ożogowskiej i pracy domowej kobiet. O tym, że nie chodzi tak naprawdę o mycie naczyń, ale o życie i władzę.

166166082_fdb19c3000

Czysty dom to oznaka zmarnowanego życia – ta żelazna zasada krzątaczej ekonomii się nie zmieni, choćby przyszło tysiąc Jolant Brach-Czain i napisało tysiąc uwznioślających esejów. Tymi, które marnują życie, najczęściej były i są kobiety. W sferze zawodowej – sekretarki i asystentki. Z punktu widzenia mężczyzny/szefa te niskie czynności z jednej strony jawią się jako „wybitnie nieważne”, z drugiej – jako wykonujące się same, z trzeciej – jako niezmiernie kłopotliwe, jeśli pozostaną niewykonane. Kawa wjeżdża na stół, przy którym toczy się ważna służbowa rozmowa – niezauważenie. Potem ważni ludzie wstają i wychodzą, a kiedy wracają, brudnych filiżanek już nie ma. Chyba że by były, wtedy stanowiłyby przeszkodę, którą można ominąć tylko przez znalezienie innego stołu, najlepiej w innym pomieszczeniu.

Ta praca staje się widzialna, kiedy nie zostanie wykonana. Podobnie wykonawczyni – rzuca się w oczy wtedy, gdy czegoś nie zrobi. Pamiętacie zniknięcie mamy u Frankowskiej?

Tomek nazajutrz po wyjeździe Tosi natknął się na taki skandaliczny widok:

1653434_660788327318631_1523231983_n

W powieści stanął oniemiały, w serialu wykrzyknął: „Skąd się tyle tego bierze?”. I od razu zgodnie z doświadczeniem mężczyzny/szefa zaczął kombinować, jak sprawić, żeby brudne naczynia zniknęły bez wysiłku z jego strony: „Zbiera wszystkie naczynia, układa je w zlewie, na wierzchu stawia patelnię i puszcza wodę. Wymyją się same”. Nic, wydawałoby się, bardziej naiwnego. A jednak działa! Natychmiast pojawia się Krysia – i naczynia znikają. Podobnie dzieje się na wakacjach u cioci – Tomek potrafi sprawić, żeby domowe prace zrobiły się same. Załatwia sprawę rękami kuzynek.

W czwartym odcinku pewnego cudownego serialu ten sam efekt przynosi dopiero starożytna magia kapłana egipskiej bogini Bast wcielonego w domowego kota. Nie ma innego sposobu, żeby mama nie musiała przygotowywać obiadu, odpoczęła i była szczęśliwa. Darek i jego tata, skądinąd sympatyczni faceci, mogą przyrządzić najwyżej przesolone ziemniaki. Kiedy w innym odcinku inżynier Tarkowski postanowi usmażyć jajecznicę, przedsięwzięcie skończy się wbiciem na pełną już patelnię zepsutego jaja. Bez zaklęcia ani rusz.

533488cd8f680

Tak, mam kryzys i tak, mam obsesję.

No i brnę w stereotyp – jak powieść dla dziewcząt, to zaraz dom i rodzina, ewentualnie dylemat pracy zawodowej, podział ról, zawiłości emocjonalne, relacje z matką itp. A gdzie wyprawy w świat? Przygody? Zagadki? Przywództwo w grupie? Mechanizmy wykluczenia i piętnowania? Mierzenie się z krzywdą społeczną? Działanie publiczne? Szeroka emancypacja? Czasami o te tematy zatrącam, na pewno się nimi zajmę, ale jeszcze nie teraz. Zresztą – w kręgu stereotypowych, „małych” problemów często dochodzi do wielkich zmian. Powojenne dziesięciolecia przyniosły wszak obyczajowe trzęsienie ziemi.

W trudnych chwilach (wiem to od grypy sprzed prawie 30 lat) pociechę niesie Rokiś.

1-Scan-046

Ilustracje, ta i niżej, Teresy Wilbik. Rysunki Danuty Konwickiej do „Rokiś wraca” jakoś mnie nie przekonują

(Staro)polski diabeł z przydrożnej wierzby, ściętej przy poszerzaniu szosy. Ofiara, a wkrótce entuzjasta postępu. Miesza się w życie Kasi pod nieobecność rodziców, zwłaszcza mamy, która nigdy go nie spotyka, jakby zachodziła między nimi relacja rozłączności (jeżeli a, to nie b). Mama nie wierzy w Rokisia, ten zaś woli się pojawiać, kiedy mamy nie ma w domu. A nie ma jej w domu, bo jeździ do Wrocławia, gdzie zaocznie studiuje bibliotekarstwo. Potem rusza z mężem reporterem na wyprawę do Mongolii, żeby zapomnieć o poronieniu. Zakres domowych obowiązków Kasi na czas nieobecności mamy się zwiększa. Chociaż dzieli je z tatą, babcią i Brodasiem, dom opanowuje chaos.

1-Scan-045

1-Scan-050

Kiedy mama wraca – „w domu nastaje ład, porządek, spokój i »regularny tryb życia«. Bo mama, chociaż siedem godzin dziennie siedzi w swojej bibliotece, takie umie wyczyniać sztuczki z czasem, że wszystko jest ugotowane, kupione, sprzątnięte i dom chodzi jak zegarek, bez niespodzianek czy katastrof”.

Sztuczki to słowo kluczowe. W cyklu Joanny Papuzińskiej („A gdzie ja się biedniuteńki podzieję”, 1972, „Rokiś wraca”, 1981, „Rokiś i kraina dachów”, 1984) prace domowe mają w sobie coś baśniowego, magicznego. Mama wie, jak nie marnować życia, a zarazem z siłą lokomotywy i lekkością motyla ciągnąć osławione dwa etaty i dokształcanie na dokładkę. Dysponuje krzątaczą magią, którą ustanawia konwencjonalny domowy kosmos. Rokiś zna te same czary, ale sieje zamęt. Już sama jego kosmata obecność w kuchni, w maminym fartuszku, jest estetyczno-egzystencjalnym zgrzytem. Karykaturą.

