Archiwum autora: elizaszybowicz

Szalona głowa, złote serce

W październikowym miesięczniku „Znak” ukazał się mój tekst o słonecznych bohaterkach kanonicznych powieści dla dziewcząt – Pollyannie, Ani Shirley, Basi, Irence i Ewie Kornela Makuszyńskiego – i ich funkcjonowaniu w powojennej kulturze.

Zdjęcia-5484 Zdjęcia-5485 Zdjęcia-5486

Peerelowska powieść dla dziewcząt powstała wobec tej tradycji – zaprzeczała, oddawała sprawiedliwość, nawiązywała. Warto ją czytać w kontekście.

Cytuję kawałek na wabia:

Nie jest jeszcze kobietą, więc pozostawia się jej nieco swobody. Może wejść na drzewo, przypalić obiad, zakopać i prawie udusić małego brata w śnieżnej zaspie, przefarbować włosy na zielono, powiedzieć wścibskiej sąsiadce, że jest „ordynarną kobietą bez serca”, rzucić się na szyję oschłej ciotce lub drabowi o twarzy mordercy. Za chwilę wyjdzie za mąż i stanie się poprawna, a nawet zadba o reprodukcję tradycyjnych wzorców. Jej dziewczęce „wykroczenia” są zresztą nieszkodliwe, nie naruszają kulturowych norm ani porządku społecznego. Wynikają z niemal gatunkowej odrębności: „Największy […] uczony, najsłynniejszy nawet filozof nigdy nie wiedział, nie wie i nie będzie wiedzieć do skończenia świata, co się dzieje w kolorowej duszy „dorastającej panny”. Jest to niezgłębiona tajemnica” („Szaleństwa”). Taka konstrukcja dziewczęcości może mieć i miewa potencjał emancypacyjny, ale bywa też wprost przeciwnie.

Spółdzielnia i jabłko

W latach 60. peerelowskiej powieści dla dziewcząt zarzucano, że jej bohaterki zbyt często pochodzą z miejskich, dobrze sytuowanych rodzin inteligenckich, że ich obyczaje i pragnienia są klasowo ograniczone i że jako takie nie powinny kształtować dążeń czytelniczek o rozmaitym przecież backgroundzie społecznym. Z niejakim potępieniem nazywano gatunek literaturą tergalową (tergal to – jak tłumaczy Jedna z Czytelniczek Bloga – rodzaj sztucznej, dość drogiej, modnej tkaniny). Teraz, w drugim odcinku minicyklu o dziewczęcych marzeniach, przyjrzymy się przykładom tendencji odwrotnej.

Do powieści propagujących odmienne wzorce aspiracji należy adresowana do młodszych czytelniczek Cesia Natalii Rolleczek (1971, ale powstała wcześniej, bo w 1969 dostała nagrodę w konkursie Naszej Księgarni).

Cesia Maria Uszacka (1) Cesia Maria Uszacka (2)

Obwoluta i (niżej) ilustracje Marii Uszackiej

Tutaj wspólne marzenie dwóch dziewcząt rodzi się z własnego nieszczęścia rezonującego ze zgryzotami innych. Cesia i Wiesia marzą o założeniu wiejskiej spółdzielni, uprawie roślin, hodowli zwierząt, pasiece, nowym domu. Gospodarstwo będzie autarkiczne, ewentualne nadwyżki produktów sprzeda się w mieście. Założycielki nie zgadzają się jeszcze co do szczegółów (np. czy chcą mieć telewizor, czy nie), ale przysięgają wierność sobie nawzajem i projektowi. Cesia jest przybyszką ze wsi, upokarzaną przez miejskich kuzynów. Spółdzielnia już w fazie projektu stanowi dla niej źródło dumy. Wbrew własnej woli musiała opuścić dziadków i przenieść się do Krakowa, gdzie od jakiegoś czasu pracuje (jako pielęgniarka w Nowej Hucie) jej owdowiała mama, która ma wielkomiejskie ambicje i pogardza wiejskim stylem życia. Cesię zamierza wychować na miejską dziewczynę. Na razie mama dużo pracuje, by zarobić na mieszkanie, i stara się o nowego ojca dla córki, toteż nie może się nią zajmować – mieszkają osobno.

Wiesia mieszka w Domu Młodzieżowym, przez co też odstaje od rówieśników. Rodzice ją porzucili („Każde w innym mieście. Kiedyś ci opowiem”). Przyjaźń i marzenie o spółdzielni znaczy dla niej jeszcze więcej niż dla Cesi. Podobnie dla Marka, sieroty, uciekiniera z domu dziecka, i Laszla, cygańskiego chłopca, który chce się uczyć, mimo że wujek mu zabrania. Wujek, jak inni Cyganie, dostał mieszkanie i pracę w Nowej Hucie, ale z tęsknoty za taborowym życiem pije i bije Laszla. Chłopak woli poniewierkę bezdomności i dorywczych prac. W przyszłości – ustalają to już teraz – będzie mężem Cesi i ważnym członkiem spółdzielni.

Od razu widać, że nie o produkcję rolną tu idzie. Będzie ona środkiem do celu, czyli zawiązania się nietypowej rodziny z wyboru dla ludzi rodzin pozbawionych lub mających inne niż biologiczni krewni pomysły na życie. Już teraz więź z małymi spółdzielcami jest dla Cesi ważniejsza niż fizycznie i kulturowo odległa mama. Dziewczynka chwilowo przystaje na tradycyjny, choć pozornie nowoczesny, projekt mamy (trzeba mieć mieszkanie w mieście, trzeba zrekonstruować typową rodzinę zdekompletowaną przez śmierć). Nie chce jej robić przykrości. Ale gdy tylko stanie się to możliwe, wybierze inny model.

Już się do tego przygotowują. Już dzielą role. Cesia i Wiesia będą wszystko organizować, bo na chłopców nie można liczyć. Już planują kursy rolnicze. Kto czego powinien się nauczyć. Ile będzie drzewek w sadzie. I że to życie będzie lepsze niż życie babci i dziadka Cesi dzięki łazience i studni (?). Już im lżej, bo „czeka na nich wymarzone miejsce, gdzie chce się żyć i pracować!”. Pewien problem dla przyjaciółek – zagorzałych kinomanek – stanowi brak na wsi kina. Ale tylko przez moment: „Kino nam niepotrzebne, bo my same możemy kręcić sobie filmy. Takie na wąską taśmę, rozumiesz? I wyświetlać”. Pomysł natychmiast rozwija się w szczegółowy plan nadania wiejskiej egzystencji prestiżu potwierdzonego międzynarodową nagrodą: „My nie będziemy zacofane. Zapiszemy się do klubu amatorskich filmów. Zrobimy film z Modrzan. Może nawet ten film dostanie Złotego Lajkonika?”. Cesia wzdycha: „Jakie to szczęście mieć taką mądrą przyjaciółkę”.

Cesia Maria Uszacka (4) Cesia Maria Uszacka (3)

Jeszcze wyraźniej wiejski wzorzec prestiżu propaguje Anna Kamieńska w powieści Rozalka Olaboga (1968, datowana 1966), też przeznaczonej dla młodszych dziewcząt.

rozal

Okładka Zbigniewa Rychlickiego

Cesia znała wieś, więc tam ją ciągnęło. Rozalka jest miejskim dzieckiem, które spontanicznie wiąże swoje marzenia z małym miasteczkiem.

snapshot20150503215644

Kadry z serialu w reż. Jadwigi Kędzierzawskiej

Ucieka z Krakowa od ciotki, by wreszcie zamieszkać z mamą, która uczy przyrody w prowincjonalnym Borze i uważa, że nie może zabrać ze sobą córki na wynajęty pokój do miasteczka, w którym nie zamierza zapuścić korzeni: „Choć pracowała w Borze już dobrych kilka miesięcy, prawie cały rok szkolny – żyła osobnym, własnym życiem”. Nauczycielka nie wie, co się dzieje, ma uszy zamknięte na plotki, nie chce być wścibska, tymczasem jest wyalienowana. „Rozalka była inna. Rozalka od pierwszego dnia nie była ani obca, ani nowa. Rozalka wcisnęła się wszędzie. Rozalka wiedziała wszystko o wszystkich dla wszystkich. Rozalka była jak chłonna na sprawy ludzkie bibuła”. Lokalne sprawy stają się jej sprawami. Więcej, działa jak katalizator: „Wszędzie gdzie się pojawiła, zaczynało się coś dziać i nigdy z żadnych swoich wypraw, swoich latań – jak to określała matka – nie wracała bez wieści, mało – bez sensacyjnych, szokujących wieści!”.

Tu też specjalna więź między córką i matką zostaje odczarowana. Literatura polska (i nie tylko) pełna jest totalnej matczynej miłości lub jej traumatycznego braku, a także dziedziczenia losu starszych kobiet przez młodsze. Kamieńska (i Rolleczek) nie pisze ani o fatalnej, ani o radosnej reprodukcji wzorca kulturowego w drugim pokoleniu. Matczyno-córczana miłość swoją drogą, a styl życia, hierarchia wartości swoją. Matki – jednostkowe, samotne, wyizolowane – stanowią układ zamknięty, a jednocześnie są grzeczniejsze, posłuszniejsze wobec tradycyjnych nakazów. Córki – uspołecznione, wyposażone w więcej „wypustek” łączących je ze zbiorowością – są odważne i pełne egzystencjalnej inwencji.

Rozalka jest kiepską dziewczynką („ani warkocza, ani jedwabistych włosów, ani żadnej czułości i słodyczy”).

snapshot20150507214206 snapshot20150507214213

Aleksandra Piotrowska w roli Rozalki Bożkówny

Wolałaby być chłopcem

snapshot20150507220052 snapshot20150507220101 snapshot20150507220128 snapshot20150507220138 snapshot20150507220236 snapshot20150507220301

i jak chłopiec się zachowuje.

snapshot20150503224236 snapshot20150507220818

snapshot20150525212505 snapshot20150525212534 snapshot20150525214920

Mama, też z trudem mieszcząca się w roli kobiety, ma jej to za złe. Ale nie tylko z powodu wychodzenia poza gender Rozalka zajmuje w Borze pozycję szczególną. Trochę podrzędną, trochę uprzywilejowaną. Jest córką nauczycielki, ale jakieś dziwnej, wdowy, bez własnego kąta, która wszędzie chodzi krokami dragona z kluczem do oznaczania roślin, budząc zdziwienie i śmiech zdezorientowanych sąsiadów.

snapshot20150503220419 snapshot20150511212334

Krystyna Sienkiewicz w roli mamy Rozalki

Dziewczynka natychmiast dostaje przezwisko „Olaboga”, które streszcza konserwatywną reakcję prowincjonalnego otoczenia, ale zostaje przez nią wykorzystane jako przedmiot dumy: „Trzeba było je wykrzyknąć jak zawołanie bojowe, jak okrzyk zdumienia, podziwu i nie wiem jeszcze czego. Ale jej przezwisko w każdym razie na pewno miało za sobą wykrzyknik”.

Rozalka, wyczulona na niesprawiedliwość, widzi krzywdy, z którymi inni się dawno pogodzili, i działa, by je naprawić. Z tym wiążą się jej najgorętsze pragnienia. O zmianie na lepsze i sobie w roli wybawicielki najczęściej marzy. „Zamawia” sobie sny o świętym Jerzym, obrońcy pokrzywdzonych, ale ten nie przybywa. Na szczęście Rozalka jest uparta i ma skłonności przywódcze, wchodzi w rolę rycerza i często udaje jej się osiągnąć cel. Na przygadywanie, że świata nie przerobi, ma krótką odpowiedź: „A właśnie, że przerobię”.

Dziecko pewnej kobiety nie ma siły ssać piersi. Matka już z niego zrezygnowała, pogodziła się ze smutnym przeznaczeniem. Prezentuje jednocześnie chłopski fatalizm i niewiedzę o nowoczesnych sposobach karmienia niemowląt. To dość szokujący obraz polskiej wsi lat 60., gdzie niemowlęta jak w XIX wieku umierają, jeśli nie mogą być karmione mlekiem matki. Gorzej – doktor, który najwyraźniej też już postawił na dziecku krzyżyk, zagadnięty przez Rozalkę, mówi bez przekonania: „Trzeba by tu szpitala. Specjalnego pokarmu. Mieszanek. Ta kobieta ich nie przygotuje”. Dziewczynka przyprowadza zrezygnowanej matce kozę, objaśnia jak przygotowywać i podawać dziecku kozie mleko. Podporządkowuje sobie dorosłą kobietę i zmusza ją do działania.

 snapshot20150519211229

Sąsiedzi trzymają niewidomą córkę w chlewie. Rozżalona Rozalka wszczyna konflikt, płacze, krzyczy, za co porządnie obrywa od brata więzionej.

snapshot20150519212641

Chłopak zostaje zawieszony w prawach ucznia. Od tej pory akcja toczy się dwutorowo. Sprawą niewidomej dziewczynki zajmuje się Kwietniowa, żona przewodniczącego miejskiej rady, która ruga nieudolnego męża: „Co z ciebie za przewodniczący! Na twoim terenie takie sprawy się dzieją! Dziecko niewidome chowają w chlewie! Jak zwierzę! Znęcają się. A ty nic! Dziewczyna naraża się, walczy, bije się o sprawiedliwość. […] Do zakładu trzeba, do lekarzy, do szkoły. Ruszaj, załatwiaj, staraj się! Na co cię wybrali? I Kwietniowa już chustkę na głowę. Pędzi. Trzask drzwi”.

snapshot20150519211502 snapshot20150503223232

Krystyna Tkacz jako Kwietniowa, matka Klimka

Rozalka zaś z sińcem pod okiem staje w obronie kolegi, który ją pobił. On nie jest chuliganem, zdenerwował się, krzyczałam na niego, on nie jest winien, musi się uczyć. „To ciemni ludzie”, ich syn też taki będzie, jeśli zostanie usunięty ze szkoły. Kierownik nie słucha,

snapshot20150519212723

więc Rozalka ukrywa się i stawia warunek – nie wróci, dopóki chłopakowi nie cofną kary.

Kwietniowa byłaby lepszą przewodniczącą niż mąż, a Rozalka jest do niej podobna: „energiczne i porywcze, szorstkie i jednocześnie skore do naprawiania świata”. Kto wie, może w przyszłości obejmie funkcję? Nadaje się tym bardziej, że w Borze, stojącym przed wielkim modernizacyjnym skokiem i z tego powodu skłóconym, Rozalka nie opowiada się ani za nowym, ani za starym porządkiem. Bierze co dobre z tradycji i z nowoczesności. Przede wszystkim domaga się sprawiedliwości. Kiedy w przeddzień lipcowego święta zostaje wyróżniona zaproszeniem na przyjęcie dla dzieci pracowników powstającej kopalni – nie chce iść sama. Domaga się, by dyrektor zaprosił wszystkie dzieci z Boru, bez podziału na lepsze i gorsze.

Rozalka nadaje się na lokalną polityczkę również dlatego, że chce i potrafi być każdym. Jest ruchliwa, żywiołowa, empatyczna, chłonie przyrodę, słońce i wiatr.

snapshot20150503222216 snapshot20150503220321

Nie pilnuje swojej skóry, swego ciała, opala się, płowieje, moczy w wodzie, brudzi, kaleczy, parzy pokrzywami, znosi na sobie do domu błoto i siano. Oddaje się bez reszty. Nie ma własnej tożsamości. Nabiera cech spotykanych ludzi, ulega wydarzeniom. Przymierza się do różnych zachowań, nawet skrajnie obcych, jak bezruch aptekarzowej, nieporadnej pani Sabinki, która, zdobna w koronki i pierścionki, pędzi osobliwy żywot w pokoju pełnym roślin i ptactwa. Sama podobna do ptaszka w klatce czy lalki. „Rozalka czasami siada na krześle tak samo jak pani Sabcia – przechylona w tył, jakby omdlała. Kładzie na kolanach ręce. „Jestem pani aptekarzowa” – wyobraża sobie. – Ale dłonie Rozalki są szorstkie, czerwone, takie brzydkie dziewczyńskie łapska”.

snapshot20150624220619

Rozalka przyjmuje punkt widzenia aptekarzowej (w tej roli Anna Milewska)

snapshot20150519210621

Tutaj Rozalka naśladuje starą chłopkę

Kiedy słyszy, że dzieci dawniej częściej chorowały i umierały, postanawia, że zostanie lekarzem. „Och, czymże już nie postanawiała zostać Rozalka! Misjonarką, szewcem, lotniczką, podróżniczką, furmanem, a teraz jeszcze – lekarzem”. Kiedy zobaczy, jak się w Borze Dolnym robi garnki, zapragnie być garncarką. Po wycieczce do lasu chce zostać gajowym(-wą?), po przedstawieniu – aktorką. W ten sposób Rozalka ciągle zmienia perspektywę i w szczegółach poznaje lokalną społeczność. Spojrzenie na regularne pudełka nowych bloków uświadamia jej konieczność indywidualizacji władzy: „A każdy człowiek jest inny. Niepodobny do geometrycznego rysunku. Ma inny nos, oczy, uszy, ręce. Inne serce, inne zachcianki. Okropnie trudno byłoby wymyślić wzór geometryczny na każdego człowieka”. Ona oczywiście o władzy nie myśli, ale można powiedzieć, że się do niej praktycznie przygotowuje.

Pewien kłopot ma z Głupią Aurelką, wariatką bytującą na dalekim marginesie społeczności, odrażającą i śmieszną, a dla Rozalki groźną.

snapshot20150511214045 snapshot20150511214056

Dziewczynka ucieka przed obłąkaną żebraczką, ale się tego wstydzi. Przełamuje wstręt i lęk – najsilniejsze odruchy powodujące odrzucenie odmieńca. Zaprzyjaźnia się z Aurelką, której podarowuje chusteczkę, czyli coś, co obwieszoną szmatami kobietę na pewno ucieszy. Dar stara się nadążyć za niezrozumiałym szaleństwem, choć mógłby być protekcjonalnym napomnieniem (np. mydło).

Banda Walka Górala kradnie jabłka z sadu organisty, który kusi tym bardziej, że otacza go mur z drutem kolczastym i strzeże zły pies. Suche, czarne od słońca chłopaki stają się złodziejami, a organista jest pysznym posiadaczem, który budzi zazdrość, a więc demoralizuje społeczność swoim bogactwem. Rozalka kołysze nogami w uwalanych gliną trepkach, jej myśli luźno skaczą z tematu na temat i roi jej się wielkie wspólne jabłko. Wszyscy mogliby je gryźć i wcale by nie ubywało. Powieść kończy wyświetlająca się przed zamkniętymi oczami dziewczynki wizja potopu, przed którym mała zbawczyni ratuje kopalnię i Bór. Rozalka raczej nie poprzestanie na małych zasługach.

Następny wpis też będzie o marzeniach. Dokładniej o bohaterkach, które uciekają z domu, żeby swoje marzenia spełnić albo odnaleźć.

O czym marzy (nowoczesna) dziewczyna

Marzenia to bardzo ważna sprawa. Świadczą o stopniu wyemancypowania pragnień. A wiadomo, że pragnienia nie zawsze odpowiadają obyczajom i deklaracjom. Na przykład dziewczyna, która ma apetyt na jak największy kawałek świata i jak największe społeczne uznanie, w czterech ścianach swego pokoju może składać uniżone hołdy przed ołtarzem obiektu miłości.

1-Scan-006 wiekszy_m

Okładki Krystyny Ziołowskiej

Tereska (Joanna Chmielewska, Zwyczajne życie, 1974; Większy kawałek świata, 1976; Duch, 1983) wiedzie niezależne, wypełnione pracą i przygodami życie, odnosi sukcesy detektywistyczne. Od najmłodszych lat „gorąco i namiętnie pragnęła mieć urozmaicone życie. Wszelka myśl o stabilizacji, normalizacji, bezruchu i zastoju była jej wstrętna”. Ale marzenia ma „staroświeckie i zacofane jak przed wojną”: „Na dnie serca i duszy starannie hodowała swój ideał wielkiej miłości. Prezentując na zewnątrz sceptycyzm przeciętnej miary i coś w rodzaju realizmu życiowego, w najtajniejszych zakamarkach jestestwa kryła wiarę w owo nadludzkie uczucie. Miało to być coś potężnego, świętego, unikalnego, opartego na porozumieniu dusz, acz niewątpliwie cielesnego”. Zanim pojawi się odpowiedni obiekt, urokliwy skrypt romantyczny działa na niekorzyść dziewczyny. Boguś powoduje u ruchliwej, elokwentnej, inteligentnej Tereski osłupienie, utratę mowy, „zidiocenie”. Kiedy go nie ma, ona nic nie robi, tylko przygotowuje się na spotkanie. Ćwiczy rolę idealnej kobiety. Boguś wywołuje u niej masochistyczne fantazje – o tym, jak robi Teresce sekcję zwłok albo jak Tereska zostaje napadnięta, a on ją ratuje i unosi jej omdlałe ciało. Albo jak przybywa z bukietem czerwonych róż i przed nią klęka. Przymknięte oczy marzącej, rzewny uśmiech, pustą gestykulację i pocałunki składane na wyobrażonych ustach widzimy, co istotne, zdumionymi i mizoginicznymi oczami brata.

Romantyzm sprowadza się do póz i gestów „z zeszłego wieku”, które trzeźwa Tereska uznaje za śmieszne, co nie przeszkadza jej o nich marzyć, kiedy „wszelkie tamy rozsądku pękają”. „Prawdę mówiąc, gdyby Boguś istotnie ukląkł, sama byłaby zdania, że pewnie zwariował, cóż jej jednak szkodziło sobie powyobrażać?” – Chmielewska wie, że w dziewczęcych głowach i sercach nakładają się rozmaite, często sprzeczne warstwy kultury. Imaginacja może być dziewiętnastowieczna, a praktyka na wskroś nowoczesna. W przestrzeni dziewczęcego pokoju dochodzi do kompromitującej eksplozji archaicznego porządku kulturowego, która jest doraźną kompensacją nieodwzajemnionej miłości. Nie ma to większego wpływu na sceptyczną postawę życiową Tereski. Wygodnictwo Bogusia zaczyna bohaterkę zrażać, jeszcze zanim złoty młodzieniec zainteresuje się inną dziewczyną. On, chociaż dorosły, wymaga, by jego rodzice „ustawili ukochanego jedynaka”. Ona od dawna nie liczy na finansową pomoc, sama zarabia na swoje potrzeby. W tym przypadku nawet upajająca bliskość obiektu marzeń nie powstrzyma Tereski od rzeczowej uwagi: „Płać sam”.

Brak kontroli nad ciałem (miękkie kolana, rumieniec, bezwiedny uśmiech, niesłyszenie) i erupcja fantazji to aktywność quasi-seksualna, która jest u Chmielewskiej antyemancypacyjna. Przy odpowiednim mężczyźnie pożądanie i rojenia zanikają. Tereska i Robin mogą się nie widywać miesiącami, ona nie czeka i nie wyobraża sobie spotkania. On jej nawet nie pocałował, ale tym większą mają pewność co do wspólnej przyszłości, do której się oddzielnie intensywnie przygotowują. Przez naukę i pracę. Tereska musi w przygotowania włożyć więcej wysiłku, bo starszy o kilka lat Robin znacznie przewyższa ją doświadczeniem i umiejętnościami. Plany i rzeczywistość idealnie do siebie przylegają. Romantyczny ideał miłości staje się (przystojnym) ciałem. Nie ma tu miejsca na marzenia. „Zidiocenie” też nie występuje. Po jednej stronie są więc marzenia, seks i uległość, po drugiej zbędność marzeń, erotyzm potencjalny, odłożony na później i emancypacja (z warunkowym uznaniem wyższości mężczyzny). Dziwne, prawda?

Logika Chmielewskiej to etap pośredni, wiodący do bohaterek Małgorzaty Musierowicz, których marzenia zdominowali chłopcy. Cesia (Szósta klepka, 1977) marzy o wielkiej miłości, dzieciach i wnukach. Boleje, że ze względu na brak urody będzie całe życie sama. Aniela (Kłamczucha, 1979) omdlewa na samą myśl o Pawełku, na sam dźwięk jego głosu w słuchawce. Roi o nim równie intensywnie, jak o karierze aktorskiej, dopóki nie wyleczy jej z zauroczenia perspektywa cynicznej pomocy domowej. Gabrysia (Kwiat kalafiora, 1981) sportową szorstkością pokrywa słabość do Pyziaka, zanim nie zrozumie, że nie wolno lekceważyć kodu romantycznego. W tym momencie nareszcie zaczyna na niego czekać oraz to i owo sobie wyobrażać, a mianowicie jego zachwyt jej „nowo odkrytą kobiecością”. Prawdziwą mistrzynią wyłączania się z rzeczywistości, stymulowanego na przykład arcyromantyczną lekturą Jane Eyre, jest Ida (Ida sierpniowa, 1981), jak Cesia zgnębiona swoją rzekomą brzydotą i niewiarą w możliwość wzbudzenia chłopięcego uczucia.

szósta klepka ida

W szczegółach różnie bywa, intrygi są urozmaicone, trochę je tu uprościłam, ale marzenia zawsze służą opierzeniu brzydkiego kaczątka, wyłonieniu się dojrzałej kobiecości w kształcie, który stał się firmowym znakiem Musierowicz – jednocześnie łagodnej i władczej. Autorka pisze o marzeniach swoich bohaterek z pobłażliwą ironią, ale brak romantycznych marzeń (w przypadku Gabrysi) to naprawdę paskudna sprawa – skutkuje zupełnie niekobiecą agresją. Marzenia zasługują na nagrodę, która co prawda w kolejnych tomach „Jeżycjady” obróci się w rozwód, ale potem znów stanie się nagrodą, nagrodą, nagrodą.