1-Scan-048

Ma wprawę w pracach domowych, bo jego odwiecznym obowiązkiem jest sprzątanie na Księżycu Twardowskiemu. Działa szybko, z wdziękiem i nonszalancją. Kręci się zamiast prania w pralce, nowym nabytku, przedmiocie maminej dumy. Potem trzeba diabła odkręcać. To oczywista pustota czyniona w urządzeniu, którego pojawienie się w latach 60. stanowiło techniczny przełom i znacznie ułatwiało wykonanie jednego z najcięższych obowiązków domowych. Pralka, jak pisze Małgorzata Szpakowska, odegrała ważną rolę w procesach emancypacji. Frania to jedna ze sztuczek mamy. Inną jest odkurzacz, który z kolei Rokiś zabiera na Księżyc, żeby zmodernizować archaiczne gospodarstwo legendarnego czarnoksiężnika.

Niby nie drwi z tych narzędzi sumiennej i szczęśliwej nowoczesnej pani domu, jednak traktuje je beztrosko. Nie czuje ciężaru krzątactwa. Pewnie nie czmychnąłby przed panią Twardowską. Wręcz się w nią wciela. Jako miłośnik literatury w zamian za głośne czytanie gorliwie wyręcza Kasię w obowiązkach. „Wydziera jej z rąk każdą robotę i w mig się z nią uwija”. W pewnym momencie deklaruje lekkomyślnie: „Będę za ciebie obierał kartofle do obiadu przez sto pięćdziesiąt lat!”. Dziewczynka, mając pod ręką darmową siłę roboczą, „aż wstyd powiedzieć – żyje teraz jak hrabina”. Dla Rokisia to nic, zabawa, incydent, łatwa waluta, przypadkowy środek do ważnego celu.

1-Scan-049

Wykonuje prace domowe, ale mógłby robić co innego.

Nie obowiązuje go zasada, którą respektują wszyscy, choć nikt nie uważa jej za własną. Nie dotyka go alienacja, którą Kasia obserwuje w swojej rodzinie: „jeśli ktoś z domowników wyjeżdża gdzieś sobie, pozostała reszta popada natychmiast w taki stan, który tato mój nazywa »słodką abnegacją«. […] my z mamą, jeśli zostajemy tylko we dwie, zawsze czytamy książki przy jedzeniu. […] Ale żadna z nas nie ośmieliłaby się tego robić przy tacie! Dla odmiany nasz tata, jeśli mama sobie gdzieś wyjedzie, jada prosto z garnków, bez nakrywania do stołu, a w niedziele do samego obiadu, a nawet i kolacji łazi po domu w piżamie. Słodka abnegacja polega jeszcze i na tym, że sprząta się przez ten czas byle jak albo i wcale. I dopiero kiedy nadchodzi dzień przyjazdu, ogarnia nas dwoje, obojętnie których, gorączka czystości i ładu. […] Jestem pewna, że gdy ja wyjeżdżam na kolonie, a rodzice zostają sami w domu, też z lubością pławią się w bałaganie – oczywiście w sekrecie przede mną, bo gdy wracam, wszystko jest ugłaskane i czyściutkie”.

Rokiś pozostaje poza wpływem normy, nie jest przykuty do kontekstu. Jego beztroska wynika z przygodności i wielowiekowej perspektywy. Jest wcieloną anarchiczną magią krzątaczą. Jakby wszystko faktycznie robiło się samo. Podobnie Rademenes w „Siedmiu życzeniach”.

Kiedy czytam peerelowskie powieści dla dziewcząt, często odczuwam brak takiego diabelskiego czy staroegipskiego czynnika, który nie może się tam pojawić ze względu na realistyczną konwencję. Ponieważ mam obsesję, wydaje mi się, że Rokiś wyskoczył z pudełka nie tam, gdzie powinien.

1-Scan-044

Bo tak: w peerelowskich powieściach dla dziewcząt, jak już pisałam, wiele jest nowoczesnych, aktywnych zawodowo, często samodzielnie utrzymujących dom matek. Zawsze zmęczonych, długo i intensywnie pracujących, a potem jeszcze przynoszących pracę i ciągłą naukę do domu. Satyryczne przedstawienie takiej matki (tu akurat nauczycielki) znajdujemy w powieści Natalii Rolleczek „Kochana rodzinka i ja” (1961): „Mama, o ile nie ma tego dnia świadomego macierzyństwa, walki o pokój, Ligi Kobiet, harcerstwa, zebrania aktywu akcji budowy szkół, odprawy w wydziale oświaty MRN, posiedzenia w kuratorium, o ile nie zakupuje pomocy szkolnych, nie użera się z komisją w sprawie remontu szkoły, nie udziela informacji rodzicom, nie robi wykazów, nie pisze sprawozdania, nie uczęszcza, nie popiera i nie przewodniczy – o tyle może być o tej porze w domu, co jest właściwie niemożliwe, prawie jak śnieg w maju, ale czasem się zdarza”.

1-Scan-001

Okładka Zbigniewa Rychlickiego

1-Scan-002 (2)

Odpoczynek Pauli, pracującej siostry Judyty, na rysunku Barbary Dutkowskiej. Rozalia podała kawę po turecku

Znacznie częściej niż społecznie i organizacyjnie zaangażowana nauczycielka występuje jednak lekarka, pracująca w szpitalu i przychodni, wieczorami zaś dokształcająca się lub pisząca doktorat.

Im bliżej lat 90., tym bardziej się to zmienia. Kamieniem milowym postępującego ukonserwatywnienia był „Kwiat kalafiora” Małgorzaty Musierowicz (1981), w którym wyemancypowana Gabrysia, bliska eksplozji wskutek awaryjnego obarczenia obowiązkami mamy, ostatecznie porzuca myśl o domowej rewolucji i przyjmuje harówkowo-romantyczny los kobiety.