Kłamczucha kwiat

Nie znajdują natomiast kontynuacji nieromantyczne, czyli niereprodukcyjne zamiary bohaterek, które trudno nazwać marzeniami, np. ogólny plan naprawy stosunków społecznych ESD czy szczegółowy projekt świetlicy dla dzieci. Aniela spędza wieczory, grając wielkie role polskiej i światowej dramaturgii przed wyimaginowanymi tłumami i słuchając równie wyimaginowanych frenetycznych oklasków. Czyli marzenia zawodowe bywają u Musierowicz istotne. I nawet się realizują, ale i tak schodzą na dalszy plan wobec roli żony i matki. Mila zrezygnowała z pracy zawodowej, żeby wychowywać córki. One niby już nie mogły zostać szczęśliwymi kobietami domowymi, wypadłyby zbyt groteskowo. Ale przecież na poziomie obrazu i fabuły tak właśnie jest. Ich aktywność profesjonalną widzimy bardzo rzadko.

W złotej, przedmusierowiczowskiej erze powieści dla dziewcząt taka hierarchia marzeń była nie do pomyślenia. Kasia (Krystyna Siesicka, Zapach rumianku, 1969) ma różne pomysły na przyszłość. Pod wpływem przypadku Renaty, której trzeba było szybko załatwić aborcyjny pobyt w wojewódzkim szpitalu, chce pracować w Poradni Świadomego Macierzyństwa. Jednak to racjonalny plan, jeden z wielu, a marzenie Kasia ma tylko jedno – grać, być aktorką. Koniecznie telewizyjną. Nie dam się, jak mama, „postawić na jednej scenie”, zastrzega. Teatr jest zbyt elitarny. Chcę „dać radość” jak najszerszej widowni. Jej chłopak tłumaczy to przekonaniem o społecznych zobowiązaniach sztuki i potrzebą interakcji ze ściśle określonym widzem: „Swoją dolę do życia tutaj [na wsi] chce dołożyć, to się dla niej zrobiło pierwsze. Grać będzie Rucianowskim, Zychowiakom, Urszulce Grzelakowej, Sopoćkom, może i Klimackiemu”. Wróci tu choćby na chwilę, żeby zobaczyć konkretnych ludzi, „żywych mieć przed oczyma i widzieć, jak na nią patrzą, jak jej słuchają”.

Siesicka Wiktor Chrucki (1) Siesicka Chrucki 4 (1)

Okładka i strona tytułowa Wiktora Chruckiego

Kiedy więc Kasia dostaje rolę Ani Shirley w Teatrze Młodego Widza, jest szczęśliwa. Nareszcie uporządkowało jej się w głowie, widzi swoje życie trochę dalej niż do jutra. Napawa ją to pewnością siebie. Wszystko, w tym Rafał, przestaje się liczyć. Wsadza nos w scenariusz, ćwiczy chodzenie w sukience. Nagle dostrzega dookoła dużo dziewczyn, potencjalnych widzek: „Otworzą sobie telewizor w którąś tam niedzielę, żeby »Anię« obejrzeć, prawda? […] Więc muszę się straszliwie starać, żeby im to trafiło. Przekręcą gałką, ekran się rozjaśni, dziewczyny patrzą, Ania stoi na stacji i czeka na Mateusza. To będę ja”.

ania

A co ze mną? – pyta Rafał, który rozumie radość spełniania marzeń, ale czuje się urażony, a nawet zdradzony. Kasia „poderwała tę rudą sensatkę”, to z nią teraz spędza czas. Zaprzątnięta przygotowaniami do roli zapomniała o intymnym rytuale – nie pomachała mu z ganku na pożegnanie. On, wykluczony z przedsięwzięcia, pożycza „Anię” od zdziwionej koleżanki i ku jeszcze większemu zdziwieniu ojca czyta do trzeciej nad ranem, żeby sprawdzić, z kim przegrywa. Wreszcie uczciwie przyznaje, że to rola warta zaangażowania.

Za przesadnie śmiałe marzenia bohaterka powieści mogła zostać skarcona. W Godzinie pąsowej róży Marii Krüger (1960) Anda zostaje zesłana do epoki gorsetu za zbytnią nowoczesność, objawiającą się m.in. marzeniem o karierze gwiazdy sportu przy jednoczesnej obojętności na imperatyw młodzieńczego flirtu (treningu do roli żony i matki). Oprócz sławy planuje mieć pieniądze na stroje i samochód.

1-Scan-013.BMP        1-Scan-013

Okładka książki i ilustracje Bożeny Truchanowskiej

Wprost się o tym nie mówi, ale marzenia materialistyczne nie świadczą o niej zbyt dobrze i są częścią przesadnie nowoczesnej kondycji Andy, która musi zostać reedukowana przez podróż w czasie. W XIX wieku Anda uczy się marzyć o miłości i małżeństwie. Zaznaje gorzkiego fiaska tych marzeń, czyli staropanieństwa, a potem w wariancie równoległym tak samo gorzkiego ich spełnienia. Chodzi o to, by zrozumiała, że były czasy, gdy nieziszczenie dziewczęcych marzeń i ziszczenie były jednakowo fatalnym scenariuszem.

1-Scan-022 polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_00.57.06_[2013.12.27_17.12.28]

I stała się bardziej romantyczna.

polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.16.57_[2013.12.27_17.38.19] polski film - godzina pasowej rozy 1963 (sld=kgb).avi_snapshot_01.16.52_[2013.12.27_17.38.09]

Kadry z ekranizacji w reż. Haliny Bielińskiej. W roli Andy Elżbieta Czyżewska, w roli romantycznego Karola Jerzy Nasierowski

Również inna material modern girl, Ula z „Lata nagich dziewcząt” Stanisławy Fleszarowej-Muskat (1960), dostaje nauczkę, co prawda nie tak drastyczną. Ula nie ma marzeń, lecz finansowe plany. Zamierza się życiu dobrze ustawić przy pomocy dobrze ustawionego faceta. Skromna, acz niezależna egzystencja mamy, portowej rzeczoznawczyni kauczuku, która mieszka w obskurnym mieszkaniu dzielonym z dwoma innymi lokatorkami i nie kupuje drogich ciuchów, córce wydaje się godna politowania. Jesteśmy w Sopocie, są wakacje, jest jazz, w luksusowych lokalach szpanuje polski i zagraniczny high life. Ulka patrzy, porównuje i obcesowo poucza mamę: „Nie bądź głupia – powiedziała serdecznie. Wiem, że mogłoby być gorzej, ale dlaczego nie ma być lepiej? Czy nie widzisz, jak ludzie żyją! Ile mają pieniędzy! Czy my zawsze musimy żyć z twojej pensyjki, no i co z tego, że ja kiedyś zarobię na tej chemii, na którą mnie wrobiłaś! Widziałaś te parkingi na Powstańców Warszawy? I jakie baby jeżdżą tymi wozami? Umiały się urządzić”. Chęć urządzenia się przy braku romantycznych marzeń nieodmiennie pcha ją w ramiona starszych panów, czyni z niej kociaka, niemal prostytutkę. W pewnym momencie są to ramiona nieświadomego ojca, który po prostu podrywa i tuli w tańcu chętną dziewiętnastolatkę. Nieporozumienie szybko wychodzi na jaw, ale na postępowanie Uli pada cień kazirodztwa. W końcu sama zaczyna mieć tego wszystkiego dosyć i życzliwszym okiem spogląda na rówieśnika, który nic jeszcze nie zdążył osiągnąć. Wraca do odpowiedniej do wieku roli, plany zastępuje marzeniami. Jednocześnie jej mama się zakochuje i dwuosobowa rodzina zmierza ku normatywnej rekonstrukcji.

Lato nagich jarosław Kosiorek

Okładka Jarosława Kosiorka do późnego wydania z 1991

Rzeczoznawczyni kauczuku uosabia aspiracje okresu socrealizmu – niezależność finansowa, „męska” praca, którą lubi i z której jest dumna, to wszystko, czego jej trzeba. Słynny drugi etat dzięki współlokatorce emerytce jest właściwie półetatem, więc aż tak bardzo jej nie ciąży. Ulka (i jej przyjaciółka Be) występuje jako kwintesencja dążeń odwilżowej młodzieży – ma większe potrzeby konsumpcyjne i żadnego etosu pracy. Jej uznanie budzi stan posiadania i wygląd kobiety, nawet jeśli zawdzięczany mężczyźnie. Taka różnica wzorców to częsty temat powieści opublikowanych na początku lat 60. Na przykład „Tancerzy” Jackiewiczowej, o których już tu kiedyś pisałam. Powieść Fleszarowej-Muskat kończy się kompromisem – matka i córka obie się romantyzują, przez co złagodzeniu ulega zarówno socrealistyczny, jak i odwilżowy wzorzec aspiracji. Dotychczasowy styl ich życia staje się aberracją, odstępstwem od uniwersalnego wzorca, który dopiero teraz ma zostać zrealizowany.

W Córki chcą inaczej Eugenii Kobylińskiej-Masiejewskiej (1966) Bożena, córka pielęgniarki, „ma zdolność do szycia”, w liceum czuje się nie na miejscu, zbiera dwóje, źle się prowadzi, przez co prawie zalicza gwałt na randce. Mama, zapewne pod wpływem swoich doświadczeń zawodowych, chce, żeby studiowała medycynę. Żywi aspiracje, których córka nie podziela. Idealizuje ją i przez to krzywdzi. Pada retoryczne pytanie: „Czy krawcowa nie jest pożyteczną jednostką?”.

1-Scan-012 1-Scan-001.BMP

Obwoluta i strona tytułowa Gizeli Bachtin-Karłowskiej

Oczywiście, jest. Nie należy przesadzać z marzeniami. Muszą się one wiązać z predyspozycjami. Zasada dotyczy chyba tylko bohaterek ze środowisk nieinteligenckich. Taka Jagoda Sobociak (Ludwika Woźnicka, Jagoda w mieście, 1968, i Jagoda dojrzewa, 1980), przybyszka ze wsi, nawet nie pomyśli o byciu lekarką. Już zawód pielęgniarki to szczyt jej marzeń. Nie chce też zostać w mieście, zamierza wrócić do siebie.

Zdjęcia-3736 Zdjęcia-3737

Okładki Anny Włoczewskiej i Małgorzaty Krasuckiej

Można by tego typu fabuły uznać za zniechęcanie do awansu i wyraz sceptycyzmu wobec zdolności aspirujących dziewcząt. Ale można też interpretować jako dowartościowanie innych niż miejsko-inteligenckie wzorców aspiracji. Bożena w każdym razie szczęśliwie przenosi się do szkoły odzieżowej i opamiętuje moralnie.

Hm, ten post miał dotyczyć głównie „Tabliczki marzenia” Haliny Snopkiewicz z krótkim wprowadzeniem o innych książkach. Tymczasem wstęp niespodziewanie się rozrasta. Tak to już jest z dziewczęcymi marzeniami. Wszystko się ze wszystkim łączy. Jak napisać krótko o marzeniach Rozalki, którym podporządkowana jest cała powieść Anny Kamieńskiej? Więc może na razie zawieszę temat. Następny wpis pojawi się już niedługo i będzie dotyczył marzeń niemiejskich i nieinteligenckich.

Krzątacze osobliwości

Miało być o marzeniach bohaterek. Tymczasem w „Jeziorze osobliwości”, powieściowym debiucie Krystyny Siesickiej z 1966 roku, zobaczyłam coś, czego dotąd nie dostrzegałam. Ostatnio pisałam, że z pracami domowymi w peerelowskich powieściach dla dziewcząt jest kłopot – rzadko zajmują się nimi nowoczesne matki, tym bardziej córki, incydentalnie ojcowie i bracia. Obowiązki zaskakująco często przejmuje postać z innej epoki – gosposia. Generalizacja może i nie niesłuszna, ale na pewno wymagająca uściśleń. Okazuje się, że krzątactwo bywa tak niepozorne, że łatwo uchodzi uwadze czytelniczki, nawet ogarniętej obsesją na jego punkcie. W „Jeziorze osobliwości” drobne czynności porządkowo-kulinarne, wykonywane przez różne osoby, składają się na pasjonującą, acz cichą opowieść, równoległą do dramatycznej akcji. Można potraktować je jako klucz do powieści.

 jezioro

Okładka Bogumiła Podstolskiego, wydanie z 1973 r.

Pamiętałam oczywiście wojnę nerwów o kurz w przedpokoju między Martą i ojczymem, którego nagle narzuconą władzę dziewczyna kwestionuje. Mama Marty idzie do szpitala. Piętnaście lat później sytuacja powtórzy się w „Kwiecie kalafiora”, gdzie rozliczne obowiązki Mili Borejko spadną na najstarszą córkę. Tata Borejko nawet palcem nie kiwnie. W finale Musierowicz spacyfikuje wkurzoną tą niesprawiedliwością Gabę, by pokornie zaakceptowała „kobiecą” rolę służącej. W „Jeziorze osobliwości” skonfliktowani córka i mąż chorej wyjątkowo zgodnie dzielą obowiązki. Ponieważ Marta nie potrafi gotować, obiady będą jadać na mieście. Wiktor nie jest brany pod uwagę jako potencjalny kucharz. Każdy będzie sprzątał swój pokój, Wiktor – łazienkę, Marta – kuchnię. Kuchnia jest co prawda większa, ale Marta nie cierpi sprzątać łazienki, więc godzi się na taki układ. Każdą czynność starannie wyceniono. Gdy pakt zawarty, można się odprężyć. Korzystając z nieobecności kochanej mamy, która wzbrania czytania przy jedzeniu, chwilowi niewrogowie zasiadają do kolacji z lekturą w ręku. Wiktor czyta „Express”, Marta – „Filipinkę”. Jest dodatkowy plus – nie muszą rozmawiać. Jak miło.