Ale w klasycznym okresie gatunku (w latach 60. i pierwszej połowie 70.), matki po prostu nie mają czasu na „zajmowanie się domem” (i jest to neutralne, nie naganne). Domem zbytnio nie zajmują się też niezależne i pochłonięte innymi sprawami córki. Jeśli w rodzinie jest mężczyzna – robi to i owo. W „Beethovenie i dżinsach” (1968) Krystyny Siesickiej mamy piękne sceny, w których Alek przygotowuje kanapki dla rodziców, żeby mieli gotowe po powrocie z filharmonii, proponuje siostrze grzankę, wreszcie przygotowuje obiad i kolację („Niech mi się tu żadne kobiety pod nogami nie kręcą!”). Jego ojciec w pewnym momencie czeka na powrót rodziny z odgrzaną zupą, smaży kotlety i jednocześnie nakrywa do stołu. Kiedy domownicy przybywają, melduje, że obiad będzie za 15 minut, bo za późno wstawił ziemniaki. Ale męskie krzątactwo to wyjątek. Nawet w tej samej powieści matka przeprowadza krytykę swojego iluzorycznego statusu, której sceny męskich zatrudnień kuchennych trochę przeczą: „Mamo. Mamo. To słowo straciło już dla was znaczenie. […] mówicie mamo do tej osoby, która prowadzi gospodarstwo. Gotuje, sprząta, daje pieniądze. Nie gosposiu, tylko mamo”.

1-Scan-003 (2)

Okładka Elżbiety Murawskiej

Skoro kobiece krzątactwo to wyjątek i męskie krzątactwo to wyjątek – ktoś musi przejąć obowiązki. Tym kimś, osobliwym jak Rokiś, zaskakująco często jest właśnie gosposia. Zaskakująco często, bo to przecież postać z innej epoki. Nie przypadkiem chyba w niemal wszystkich znanych mi przypadkach gosposia występuje w powieściach pisarek starszego pokolenia, urodzonych pod koniec XIX i na początku XX wieku. Irena Jurgielewiczowa (ur. 1903) we wspomnieniach „Byłam, byliśmy” (1997) pisze o czasach swojego dzieciństwa: „w każdym, nawet najbiedniejszym, ale przeznaczonym dla inteligencji pomieszczeniu jest w kuchni kącik dla służącej. Z rzadka bywała »osobą dochodzącą«, z reguły mieszkała razem z chlebodawcami, choćby w ciasnocie i niedostatku. Obywanie się bez proletariackiej pomocy fizycznej było czynnikiem degradującym, walczyło się z taką sytuacją do granic możliwości”. Przywołuje też scenę z „Dzienników” Żeromskiego, żelaznego etosowca, w której biedujący przyszły pisarz sam wynosi swoje wiadro ze śmieciami pod osłoną nocy, żeby ukryć przed otoczeniem, że nie może sobie pozwolić na służącą.

Jurgielewiczowa

Stare wzorce prestiżu, bezpretensjonalnych przecież autorek, okazały się silniejsze niż nowe realia. Status majątkowy bohaterek – miejskich inteligentek – nie jest specjalnie wysoki, a jednak powieściową lekarkę („Godzina pąsowej róży” Marii Krüger, 1960; „Dwie miłości” Elżbiety Jackiewiczowej, 1968) czy nauczycielkę („Kochana rodzinka i ja”) najwyraźniej stać na opłacenie zastępstwa w gotowaniu, sprzątaniu i opiece nad dziećmi. Piszę „stać”, ale to tylko mój wniosek – kwestia wynagrodzenia bowiem jest przemilczana. Równie dobrze powieściowe gosposie mogłyby pracować za darmo.

Zapewne dlatego, że pisarki bardzo się starają, by czytelnik nie odniósł wrażenia, że chodzi o pracę najemną dochodzącej służącej. Genowefcia, Adusia – już familiarne formy imion są znaczące.

Nawiasem mówiąc, służąca rodziców Irenki Drozdowiczówny (przyszłej Jurgielewiczowej), była nazywana – a jakże – Scholasią.

jurgClipboard01=2

Starsza, raczej prosta kobieta jest od wielu lat emocjonalnie związana z obsługiwaną rodziną i nie ma własnej. Zdarza się, że była jeszcze piastunką obecnej pracodawczyni. „Ma czas” albo „znajduje czas”. Bardzo chce „pomóc”, jest oddana, nie oczekuje w zamian niczego specjalnego. Kochana i szanowana, ma silną pozycję, przysługują jej specjalne prerogatywy, może np. szczerze powiedzieć do słuchu czy wymierzyć klapsa, ale też bywa lekceważona przez nastoletnie podopieczne. Anda oszukuje poczciwą Genowefcię („Godzina pąsowej róży”), a Kasia, rozmawiając w obecności Adusi przez telefon, oznajmia koleżance, że jest w domu sama. „Takim kobietom nie poświęca się uwagi – przemijają, jak przepływa powietrze, konieczne do życia, a przecież niezauważalne” („Dwie miłości”).

1-Scan

Obwoluta Tadeusza Michaluka

Same pisarki traktują gosposie mniej lub bardziej protekcjonalnie. Bywają one po prostu typami komicznymi, czkawką po archaicznej zasadzie decorum, zgodnie z którą postacie ludowe przypisane są do tematów i gatunków komediowych. Tak jest z Genowefcią, tak z Rozalią („Kochana rodzinka i ja”) – nadętym katolickim babsztylem.

Bez owijania w bawełnę status służącej pokazuje Jackiewiczowa w „Tancerzach”. Magda, córka prominentnego dziennikarza i uznanej rzeźbiarki, jedynaczka w zamożnym domu, ma do bezimiennej gosposi stosunek pozbawiony sentymentów, wyniosły: „ostatecznie gosposia jest płatnym domowym pracownikiem i to ona musi się z Magdą liczyć [więc dziewczyna może ją obudzić, wracając późno do domu]”.

Dopóki nie przeczytałam powieści Eugenii Kobylińskiej-Masiejewskiej „Córki chcą inaczej” (1966), bardzo sceptycznie podchodziłam do sublimacyjnych zabiegów pisarek, starających się przedstawić gosposię jako członka rodziny. Wydawało mi się to naiwne/nieuczciwe/antyemancypacyjne. Kobylińska-Masiejewska i jej Wincenta (czasem zwana – a jakże – Wincunią) trochę mnie przekonały.