Skoro zawarto odpowiadającą obu stronom umowę, skąd wojna nerwów? Przedpokój został bez przydziału i zbierają się w nim koty. Marta jest coraz bardziej zacięta, Wiktor rozbawiony. Skrupulatnie milczą na ten temat. Dopiero pytanie Michała (syna Wiktora z pierwszego małżeństwa) prowokuje ich do sformułowania swoich stanowisk. Wiktor rzeczowo objaśnia sytuację i kpi, że przedpokój to ziemia niczyja. Marta się irytuje. Nie widzi powodu, dla którego to ona miałaby zająć się spornym terenem. Kiedy Michał zamiata konfliktogenny kurz, Martę biorą diabli (na pewno nie ma wśród nich Rokisia). Wypada z pokoju i ze złością wyrywa mu szczotkę. „Michał, nie wtrącaj się w to!” – ostrzega, a napotkawszy opór i gniew, wycofuje się na swoje wysprzątane terytorium: „Zatkało mnie. Oddałam mu tę cholerną szczotkę, odwróciłam się i poszłam do pokoju. Byłam tak wściekła na Michała, że wszystko we mnie latało. Położyłam się na tapczanie i zaczęłam płakać. Żadne rozdrapy, beczałam ze złości. Kiedy Michał wszedł z herbatą, nawet nie odwróciłam się w jego stronę”. Marta nie kiwnie palcem bez umowy i reaguje tak ostro, bo oczywiście chodzi tu o władzę.

Jezioro40

Maria Kowalik jako Marta w filmie według scenariusza Jana Batorego i Krystyny Siesickiej

Mówi, że Michał, zamiatając przedpokój, wystąpił przeciwko niej. Nie banalizowałby sporu i nie likwidował jego widomej przyczyny. Gdybyś mnie lubił, kontynuuje prowokacyjnie, zachowałbyś się inaczej. Zabeczana w napięciu czeka na jego wybór. Michał zaś spokojnie nie podejmuje wyzwania. Argumentuje, że ktoś musiał posprzątać, dlaczego nie on, i że nie wystąpił przeciwko Marcie, tylko przeciw kurzowi. Nie reaguje na prowokację. Dziewczyna reflektuje się, zastanawia, czy go przeprosić, ale ostatecznie zostawia sprawę otwartą. Z okazji powrotu mamy ze szpitala, przedpokój sprząta Wiktor, co Marta poczytuje sobie za zwycięstwo. Weźmie natomiast na siebie zakupy, które uwielbia robić „opętana ambicją wyszukania najurodziwszej wołowiny”.

Kurz w przedpokoju to sprawa zasadnicza. Pewnie dlatego wojna pozycyjna o sprzątanie korytarza tak mi utkwiła w pamięci. Ale w „Jeziorze osobliwości” drobne domowe czynności właściwie cały czas są przedmiotem zmagań i pojednań. Albo tematem zastępczym, w którym wyraża się dynamika relacji międzyludzkich. To drugi plan konfliktów i rozejmów: między Martą a Wiktorem, nagłym ojczymem, między Martą a jej mamą, która pod wpływem domniemanej złej opinii nowego męża zaczyna bardziej restrykcyjnie wychowywać przyzwyczajoną do swobody córkę, między Martą a Michałem, zazdrosnym o niecnego Patryka, którego Marta co prawda nie kocha, ale też nie chce tak od razu odprawiać.

snapshot20150214231421

Maria Kowalik i Romuald Drzazga jako Patryk

Ogólnie chodzi o twarde negocjowanie relacji w zrekonstruowanej rodzinie.

Zaraz na początku jest spięcie między mamą a Martą o chaos w ich ciasnym, ale własnym mieszkaniu.

Jezioro5

Maria Kowalik i Barbara Horawianka

Jeszcze nie ma Wiktora i Michała, są one, „skromny duet”, rodzina jeszcze ułamkowa, utrzymywana przez kobietę. Stąd niski standard, a „w małym metrażu małe problemy urastają do gigantycznych rozmiarów”. Mama, zapracowana i nerwowa, nie tylko nie sprząta, a wręcz bałagani. Gubi klipsy, posądza córkę, nie wierzy zaprzeczeniom. Klipsy odnajdują się w lekach. W tym domu panuje chaos – stwierdza bezosobowo ich właścicielka. Marta półżartem podpowiada, że to chyba samokrytyka. Mama nie odbija piłeczki w jej stronę, tylko w bok, wyrokując, że winna jest ciasnota. Metraż się zwiększy, kiedy przeprowadzą się do mieszkania Wiktora. Mama, zamiast swoim zwyczajem inwestować w ciuchy, zacznie dopieszczać nowe wnętrza (co oznacza jej pełną, pełniejszą niż na własnych śmieciach, aklimatyzację, Marta obserwuje to z niejaką ironią). A jednak konflikt będzie eskalował, by osiągnąć apogeum wkrótce po wojnie o kurz.

Marta jeszcze nie wie, że mama za dwa tygodnie wychodzi za mąż, ba, nie ma pojęcia o istnieniu przyszłego ojczyma, ale już obserwuje pierwsze symptomy zmiany – dotychczasowa bałaganiara gubiąca klipsy robi porządek w szafie.

Jezioro23 Jezioro25

Maria Kowalik, Barbara Horawianka jako mama seksualna i Stanisław Zaczyk jako Wiktor

Krzątactwo jest też pierwszym zwiastunem miłości Marty i Michała. Ona jest chora, on się nią zajmuje. Wydaje jej polecenia, odgrzewa zupę i pilnuje, żeby zjadła. Uznaje, że zupa to za mało, i dokłada usmażoną przez siebie jajecznicę. Potrafi przygotowywać „podstawowe żarcie”, bo należy do oficjalnej organizacji, jest harcerzem; wszyscy w jego drużynie potrafią. Harcerski obóz to wzór rotacji kuchennych obowiązków. „Muszę przyznać, że krzątanina Michała sprawiała mi niebotyczną frajdę!” – wyznaje chora Marta, nagle rozbrojona i potulna. „Jesteś tak pozytywny, że chyba nieprawdziwy” – pokpiwa i podziwia, bo ambiwalencja jest wpisana w tę scenę od podstaw. Dobrze, że on umie to i owo w domu zrobić i chce wykorzystywać te umiejętności, ale dlaczego ten sukces równouprawnienia wiąże się z dziewczęcą kapitulacją? Zawsze tak uparta Marta (rym nieprzypadkowy) nawet nie pomyśli, że przydałaby się jakaś umowa. Powiada: „Ustępowanie Michałowi przychodzi mi bez trudu. Przeciwnie nawet – podoba mi się”. Tak niewiele, dziewczyny, nam trzeba?

snapshot20150214222317

Poobiedni relaks według Siesickiej może się opierać na międzyludzkiej redukcji. Mama parzy kawę, Wiktor siada w fotelu z fajką i gazetą. Zaczytany ulega nawykowi i prosi Michała, żeby podał mu zapałki. Tylko że Michał jest nieobecny, już od jakiegoś czasu tu nie mieszka.

snapshot20150214225623

Zamiast niego jest Marta, która zapałki podaje. Milczy, ale trafia ją szlag. Jako osobnik niedorosły została zredukowana do prostej usługowej funkcji. Nie liczy się, kim jest – ważne, by dojrzały mężczyzna odpoczął po obiedzie. „Jest mu potrzebny człowiek do podawania zapałek” – mówi Marta, a zdanie to ocieka zimną goryczą. Michał pewnie podawał ojcu zapałki wiele razy i nic. Była to dla niego codzienność nie poddawana refleksji. Może wyraz miłości. Dla Marty to drażniąca manifestacja władzy, która na dodatek nie liczy się z jej indywidualnością.

Bywa znacznie lepiej. 23 grudnia Marta nie idzie już do szkoły. Rano, jeszcze w łóżku, odczuwa tym większy komfort, im bardziej mama i Wiktor się krzątają, szykując do pracy, im szybciej biegają, im bardziej przypalają mleko. Ma tylko przekręcić mięso na pasztet. Mama zajmie się nim po powrocie z biura. Przychodzi Michał i pomaga przekręcać. Mogą iść kupować prezenty. Po powrocie podział zadań zgodny z upodobaniami – Marta pisze dziennik, mama szykuje kolację, Wiktor i Michał gadają. Ale to chwilowe.

Jezioro6 Jezioro3

Marta nic nie robi i Marta się uczy

Święta sprzyjają napięciom. Marta chętnie by skorzystała z zaproszenia matki Michała. Ale jej mama jest zazdrosna. Przez to, że akurat zajęta przygotowywaniem świąt, zdradza podwójną słabość. Nacierając foremkę tłuszczem, z pozorną obojętnością mówi, że jeśli Marta chce, może jechać. Tylko gest odgarniania włosów przedramieniem (bo ręce w tłuszczu) świadczy o zdenerwowaniu. Marta, oczywiście, nie pojedzie. Nie jest z kamienia. Wigilia również upływa w nerwowej atmosferze. Wiktor wygłasza pouczenie: „Marto, mama bardzo się napracowała przy tym wszystkim! Widzisz, ile tu tego było: ryby smażone, gotowane, faszerowane! Kapusta, frytki, ciasta… Trzeba, żeby odpoczęła! Ty musisz pozmywać po kolacji, Michał ci pomoże!”.

Jezioro37 Jezioro38

Byście się nie wściekły? Sam się nie przyczyni do odpoczynku żony, ale młodymi zarządza. Marta zmywa, ale trzęsie nią furia, tłucze dwie szklanki: „Miałam najszczerszy zamiar zmywać i zrobiłabym to bez uwagi Wiktora. To jego: »musisz!« doprowadziło mnie do wściekłości”.

snapshot20150214225908 snapshot20150214225848

Wiadomo, nakaz budzi przekorę. Patriarchat jest skuteczniejszy, gdy uda mu się stać wewnętrzną potrzebą kobiety. Chociaż czynność ta sama, „pomogę przemęczonej mamie” to nie to samo co „na polecenie ojczyma wykonam przypisywaną kobietom pracę, podczas gdy on będzie słuchał kolęd w wykonaniu Mazowsza”.

O ile Michał krząta się dużo i chętnie, w obu domach rozwiedzionych rodziców i u ciotek, Wiktor zabiera się do roboty bodaj tylko raz, za to z ciężką pretensją. Wraca z pracy i łomocze garnkami. Nie mogłaś obrać ziemniaków? – pyta. – Nie można wszystkiego zwalać na mamę. – Obiera ziemniaki, „aż fruwają po kuchni”. No tak, obraza majestatu. Pewnie dotąd całą pracę brał na siebie Michał. W powieściowych domach prowadzonych przez ojców i synów ten ostatni wchodzi w rolę „kobiety”. Z tego prostego powodu, że jest niedorosły, podległy. Wielu przykładów dostarcza „Szaleństwo Majki Skowron” Aleksandra Minkowskiego (1972).

snapshot20141120212043 snapshot20141120212025

Marek Sikora jako Ariel w serialu „Szaleństwo Majki Skowron” z 1976 w reż. S. Jędryki

Wiktor zawsze miał kogoś, kto za niego zajmował się tak zwanymi drobiazgami. W biurze „pannę Basię”: „Czy nie mogłaby pani przynieść mi dwóch szklanek herbaty?”. Ależ oczywiście, może, a nawet musi. Przecież nie splami się tą czynnością pan inżynier. Co by się działo! W domu żona jest jeszcze w miodowym okresie względnie ochronnym, syn się wyprowadził, zostaje Marta. I właśnie Marta jest uparta.

Demonstruje na każdym kroku: „W jaki sposób, na przykład, podajesz mu herbatę po obiedzie! To szurnięcie szklanką, jakbyś mu łaskę robiła!”. Daremnie, nikt zdaje się nie rozumieć komunikatu. Mówi się, że dziewczyna ma zapędy dyktatorskie, że jest arogancka, podła, nieznośna. „Taką mnie wychowałaś” – mówi do mamy, co brzmi jak zarzut, choć mogłoby przecież być odwołaniem się do dawnej umowy.

snapshot20150214220052 snapshot20150214221622

Jednak mama stała się już inną osobą, szczęśliwą, że się krząta dla mężczyzny. Żałuje przyjętego modelu wychowania. Zmienia reguły gry, która właściwie dobiega końca. Zresztą, Marta chyba też do końca nie rozumie, o jaką stawkę gra. Kiedy mało wylewny Michał wreszcie wyznaje, że ją kocha, dziewczyna staje się lepsza, cierpliwsza i bardziej zrównoważona. „Kiedy zmywam naczynia po obiedzie, śpiewam”, przyszywam guziki, chętnie wychodzę z psem. Wszystko dlatego, że mam kogoś tylko dla siebie – notuje.