1-Scan-012 1-Scan-001.BMP

Obwoluta i strona tytułowa Gizeli Bachtin-Karłowskiej

Stara sługa rodziny Klargisów, obecnie dumna pracownica państwowa, mimo podeszłego wieku „znajduje czas” i siły, by pomóc uwielbianej Linie, dorosłej już córce przedwojennych państwa, którzy ongiś nie mieli Wincencie za złe nieślubnej ciąży. Jej przywiązanie datuje się od tamtego dramatu. Chłopska córka uciekła po ojcowskim biciu do Warszawy, by urodzić niechciane dziecko i oddać je starszej siostrze. Wyrozumiali Klargisowie przyjęli ją w stanie dyskwalifikującym służące, bo „oceniono jej zalety, a pani nie była z rzędu świętobliwych obłudnic”. W czasie okupacji odwdzięczyła się im, już nieżyjącym, wożąc ze wsi towar do sklepu, prowadzonego przez ciotkę opiekującą się Liną. Wspólnie przeżyta wojna i wspólny handel ugruntowały związek kobiet, które wcześniej dzieliła przepaść. W czterdziestym piątym Wincenta odnalazła dziewczynę z niemowlęciem, nielegalnym owocem powstańczych uniesień, i pokochała również małą Basię.

Nieślubne dziecko to piękna analogia między losami wsiowej służącej i zamożnej mieszczki. Jakoś je – szorstką, rozrosłą babę i zalotną kobietkę – zrównuje i wiąże. Ale nie unifikuje. Ich położenie w analogicznej sytuacji znacząco się różni. Zapisuję to na mojej tajnej karteczce z argumentami potwierdzającymi tezę, że PRL otwierał wyobraźnię na to, co dziś nazywamy trzecią falą feminizmu, zwłaszcza na solidarność kobiet o odmiennych interesach klasowych.

Basia nazywa ją Bianią (babcią-nianią). Wincenta w tej nienormatywnej babskiej rodzinie pełni funkcję surowego autorytetu, raz nawet przekłada rozdokazywaną nastolatkę przez kolano i wymierza jej kilka słusznych klapsów, co w powieści dla dziewcząt tego okresu – gdzie rodzicielska fizyczna przemoc jest straszliwym, nagannym wyjątkiem, przejawem bezradności – robi piorunujące wrażenie. Lanie od starej sługi jest odwrotnie proporcjonalne do permisywizmu nowoczesnej matki-siostry. Skarcona dziewczyna odbiera zatem podwójną lekcję: o wolności i jej granicach.

Czym zawiniła? Skłamała, że jest w ciąży, żeby choć na chwilę udowodnić, że nie stroi fochów, ma prawdziwe zmartwienie. A Wincenta akurat sporo o byciu w niechcianej ciąży wie i nie może znieść wykorzystywania dramatyzmu tego stanu w doraźnych gierkach smarkatej uzurpatorki. Poniżenie i piętno, których zaznała, są święte i nie wolno używać ich w żadnym celu, a już na pewno nie do wytwarzania fałszywego statusu ofiary. Basia chciała zaznać przywilejów ofiary, nie znając podłego losu ofiary, przede wszystkim wstydu bycia ofiarą. Dlatego Wincenta się nie waha – od razu wie, że Basia kłamie i nie jest w ciąży. Prawdziwa ofiara wstydziłaby się swego statusu. Trzeba by ciężkiej społecznej pracy, żeby ten wstyd przełamać. Basia, kiedy tylko minie poklapsowe zaskoczenie, natychmiast zrozumie, że przesadziła.

To krótkie spięcie zawiera cały kosmos. Ale Kobylińska-Masiejewska zmieniła nieco moją surową opinię o gosposiach w PRL-owskich powieściach dla dziewcząt przede wszystkim godnościową narracją Wincenty. Jako przedszkolna kucharka niedaleko, wydawałoby się, odeszła od poprzednich zatrudnień, a jednak państwowa posada to dla niej znaczny awans. Po paru odczytach dla „personelu technicznego” i otrzymaniu medalu dziesięciolecia Wincenta „zhardziała” w stosunku do sklepikarki Sieniutowej, przedstawicielki „inicjatywy prywatnej”. Autorka bierze personel techniczny i inicjatywę prywatną w cudzysłów, a więc dystansuje się do oficjalnego języka PRL-u i lekko pokpiwa z przyswajającej go Wincenty. Zarazem jednak dostrzega jego potencjał emancypacyjny. Nieważne, co się robi, ważne, w jakiej atmosferze. Stara służąca obdarzona formalnym uznaniem porzuca pokorę. Ona faktycznie chce córce i wnuczce dawnej dobrodziejki po prostu „pomagać”. Jak równa równym. To nie eufemizm skrywający pogardzaną pracę najemną.

Zatrzymana bezczelnym kłamstwem Basi, spóźniona na „państwową służbę” – zrywa się jak oparzona i już jej nie ma. Zdenerwowanie zaburzyło jej plany, wydłużyło pobyt u podopiecznych, ale opamiętawszy się, nie poświęca smarkuli ani chwili więcej. Robi dokładnie to, co wcześniej robiła z ekonomicznego przymusu i łaski pani, ale dobrowolnie, honorowo. Stać ją na gest. Nie poświęca się, działa czule, ale trzeźwo. Nie tylko nijak nie uwłacza to jej godności, a wręcz ją wzmacnia. To samo, co przed wojną było znakiem niższości, Wincenta przy politycznym wsparciu uczyniła potwierdzeniem może niezbyt wysokiej, ale pewnej i uznanej pozycji społecznej.

Rolleczek w „Kochanej rodzince” przedstawia taki awans jako proces masowy: „Od września mamy już siódmą pomoc domową. Albo się nie nadaje, albo sama odchodzi »na posadę«: do fabryki, do szpitala, na sprzątaczkę, byle nie do garnków”.

Feminizm trzeciofalowy zwraca uwagę, że kobiety z klasy średniej emancypują się kosztem gorzej sytuowanych sióstr, na przykład mogą płacić im za prace domowe, a same rozwijać aktywność pozadomową. Ewelina i Wincenta omijają tę pułapkę. Wiem, brzmi podejrzanie. Jak jakaś sztuczka. A jednak Kobylińska-Masiejewska, nie dysponując, umówmy się, wybitnym piórem, zdołała te trzy bohaterki i relacje między nimi nakreślić sprawiedliwie. Uniknęła efektu Rokisia.

Czy tylko ona? Poczytamy, zobaczymy.

Pąsowy powrót do przyszłości

Przygoda Andy nie daje mi spokoju. Trochę już o niej pisałam, ale rzecz domaga się szerszego omówienia. „Godzina pąsowej róży”, powieść Marii Krüger, wydana w 1960 i zekranizowana przez Halinę Bielińską w 1963, wydaje mi się mocnym znakiem czasu.

1-Scan-013.BMPfilm Godzina pąsowej

Okładka książki i ilustracje poniżej Bożeny Truchanowskiej. Świetny plakat filmowy nie wiem czyj

Przypomnijmy – swobodna i energiczna nowoczesna dziewczyna zostaje uwięziona w epoce gorsetu. Ponieważ właściwie wszystko, co tam powie czy zrobi, jest skandaliczne, nieprzyzwoite, gorszące, podejrzane, odbiera twardą lekcję, z groźbą uznania za obłąkaną i ubezwłasnowolnienia włącznie. Już jej imię jest niestosowne. Wypada, żeby panienki miały na imię Anusia i Ewunia. Anda brzmi wulgarnie, kojarzy się z półświatkiem.

1-Scan-015

Ciekawe, że patriarchat jest przedstawiony jako system zaprzeszły, w archaicznym kostiumie. Współczesność to domena ugruntowanej, stabilnej, oczywistej emancypacji.

Śledząc dziś jej perypetie, mocno odczuwam opresję bohaterki bezustannie dyscyplinowanej i raczonej frazesami o godności kobiety. Film, momentami demoniczny, jeszcze pogłębia wrażenie feministycznego unheimlich.

gpr1

Kiedy niedorosła Anda, przeskoczywszy w czasie 20 lat, rozpoznaje w lustrze twarz zdziwaczałej starej panny, mimo komediowej konwencji za każdym razem ciarki chodzą mi po plecach.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_00.57.06_[2013.12.27_17.12.28]

Za co to wszystko? Anda dojrzewa, krew kapiąca na starą fotografię, ma tu znaczenie symboliczne. Rośnie niezależna, chce zostać mistrzynią świata w pływaniu, mieć sławę i pieniądze. Lekceważąco wyraża się o miłości i małżeństwie. Mogłaby najwyżej zostać żoną męża swojej żony. Ma gotowy projekt kostiumu femme fatale.

1-Scan-013

Oczywiście jej winą jest kłamstwo i manipulacja, a także złudzenie panowania nad czasem, czyli nowoczesna hybris, ale chyba również to, że choć reprezentuje literackie sprywatyzowane nastolatki swojej i późniejszej epoki, jest wytworem lat 50. I ta jej przynależność wzięta jest w wyraźny cudzysłów, opatrzona sygnałami ironii.

W powieści Anda ma zwyczaj powtarzać, że byt określa świadomość. Jest rzeczniczką elektryfikacji wsi i postępu technicznego, a przede wszystkim kultury fizycznej i higieny. W filmie wypowiada sporo silnie nacechowanych słów, które w 63 roku musiały jednoznacznie kojarzyć się z propagandą „okresu błędów i wypaczeń”.

1-Scan-020

„Reprezentuje pani gusła i zabobony?”; „ciachnij te pęta zacofania i przesądów!”; „postaram się przystosować na zasadach naukowych”; „epoka! byt określa świadomość!”; „to jest ucisk człowieka przez człowieka”. Elżbieta Czyżewska idealnie podała te kwestie jako przejawy retorycznego automatyzmu, wtręty odstające od żywego języka, którym posługuje się bohaterka.

Podróż w czasie jest więc (jak mówi filmowa Anda) „metafizycznym dowcipem” zrobionym młodocianej materialistce. Fantastyczna odnoga czasu służy złamaniu antyromantycznego oporu dziewczyny. Połączenie emancypacji z językiem epoki przedodwilżowej potwierdza tezę, że po 56 roku często starano się powiązać równouprawnienie kobiet ze stalinizmem i w ten sposób je skompromitować.

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że zarówno Krüger, jak i Bielińska (zresztą rodzone siostry) znają jak zły szeląg i celnie krytykują patriarchat, a mimo to poddają wolną od jego wpływu bohaterkę ostrej tresurze. Chcą, żeby zaznała wszelkich przedemancypacyjnych ograniczeń. Chcą jej dać nauczkę. Zderzają jej nowoczesną niewinność z obsceniczną kulturą, w której funkcjonują niezliczone zakazy dotyczące języka, zachowania i ciała kobiety.

1-Scan-021

Ponieważ nie planowała zamążpójścia, nie rozumiała pojęcia „stara panna” i zamierzała żyć według własnej woli – doświadcza każdego ze złych scenariuszy czekających w końcu XIX wieku na kobiety ze sfery mieszczańskiej: targów przedmałżeńskich, żałosnego staropanieństwa oraz losu obarczonej gospodarstwem domowym i dziećmi paniusi na utrzymaniu męża.

1-Scan-022

Nadużywała swobody i bezpośrednich relacji z nowoczesnymi rodzicami – trafia pod inwazyjną kuratelę matki i ojca, którzy opierają swoją władzę na rytualnym dystansie.

1-Scan-017

Była traktowana prawie jak dorosła – pozostając w tym samym wieku, spada do statusu dziecka. Ironizowała, śmiała się i żartowała – staje przed murem niewzruszonej powagi.