Cóż za odmiana! Cóż za naiwność!

Jakiś czas potem Marta ucieka z domu do mamy Michała. Wie, że dla jej mamy „będzie to nieskończenie bolesne”. Chce ugodzić do żywego, bo ma żal, którego nie jest w stanie pomieścić w sercu ani objąć rozumem. O to, że mama zawsze bierze stronę Wiktora.

snapshot20150214233506 snapshot20150214233027

Ucieczka to zemsta za zdradę.

snapshot20150217200300

Weronika, zaskoczona wizytą uciekinierki, rozumie obie strony. Dzwoni do byłego męża i jego nowej żony, żeby się nie niepokoili zniknięciem Marty. Koncyliacyjną, zdystansowaną postawę wyraża herbatą. Razem z Michałem robi ją Marcie, a kiedy przybywa Wiktor, po prostu szykuje czwartą szklankę. Zwróćmy uwagę na bezpretensjonalność tego rekwizytu. Czwarta szklanka. We współczesnej powieści byłyby to filiżanki i zrobiłoby się mieszczańsko i ckliwie. Zapanowałaby oszukańcza zgoda. W „Jeziorze osobliwości” szklanki Weroniki są bezużyteczne. O konflikt łatwiej niż o zgodę. W ekranizacji powieści (1972) nawet mieszczańskie rekwizyty nie doprowadzą do pojednania.

snapshot20150214225545 snapshot20150214232030

Wręcz przeciwnie, iż użytkowanie skończy się radykalnym zerwaniem więzi.

Nie tylko między Martą i Wiktorem, również między Martą a Michałem. Niby jest dobrze, Marta, zmywając po obiedzie, śpiewa – ale Patryk nie znika z horyzontu, więc powodów do scysji nie brakuje. Właściwy facet właściwym facetem, ale do niewłaściwych też można mieć słabość. Marta i Michał jadą na obóz harcerski i napięcie rośnie, bo Patryk też spędza wakacje w okolicy. Marta przynosi listy do wysłania. Służbista Michał układa z Zuzią jadłospis i akurat pyta, co do pomidorowej. Marta mówi makaron, Zuzia – ryż. Michał, wściekle zazdrosny o rywala, ostentacyjnie wybiera ryż. Marta daje się sprowokować – wychodzi bez komentarza, ale za to z postanowieniem: pójdę z Patrykiem na zabawę.

snapshot20150214231808 snapshot20150217195812 snapshot20150217195821 snapshot20150217195930

W filmie nie ma obozu harcerskiego, ale jest Marta zadowolona, że Michał (Mirosław Konarowski) wścieka się z zazdrości

And so on, and so on. Drobiazg za drobiazgiem. Marta jest zmuszona szukać noclegu u Patryka. On sądzi, że przyszła mu się oddać, pcha się z łapami.

1-F-2311-1-1291x629

„Daj mi spokój z miłością” – mówi Marta. Opędza się, studzi pożądanie, odsyła do kuchni, banalnie prosząc o dobrą radę i szklankę herbaty. Dyktuje swoje zasady.

Jedno z ciekawszych zastosowań krzątactwa wplecione jest w konflikt Michała z druhem Pijanowskim, który powiedział milicji, że nie jest pewny, czy fatalny wypadek z kajakiem istotnie był wypadkiem, czy Michał przypadkiem nie próbował zabić Patryka. Na koniec Patryk odzyskuje przytomność i zdejmuje z Michała cień podejrzenia. Pijanowski dowiaduje się o tym i jest mu wstyd, że nie wierzył koledze. Przyjeżdża późnym wieczorem prosto znad jeziora. Przeprosić i usłyszeć, że ten nie ma żalu. Michał prosi do kuchni. Dwaj młodzi mężczyźni odbędą poważną rozmowę i porozumieją się w okolicznościach zgoła „niemęskich”. Michał nastawia wodę na herbatę, odgrzewa zupę z obiadu, niesie garnek, nalewa zupę na talerz i stawia przed gościem, kroi chleb, bierze imbryczek z esencją, dwie szklanki – wszystkie czynności są uwzględnione. Ręka mu drży przy parzeniu herbaty, bo mówi akurat o rzeczach najważniejszych. Niby są równi, ale Michał ma przewagę, o której dodatkowo świadczą wprawne i zdecydowane poczynania kuchenne. Pijanowski daje się nakarmić i napoić, trochę żeby zapanowała zgoda, a trochę żeby odpokutować. Siesicka trochę kuchnię odzyskuje, a trochę odtwarza jej patriarchalny porządek.

No i koniec, niestety z morałem. Nie mógł się obyć bez kuchennych rekwizytów. Zbuntowana Marta po wypadku zmądrzała, spokorniała, jest pełna dobrej woli i zrozumienia. No i skruchy. Na różne sposoby przeprasza. Na przykład dba o to, żeby Wiktor miał gorącą herbatę, bo nie znosi przestudzonej. Chce jej się, co podkreśla, nalać mu herbaty. Patriarchat został uwewnętrzniony. Wszyscy czworo siedzą przy stole, ona przynosi herbatę dla Wiktora, mama podsuwa sałatkę Michałowi, sama robiła majonez. Zaczyna się „normalność”, czyli obsługa i jedzenie bez napięć. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to zakończenie wymuszone, nie pasujące do wieloznacznej powieści, w której przecież Marta ma dużo racji. Dlaczego tylko ona ustępuje?

snapshot20150214225425

Film w reż. Jana Batorego, którego Siesicka jest współautorką, kończy się inaczej – bohaterka popełnia samobójstwo.

Jezioro osobliwości

To oczywiście akt autoagresji, ale właściwie jeszcze bardziej autonomii. Muzyka Wandy Warskiej, od początku filmu towarzysząca determinacji Marty, bezlitośnie to podkreśla. Skoro mi nie wierzycie, nie jesteście po mojej stronie, nie będę wam niczego tłumaczyć. Nie będę się usprawiedliwiać, nie ja powinnam. Mam was dość, idę sobie. Wolę się zabić, niż zrezygnować ze swoich racji. Dlatego budząc się z niestety nie ostatniego snu, na wasz widok odwrócę głowę.

Jezioro48

Nie mogę się już bronić w inny sposób, pozostał mi tylko ten jeden możliwy ruch. Głowa w bok, wzrok na ścianę. Nie widzę was, nie ma między nami kontaktu, nie istniejecie, zostawcie mnie w spokoju. Nie będzie żadnej herbaty.

Rokiś i kraina brudnych naczyń

Ostatnio (a była to, uwierzcie, inna epoka) pisałam o „Dziewczynie i chłopaku” Ożogowskiej i pracy domowej kobiet. O tym, że nie chodzi tak naprawdę o mycie naczyń, ale o życie i władzę.

166166082_fdb19c3000

Czysty dom to oznaka zmarnowanego życia – ta żelazna zasada krzątaczej ekonomii się nie zmieni, choćby przyszło tysiąc Jolant Brach-Czain i napisało tysiąc uwznioślających esejów. Tymi, które marnują życie, najczęściej były i są kobiety. W sferze zawodowej – sekretarki i asystentki. Z punktu widzenia mężczyzny/szefa te niskie czynności z jednej strony jawią się jako „wybitnie nieważne”, z drugiej – jako wykonujące się same, z trzeciej – jako niezmiernie kłopotliwe, jeśli pozostaną niewykonane. Kawa wjeżdża na stół, przy którym toczy się ważna służbowa rozmowa – niezauważenie. Potem ważni ludzie wstają i wychodzą, a kiedy wracają, brudnych filiżanek już nie ma. Chyba że by były, wtedy stanowiłyby przeszkodę, którą można ominąć tylko przez znalezienie innego stołu, najlepiej w innym pomieszczeniu.

Ta praca staje się widzialna, kiedy nie zostanie wykonana. Podobnie wykonawczyni – rzuca się w oczy wtedy, gdy czegoś nie zrobi. Pamiętacie zniknięcie mamy u Frankowskiej?

Tomek nazajutrz po wyjeździe Tosi natknął się na taki skandaliczny widok:

1653434_660788327318631_1523231983_n

W powieści stanął oniemiały, w serialu wykrzyknął: „Skąd się tyle tego bierze?”. I od razu zgodnie z doświadczeniem mężczyzny/szefa zaczął kombinować, jak sprawić, żeby brudne naczynia zniknęły bez wysiłku z jego strony: „Zbiera wszystkie naczynia, układa je w zlewie, na wierzchu stawia patelnię i puszcza wodę. Wymyją się same”. Nic, wydawałoby się, bardziej naiwnego. A jednak działa! Natychmiast pojawia się Krysia – i naczynia znikają. Podobnie dzieje się na wakacjach u cioci – Tomek potrafi sprawić, żeby domowe prace zrobiły się same. Załatwia sprawę rękami kuzynek.

W czwartym odcinku pewnego cudownego serialu ten sam efekt przynosi dopiero starożytna magia kapłana egipskiej bogini Bast wcielonego w domowego kota. Nie ma innego sposobu, żeby mama nie musiała przygotowywać obiadu, odpoczęła i była szczęśliwa. Darek i jego tata, skądinąd sympatyczni faceci, mogą przyrządzić najwyżej przesolone ziemniaki. Kiedy w innym odcinku inżynier Tarkowski postanowi usmażyć jajecznicę, przedsięwzięcie skończy się wbiciem na pełną już patelnię zepsutego jaja. Bez zaklęcia ani rusz.

533488cd8f680

Tak, mam kryzys i tak, mam obsesję.

No i brnę w stereotyp – jak powieść dla dziewcząt, to zaraz dom i rodzina, ewentualnie dylemat pracy zawodowej, podział ról, zawiłości emocjonalne, relacje z matką itp. A gdzie wyprawy w świat? Przygody? Zagadki? Przywództwo w grupie? Mechanizmy wykluczenia i piętnowania? Mierzenie się z krzywdą społeczną? Działanie publiczne? Szeroka emancypacja? Czasami o te tematy zatrącam, na pewno się nimi zajmę, ale jeszcze nie teraz. Zresztą – w kręgu stereotypowych, „małych” problemów często dochodzi do wielkich zmian. Powojenne dziesięciolecia przyniosły wszak obyczajowe trzęsienie ziemi.

W trudnych chwilach (wiem to od grypy sprzed prawie 30 lat) pociechę niesie Rokiś.

1-Scan-046

Ilustracje, ta i niżej, Teresy Wilbik. Rysunki Danuty Konwickiej do „Rokiś wraca” jakoś mnie nie przekonują

(Staro)polski diabeł z przydrożnej wierzby, ściętej przy poszerzaniu szosy. Ofiara, a wkrótce entuzjasta postępu. Miesza się w życie Kasi pod nieobecność rodziców, zwłaszcza mamy, która nigdy go nie spotyka, jakby zachodziła między nimi relacja rozłączności (jeżeli a, to nie b). Mama nie wierzy w Rokisia, ten zaś woli się pojawiać, kiedy mamy nie ma w domu. A nie ma jej w domu, bo jeździ do Wrocławia, gdzie zaocznie studiuje bibliotekarstwo. Potem rusza z mężem reporterem na wyprawę do Mongolii, żeby zapomnieć o poronieniu. Zakres domowych obowiązków Kasi na czas nieobecności mamy się zwiększa. Chociaż dzieli je z tatą, babcią i Brodasiem, dom opanowuje chaos.

1-Scan-045

1-Scan-050

Kiedy mama wraca – „w domu nastaje ład, porządek, spokój i »regularny tryb życia«. Bo mama, chociaż siedem godzin dziennie siedzi w swojej bibliotece, takie umie wyczyniać sztuczki z czasem, że wszystko jest ugotowane, kupione, sprzątnięte i dom chodzi jak zegarek, bez niespodzianek czy katastrof”.

Sztuczki to słowo kluczowe. W cyklu Joanny Papuzińskiej („A gdzie ja się biedniuteńki podzieję”, 1972, „Rokiś wraca”, 1981, „Rokiś i kraina dachów”, 1984) prace domowe mają w sobie coś baśniowego, magicznego. Mama wie, jak nie marnować życia, a zarazem z siłą lokomotywy i lekkością motyla ciągnąć osławione dwa etaty i dokształcanie na dokładkę. Dysponuje krzątaczą magią, którą ustanawia konwencjonalny domowy kosmos. Rokiś zna te same czary, ale sieje zamęt. Już sama jego kosmata obecność w kuchni, w maminym fartuszku, jest estetyczno-egzystencjalnym zgrzytem. Karykaturą.

1-Scan-048

Ma wprawę w pracach domowych, bo jego odwiecznym obowiązkiem jest sprzątanie na Księżycu Twardowskiemu. Działa szybko, z wdziękiem i nonszalancją. Kręci się zamiast prania w pralce, nowym nabytku, przedmiocie maminej dumy. Potem trzeba diabła odkręcać. To oczywista pustota czyniona w urządzeniu, którego pojawienie się w latach 60. stanowiło techniczny przełom i znacznie ułatwiało wykonanie jednego z najcięższych obowiązków domowych. Pralka, jak pisze Małgorzata Szpakowska, odegrała ważną rolę w procesach emancypacji. Frania to jedna ze sztuczek mamy. Inną jest odkurzacz, który z kolei Rokiś zabiera na Księżyc, żeby zmodernizować archaiczne gospodarstwo legendarnego czarnoksiężnika.