Nie lubiła się uczyć fizyki – na pensji trenuje gównie kaligrafię i pokorę, bo od płci pięknej nikt nie wymaga znajomości ułamków dziesiętnych. Nie wstydziła się nagości, chodziła w nie krępujących ruchów portkach – zostaje na stałe wbita w gorset, sutą suknię, kapelusz, wstrzymujące krążenie podwiązki i ciasne trzewiki, nawet myć się musi w grubej koszuli.

1-Scan-018

gpr

Gimnastykowała się i pływała – nie wolno jej podnosić nawet wzroku. Dyskutowała i stawiała na swoim – każde jej słowo klasyfikowane jest jako przejaw choroby nerwowej. Seksualnie uświadomiona – nie może choćby wspomnieć, że siostra będzie w przyszłości miała dzieci, i nie ma wstępu na „Halkę” (operę o „dziewczęciu, które zeszło z drogi cnoty”).

Miała w matce wzorzec kobiety niezależnej, dojrzałej, ale młodzieńczo aktywnej, żyjącej własnym (zawodowym i towarzyskim) życiem – trafia pod władzę zbolałej matrony, którą zajmuje tylko zamążpójście córek i która może im przekazać najwyżej „zawód przyszłej wzorowej pani domu” posłusznej we wszystkim mężowi.

Mimo to Anda książkowa waha się w ocenie epoki, w której ugrzęzła, a Anda filmowa w pewnym momencie zaczyna czuć się w 1880 roku szczęśliwa.

 polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.13.30_[2013.12.27_17.33.53]

Bohaterkę uwodzi mieszczański styl życia, przestrzeń życiowa, wystroje wnętrz, suknie, jedzenie.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_00.48.26_[2013.12.27_16.54.54]

No i – last but not least – formalna uprzejmość mężczyzn wobec kobiet. W powieści jednak nastolatka ostatecznie wybiera nowoczesność, bo „daje […] o wiele więcej swobody dziewczętom”. Anda kwestionuje wartość galanterii wobec kobiet rzekomo otoczonych podziwem i uwielbieniem. „Wolę nie być bóstwem – orzeka – a ubierać się po ludzku, używać sportów i chodzić do kina”. Książka kończy się nagle, bez morału. Anda zostaje ze swoim osobliwym doświadczeniem sama. Coś z nim zrobi albo nie.

Film – wynik siostrzanej współpracy – ma wymowną pointę. Kończy się palimpsestem epok. Współcześnie powtarza się ta sama scena randki przy księżycu, całowania w rękę i porozumienia zakochanych, którą już widzieliśmy w wersji kostiumowej.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.04.18_[2013.12.27_17.22.49]

Nowoczesna nastolatka życzliwiej spogląda na oddanego Karola, a on zachowuje się jak dżentelmen.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.16.52_[2013.12.27_17.38.09]

Pąsowa róża – początkowo rekwizyt frywolnej cioci i symbol patriarchalnej pułapki, pojawia się jako znak uczucia i przymierza płci.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.16.57_[2013.12.27_17.38.19]

„Porozmawiajmy raz jak ludzie – mówi Anda w XIX wieku. – Przecież nas oboje jakoś okropnie wykiwano. Dlatego chyba powinniśmy trzymać się razem”. Karol, kończąc tę samą rozmowę w XX wieku, upewnia się: „I wszystko zaczyna się dla nas od początku, prawda?”.

Krüger i Bielińska nie były strażniczkami patriarchatu i nie sądzę by chciały/musiały pomagać ekipie Gomułki w odcinaniu się od rządów poprzedników i propagowaniu powrotu do tradycyjnych ról płciowych. Wiedziały też, że romantyczny sztafaż bywa maską poniżenia i zniewolenia kobiet. Dlaczego więc skończyły film w ten sposób? To właśnie nie daje mi spokoju.

Film jest odważniejszy obyczajowo od książki. Zawiera jaskrawą krytykę mieszczańskiej i religijnej obłudy, której istotą jest płciowa asymetria standardów moralnych. Kiedy kobiety i służba poszczą na intencję zamążpójścia starszej córki, pan domu z ustami pełnymi pieczeni poucza, że „zasady religijne są niewzruszoną opoką rodziny”. Szanowany ojciec rodziny, dbając o dobre imię, dąży do ubezwłasnowolnienia „szalonej” szwagierki, ale sam bywa w domu publicznym, czemu zresztą towarzyszy specyficzna odmiana cichego i zgorszonego, ale jednak przyzwolenia społecznego. Wyjątkiem jest ciocia Eleonora, której wdowieństwo i majętność pozwalają na względną swobodę (również seksualną).

1-Scan-023 (2)

I po doświadczeniu tego wszystkiego siostry kazały bohaterce ulec romantycznemu nastrojowi, zmięknąć, poddać się urokowi dawnych form. Iść na ustępstwa. Czyżby naiwnie postulowały połączenie swobodnego, nowoczesnego życia i anachronicznego stylu? Odstręczała je surowa emancypacyjna estetyka, którą kojarzyły z okresem stalinizmu? Obawiały się zbyt daleko idących konsekwencji równouprawnienia? Wszystkie te ewentualności wyglądają tak strasznie, że aż nieprawdopodobnie (jak można przeprowadzić błyskotliwą krytykę patriarchatu, żeby ją następnie wyrzucić za płot?).

Strategicznie najlepsze wyjaśnienie byłoby może takie, że Krüger i Bielińska chciały wyjść poza antagonizm płci, wskazać, że również mężczyźni w patriarchacie są, choć w inny sposób, ograniczani – świadczyłyby o tym słowa „nas oboje jakoś okropnie wykiwano”. Ale taka interpretacja jest chyba za słaba wobec fatalnej siły pocałunku w rękę, której zdają się hołdować autorki. Pewne pocieszenie stanowi ostatni grymas Czyżewskiej – bohaterka najwyraźniej nie całkiem zgłupiała, skoro impulsywnie porzuca romantyczną formę.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.17.26_[2013.12.27_17.38.59]

Czekając na Wasze pomysły interpretacyjne, będę sobie wyobrażać, jak nowoczesna dziewczyna Marii Krüger czułaby się w naszych czasach.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.01.39_[2013.12.27_17.19.54]

Joanna Chmielewska w „Przeklętej barierze” (2000) ściągnęła do współczesności hrabinę z 1882 roku i kazała jej się entuzjazmować nowoczesną techniką i swobodą obyczajową. Juliusz Machulski w „Ile waży koń trojański?” (2008) zesłał bohaterkę w późny PRL przedstawiony jako egzotyczna enklawa zacofania, polegającego głównie na podrzędnej pozycji kobiet. Ten genialny koniunkturalista odwołał tym samym swoją „Seksmisję”, gdzie pokazywał PRL jako hipernowoczesny system totalnych babskich rządów. (Kiedy się chce zrobić karierę na satyrze z PRL-u każdy sposób jest dobry).

Mam wrażenie, że Anda przeniesiona do 2014 roku mogłaby się poczuć bardziej jak w 1880 niż jak u siebie. Im dłużej czytam peerelowskie powieści dla dziewcząt, tym silniejsze mam wrażenie, że żyjemy w czasach cywilizacyjnego regresu. Pamiętam, że to „tylko” literackie projekty rzeczywistości społecznej, a jednak.

Najpilniejsze zadanie – zanalizować i wyjaśnić sobie to wrażenie.

Stawiam na Kariokę

Dziś będzie nietypowo – filmowy przerywnik i mało mojej narracji. Chcę Wam tylko coś pokazać. Chodzi o Kariokę i jej mamę.

W powieści Adama Bahdaja „Stawiam na Tolka Banana” (1967) postać Karioki jest mało rozbudowana. Dziewczyna się wdzięczy, zostaje za to zganiona i stroi fochy, bo Tolek jest odporny na jej nieodpartą dotąd urodę.

Bahdaj nadrobił to jako autor scenariusza serialu w reżyserii Stanisława Jędryki (1973). Karioką, jedyną dziewczyną między chłopakami, była Agata Siecińska, która zagrała przywódczynię dzierżącą i tracącą raczej kruchą władzę. Trochę przy tym lolitkę, usiłującą grać w najtrudniejszą z gier swoją zalążkową kobiecością. Dubbingowała ją Joanna Jędryka, mówiąca egzaltowanym, na poły histerycznym tonem, z tłumioną agresją i nietłumioną wzgardą. Karioka była irytująca, ale czy dziewczyna w takich okolicznościach może nie być irytująca?

W mamę Karioki wcieliła się Anna Ciepielewska, która w kilku minutach filmu stworzyła pełnowymiarową, zapadającą w oko rolę.

Członków bandy Karioki charakteryzuje ich otoczenie – pochodzą z różnych rodzin i środowisk, mieszkają w różnych domach. Karioka, którą poznajemy bliżej w drugim odcinku, przywódczyni dzieci ulicy, zbierających się w poprzemysłowych ceglanych ruinach, okazuje się mieszkanką sterylnie nowoczesnego osiedla, świadczącego o średnim statusie społecznym. Cegiełka ucieka z domu z powodu ojca alkoholika. Dlaczego ucieka Karioka? Bo jej matka jest samodzielna i pracuje zawodowo.

Scena z matką jest bardzo wymowna, nie trzeba jej specjalnie komentować. Modernistyczna architektura występuje jako trzecia aktorka. Dużo się dzieje wizualnie. Warto to prześledzić. Ja się w każdym razie zapatrzyłam.

Przypomnijmy: rzekomy Tolek Banan odbiera Karioce władzę nad jej własną mafią. Przegrawszy ostatnią bitwę i odrzuciwszy łaskawą propozycję objęcia wiceszefostwa, zdetronizowana szefowa zgnębiona wraca do domu. Wybrała strategię „twardsza niż facet w tej samej roli” i właśnie się przekonała, że to działa, dopóki nie pojawi się prawdziwy samiec alfa. Po drodze z lekceważeniem odtrąca jedyną kandydatkę na przyjaciółkę. Wiadomo – w chłopackim świecie dziewczyńska przyjaźń nie może być alternatywnym źródłem uznania.

dvd_snapshot_11.31_[2013.10.03_17.13.50]

dvd_snapshot_11.39_[2013.10.03_17.15.18]

Taki ma widok z okna:

dvd_snapshot_11.48_[2013.10.03_17.15.43]

W mieszkaniu słychać chyba Bemibek (albo coś w tym stylu, pomóżcie zidentyfikować!), obok adapteru leży m.in. płyta Sarah Vaughan. Karioka podkręca głośniej muzykę. Ekspresyjnie tańczy, gnie się, wyrzuca ręce, miota włosami, odrywa stopy od ziemi.

dvd_snapshot_12.02_[2013.10.03_17.16.53]

dvd_snapshot_11.54_[2013.10.03_17.16.39]

dvd_snapshot_12.17_[2013.10.03_17.18.33]

Pojawia się mama, która ścisza muzykę.

– Nie można trochę ciszej, Krysiu?

dvd_snapshot_12.13_[2013.10.03_17.17.33]

(bierze do ręki fantazyjny kapelusz córki)

– Co to znaczy?

dvd_snapshot_12.22_[2013.10.03_17.20.03]– Mama znowu wyjeżdża?

– A co? Przecież wiesz, że mam kurs do Kołobrzegu.

dvd_snapshot_12.32_[2013.10.03_17.21.24]

dvd_snapshot_12.43_[2013.10.03_17.23.07]

W trakcie rozmowy muzyka dalej gra, córka tańczy, a matka szykuje się do wyjścia. Tłem jest funkcjonalnie umeblowany i skromnie ozdobiony pokój, który nosi ślady heterogenicznych dziewczęcych marzeń – na półce stoi magazyn „Chic”, na szafie i ścianach wiszą plakaty z westernów i suszone kwiatki.

– Czy mama nie może rzucić tych okropnych wagonów restauracyjnych?

– Co się z tobą dzisiaj dzieje, córeczko?

– Bo mama nic, tylko jeździ i jeździ. Czy to tak rozkosznie tłuc się po całej Polsce i usługiwać byle komu?

– Znajdź mi inną posadę, dobrze?

– Ja bym się tak nie męczyła.