Niby nie drwi z tych narzędzi sumiennej i szczęśliwej nowoczesnej pani domu, jednak traktuje je beztrosko. Nie czuje ciężaru krzątactwa. Pewnie nie czmychnąłby przed panią Twardowską. Wręcz się w nią wciela. Jako miłośnik literatury w zamian za głośne czytanie gorliwie wyręcza Kasię w obowiązkach. „Wydziera jej z rąk każdą robotę i w mig się z nią uwija”. W pewnym momencie deklaruje lekkomyślnie: „Będę za ciebie obierał kartofle do obiadu przez sto pięćdziesiąt lat!”. Dziewczynka, mając pod ręką darmową siłę roboczą, „aż wstyd powiedzieć – żyje teraz jak hrabina”. Dla Rokisia to nic, zabawa, incydent, łatwa waluta, przypadkowy środek do ważnego celu.

1-Scan-049

Wykonuje prace domowe, ale mógłby robić co innego.

Nie obowiązuje go zasada, którą respektują wszyscy, choć nikt nie uważa jej za własną. Nie dotyka go alienacja, którą Kasia obserwuje w swojej rodzinie: „jeśli ktoś z domowników wyjeżdża gdzieś sobie, pozostała reszta popada natychmiast w taki stan, który tato mój nazywa »słodką abnegacją«. […] my z mamą, jeśli zostajemy tylko we dwie, zawsze czytamy książki przy jedzeniu. […] Ale żadna z nas nie ośmieliłaby się tego robić przy tacie! Dla odmiany nasz tata, jeśli mama sobie gdzieś wyjedzie, jada prosto z garnków, bez nakrywania do stołu, a w niedziele do samego obiadu, a nawet i kolacji łazi po domu w piżamie. Słodka abnegacja polega jeszcze i na tym, że sprząta się przez ten czas byle jak albo i wcale. I dopiero kiedy nadchodzi dzień przyjazdu, ogarnia nas dwoje, obojętnie których, gorączka czystości i ładu. […] Jestem pewna, że gdy ja wyjeżdżam na kolonie, a rodzice zostają sami w domu, też z lubością pławią się w bałaganie – oczywiście w sekrecie przede mną, bo gdy wracam, wszystko jest ugłaskane i czyściutkie”.

Rokiś pozostaje poza wpływem normy, nie jest przykuty do kontekstu. Jego beztroska wynika z przygodności i wielowiekowej perspektywy. Jest wcieloną anarchiczną magią krzątaczą. Jakby wszystko faktycznie robiło się samo. Podobnie Rademenes w „Siedmiu życzeniach”.

Kiedy czytam peerelowskie powieści dla dziewcząt, często odczuwam brak takiego diabelskiego czy staroegipskiego czynnika, który nie może się tam pojawić ze względu na realistyczną konwencję. Ponieważ mam obsesję, wydaje mi się, że Rokiś wyskoczył z pudełka nie tam, gdzie powinien.

1-Scan-044

Bo tak: w peerelowskich powieściach dla dziewcząt, jak już pisałam, wiele jest nowoczesnych, aktywnych zawodowo, często samodzielnie utrzymujących dom matek. Zawsze zmęczonych, długo i intensywnie pracujących, a potem jeszcze przynoszących pracę i ciągłą naukę do domu. Satyryczne przedstawienie takiej matki (tu akurat nauczycielki) znajdujemy w powieści Natalii Rolleczek „Kochana rodzinka i ja” (1961): „Mama, o ile nie ma tego dnia świadomego macierzyństwa, walki o pokój, Ligi Kobiet, harcerstwa, zebrania aktywu akcji budowy szkół, odprawy w wydziale oświaty MRN, posiedzenia w kuratorium, o ile nie zakupuje pomocy szkolnych, nie użera się z komisją w sprawie remontu szkoły, nie udziela informacji rodzicom, nie robi wykazów, nie pisze sprawozdania, nie uczęszcza, nie popiera i nie przewodniczy – o tyle może być o tej porze w domu, co jest właściwie niemożliwe, prawie jak śnieg w maju, ale czasem się zdarza”.

1-Scan-001

Okładka Zbigniewa Rychlickiego

1-Scan-002 (2)

Odpoczynek Pauli, pracującej siostry Judyty, na rysunku Barbary Dutkowskiej. Rozalia podała kawę po turecku

Znacznie częściej niż społecznie i organizacyjnie zaangażowana nauczycielka występuje jednak lekarka, pracująca w szpitalu i przychodni, wieczorami zaś dokształcająca się lub pisząca doktorat.

Im bliżej lat 90., tym bardziej się to zmienia. Kamieniem milowym postępującego ukonserwatywnienia był „Kwiat kalafiora” Małgorzaty Musierowicz (1981), w którym wyemancypowana Gabrysia, bliska eksplozji wskutek awaryjnego obarczenia obowiązkami mamy, ostatecznie porzuca myśl o domowej rewolucji i przyjmuje harówkowo-romantyczny los kobiety.

Ale w klasycznym okresie gatunku (w latach 60. i pierwszej połowie 70.), matki po prostu nie mają czasu na „zajmowanie się domem” (i jest to neutralne, nie naganne). Domem zbytnio nie zajmują się też niezależne i pochłonięte innymi sprawami córki. Jeśli w rodzinie jest mężczyzna – robi to i owo. W „Beethovenie i dżinsach” (1968) Krystyny Siesickiej mamy piękne sceny, w których Alek przygotowuje kanapki dla rodziców, żeby mieli gotowe po powrocie z filharmonii, proponuje siostrze grzankę, wreszcie przygotowuje obiad i kolację („Niech mi się tu żadne kobiety pod nogami nie kręcą!”). Jego ojciec w pewnym momencie czeka na powrót rodziny z odgrzaną zupą, smaży kotlety i jednocześnie nakrywa do stołu. Kiedy domownicy przybywają, melduje, że obiad będzie za 15 minut, bo za późno wstawił ziemniaki. Ale męskie krzątactwo to wyjątek. Nawet w tej samej powieści matka przeprowadza krytykę swojego iluzorycznego statusu, której sceny męskich zatrudnień kuchennych trochę przeczą: „Mamo. Mamo. To słowo straciło już dla was znaczenie. […] mówicie mamo do tej osoby, która prowadzi gospodarstwo. Gotuje, sprząta, daje pieniądze. Nie gosposiu, tylko mamo”.

1-Scan-003 (2)

Okładka Elżbiety Murawskiej

Skoro kobiece krzątactwo to wyjątek i męskie krzątactwo to wyjątek – ktoś musi przejąć obowiązki. Tym kimś, osobliwym jak Rokiś, zaskakująco często jest właśnie gosposia. Zaskakująco często, bo to przecież postać z innej epoki. Nie przypadkiem chyba w niemal wszystkich znanych mi przypadkach gosposia występuje w powieściach pisarek starszego pokolenia, urodzonych pod koniec XIX i na początku XX wieku. Irena Jurgielewiczowa (ur. 1903) we wspomnieniach „Byłam, byliśmy” (1997) pisze o czasach swojego dzieciństwa: „w każdym, nawet najbiedniejszym, ale przeznaczonym dla inteligencji pomieszczeniu jest w kuchni kącik dla służącej. Z rzadka bywała »osobą dochodzącą«, z reguły mieszkała razem z chlebodawcami, choćby w ciasnocie i niedostatku. Obywanie się bez proletariackiej pomocy fizycznej było czynnikiem degradującym, walczyło się z taką sytuacją do granic możliwości”. Przywołuje też scenę z „Dzienników” Żeromskiego, żelaznego etosowca, w której biedujący przyszły pisarz sam wynosi swoje wiadro ze śmieciami pod osłoną nocy, żeby ukryć przed otoczeniem, że nie może sobie pozwolić na służącą.

Jurgielewiczowa

Stare wzorce prestiżu, bezpretensjonalnych przecież autorek, okazały się silniejsze niż nowe realia. Status majątkowy bohaterek – miejskich inteligentek – nie jest specjalnie wysoki, a jednak powieściową lekarkę („Godzina pąsowej róży” Marii Krüger, 1960; „Dwie miłości” Elżbiety Jackiewiczowej, 1968) czy nauczycielkę („Kochana rodzinka i ja”) najwyraźniej stać na opłacenie zastępstwa w gotowaniu, sprzątaniu i opiece nad dziećmi. Piszę „stać”, ale to tylko mój wniosek – kwestia wynagrodzenia bowiem jest przemilczana. Równie dobrze powieściowe gosposie mogłyby pracować za darmo.

Zapewne dlatego, że pisarki bardzo się starają, by czytelnik nie odniósł wrażenia, że chodzi o pracę najemną dochodzącej służącej. Genowefcia, Adusia – już familiarne formy imion są znaczące.

Nawiasem mówiąc, służąca rodziców Irenki Drozdowiczówny (przyszłej Jurgielewiczowej), była nazywana – a jakże – Scholasią.

jurgClipboard01=2

Starsza, raczej prosta kobieta jest od wielu lat emocjonalnie związana z obsługiwaną rodziną i nie ma własnej. Zdarza się, że była jeszcze piastunką obecnej pracodawczyni. „Ma czas” albo „znajduje czas”. Bardzo chce „pomóc”, jest oddana, nie oczekuje w zamian niczego specjalnego. Kochana i szanowana, ma silną pozycję, przysługują jej specjalne prerogatywy, może np. szczerze powiedzieć do słuchu czy wymierzyć klapsa, ale też bywa lekceważona przez nastoletnie podopieczne. Anda oszukuje poczciwą Genowefcię („Godzina pąsowej róży”), a Kasia, rozmawiając w obecności Adusi przez telefon, oznajmia koleżance, że jest w domu sama. „Takim kobietom nie poświęca się uwagi – przemijają, jak przepływa powietrze, konieczne do życia, a przecież niezauważalne” („Dwie miłości”).

1-Scan

Obwoluta Tadeusza Michaluka

Same pisarki traktują gosposie mniej lub bardziej protekcjonalnie. Bywają one po prostu typami komicznymi, czkawką po archaicznej zasadzie decorum, zgodnie z którą postacie ludowe przypisane są do tematów i gatunków komediowych. Tak jest z Genowefcią, tak z Rozalią („Kochana rodzinka i ja”) – nadętym katolickim babsztylem.

Bez owijania w bawełnę status służącej pokazuje Jackiewiczowa w „Tancerzach”. Magda, córka prominentnego dziennikarza i uznanej rzeźbiarki, jedynaczka w zamożnym domu, ma do bezimiennej gosposi stosunek pozbawiony sentymentów, wyniosły: „ostatecznie gosposia jest płatnym domowym pracownikiem i to ona musi się z Magdą liczyć [więc dziewczyna może ją obudzić, wracając późno do domu]”.

Dopóki nie przeczytałam powieści Eugenii Kobylińskiej-Masiejewskiej „Córki chcą inaczej” (1966), bardzo sceptycznie podchodziłam do sublimacyjnych zabiegów pisarek, starających się przedstawić gosposię jako członka rodziny. Wydawało mi się to naiwne/nieuczciwe/antyemancypacyjne. Kobylińska-Masiejewska i jej Wincenta (czasem zwana – a jakże – Wincunią) trochę mnie przekonały.

1-Scan-012 1-Scan-001.BMP

Obwoluta i strona tytułowa Gizeli Bachtin-Karłowskiej

Stara sługa rodziny Klargisów, obecnie dumna pracownica państwowa, mimo podeszłego wieku „znajduje czas” i siły, by pomóc uwielbianej Linie, dorosłej już córce przedwojennych państwa, którzy ongiś nie mieli Wincencie za złe nieślubnej ciąży. Jej przywiązanie datuje się od tamtego dramatu. Chłopska córka uciekła po ojcowskim biciu do Warszawy, by urodzić niechciane dziecko i oddać je starszej siostrze. Wyrozumiali Klargisowie przyjęli ją w stanie dyskwalifikującym służące, bo „oceniono jej zalety, a pani nie była z rzędu świętobliwych obłudnic”. W czasie okupacji odwdzięczyła się im, już nieżyjącym, wożąc ze wsi towar do sklepu, prowadzonego przez ciotkę opiekującą się Liną. Wspólnie przeżyta wojna i wspólny handel ugruntowały związek kobiet, które wcześniej dzieliła przepaść. W czterdziestym piątym Wincenta odnalazła dziewczynę z niemowlęciem, nielegalnym owocem powstańczych uniesień, i pokochała również małą Basię.

Nieślubne dziecko to piękna analogia między losami wsiowej służącej i zamożnej mieszczki. Jakoś je – szorstką, rozrosłą babę i zalotną kobietkę – zrównuje i wiąże. Ale nie unifikuje. Ich położenie w analogicznej sytuacji znacząco się różni. Zapisuję to na mojej tajnej karteczce z argumentami potwierdzającymi tezę, że PRL otwierał wyobraźnię na to, co dziś nazywamy trzecią falą feminizmu, zwłaszcza na solidarność kobiet o odmiennych interesach klasowych.