– Oczywiście, oczywiście, teraz z ciebie wielka dama. Tylko byś się ubierała, tańczyła, słuchała tej hałaśliwej muzyki i zbijała bąki.

dvd_snapshot_12.53_[2013.10.03_17.24.12]

(W tym momencie Karioka przestaje tańczyć. Wcześniej nie zareagowała na odczarowujące słowo „Krysiu”, teraz wypada z ostrej roli, łagodnieje, traci formę, milknie.)

– Pewnie, matka wszystko kupi, załatwi, upierze, posprząta, łatwo żyć. Oj, łatwo!…

dvd_snapshot_13.04_[2013.10.03_17.25.16]

dvd_snapshot_13.11_[2013.10.03_17.26.01]

dvd_snapshot_13.14_[2013.10.03_17.26.23]– Dom to cię w ogóle nie obchodzi, nic a nic. Zupełnie jak twój kochany ojczulek – zjawia się raz na pół roku, przywozi ci bombonierkę, ale grosza na ciebie nie daje, a ja haruję i haruję…

dvd_snapshot_13.25_[2013.10.03_17.27.34]

(połyka łzy)

dvd_snapshot_13.43_[2013.10.03_17.30.47]

– Nie gniewaj się! Czy dzisiaj nie mógłby cię ktoś zastąpić?…

(Karioka kładzie głowę na maminym ramieniu)

– Co się stało?

dvd_snapshot_13.54_[2013.10.03_17.32.04]

– Nic, mam zły dzień, smutno mi…

– To szkoda, że nie powiedziałaś mi o tym wcześniej, może dałoby się to jakoś urządzić… Co tobie?!

dvd_snapshot_13.56_[2013.10.03_17.32.33]

– Nic… Już mi przeszło.

Matka wychodzi, Karioka wygląda przez okno

dvd_snapshot_14.16_[2013.10.03_17.34.10]

i widzi oddalającą się figurkę mamy:

dvd_snapshot_14.23_[2013.10.03_17.34.26]

Następuje kilka przeciwujęć, sugerujących ostateczne pożegnanie:

dvd_snapshot_14.27_[2013.10.03_17.34.36]

dvd_snapshot_14.29_[2013.10.03_17.34.45]

dvd_snapshot_14.31_[2013.10.03_17.34.50]

dvd_snapshot_14.32_[2013.10.03_17.35.23]

dvd_snapshot_14.36_[2013.10.03_17.35.33]

dvd_snapshot_14.39_[2013.10.03_17.35.39]

Karioka zostaje sama, podchodzi do wiszącego na ścianie ślubnego zdjęcia rodziców, ściąga je, ogląda chwilę i wrzuca za tapczan. Siada, bierze gitarę

dvd_snapshot_14.54_[2013.10.03_17.36.04]

i gra.

dvd_snapshot_14.57_[2013.10.03_17.36.11]

dvd_snapshot_15.01_[2013.10.03_17.36.19]

Dalej robi się coraz bardziej przykro. Karioka chce pokazać chłopakom, że nie potrzebuje niczyjej łaski, żeby być kimś. Zamierza zostać gwiazdą filmową i pakuje się w tarapaty. Daje się oszukać i wykorzystać szajce Smutnego Mundka, która co prawda tylko okrada podmiejską willę, ale przez ładnych parę minut sprawia wrażenie handlarzy żywym towarem, względnie pedofilów.

dvd_snapshot_17.57_[2013.10.04_16.03.39]

dvd_snapshot_20.52_[2013.10.04_16.07.43]

dvd_snapshot_20.53_[2013.10.04_16.07.49]

dvd_snapshot_20.55_[2013.10.04_16.07.56]

dvd_snapshot_21.10_[2013.10.04_16.08.16]

dvd_snapshot_21.17_[2013.10.04_16.08.28]

dvd_snapshot_21.22_[2013.10.04_16.08.59]

Komunikat wizualny jest jasny – ambicja, zwłaszcza aktorska, wystawia dziewczynę na seksualną przemoc. Ma szczęście, jeśli skończy się „tylko” upokorzeniem. Karioka wychodzi na idiotkę. Na koniec płaczliwie błaga o przyjęcie do paczki.

dvd_snapshot_33.39_[2013.10.04_16.24.48]

dvd_snapshot_33.41_[2013.10.04_16.24.55]

dvd_snapshot_34.05_[2013.10.04_16.25.24]

dvd_snapshot_34.06_[2013.10.04_16.25.31]

dvd_snapshot_34.36_[2013.10.04_16.26.08]

Odtąd, pod nieobecność matki, będzie wychowywana przez swoją byłą bandę i harcerza podszywającego się pod legendarnego watażkę.

Ta fabuła zdecydowanie mi się nie podoba, mimo że zawiera moje ulubione wątki – przede wszystkim wątek pozarodzinnej grupy wsparcia i socjalizacji ponad podziałami klasowymi. Edukacja rozpoczyna się bowiem od poniżenia dumnej dziewczyny. Kariokę zastępuje jej potulny sobowtór.

Scena z matką – atak córki, która chce zranić, dopiec do żywego, wylew matczynej goryczy, zamilknięcie córki i wycofanie roszczeń, gorąca, ale chwilowa troska matki – oraz przejawiające się w tej scenie okrucieństwo, czułość i rezygnacja sprawiają wrażenie części dłuższej historii. Zaprzepaszczony tu został jakiś potencjał, przekreślona ważna sprawa. Międzypokoleniowy konflikt mimo analogicznych doświadczeń.

Matkę zatrzaśniętą w połowicznej emancypacji, jej mało prestiżową pracę i blokowisko należałoby jakoś odzyskać. Twórcy tego nie zrobili, choć inteligentnie przedstawili problem Karioki i jej mamy. Robili filmy o czym innym.

Duży wkład w najlepszą scenę serialu miały aktorki. A może akurat tę scenę kręciły współpracowniczki reżysera, zwłaszcza ta, która była wieczną asystentką?

Wietrzę tu kryptokino kobiet, które przegrało z konwencją chłopięcej przygody.