Basia nazywa ją Bianią (babcią-nianią). Wincenta w tej nienormatywnej babskiej rodzinie pełni funkcję surowego autorytetu, raz nawet przekłada rozdokazywaną nastolatkę przez kolano i wymierza jej kilka słusznych klapsów, co w powieści dla dziewcząt tego okresu – gdzie rodzicielska fizyczna przemoc jest straszliwym, nagannym wyjątkiem, przejawem bezradności – robi piorunujące wrażenie. Lanie od starej sługi jest odwrotnie proporcjonalne do permisywizmu nowoczesnej matki-siostry. Skarcona dziewczyna odbiera zatem podwójną lekcję: o wolności i jej granicach.

Czym zawiniła? Skłamała, że jest w ciąży, żeby choć na chwilę udowodnić, że nie stroi fochów, ma prawdziwe zmartwienie. A Wincenta akurat sporo o byciu w niechcianej ciąży wie i nie może znieść wykorzystywania dramatyzmu tego stanu w doraźnych gierkach smarkatej uzurpatorki. Poniżenie i piętno, których zaznała, są święte i nie wolno używać ich w żadnym celu, a już na pewno nie do wytwarzania fałszywego statusu ofiary. Basia chciała zaznać przywilejów ofiary, nie znając podłego losu ofiary, przede wszystkim wstydu bycia ofiarą. Dlatego Wincenta się nie waha – od razu wie, że Basia kłamie i nie jest w ciąży. Prawdziwa ofiara wstydziłaby się swego statusu. Trzeba by ciężkiej społecznej pracy, żeby ten wstyd przełamać. Basia, kiedy tylko minie poklapsowe zaskoczenie, natychmiast zrozumie, że przesadziła.

To krótkie spięcie zawiera cały kosmos. Ale Kobylińska-Masiejewska zmieniła nieco moją surową opinię o gosposiach w PRL-owskich powieściach dla dziewcząt przede wszystkim godnościową narracją Wincenty. Jako przedszkolna kucharka niedaleko, wydawałoby się, odeszła od poprzednich zatrudnień, a jednak państwowa posada to dla niej znaczny awans. Po paru odczytach dla „personelu technicznego” i otrzymaniu medalu dziesięciolecia Wincenta „zhardziała” w stosunku do sklepikarki Sieniutowej, przedstawicielki „inicjatywy prywatnej”. Autorka bierze personel techniczny i inicjatywę prywatną w cudzysłów, a więc dystansuje się do oficjalnego języka PRL-u i lekko pokpiwa z przyswajającej go Wincenty. Zarazem jednak dostrzega jego potencjał emancypacyjny. Nieważne, co się robi, ważne, w jakiej atmosferze. Stara służąca obdarzona formalnym uznaniem porzuca pokorę. Ona faktycznie chce córce i wnuczce dawnej dobrodziejki po prostu „pomagać”. Jak równa równym. To nie eufemizm skrywający pogardzaną pracę najemną.

Zatrzymana bezczelnym kłamstwem Basi, spóźniona na „państwową służbę” – zrywa się jak oparzona i już jej nie ma. Zdenerwowanie zaburzyło jej plany, wydłużyło pobyt u podopiecznych, ale opamiętawszy się, nie poświęca smarkuli ani chwili więcej. Robi dokładnie to, co wcześniej robiła z ekonomicznego przymusu i łaski pani, ale dobrowolnie, honorowo. Stać ją na gest. Nie poświęca się, działa czule, ale trzeźwo. Nie tylko nijak nie uwłacza to jej godności, a wręcz ją wzmacnia. To samo, co przed wojną było znakiem niższości, Wincenta przy politycznym wsparciu uczyniła potwierdzeniem może niezbyt wysokiej, ale pewnej i uznanej pozycji społecznej.

Rolleczek w „Kochanej rodzince” przedstawia taki awans jako proces masowy: „Od września mamy już siódmą pomoc domową. Albo się nie nadaje, albo sama odchodzi »na posadę«: do fabryki, do szpitala, na sprzątaczkę, byle nie do garnków”.

Feminizm trzeciofalowy zwraca uwagę, że kobiety z klasy średniej emancypują się kosztem gorzej sytuowanych sióstr, na przykład mogą płacić im za prace domowe, a same rozwijać aktywność pozadomową. Ewelina i Wincenta omijają tę pułapkę. Wiem, brzmi podejrzanie. Jak jakaś sztuczka. A jednak Kobylińska-Masiejewska, nie dysponując, umówmy się, wybitnym piórem, zdołała te trzy bohaterki i relacje między nimi nakreślić sprawiedliwie. Uniknęła efektu Rokisia.

Czy tylko ona? Poczytamy, zobaczymy.

Gender, czyli heca na 14 fajerek

Tę historię znają wszyscy, którzy dziś mówią: „Gender? Ki diabeł? Na co to, po co?”. Nie wiedzą, że czytając powieść Hanny Ożogowskiej „Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek” (1961) albo oglądając zrealizowany na jej podstawie, przy współpracy pisarki, serial w reżyserii Stanisława Lotha (1978) – mieli do czynienia z fabułą właśnie o gender, czyli płci kulturowej.

Dziew i chło

Brat i siostra zamieniają się rolami i na wakacje trafiają nie tam, gdzie pchało ich kulturowe przeznaczenie – Tosia w chłopięcym przebraniu jedzie do ultramęskiej leśniczówki, by zaznać twardej ręki stryja i sprostać siłowemu trybowi życia zamaszystych kuzynów, a Tomek w spódniczce podróżuje do domu owdowiałej ciotki, opanowanego przez żywioł piskliwej i kłótliwej dziewczęcości kuzynek. Oboje muszą stawić czoła wyzwaniom, o których pozostając we własnej roli, nie mieliby pojęcia. Są traktowani zupełnie inaczej niż dotychczas. Nie pasują do oczekiwań i trochę usiłują je spełnić, a trochę zmienić. Burzą w ten sposób kulturowe stereotypy związane z płcią. Nieoczekiwana zmiana miejsc, karnawałowe wywrócenie świata do góry nogami, daje asumpt do mnóstwa zabawnych sytuacji i refleksji nad asymetrią wychowania chłopców i dziewczynek.

1817718

Ożogowska więcej i lepiej pokazuje, niż nazywa. Jest inteligentniejszą pisarką niż socjo- czy antropolożką. W powieści wnikliwie przedstawia patriarchalne mechanizmy wytwarzania grzecznych dziewczynek i władczych chłopców, ale w dosłownych wyjaśnieniach używa potocznego języka „naturalnych” różnic.

1-Scan-023 (3) 1-Scan-024 (2)

Tu i niżej ilustracje Zbigniewa Piotrowskiego

Ojciec Tosi i Tomka „odziedziczył” despotyzm po swoim ojcu i dziadku. Stryj to nerwus, bo są „rodzonymi braćmi” i „wzięli to po ojcu”. Tomek jest „chłopakiem bardzo ambitnym, urodzonym prowodyrem, chętnie narzucającym swą wolę innym i wymagającym posłuchu. Czyż nie był synem swego ojca? Czy nie mówi się, że jabłko pada niedaleko od jabłoni?”. Tosię natomiast cechuje „wrodzona dobroć serca”, nie potrafi, mimo usilnych prób, wzbudzić w sobie gniewu i buntu. Oboje, jak twierdzi mama, są „ambitni po ojcu”, dzięki czemu Tosia mogła w ogóle przetrwać ciężką próbę męskości. Ciekawe, że „wrodzona” ambicja do tej pory się nie przejawiła. Widać nie było warunków. Przed zamianą brat i siostra spierali się, kto ma w życiu łatwiej – dziewczyna czy chłopak – i utrzymywali, że przynależność do odmiennej płci oznacza przywileje. Teraz ona musi udowodnić, że podoła roli chłopca. On też musi wytrzymać w spódniczce z powodów ambicjonalnych, ale osiąga cel w inny sposób – nie wchodzi w stereotypową rolę dziewczynki, lecz demonstruje, że dziewczynka nie musi być bierna i nieśmiała.

W charakterystyce Tosi pada jedyne w całej powieści zdanie o wpływie wychowania. Bohaterce brak odwagi, bo „chuchana i dmuchana przez babcię, mamę i ojca, zawsze pod ich opiekuńczymi skrzydłami, nie miała okazji wyrobić sobie tej cechy”. Czyżby wychowanie dziewcząt ze względu na swój upośledzający charakter było łatwiejsze do zauważenia?

Światy Tosi i Tomka to dwa odmienne obszary kulturowe. Ich mieszkańcy mają inne stroje, zachowania społeczne, rytuały, zaprzątają ich inne sprawy, inaczej się bawią, ba, nawet mówią innymi językami (Tomek ćwiczy do roli Tosi zdanie „upadłam na buzię”, choć sam użyłby słowa „pysk”).

1-Scan-026 1-Scan-028

Ożogowska akcentuje klasyczne szczegóły, którymi różnią się te dwa obrazki. Tosia, „cała gospodyni”, nie ma jeszcze 12 lat, a już robi w domu wszystko to, co mama: gotuje, sprząta, pierze, prasuje, szyje, szydełkuje itd. W tym czasie niewiele starszy Tomek poza domem zajmuje się budowaniem swojego autorytetu w grupie rówieśniczej, w tym pojedynkami o męski honor. Rzadko wykonuje pomocnicze prace domowe. Kiedy siostra gotuje obiad, kładzie się na tapczanie z książką „Marzenia inżynierów”.

marzenia inżynierów

Jednak największą różnicę stanowi strach. Tosia jest niepewna, zalękniona, unika konfrontacji. Najbardziej boi się ojca, choć jest jego pupilką. Naśladując mamę, raczej przymili się, załagodzi, zmanipuluje, a nawet skłamie, niż narazi na ojcowski gniew. Ten konflikt wartości odczuwa fizjologicznie: „Tosi od tego wszystkiego szumiało w głowie, pulsowało w skroniach, zaczęło ją boleć za uszami. Napiła się zimnej wody. Trochę pomogło”. Wzorem mamy we wszystkim wtóruje ojcu, rzekomo w trosce o jego zdrowie i domowy spokój, podczas gdy Tomek ciągle powoduje spięcia, bo „nie chce czy nie umie” pamiętać o wybuchowym charakterze taty.

To zresztą główny powód zamiany ról – Tomek wykazuje nieposłuszeństwo i wychodzi z domu, którego miał za karę nie opuszczać, a Tosia boi się przed tatą przyznać, że temu nie zapobiegła, więc postanawia podać się za niesubordynowanego brata. Woli skok w nieznane od wyznania, że zawiodła.

Rodzice zupełnie inaczej traktują dzieci w zbliżonym wieku, ale różnej płci. Mama pozwala się Tomkowi wykręcać od domowych robót zadanymi lekcjami. Nikt jakoś nie martwi się, czy Tosia pogodzi obowiązki szkolne z domowymi. I dziewczyna faktycznie jest podwójną prymuską. Tata wydaje co prawda polecenie „Tomek, pomóż Tosi”, ale sam wstaje od stołu i wychodzi. Kiedy jest zmuszony zrobić sobie jajecznicę, przedstawia to jako wyczyn i wyjątkową konieczność. Nie przykłada ręki do gospodarstwa, ale ma za złe Tomkowi, że go naśladuje. Właściwie nie dostrzega, że to naśladownictwo. Na tym polega ich konflikt – dojrzały samiec odmawia młodemu własnych przywilejów. Rzeczywisty wyższy status Tomka jest zamaskowany szorstkością ze strony ojca, tak jak służebność Tosi przybiera pozór specjalnej pozycji córeczki tatusia.

Wzorowa Tosia i niesforny Tomek są dziećmi architekta i nie wiadomo kogo. O zawodzie mamy nic nie wiemy. Liczy się tylko jego praca. Bo projektuje tysiąclatkę na konkurs i zarabia na większe mieszkanie. Zaharowuje się i dlatego jest wyjątkowo nerwowy. Mama się nie denerwuje i nie zarabia na tyle dużo, żeby warto było o tym wspomnieć.

Tuż przed zamianą dzieci wiodą dyskurs o domenach. Mężczyźni według Tomka zajmują się naprawdę ważnymi problemami, takimi jak zdobywanie żywności. Tosia podnosi problem prasowania chustek do nosa. Tomek nazywa go „typowo kobiecym” i „wybitnie nieważnym”. „Po co prasować chustki do nosa? I tak się zgniotą”. Wygraną dyskusję podsumowuje: „Redukujemy niepotrzebne czynności do minimum. Tak mówi ojciec do mamy. W jego zastępstwie tak mówię ja – do ciebie”. Oczywiście Tomek ma rację, tylko przemilcza to, że kobiety nie trwonią życia na krzątactwo z wrodzonego idiotyzmu. Jolanta Brach-Czaina dodałaby, że przedstawiona przez Tomka hierarchia jest pozorna. Domowe krzątactwo służy egzystencji, utrzymuje bezwład chaosu i śmierci poza granicami mikrokosmosu.

Tosia gotuje, sprząta, pierze, prasuje, szyje, szydełkuje i nawet jej do głowy nie przyjdzie, że marnuje czas. Nie jest też w stanie obronić swojego stanowiska, kiedy poproszony o wyrękę Tomek kwestionuje całe jej życie. Wyrzuca do śmieci cały jej wysiłek. Dziewczyna staje oniemiała. Będzie w duchu pomstować: „To jest sprawiedliwość: cała robota na mnie, a on przeżywa. On ma męskie problemy!”, ale nic z tego nie wyniknie.

Podobna sytuacja jest w „Fotoplastykonie” Krystyny Siesickiej (1969).

1-Scan-039

Asymetria wychowania prymuski Agaty i lawiranta Jaśka. Pobłażliwość matki wobec syna. Konflikt ojca i syna, którzy zachowują się identycznie, ale ojciec mierzy syna inną miarą: „Gdyby mój Tata był młodzieżą, mówiłoby się o nim, że jest uparty i krnąbrny. Ponieważ jest dorosły mówi się o nim, że ma charakter. Ten charakter odziedziczył po Tacie mój brat, Jasiek, on właśnie jest uparty i krnąbrny”. U Ożogowskiej tata zabiera Tomka od babci, która nie potrafiła zdyscyplinować wnuka. U Siesickiej tata zarzuca mamie, że wychowuje Jaśka na „niechluja i abnegata”, ale sam – jak tata Tomka – jakoś nie daje pozytywnego przykładu, najwyżej czasem wyprasuje sobie spodnie od garnituru.

Frustracja siostry większa niż w „Dziewczynie i chłopaku”: „Nasza Mama jest gospodarna, oszczędna, pogodna i skromna. Posiada jeszcze kilka równie wstrząsających cech […] Według »opinii publicznej« Mama powinna stanowić dla mnie wzór. Obawiam się jednak, że pomimo najszczerszych starań pozostanę na zawsze tylko Jej nędzną imitacją, a w tej chwili, to nawet do nędznej imitacji jest mi bardzo daleko. Z rozpaczą myślę o moim przyszłym życiu, które ma upłynąć pod hasłem: »PRACA, SKROMNOŚĆ, OSZCZĘDNOŚĆ!«. Będzie to chyba najnudniejsze życie, jakie potrafię sobie wyobrazić. A moja Mama, choć to zdumiewające i nieprawdopodobne, wygląda na osobę zadowoloną”. Agata ma świadomość genderowej presji społecznej. Jest o krok od feministycznego olśnienia. Tosi do tego daleko.

Agata i Jasiek odbywają nawet rozmowę o wartości pracy domowej podobną do tej, którą przeprowadzają Tosia i Tomek. Jasiek „bez cienia skrupułów bierze od mamy pięć złotych za mycie okien, chociaż cała rodzina potępia go za to”. Agata pomaga mamie za darmo i zarobek brata doprowadza ją do szału: „Mógłbyś robić to za »dziękuję«, a nie za pieniądze! – krzyczy Agata. – To powinien być twój psi obowiązek! Byś się wstydził!”. Wie, że ona na prowadzeniu domu nigdy nie zarobi, więc domaga się tego samego dla bliźniaka.

Jasiek przegaduje ją jak Tomek Tosię. Mama płaci pani Kapuścińskiej za mycie okien pięćdziesiąt złotych – wykłada Jasiek swoją teorię domowej ekonomii – więc on, biorąc tylko pięć złotych, dokłada się do utrzymania rodziny – daje mamie czterdzieści pięć złotych. Agata nie daje nic. Jej praca, ponieważ pozostaje bezpłatna, rzeczywiście jest „psim obowiązkiem” i nie ma żadnej wartości. Siostrze szybko kończą się argumenty. Nie może podać konkretnej kwoty, ale wie, że pracę, od której z wdziękiem wymiga się Jasiek, ktoś musi wykonać. Jeśli Agata się zbuntuje, mama sama zabierze się do roboty. Ta sytuacja przyprawia dziewczynę o wściekłość – pozbawiona wartości praca zyskuje konkretną cenę, gdy wykonuje ją pracowniczka najemna albo mężczyzna, ale dla Agaty nie ma to właściwie znaczenia, bo z jej punktu widzenia liczy się fatalizm obowiązków, które koniec końców może tylko zrzucić na barki innej kobiety.

Innym razem Agata w przypływie absurdalnego poczucia humoru wyobraża sobie rzecz niemożliwą – awanturę między rodzicami. Jerzy Flisak, ilustrator pierwszego wydania, pokazał tę fantazję tak:

1-Scan-040

Grafik musiał być kiedyś małą dziewczynką i bacznie obserwować pokorę swojej matki, skoro zaakcentował rysunkiem właśnie ten, pozornie błahy, fragment tekstu.

1-Scan-021 (2)

Wróćmy jednak do powieści Ożogowskiej. Tosia i Tomek muszą stawić czoła wyzwaniom, o których pozostając we własnej roli, nie mieliby pojęcia. Ale strategie obierają odmienne. Tosia przełamuje strach i zdobywa nowe umiejętności, podciąga się na wyższy poziom. Tomek wyrabia nowe umiejętności u kuzynek. To one muszą się podciągnąć. Tosia się zmienia, poszerza repertuar prac – poza obowiązkami dziewczyny podejmuje obowiązki chłopaka – rąbie drwa, buduje huśtawkę, jeździ konno itp. Tomek nawet nie rozważa podjęcia „kobiecych” prac. Skupia w swoim ręku domową władzę i „nowocześnie” zarządza pracą kuzynek: nazywa i rozdziela zadania, motywuje wykonawczynie, ustala hierarchiczne reguły komunikacji. Potrafi sprawić, że robota robi się „sama”.

Tworzy Atomowe Kierownictwo Domu, w ramach którego kuzynki, dotąd kłócące się zażarcie o każdą wolną minutę, bez protestu uwijają się po obejściu. Zanim pojawił się menedżer, wiedziały, że tak naprawdę nie chodzi o gotowanie, sprzątanie, zmywanie, karmienie kur, lecz o życie. „Grzeczne i miłe dziewczynki” w sporach o grafik zmieniały się nie do poznania: „Jedna drugiej skakała do oczu i starała się przekrzyczeć, wypominając, ile i kiedy zrobiła”. Pod zarządem rzekomej Tosi konflikty wygasają, podwładne chętnie trwonią egzystencję i nie kwestionują, że funkcje kierownicze („kontrola, pomoc i nadzór”) są najważniejsze. Kojąco i budująco wpływa na nie zwłaszcza legenda o wspaniałym bracie Tosi, który staje się wzniosłym ideałem tej przemienionej żeńskiej wspólnoty. Z jednej strony podwójny Tomek, realny i wyobrażony, działa na kuzynki dyscyplinująco, z drugiej już po pierwszym zwycięstwie nad agresywnymi sąsiadami w dziewczyny wstępuje nowy duch. Jakby tylko czekały na impuls, by porzucić rolę ofiar.

Tomek ma dwie trudności do pokonania. Pierwsza to stereotyp dziewczęcości. Żeby pokonać chłopacką bandę, która zdominowała sąsiedztwo i czyni agresywne wypady na terytorium podwórka cioci Isi, musi nie tylko zachowywać się nie-jak-dziewczyna – czyli przejąć inicjatywę, onieśmielić przeciwnika, przejść do ataku, z tym nie ma problemu – ale również zostać rzecznikiem równouprawnienia. On, który uważa dziewczyny za istoty niższe, perswaduje: „Teraz takie czasy, że dziewczyna od chłopaka niczym się nie różni”. A także: „Tylko bardzo, bardzo ciemna masa myśli, że dziewczyna nie potrafi tego, co chłopak”.

Czy obrońca Różnicy po wakacyjnej przygodzie zweryfikuje swoje poglądy? Mało prawdopodobne. Jego męskość jest zbyt krucha, zagrażają jej złe, piętnujące słowa. Na przykład „Szydełko”, gdy ktoś omyłkowo weźmie szydełkującą Tosię za brata. „Zgrywne przezwisko przylgnie do człowieka na całe życie. Ani tego odpruć, ani oskrobać”. Męskość trzeba cały czas inscenizować, i to w archaicznych, przerysowanych formach, stąd pojedynek o honor prawdziwego mężczyzny – siłowe i komisyjne ustalenie płci w gronie „najważniejszych chłopaków”.

Drugą, chyba jeszcze trudniejszą kwestią jest dla Tomka męska solidarność. Przyczyniając się do upokorzenia wrogiej bandy, profanuje najwyższą wartość – chłopacki honor: „Te słowa przypomniały Tomkowi, kim jest. Dotknęły do żywego męskie serce, chociaż odziane sukienką w kratkę. […] Kogoż on tutaj reprezentuje, przeciw komu staje i czyich interesów broni? O, zdrajco własnej płci!”. Nie może oczywiście zachować się jak-dziewczyna – biernie, lękliwie, ustępliwie, ale „klęska Łukasza będzie jego klęską. Zdrada Piotra – jego własną zdradą”. Wyjściem jest pakt o nieagresji, wspólna zabawa w Indian. Tylko że dopóki trwała wojna, panowała równość – rozejm przynosi powrót do tradycyjnych ról – „kobiety” przygotowują ognisko, „mężczyźni” przynoszą mięso. Inscenizacja bitwy pod Grunwaldem (po ustaleniu, że kobiety też mogą być rycerzami) przywróci równouprawnienie. Jakby tylko gry wojenne stwarzały po temu warunki.

1-Scan-029

Te mieszane istoty, Tosiek i Tomka, budzą niedowierzanie krewnych, do których trafiają. Stryj i kuzynowie traktują przebraną Tosię podejrzliwie – ich niechęć budzi „nienaturalna” delikatność i miękkość gościa, który – jak sobie tłumaczą – całkiem w tej Warszawie „zbabiał”. Kiedy zamiana wychodzi na jaw, stryj eksploduje radosną ulgą: „A matka nadziwić się nie mogła, że taki schludny chłopak, jak lalka! Ho! Ho! Ho! I miednicę myje po sobie! Ho! Ho! Ho! A to panna! Cudów nie ma!”. Widać, że pojawienie się dziwnego chłopca wytworzyło między małżonkami jakieś napięcie, było argumentem w konflikcie, którego przebiegu nie znamy.

Tomek jako nietypowa dziewczyna wywołuje podziw, kuzynki są zachwycone, cioci Isi siostrzenica podoba się tak bardzo, że wyraża twarde życzenie: „Chciałabym, aby moje dziewczynki były takie śmiałe i obrotne”. Podobne tęsknoty odkrywa w sobie ciocia Ola, patrząc na Tosię jako chłopca. Jej synowie nawet jajecznicy nie umieją usmażyć, a „Tomek” gorliwie podejmuje się wszystkich prac. Leśniczyna stawia go „swoim wisusom” za wzór dbałości o higienę. Oszołomiona wykrzykuje: „To będzie kiedyś mąż i wyręka dla żony!”. Czyżby zgłaszała w ten pośredni sposób zastrzeżenia w stosunku do męża, którego nie waży się krytykować wprost?

Tu chyba najbardziej uderza całkowity brak tematu wychowania – ani ciocia Isia, ani ciocia Ola najwyraźniej nie wiedzą, że mogłyby swoje dzieci wychować na śmiałe i obrotne dziewczynki i biorących udział w pracach domowych, czystych chłopców. Bierność jednych i niechlujstwo drugich są dziełem natury.

Powtarzam – Ożogowska jest lepszą pisarką niż socjo- czy antropolożką. Ma fabułę i dialogi, nie ma języka. Taki był w latach 60. stan kultury. Nie tak bardzo się zmienił. Autorka z jednej strony notuje to, co potocznie „się mówi” o jabłku i jabłoni, czyli przywołuje utrwaloną w przysłowiu tradycję myślenia genetycznego – z drugiej każe najpierw Tosi, potem Tomkowi posłużyć się retoryką równouprawnienia. Obejmuje ona pojęcia „zacofania” i „ciemnej masy”, więc przedstawia się jako nowoczesna i oświecona. Można nią próbować zawstydzać reprezentantów tradycyjnego porządku. Opiera się na pragmatycznym braku różnicy – „mężczyźni potrafią robić wszystko to samo, co kobiety”, „dziewczyna potrafi to, co chłopak”. Skoro mowa o potrafieniu, oczywiste jest uczenie się. Mimo symetrii tych zdań uczy się i potrafi tylko Tośka. Na kartach powieści rozgrywa się wczesny etap emancypacji – kobieta musi dowieść swej równości.

Zakończenie przywraca naruszony porządek. Modyfikacja jest drobna – ojciec despota odczuwa skruchę. Ale co się zadziało, to się zadziało. Mogliśmy zobaczyć patriarchat w ironicznym cudzysłowie. Bawić się rolami płciowymi, śmiać z ich sztywności i własnych oczekiwań. To, co dotąd było oczywiste, mogło stać się kwestią do przemyślenia. Ożogowska zachęcała do przekroczenia znanych reguł, otwierała wyobraźnię. Podpowiadała, że w całym tym genderze nie chodzi o mycie naczyń, tylko o życie i władzę. A wszystko bez wskazywania wrogów do odstrzału – w atmosferze inteligentnej, humanistycznej popkultury.